Wybrany tag

wibo

Uncategorized

PROMOCJA ROSSMANN -49% | CO WARTO KUPIĆ? | MOJE PEREŁKI

29 września 2016
Cześć i czołem!
Wiem, że pewnie niektórym z Was temat promocji w drogeriach mocno się przejadł – pełno tego ostatnio na blogach, Facebookach, Instagramach – każdy pokazuje co innego i człowiek może się pogubić 😛 Postanowiłam jednak przygotować ten wpis, bo będzie on pomocny nie tylko dla Was, ale i dla mnie – chciałam pokazać Wam kosmetyczne perełki, które są jednymi z moich ulubionych kosmetyków. Będę mogła w każdej chwili wrócić do tego posta i spojrzeć, czy coś, co super mi się sprawdzało nie wyleciało z mojej pamięci. To jak – jesteście ciekawi, co dostało się na moją listę? Zapraszam 😀

Zacznijmy od produktów do twarzy. W kwestii podkładów mam do polecenia tylko jeden – Loreal True Match. To najlepszy podkład drogeryjny i jedyny, do którego regularnie wracam. Ma bardzo jasny, przyjemny kolor, który nie wpada zbyt mocno w róż, ani w żółć, choć zdecydowanie więcej jest w nim tych drugich tonów. Jest lekki, nie zapycha i ma dobre krycie, które można budować. W zestawie z dobrym pudrem utrzymuje się na mojej buzi cały dzień.
Korektor też mam tylko jeden – niestety nadal nie znalazłam ideału pod oczy, a temu jest zdecydowanie najbliżej do tego tytułu. Mowa tu o korektorze True Match od Loreala. Na zdjęciu widzicie kolor Ivory, najjaśniejszy. Jest żółciutki, więc dobrze maskuje fioletowe cienie pod oczami. Krycie określiłabym jako średnie – na co dzień takie mi w zupełności wystarczy. Zdecydowanie lepiej sprawdza się pod oczami niż na niedoskonałości – z nich dość szybko znika. Nie zbiera się też mocno w załamaniach.
Ostatnią już rzeczą jest paletka do mokrego konturowania, również od Loreal Infallible Sculpt Ligh/Medium. Nie jest to produkt bez wad, ale kiedy mam ochotę na kosmetyki w formie kremu – zawsze po niego sięgam. Bronzer w opakowaniu ma chłodny kolor, na mojej skórze niestety się ociepla i oscyluje gdzieś pomiędzy lekko chłodnymi, a neutralnymi tonami. Nie jest zbyt ciemny, więc ciężko jest zrobić sobie nim krzywdę. Matowy rozjaśniacz jest rzeczywiście jasny, niestety dla mnie zbyt różowy, dlatego praktycznie w ogóle go nie używam. Paletkę polubiłam przez jej niestandardową konsystencję – ani to puder, ani krem, ani mus – coś pomiędzy. Uważam, że nie jest to niezbędny kosmetyk, ale mogę nazwać ją ciekawym gadżetem.

Niejednokrotnie wspominałam, że róże to jedne z moich ulubionych kosmetyków do makijażu, dlatego mam Wam do pokazania aż 3 cudowne egzemplarze. Pierwszym z nich jest róż w kremie od Maybelline – Dream Touch Blush w kolorze 05. Jest to dzienna, różowo-koralowa pozycja. Ma przyjemną, musową konsystencję i dobrze rozciera się zarówno na podkładzie, jak i pudrze. Nie posiada drobinek, ale można uzyskać nim zdrowy, lekko wilgotny rumieniec.
Róż z Bourjois w kolorze 34 Rose D’or to blogowy klasyk. Cudo – mój ulubieniec, po którego sięgam niemal codziennie, a na pewno wtedy, kiedy nie mam pomysłu na to, co powinno wylądować na moich policzkach. Jest wypiekany, przez co bardzo wydajny. Opakowanie jest dobrej jakości, zamykane na magnes, w środku można znaleźć pędzelek. Niestety napisy szybko się z niego ścierają. Jego kolor to ciepły róż ze złotą poświatą – nie uświadczycie w nim jednak drobinek. Ożywi każdy, nawet ciężki makijaż – moim zdaniem to must have każdej kobiety!
Ostatnią propozycja z tej kategorii jest róż, który mam dopiero kilka dni. Zdążyłam go już jednak poużywać i muszę Wam o nim wspomnieć – chociażby przez wzgląd na ciekawy kolor. Mowa tu o kolejnym różu Maybelline, tym razem jest to Studio Fix w odcieniu 70 Rose Madison. Ma zimny, lekko liliowy kolor, chociaż na moich policzkach wygląda znacznie cieplej, niż na ręku. Ma aksamitną konsystencję i nie robi plam na policzkach. Jest matowy, przez co nie podkreśla nierówności skóry. Idealnie sprawdzi się przy fioletowym makijażu ust 😀

Rozświetlacze to kolejna kategoria kosmetyków, bez których nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Tym razem również przygotowałam dla Was trzy propozycje, z których jedna będzie nowością. Zacznijmy od rozświetlacza, którego używam najdłużej – Lovely Gold Highlighter. Zacznę od wad – słabej jakości opakowanie i skłonności do powstawania grudek – mimo tego, że często myję pędzle i nie dotykam go palcami wygląda tak, jakbym wprowadziła do niego hektolitry sebum :O Daje piękny, lustrzany, złoty blask na policzkach – takiej tafli mogą mu pozazdrościć nawet naprawdę drogie produkty. Na pewno będę do niego wracać, za taką cenę chyba nie znajdę nic lepszego 😀

Druga propozycja to coś mniej złotego – o bardziej szampańskich, neutralnych tonach. To Diamond Illuminator od Wibo – kolejny tani, ale świetnej jakości rozświetlacz. Moja mama tak go polubiła, że zaraz zacznie drugie opakowanie 😛 Na szczycie kości jarzmowej trzyma się cały dzień, daje piękny, choć delikatniejszy blask. Nie znajdziecie w nim drobinek. Ma lepsze i solidniej wykonane opakowanie, a przez to, że jest zamykane na klik, a nie zakręcane – przyjemniej się go używa. Jest lekki i mały, dlatego idealnie spisuje się na wyjazdach!

Ostatni rozświetlacz, to nowość od Loreala – Loreal Highlight. W moje łapki wpadł odcień 02 – ten bardziej różowy (Rosy). Z jednej strony się cieszę – złotych rozświetlaczy mam aż nadto, więc ten będzie fajną odskocznią – tym bardziej, że na skórze wygląda niezwykle subtelnie. Ma 3 odcienie, które można mieszać (tak pokazałam go na zdjęciu) lub stosować oddzielnie. Loreal True Match Highlighter ma opakowanie podobne do pudru z tej samej serii – na górze znajduje się produkt, a na dnie – schowek na pędzelek, który swoją drogą jest dobrej jakości, oraz spore lusterko. Ma w sobie drobinki, ale nie rzucają się one zbyt mocno w oczy. To najdroższa pozycja, ale mi bardzo się spodobała.

Maybelline Color Tattoo to chyba klasyka tych promocji – pojawiają się praktycznie w każdych tego typu zestawieniach, a ja w ogóle się temu nie dziwię – są po prostu świetne. Kiedyś miałam więcej kolorów, ale zostawiłam sobie tylko 3, po które sięgam najczęściej. Są trwałe, mogą służyć jako baza pod makijaż, albo samodzielne cienie. Nawet na moich tłustych powiekach trzymają się cały dzień, choć potrafią lekko zebrać się w załamaniach. On and on Bronze to złoto-brązowy kolor, dla mnie za ciemny do codziennego makijażu. Natomiast na imprezy nadaje się idealnie. Pernament taupe to kolor, którego używałam do wypełnienia brwi – moje włoski mają chłodny odcień, więc fioletowy pigment nie rzucał się w oczy. Nie jest to mój ulubiony kosmetyk do malowania brwi, ale czasem po niego sięgam. Ostatni odcień to brudny róż – Creme de rose, który ląduje na moich powiekach jako baza pod inne cienie. Jej przygaszony kolor bardzo przypomina odcień mojej skóry. Przed nakładaniem cieni zawsze ją lekko pudruję – inaczej jej trwałość nie jest aż tak duża, jak tego od niej wymagam.

Mimo tego, że jestem maniaczką szminek, nie mam ich zbyt wielu do polecenia. Sama szukam czegoś nowego, ale nigdy nic ciekawego nie wpadło mi w oko. Bourjois Rouge Edition Velvet to jedne z moich ulubionych, matowych pomadek. Zastygają na mat, ale nie wysuszają ust tak mocno, jak płynne pomadki z Golden Rose. Mają musową konsystencję i są mocno napigmentowane. Niestety ich cena lubi przed promocją wzrastać. Posiadam dwa odcienie – delikatny Don’t pink of it i odważny Pink Pong – obie super się sprawdzają, choć mam wrażenie, ze fuksja ma przyjemniejszą konsystencję.
Bardziej dzienną propozycją jest szminka z Maybelline ColorSensational – Mystic Mauve. To brudny róż, w moim przypadku lekko ciemniejszy od koloru ust. Najczęściej sięgam po nią jesienią –  z tą porą roku kojarzy mi się jej ciasteczkowo-cynamonowy zapach. Jest kremowa, ale wykończenie na ustach to jednak satyna – nie lśni tak mocno jak typowa pomadka. Dzięki temu dłużej się utrzymuje. Nie wysusza ust, za co ma u mnie ogromny plus!
Ostatnią szminką jest pomadka dla osób, które lubią mocniejszy makijaż ust. To malinowa, soczysta i mocno błyszcząca propozycja od Rimmela. Dokładnie jest to Rimmel Moisture Renew w odcieniu As you want Victoria. Na ustach wygląda świetnie, kolor mocno wpija się w usta i nawet kiedy szminka zniknie – nadal wygląda jak tint. Niestety u mnie czasem potrafi odbić się na zębach, ale mam do tego tendencję. Jest najbardziej kremowa z całej czwórki, fenomenalnie wygląda przy lekkim makijażu oczu – potrafi być jego gwiazdą!

Jedyny liner, jaki sprawdza się u mnie to Loreal Super Liner Perfect Slim. Ma cienką, gąbczastą końcówkę i łatwo jest mi nim narysować nawet bardzo cieniutkie kreski. Jest dobrze napigmentowany, a jego kolor to prawdziwa, głęboka czerń. Trzyma się na powiekach cały dzień, chociaż jaskółka potrafi czasem zniknąć – dlatego zazwyczaj jej nie maluję (takie uroki posiadania opadającej powieki :C). Więcej mi nie trzeba – lepszego jak na razie nie znalazłam 😀
Obowiązkową pozycją  w moim przypadku jest cielista kredka – używam ją na linię wodną – moje oczy wydają się wtedy większe, a spojrzenie jest świeższe – nawet wtedy, kiedy nie jestem do końca wyspana. Max Factor, Kohl Pencil w kolorze 090 Natural Glaze to trwała i dobrze napigmentowana kredka. Jest miękka, dlatego nie podrażnia nawet delikatnych oczu. Jej kolor nie jest ani zbyt żółty, ani zbyt różowy. Nawet na moich często łzawiących oczach utrzymuje się kilka godzin. 
Świetny produkt do brwi, za którym na początku nie przepadałam to kredka Maybelline Brow Satin w odcieniu Dark Brown. Wydawała mi się być kosmetykiem niewydajnym, który szybko mi się skończy. Mam ją już mniej więcej rok, używam jej przy każdym makijażu i nadal jeszcze trochę mi jej zostało. Jeden koniec zakończony jest automatyczną kredką – średnio twardą. Nie zawiera ona wosku, więc nie utrwala włosków i potrzebny jest jeszcze dodatkowy produkt do tego, aby utrzymać makijaż brwi w ryzach przez cały dzień. Z drugiej strony znajduje się gąbeczka z cieniem, który ma kolor odpowiadający kredce. Można wypełnić nim większe braki. To naprawdę ciekawy kosmetyk, zrobię sobie od niego przerwę, ale myślę, że jeszcze do niego wrócę.

Jeśli chodzi o tusze do rzęs – zdecydowanie najlepiej sprawdzają się u mnie te od Loreala. W tym momencie mam Wam do polecenia dwa, chociaż każda mascara z tej serii fajnie działała na moich rzęsach. Moim ulubieńcem jest zdecydowanie Loreal Volume Million Lashes So Couture. Ta maskara jest fenomenalna – od początku ma idealną, lekko gęstszą konsystencję, świetnie rozdziela, wydłuża i pogrubia rzęsy. Nawet tak słabe jak moje są po niej widoczne, a to dla mnie wielki sukces. Trzyma się cały dzień, nie osypuje, nie podrażnia moich oczu. Jest na tyle trwała, że ciężko jest ją zmyć. Najlepiej robić to olejkami – wtedy obejdzie się bez tarcia!
Druga maskara, którą używam już kilka tygodni to Loreal False Lash Wings. Na początku ciężko było mi przyzwyczaić się do jej niestandardowej szczoteczki – nie jest ona obła, bardziej przypomina nieregularny wielościan. Włoski mają różną długość, przez co łatwo jest nią dotrzeć do każdej, nawet najmniejszej rzęsy. Niestety nabiera się na nią dość spora ilość tuszu, więc na początku niejednokrotnie możemy nabawić się „muszych nóżek”. Wystarczyło jednak kilkakrotne użycie i zdecydowanie łatwiej jest mi ją opanować. Moim zdaniem jest to maskara wydłużająca, daje jednak lekki efekt pogrubienia.

Pozostając w temacie kosmetyków do oczu i produktów Loreal mam Wam do pokazania dwa żele utrwalające do brwi. Zaczniemy od czegoś bardziej klasycznego, czyli Loreal Artist Brow Plumper. To żel do brwi w ciemnym, neutralnym kolorze. Jest średnio gęsty, dobrze utrwala włoski, ale nie sprawia, że stają się one sztywne i niemiłe w dotyku. Dzięki niemu cień czy kredka nie znikają tak szybko z brwi. Nie ma w sobie drobinek brokatu (co innego Wibo :P) i idealnie sprawdzi się u dziewczyn z ciemniejszymi włosami. Wersja, którą tu pokazuję to Medium/Dark.
Drugim produktem jest Loreal Brow Arist Sculpt w kolorze 03 Cool Brunette. To kosmetyk dwuzadaniowy – można nim utrwalać włoski, ale także je domalowywać. Ma ciekawy aplikator i należy nauczyć się nim posługiwać. Brow Artist Sculpt ma zdecydowanie chłodniejszy i nieco ciemniejszy odcień od poprzednika – sama mam ciemne włosy i świetnie się u mnie sprawdza. Lubię zabierać go w podróże, bo nie muszę mieć wtedy żadnych cieni ani kredek do brwi.

Ostatnią dwójką jest para konturówek z Lovely. Towarzyszą mi one przy wielu makijażach, ponieważ mają na tyle uniwersalne kolory, że pasują do kilku szminek. Numer 1 to brudny róż, który zależnie od pomadki wygląda bardziej beżowo, lub różowo. Numer 2 to fuksja – dopasuje się do wielu ciemno – różowych pomadek. Obie są kremowe, miękkie i łatwo się nimi maluje, natomiast nie są to najbardziej trwałe konturówki w mojej kolekcji. Nie mniej jednak lubię po nie sięgać i mam zamiar dokupić jeszcze jeden egzemplarz tej jaśniejszej. Za taką cenę – BRAĆ I SIĘ NIE ZASTANAWIAĆ 😛

Znalazłyście coś ciekawego w moich propozycjach? Wybieracie się na promocje w Rossmannie? Na który tydzień czekacie najbardziej?
Pozdrawiam 🙂
Uncategorized

LETNIE NIEZBĘDNIKI | WIBO | LA ROCHE POSAY | URIAGE | PAESE | VICTORIA’S SECRET

12 sierpnia 2016

Hej!
Jestem ciekawa, czy chętniej wykonujecie zabiegi pielęgnacyjne latem, czy zimą? Przyznam, że u mnie różnie z tym bywa – pewne łatwiej przychodzą mi latem, inne zimą. Kiedy jest ciepło nie przepadam za smarowaniem ciała olejami czy balsamami, za to większą uwagę przykuwam do dokładnej depilacji i złuszczania martwego naskórka. Zimą chętniej sięgam po masła do ciała, ale często zapominam o dbaniu o stopy. O skórę twarzy dbam jednakowo – wiem, że kiedy na kilka dni sobie odpuszczę będą na mnie później czekać wypryski, zaskórniki i zanieczyszczona skóra.

Każda pora roku wiąże się u mnie z pewnymi niezbędnikami, o których chciałabym Wam opowiedzieć. Lato kojarzy mi się z konkretnymi kosmetykami i bez nich nie wyobrażam sobie mojego makijażu czy pielęgnacji. Też tak macie? Stosujecie produkty okresowo, czy nie zwracacie większej uwagi na otaczającą Was aurę? Jeśli jesteście ciekawi co znalazło się w przygotowanym przeze mnie zestawieniu – zapraszam dalej 😀

WODA TERMALNA URIAGE – NAJLEPSZA, BO IZOTONICZNA!
Po wodę termalną staram się sięgać regularnie. Nic tak dobrze nie łagodzi podrażnień. Sprawdza się nawet w awaryjnych sytuacjach takich jak lekkie oparzenie, przeholowanie z opalaniem czy ugryzienie komara. 
Zawsze sięgam po wodę Uriage, ponieważ nie wymaga ona osuszania. Nie chcę dodatkowo podrażniać mojej skóry wycieraniem nadmiaru wody – wybieram więc takie, które mają takie samo stężenie soli mineralnych, jakie znajdują się w komórkach naskórka – to zapobiega wysuszaniu skóry, ponieważ proces osmozy nie zachodzi (w wielkim uproszczeniu :P).
Woda termalna z Uriage ma wygodny, sprawnie działający atomizer i niezbyt wysoką cenę – za 150 mililitrową butelkę płacę na promocji od 13 do 15 złotych. Jest wydajna i starcza na długo – zużyłam dopiero 1 opakowanie – starczyło mi na kilka miesięcy 🙂
Zauważyłam też, że po regularnym pryskaniu wodą termalną wypryski na skórze goją się zdecydowanie szybciej.

BIBUŁKI MATUJĄCE WIBO – POGROMCY TŁUSTEJ SKÓRY!

Bibułki matujące to gadżet, którego nie może zabraknąć w mojej wakacyjnej kosmetyczce oraz torebce, którą aktualnie noszę. Może zabraknąć w niej pudru, ale nie tych małych kawałków pergaminu.
Odkąd używam matujących filtrów (o których wspomnę jeszcze w tym poście) nie mam tak dużego problemu z przetłuszczaniem w strefie T. Jeśli do kompletu mam na buzi podkład mineralny – makijaż jest nie do zdarcia i bibułki nie są mi wtedy potrzebne.
Kiedy jestem pomalowana tradycyjnym, płynnym podkładem po kilku godzinach od aplikacji, moje czoło, broda i skrzydełka nosa zaczynają błyszczeć. Nie chcę wtedy używać pudru, bo wiem, że w połączeniu z sebum stworzy on na mojej skórze nieestetycznie wyglądające ciastko. Bibułki matujące rozwiązują sprawę – wybieram te najzwyklejsze, najtańsze, bo wszystkie, moim zdaniem, działają tak samo.

PUDER RYŻOWY (LUB BAMBUSOWY) PAESE – JEDEN, BY SEBUM RZĄDZIĆ
Przyznam szczerze, że po drogeryjne pudry w kompakcie sięgam niezwykle rzadko – zazwyczaj zabieram je tylko na krótkie wyjazdy – za słabo matują moją skórę, a do tego przyczyniają się do zapychania porów. Odkąd poznałam pudry Paese trwały makijaż nie jest dla mnie pojęciem obcym. 
Pudry stosuję pod podkład, kiedy stawiam na minerały oraz na zakończenie w celu utrwalenia podkładów (i drogeryjnych i mineralnych). Bardzo dobrze sprawdzają się w przypadku cer tłustych i mieszanych – trzymają całość w ryzach cały dzień – nie muszę nic poprawiać, a to dla mnie cenna właściwość.
Stosowane z umiarem nie bielą i nie wysuszają, ale u osób wrażliwych mogą przyczynić się do przesuszania skóry. Absorbują sebum, przez co skóra wyświeca się zdecydowanie później. Mają tendencję do podkreślania suchych skórek, ale na szczęście nie mam z nimi ostatnio większych problemów.

MGIEŁKI VICTORIA’S SECRET – UWODZICIELSKIE, INTRYGUJĄCE I PIĘKNIE PACHNĄCE
Latem zdecydowanie częściej sięgam po mgiełki zapachowe – są lekkie, mają świeże zapachy, nie przytłaczają. Niektóre mają jedną wadę  – ich zapach szybko znika :C Niedawno dostałam od Mateusza dwie mgiełki od Victoria’s Secret, które od dłuższego czasu były na mojej chciejliście.
Mango Temptation to zapach słodki, owocowy, idealny na ciepłe dni. Ma w sobie kwaśną nutę hibiskusa i słodycz mango. Jest soczysty, potrafi mnie naładować pozytywną energią. Aqua Kiss to zapach kobiecy, kwiatowy, ale nadal delikatny – nie sposób przejść obok niego obojętnie. Główne utz to stokrotka i frezja. Na mojej skórze utrzymują się dość długo – mniej więcej kilka godzin. Nie są tak intensywne i trwale jak perfumy, ale maja w sobie to coś i kiedy na zewnątrz jest ciepło sięgam po nie zdecydowanie częściej.

LA ROCHE POSAY, ANTHELIOS XL, ŻEL KREM SUCHY W DOTYKU

Filtry to nieodłączni towarzysze mojej porannej pielęgnacji. Odkąd stosuje retinoidy moja skora jest o wiele bardziej narażona na powstawanie przebarwień. Wole zapobiegać, niż leczyć, wiec praktycznie każdego dnia nakładam na twarz filtr z SPF 50+. Te z La Roche Posay sa moimi ulubionymi – nie bielą skory, nie tworzą smug, a do tego wzdłużają trwałość makijażu – moja skora dzięki nim praktycznie w ogóle się nie świeci. Nie zapychają i skutecznie chronią – za to je lubię!
Jakie są Wasze kosmetyczne niezbędniki, których używacie latem? Postaram się odwiedzać Wasze blogi, ale komentarze będę zamieszczać niestety bez polskich znaków :C
Pozdrawiam :*
Uncategorized

PROMOCJA -49% ROSSMANN | HAUL | CO MNIE ZIRYTOWAŁO? | NA CO WARTO UWAŻAĆ?

9 maja 2016

Cześć!
Promocja w Rossmannie dobiega już końca (na szczęście nasze i naszych portfeli :P), więc dzisiaj chciałabym pokazać Wam co mi udało się kupić. Na samym początku przygotowałam sobie listę na pierwsze dwa tygodnie. Co do ostatniego – nie byłam pewna co chciałabym wrzucić do koszyka, dałam więc sobie wolną rękę. Jeśli jesteście ciekawi, czy trzymałam się swojego planu, czy może tym razem (tak samo jak w listopadzie :P) emocje mnie poniosły – zapraszam dalej 😛

TYDZIEŃ PIERWSZY – TWARZ
Miało być szaleństwo, ale niestety mi nie wyszło 😛 Kilka dni przed promocją udałam się do drogerii w celu poszukania zamiennika dla mojego Loreal True Match N1 – chciałam w końcu przetestować coś nowego – używanie jednego podkładu od kilku lat może się znudzić – uwierzcie 😛 Niestety, mimo usilnych prób nie znalazłam niczego w tak jasnym odcieniu (który teraz jest dla mnie odrobinę za ciemny :C). Owszem, w szafach Rimmela znalazłam podkłady, które były jasne, ale niestety miały różowe tony, a mi bardziej pasują podkłady w neutralnych, może lekko żółtych odcieniach.
Jeśli chodzi o samą promocję, wybrałam się na nią pierwszego dnia na samo otwarcie – 9.10 byłam już na miejscu 😛 Szafy były już oblężone, ale na szczęście wzięłam to co chciałam i szybko uciekłam do kasy. W moim koszyku znalazł się jeden z moich ulubionych korektorów pod oczy – Loreal True Match w odcieniu 1 Ivory (18 złotych). Moją zachcianką w tym tygodniu była nowa paletka do konturowania twarzy na mokro – Loreal Infallible Sculpt, za którą zapłaciłam aż 38,50 zł. To chyba mój najdroższy zakup z całej promocji. Chciałam ją jednak wypróbować, a wiele blogerek wypowiadało się o niej w samych superlatywach – miałam już okazję jej używać i przyznam, że jestem nią pozytywnie zaskoczona. Zdaję sobie jednak sprawę, że do najtańszych nie należy i wiele dziewczyn z tego powodu ją skreśli. Jak już wybadam ją na każdy możliwy sposób na pewno przygotuję dla Was jej recenzję. Ostatnim już, i najtańszym zakupem był bibułki matujące z Wibo, które kosztowały tylko 3,40 zł i również były produktem objętym promocją -49%.

TYDZIEŃ DRUGI – OCZY 
Jeśli chodzi o oczy również kupiłam tylko to, co zaplanowałam. Ten tydzień zdominowały produkty Loreala 😛 Moim chciejstwem był tusz – to wszystko przez Paulinę z bloga redttights.blogspot.com – to przez jej recenzję nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Mowa tutaj o Loreal False Lash Wings. Maskara kosztowała 32,97 zł. Postanowiłam wypróbować również nowość do brwi Brow Artist Sculpt, o której na razie jest u nas dość cicho – oglądałam jej recenzje na zagranicznym Youtubie i przyznam, że mocno mnie zaciekawiła. Maskara do brwi kosztowała 24,50 zł. Ostatnim produktem, jaki znalazł się u mnie w koszyku jest eyeliner, również z Loreala. Wybrałam wersję czarną – Super Liner Perfect Slim. Kresek rysować nie umiem, eyelinerami w kałamarzu często robię sobie grube linie, które przy mojej budowie oka nie są wskazane. Postanowiłam wybrać więc coś w pisaku z bardzo cienką końcówką i padło na Super Liner. Używałam go kilka razy i jestem zadowolona. Po raz pierwszy udało mi się narysować tak cienką linię, która miała za zadanie optyczne zagęszczenie linii rzęs. Jeśli będzie wydajny i nie zaschnie zbyt szybko na pewno stanie się moim ulubieńcem, do którego będę stale wracać. Kosztował 18,50 zł.

TYDZIEŃ TRZECI – USTA I PAZNOKCIE

W tym wypadku pozwoliłam sobie na totalną dowolność. Pojechałam do Rossmanna nieco później, kręciłam się przy szafach pół godziny i, uwaga uwaga, nic ciekawego nie znalazłam. Oprócz kredek do ust, które chciałam wypróbować szukałam jeszcze szminek w ciekawych kolorach. nic nie przyciągnęło mojej uwagi :C Chciałam kupić kolejne Rouge Edition Velvet od Bourjois, ale stwierdziłam,  że to za drogi biznes – tym bardziej, że to bardziej zachcianka niż potrzeba. Postanowiłam więc nie kupować nic na siłę i pozostałam przy trzech produktach z kolorówki. Pierwszym z nich jest szminka Wibo Juicy Colour, która znalazła się w rozdaniowej paczce. Kosztowała 5,85 zł. Dla siebie wybrałam dwie pomadki w kredce – fuksję Astor Soft Sensation 013 Magic Magenta (14,50 zł) i róż Rimmel 110 Make me Blush (14,40 zł).

Z balsamów do ust wybrałam Blistex w wersji mango i pomarańcza, który kosztował mniej więcej 5,50 i zł i Carmex o smaku Granatu – za który zapłaciłam mniej więcej tyle samo.

Jeśli chodzi o paznokcie do koszyka wpadł tylko niezawodny żel do skórek z Sally Hansen – Instant Cuticle Remover. Zapłaciłam za niego mniej więcej 11 złotych. 
CO MNIE ZIRYTOWAŁO?
Tłumy, otwierające wszystko kobiety, wyrywanie sobie produktów z rąk i ciągła walka o ostatnie sztuki. Wiem, że to normalne, bo na każdej takiej promocji dzieje się to samo, ale kiedy kobieta otwiera wszystkie tusze z droższych szaf (nie po jednej sztuce z każdego rodzaju, dosłownie wszystkie), a ja proszę o zwrócenie jej przez pracownicę i nic się w tym kierunku nie dzieje – człowiek traci wiarę w człowieka 😛 Większość szminek była ponapoczynana, wymaziana, połamana – jakby przez półki przeszedł tajfun… Czy nie można po prostu wziąć tego co się chce i kulturalnie ten kosmetyk kupić? Bez przepychania się łokciami i otwierania wszystkiego po kolei? Sama nie wiem – nawet świetnie wyglądające i dobrze ubrane kobiety zachowywały się w Rossmannie jak, za przeproszeniem, stado bydła…
NA CO WARTO UWAŻAĆ?
Na politykę podwyższania cen przez Rossmann. Zdarza się to najczęściej przy produktach, które sprzedają się w większej ilości – pomadek matowych z Bourjois, tuszy i podkładów Loreala, paletek Wibo. Ceny w internetowej drogerii Rossmanna podskoczyły już na starcie, ja niestety nie miałam wyboru i cen nie mogłam w żaden sposób porównać, bo w okolicy mam tylko jeden Rossmann i to oddalony ode mnie o dobre 25 kilometrów. Ceny skoczyły do góry nawet o 5-6 złotych, co moim zdaniem jest po prostu robieniem z klientów głupiej masy. To jawne oszustwo i moim zdaniem takie „czarne interesy” nie powinny mieć miejsca – nie lepiej zrobić promocję -40% a zostawić przy tym te same ceny, które były dzień przed jej rozpoczęciem? Wiem, że Rossmann zwracał pieniądze jeśli udowodniło się im, że podnieśli ceny, ale jak ja miałam to zrobić? Fotografować szafy tydzień przed? 😛 Nie wiem 😛
Udało Wam się upolować to, co chciałyście na promocji w Rossmannie? Co sądzicie o polityce podnoszenia cen? Jak oceniacie zachowanie klientek?
Pozdrawiam 😉
Uncategorized

PROMOCJA ROSSMANN KWIECIEŃ 2016 | CO WARTO KUPIĆ? | CZĘŚĆ 1 – TWARZ

19 kwietnia 2016
Hej!
Pytałam Was na Facebooku czy chcielibyście zobaczyć, jakie kosmetyki są, według mnie, godne polecenia i kupienia na najbliższej promocji w Rossmannie, która rozpoczyna się już w środę (czyli jutro :P). Przygotowałam dość duże zestawienie tego, co u mnie się sprawdziło + 2 nowości, których jeszcze nie miałam. Mam nadzieję, że pomogę Wam się na coś zdecydować, albo wręcz przeciwnie – po przeczytaniu krótkiego opisu zrezygnujecie z kosmetyku i zaoszczędzicie kilka groszy 😀
Jeśli jesteście ciekawi, jakie produkty do twarzy polecam – przejdźcie do dalszej części posta 🙂

PODKŁADY:
  • Loreal True Match – mój faworyt i podkład numer jeden, Jestem mu wierna od lat, ponieważ jest to jeden z niewielu podkładów drogeryjnych, który jest na tyle jasny, abym mogła go używać.  Ma satynowo-matowe wykończenie i zawiera mikroskopijne drobinki, które mają rozświetlać naszą twarz – na szczęście nie są widoczne na twarzy. Niestety ma tendencję do podkreślania suchych skórek, ale jestem mu w stanie to wybaczyć. Na mojej mieszanej skórze dobrze się trzyma. Ma dobre krycie, ale raczej nie da się nim zrobić maski na twarzy, a na większe niedoskonałości będzie trzeba nałożyć korektor.
PUDRY: 
  • Rimmel Lasting Finish – puder, który mam aktualnie w swojej kosmetyczce. Ma fajne, funkcjonalne opakowanie z lusterkiem i dość dużą pojemność. Jest wydajny. Nie daje efektu płaskiego matu, więc nie bardzo sprawdzi się w przypadku cery tłustej. Jest lekko kryjący i można nakładać go na mokro.
  • Rimmel Stay Matte –  jeden z najbardziej sławnych pudrów blogosfery. Jest tani i dobrze matuje, ma ładne, jasne kolory. Moją skórę matowi na naprawdę dość długo okres czasu. Minusem jest niezbyt trwałe opakowanie, które ni nadaje się do torebki – puder potrafi się otworzyć ;/
  • Loreal True Match – Jeden z moich pierwszych pudrów, jest dużo droższy od poprzedników (mniej więcej 2 razy), ale miło go wspominam. Jego opakowanie ma podobną budowę do pudru Lasting Finish – tu również mamy oddzielna kasetkę na gąbeczkę i lusterko. Daje ładny efekt na buzi, dobrze matuje, jest idealny do poprawek w ciągu dnia.

KOREKTORY:
  • Maybelline Affinitone – jest to korektor dla osób, które szukają średniego krycia. Ma ładne kolory i kremowe wykończenie. Raczej nie wchodzi w załamania czy zmarszczki, ale trzeba pamiętać, aby nie przesadzić z jego ilością. Nie zakryje dużych sińców pod oczami, ale dobrze sprawdza się u osób potrzebujących mniejszego krycia.
  • Loreal Lumi Magique – korektor typowo rozświetlający, idealny pod oczy dla osób, które mają niewielkie problemy z cieniami 9nie oznacza to, że korektor nie kryje – moim zdaniem ma lekkie krycie w stronę średniego). Ładnie rozświetla i wyrównuje koloryt, dobrze stapia się ze skórą.  Niestety, jak większość korektorów w pisaku, nie jest zbyt wydajny. 
  • Loreal True Match – mój ulubiony drogeryjny korektor. Idealnie sprawdza się przy zakrywaniu sińców, ponieważ jego najjaśniejszy odcień ma dużo żółtego pigmentu. Dobrze kryje i jest wydajny. Nie wysusza okolicy pod oczami i nie wchodzi w załamania. Warto go przetestować.

BAZY POD MAKIJAŻ:
  • Rimmel Lasting Finish Primer – to jeden z dwóch kosmetyków, których jeszcze nie miałam w swojej kolekcji. Nie mam w kosmetyczce żadnej bazy pod podkład, a wiem, że ta nie jest aż tak silikonowa w odczuciu jak te tradycyjne. Nie będę jej używała na co dzień, tylko  na jakieś większe wyjścia – myślę, że w takiej kwestii da radę.
ROZŚWIETLACZE:
  • Wibo Diamond Illuminator – jeden z najpiękniejszych i najtańszych rozświetlaczy, porównywany do Marry Lou Manizer 😀 Ma go moja mama, więc miałam okazję go używać i daje bardzo ładny efekt na skórze. Nie jest ani za ciemny, ani za jasny. Nie wpada ani w różowe ani w żółte tony – powiedziałabym, że to kolor szampański. Dobrze trzyma się na skórze i nie ma w sobie drobinek.
  • Lovely Gold Highlighter – to z kolei rozświetlacz, który znalazł się w mojej kosmetyczce. pod względem konsystencji i jakości jest bardzo zbliżony do brata z sąsiedniej marki, natomiast ma zupełnie inny kolor – jest złoty. W Rossmannie dostępna jest jeszcze wersja chłodniejsza, która wpada delikatnie w srebro. 
BRONZERY / PRODUKTY DO KONTUROWANIA:
  •  Loreal Infallible Sculpt – to duo do konturowania twarzy od Loreal to coś, co zapragnęłam mieć od momentu, w którym pierwszy raz zobaczyłam ten kosmetyk. Podobno ma ciekawą – pudrowo-podkładową konsystencję, której jestem chyba najbardziej ciekawa. Najjaśniejsza wersja ma ładny, chłodny bronzer, którego brakuje mi w mojej kolekcji. Będę na nią polować jutro z samego rana 😛
RÓŻE:
  • Bourjois Blush – przepiękny, kultowy róż. Mam odcień 34 Rose D’or i to właśnie ten konkretny chciałam Wam polecić.  Jest wypiekany, ma perfumowany, dość intensywny zapach, co nie każdemu będzie odpowiadać. Jest różowy, ale odbija światło na złoto, co daje wielowymiarowy efekt. Do tego jest tak wydajny, że chyba nie sposób go zużyć przez 5 lat 😛
  • Maybelline Dream Touch Blush – to jedyny kremowy róż, jaki posiadam. Używam go najczęściej latem, bo mogę go przypudrować i lepiej się wtedy trzyma. Daje delikatny efekt, chociaż można go stopniować dodając kolejne warstwy. 
To już wszystkie kosmetyki do twarzy, które są moim zdaniem godne polecenia. Znacie któreś z nich? Lubicie? Co planujecie kupić na promocji?
Pozdrawiam :3
Uncategorized

ULUBIEŃCY GRUDNIA | Balea | Wibo | Ponownie Bourjois

5 stycznia 2016
wibo 3 steps to perfect face contour palette trio bourjois rouge edition velve 06 pink pong balea oil repair odżywka

Cześć!
Niedługo na blogu pojawią się ulubieńcy roku, postanowiłam jednak podsumować ubiegły rok dopiero po napisaniu posta na temat ulubieńców grudnia. Znajdą się tu bowiem kosmetyki, których używałam właśnie podczas makijażu i pielęgnacji w ciągu ostatniego miesiąca i niektóre z nich nie zostały przeze mnie poznane na tyle dobrze, żeby wrzucać je do jednego worka z pozostałymi perełkami. Zapraszam Was dziś na posta, w którym pojawią się: odżywka z olejem arganowym z Balei, paletka do konturowania od Wibo oraz ponownie Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze 06 Pink Pong. 

bourjois rouge edition velvet swatch 06 pink pong blog

BOURJOIS, POMADKA ROUGE EDITION VELVET, 06 PINK PONG
Jest to pomadka, która już drugi raz pojawia się w ulubieńcach. Jest jednak naprawdę tego warta. Na moich ustach lądowała dość często, bo mam do niej wielkie zaufanie. Długo się trzyma, ne wysusza i nie podkreśla zbytnio suchych skórek (ale nie mogę też powiedzieć, że je maskuje). Kolor wpija się w usta i przy minimalnych poprawkach wytrzymuje u mnie cały dzień. Nie raz spisała się na medal w podbramkowych sytuacjach i na pewno nie raz będę do niej wracać.

Co do koloru – jest piękny, mocno nasycony – uwielbiam takie fuksje. Optycznie wybiela zęby i dzięki temu jeszcze częściej mamy ochotę się uśmiechać 🙂

wibo 3 steps to perfect face contour palette blog

WIBO, PALETA DO KONTUROWANIA TWARZY, 3 STEPS TO PERFECT FACE

Swoją sztukę dorwałam na promocji w Rossmannie w listopadzie ubiegłego roku. Bronzer jest niestety nie dla mnie – niektórzy mówią, że ma ładny, neutralny odcień, ale na mojej bladej twarzy wypada zdecydowanie zbyt pomarańczowo. Róż jest jednym z najpiękniejszych, jakie miałam w swojej kolekcji. Nadaje twarzy zdrowemu blasku i jest dobrze napigmentowany (chociaż na ręce tego nie widać) i opalizuje na złoto. Rozświetlacz w stosunku do różu ma nieco zbyt chłodny odcień, ale używam go z innymi kosmetykami tego typu lub solo. Bardzo przypomina mi Diamond Iluminator – daje taflę blasku, nie ma w nim nieporządanych drobinek.

wibo 3 steps to perfect face contour palette blog

Wszystkie trzy produkty mają aksamitną, delikatnie kremową konsystencję. Troszkę się osypują, ale nie jest to uporczywe i nie przeszkadza w ich użytkowaniu. Opakowanie jest małe, solidne i posiada duże lusterko. To trio fajnie sprawdza się u mnie w podróży, kiedy nie nie mogę zabierać ze sobą zbyt wielu kosmetyków.

wibo 3 steps to perfect face contour palette blog swatch swatches

wibo 3 steps to perfect face contour palette blog

BALEA, ODŻYWKA DO SPŁUKIWANIA OIL REPARIR Z OLEJEM ARGANOWYM

Odżywkę, o której tu piszę kupiłam już dawno temu –  w wakacje. Pół roku czekała w kolejce, żebym mogła jej użyć. Kosztowała niewiele, a moje włosy naprawdę ją pokochały. Opakowanie – miękka tuba – jest wygodne i nie trzeba się zbyt mocno gimnastykować, żeby wydobyć z niego produkt. Kosmetyk ma rzadką konsystencję, przez co delikatnie spływa z włosów. Po użyciu tej odżywki moje włosy są dociążone, lśniące i mięsiste – kochają emolienty, a w tej odżywce można znaleźć ich sporo. Polecam ją osobom ze zniszczonymi lub suchymi włosami – powinna ładnie je wygładzić. 
Znacie kosmetyki, które stały się moimi grudniowymi ulubieńcami? Co Wam wpadło ostatnio w oko i nie rozstajecie się z tym na krok?
Pozdrawiam :3