Wybrany tag

Skin79

Uncategorized

PROJEKT DENKO | OSTATNIE TAKIE WIELKIE W TYM ROKU :P

14 października 2016

Hej!
Na samym początku chciałam Wam powiedzieć, że będziemy musieli zmienić harmonogram publikowania postów – czwartek niestety nie bardzo mi pasuje, bo cały tydzień mam zajęcia do dość później pory, a kiedy kończę wcześniej – muszę uczyć się na najbardziej wymagające przedmioty. Piątek będzie dla mnie dniem idealnym, ponieważ w piątki będę miała tylko chemię – przez 5 tygodni – a później czekają mnie długie, wolne weekendy 🙂 
Pisałam już o ulubieńcach, podsumowywałam Instagram – przyszedł wiec czas na projekt denko. To ostatnie, jakie „stworzyłam” wspólnie z mamą – dlatego znajduje się w nim znowu sporo kosmetyków. Już teraz mogę zaznaczyć, że następne na pewno nie będą tak okazałe – zużywanie solo idzie mi o wiele, wiele wolniej 😛 Jeśli jesteście ciekawi, jakie kosmetyki dobiły dna we wrześniu i chcecie przeczytać krótkie opinie na ich temat – zapraszam do dalszej części posta 🙂

WŁOSY:

  • SZAMPON  WZMACNIAJĄCY DO WŁOSÓW, JOANNA, JOANNA RECEPTURA, SKRZYP ROZMARYN

Ten szampon rezydował na mojej półce bardzo długo. Kupiłam go kiedyś na promocji w Biedronce i używałam do mocniejszego oczyszczania skóry i włosów mniej więcej raz na 1-2 tygodnie. Był wydajny, bardzo dobrze się pienił i oczyszczał włosy z nadbudowanych protein, silikonów czy innych zanieczyszczeń. Pachniał ziołowo, ale zapach nie utrzymywał się zbyt długo na głowie. Nie podrażniał mojego skalpu i nie mogłam na niego narzekać. Za 400 mililitrów zapłaciłam niecałe 8 złotych. Jeśli kiedyś go gdzieś znajdę – na pewno wrzucę go do koszyka 🙂
  • ODŻYWKA BEZ SPŁUKIWANIA DO WŁOSÓW ZNISZCZONYCH, LOREAL ELSEVE TOTAL REPAIR

Odżywki w sprayu to mój must have jeśli chodzi o pielęgnację włosów. Zazwyczaj wybieram te z Gliss Kura i stosuję zamiennie różne wersje – pomagają mi rozczesać włosy, wygładzają je i nabłyszczają. Ostatnio sięgnęłam jednak po Loreal Elseve, ponieważ oprócz hydrolizowanej keratyny zawierała kwas mlekowy i to bardzo wysoko w składzie (chyba 2 pozycja :)). Jej działanie rzeczywiście było widoczne – moje włosy były silniej nawilżone i gładkie. Niestety czasem powodowała puszenie – szczególnie wtedy, kiedy było wilgotno, niestety humektanty tak mają. Nie była tak wydajna jak odżywki Gliss Kur, ale mimo to, bardzo ją polubiłam! Na pewno kupię kolejne opakowanie, bo tak dobrej mgiełki już dawno nie miałam 🙂
  • SZAMPON DO WŁOSÓW NAWILŻAJĄCY, ALTERRA, GRANAT I ALOES

Niejednokrotnie pisałam, że szampony z Alterry są moimi ulubieńcami. Niestety ostatnio przestały mi służyć – po latach ciągłego używania nie są już tak skuteczne i jestem w trakcie szukania dla nich godnego zamiennika. Wersja z aloesem i granatem jest moją ulubioną. Ma lekko galaretowatą konsystencję. Mimo braku SLS/SLES szybko się pieni i nie ma z tym większych problemów. Dobrze oczyszcza włosy, domywa nawet oleje. Nie podrażnia skóry głowy. Włosy po jego zastosowaniu są miękkie i lśniące, czasem obchodziłam się nawet bez maski i przyznam, że wyglądały całkiem fajnie. Może nie nawilża włosów, ale na pewno tego poziomu nie obniża.

CIAŁO:

  • DIAMOND COSMETICS, SEMILAC, ACETON
Acteon, którego używałam do ściągania hybryd. Nie uczulał mnie, ale za to mocno wysuszał skórki i paznokcie – musiałam zastosować olejek na noc, żeby wróciły do normalnego stanu. Nie zawiera żadnych dodatków nawilżających, to czysty aceton. Półlitrowa butelka, która starczyła mi na kilka miesięcy kosztowała nie więcej niż 20 złotych. Nie kupię ponownie – wolę removery z lanoliną.
  • LUSH COMFORTER
Prawdziwe cudo – nie wiedziałam, że można się tak zakochać w produkcie do robienia piany. Nie należał do najtańszych, bo za  200 gramową kostkę zapłaciłam 6 euro, ale moim zdaniem jest wart swojej ceny. Jeśli nie lejecie bardzo dużo wody do wanny – starczy na 4 kąpiele. W innym przypadku radzę podzielić go na 3 kawałki. Barwi wodę na intensywnie różowy kolor, pachnie ona słodkimi, pudrowymi cukierkami. Piana jest, ale na pewno nie tak duża, jak niektórzy oczekują tego po kąpielowych dodatkach. Woda jest po nim tłusta, a ciało tak miękkie, że nie ma potrzeby używania jakichkolwiek dodatkowych produktów nawilżających. Jestem zadowolona, że jednak się na niego zdecydowałam i kiedy będę miała okazję – może do niego wrócę. Nie jestem jednak pewna, bo Lush kusi ciekawymi nowościami, a chyba wolę przetestować ich kolejne kosmetyki 😀 Znacie ten ból? 😛
  • PALMOLIVE, ŻEL POD PRYSZNIC, GLAMOUR, JEŻYNY, SMOCZY OWOC I WANILIA
Rzadko sięgam po żele pod prysznic z Palmolive – jakoś nie przepadam za tą marką, a d tego wszystkie z nich zawierają silne detergenty, które niestety mocno wysuszają moją skórę – szczególnie w sezonie grzewczym. Tego używałam naprzemiennie z Dove i przyznam, że jestem z niego zadowolona. Miał lekko lejącą konsystencję, ale dobrze się pienił i nie trzeba było używać go zbyt dużo. Zapach rzeczywiście przypominał cierpkie jeżyny połączone z nutą słodkiej wanilii – moim zdaniem jest odpowiedni i na lato i na chłodniejsze miesiące. Na razie mam zapas żeli, więc nie zamierzam do niego wracać, ale kiedy już trochę ich zużyję – pomyślę o nim – zapach utkwił mi w pamięci 🙂
  • PALMERS, BALSAM DO CIAŁA, COCOA BUTTER FORMULA, MASSAGE LOTION STRETCH-MARKS
Mimo tego, że jestem osobą szczupłą i nie mogę narzekać na duże wahania wagi – mam rozstępy. To zmora wielu dziewczyn i kobiet, moje są już jasne, mniej widoczne, ale nie mogę z nimi walczyć tak jak na początku – najprawdopodobniej będą mi towarzyszyć już zawsze. Staram się jednak zapobiegać powstawaniu nowych i w tym celu nawilżam moją skórę treściwymi olejami czy balsamami. W moje ręce trafił ten od Palmersa – słyszałam na temat tych kosmetyków wiele pozytywnych opinii i chciałam przetestować je na własnej skórze. Balsam na przyjemny, kakaowy zapach, który na skórze zaczyna niestety trochę nieprzyjemnie pachnieć – na szczęście kilka minut po aplikacji ten dziwny zapach się ulatnia i nie ma już z tym większych problemów. Bardzo dobrze nawilża skórę – masło kakaowe występuje w składzie, niestety znajduje się w nim też parafina, ale nie zauważyłam wysypu krostek. Skóra przy regularnym stosowaniu jest miękka, napięta i nabiera ładnego, zdrowego koloru (nie mylić z jej przyciemnieniem). Lubiłam ten kosmetyk i z przyjemnością po niego sięgałam. Nie zauważyłam, aby powstawały nowe rozstępy, choć teraz nie pojawiają się one u mnie tak często jak kiedyś. Myślę, że jeszcze do niego wrócę.
  • FA, ANTYPERSPIRANT FRUIT ME UP, FRUITY TOUCH
W poprzednim denku pisałam Wam o drugiej, także limitowanej wersji tego zapachu. Tamta bardzo mi się podobała – była owocowa, ale świeża i soczysta. Ta miała w sobie jakby więcej kwiatowych nit. Doskonale była tu też wyczuwalna wiśnia, za którą niekoniecznie przepadam. Przez to, że zapach nie do końca mi odpowiadał nie polubiłam się z tym kosmetykiem. Ochrona była na średnim poziomie, a nie należę do osób, które narzekają na problem nadmiernej potliwości. Nie wrócę do niego – pewnie nawet nie będę miała okazji, bo jak widać po napisie na opakowaniu – jest to wersja limitowana. 

TWARZ:

  • GARNIER, DWUFAZOWY PŁYN DO DEMAKIJAŻU OCZU
Kiedyś, kiedy płyny micelarne nie były jeszcze tak popularne, dwufazówki były jedynymi kosmetykami (oprócz mleczek), którymi można było usunąć makijaż oka. Postanowiłam wrócić do takiego płynu i sprawdzić, czy rzeczywiście zobaczę różnicę. Dwufaza z Garniera była dobra, ale nie na tyle, żebym miała porzucać płyny micelarne i oleje na jej rzecz. Domywała makijaż, ale trwało to znacznie dłużej i mam wrażenie, że demakijaż nie był wtedy tak dokładny, jak po połączeniu olejku i miceli. Do takiego typu kosmetyków już nie wrócę – nie stosuję tuszy wodoodpornych, a mam wrażenie, że z takimi te płyny by sobie nie poradziły. 
  • SOLO CARE, PŁYN DO SOCZEWEK
Mój ulubiony płyn, o którym pisałam na tym blogu już kilkakrotnie. Dobrze rozpuszcza białkowy nalot z soczewek, sprawia, że są one czyste i komfortowe w noszeniu przez wiele godzin. Płacę za niego 40 złotych, a tak duża pojemność (360 mililitrów) spokojnie starcza mi na 3 miesiące praktycznie codziennego stosowania. Wrócę do niego ponownie. 
  • ZIAJA, MASKA OCZYSZCZAJĄCA Z GLINKĄ SZARĄ
Ostatnio nie używam zbyt często maseczek w takiej formie – większość z nich mam w pudełeczkach albo tubkach, natomiast te z Ziaji są jednymi z moich ulubionych. Kosztują grosze, a działają. Wersja do skóry mieszanej z glinką szarą fajnie oczyszcza i odświeża skórę bez jej jednoczesnego wysuszania.  Lubię sięgać po każdą z tej serii, natomiast ta sprawdza się na mojej skórze najlepiej. Ma przyjemny, słodki zapach i nie zasycha, przez co dość łatwo się ją zmywa. Po jej użyciu zanieczyszczenia porów zostają w sporym stopniu usunięte, a skóra wygląda na gładszą i ma bardziej równomierny koloryt. Na pewno do niej wrócę. 
To kosmetyk, który dostałam kilka miesięcy temu w ramach współpracy. Używałam go do wieczornego mycia twarzy i jestem zaskoczona, że działał tak fajnie! Skóra była tak oczyszczona, że aż „skrzypiała” od czystości. Mimo tego nie zauważyłam przesuszenia czy innych negatywnych skutków używania tego kosmetyku. W połączeniu z soniczną szczotką dobrze usuwał zanieczyszczenia i ewentualne resztki makijażu. Nie zawierał silnych detergentów i nie podrażniał mojej skóry. Pisałam już pełną recenzje na jego temat i znajdziecie ją, klikając w link w opisie tego akapitu. Jedynym minusem jest dla mnie dość wysoka cena, ale wynagradza nam ją wydajność tego kosmetyku. Może wrócę ponownie.
Mój „Święty Graal”, krem, które używam z przerwami od kilku dobrych lat. Dobrze działa na skórę, nie zapycha jej, a małe, ropne krostki goją się przy jego stosowaniu zdecydowanie szybciej. Idealnie nadaje się na dzień, pod makijaż, ale można też stosować go wieczorem. Nie przyspiesza przetłuszczania się mojej skóry i nie obciąża jej. Na promocji można dorwać taką 40 mililitrową tubkę za około 40 złotych. Przy jednorazowym, codziennym stosowaniu takie opakowanie starcza mi mniej więcej na 2,5 miesiąca, góra 3. Szukam dla niego godnego zamiennika, ale nadal nic ciekawego nie znalazłam – może Wy macie coś godnego polecenia? Pełną recenzję możecie przeczytać, klikając w link w tytule. Sama na pewno kupię go ponownie, ale na razie chciałam znów trochę od niego odpocząć 🙂
  •  BEBEAUTY, HYDRATE, NAWILŻAJĄCE CHUSTECZKI DO DEMAKIJAŻU
Chusteczki, które zabrałam ze sobą zamiast płynu micelarnego na dwutygodniowy wyjazd do Niemiec. W opakowaniu mamy 25 sztuk. Niestety chusteczki nie są zbyt mocno nawilżone i miał problemy z domywaniem resztek, których nie pozbył się zastosowany wcześniej olejek. Widziałam sporo pozytywnych opinii na ich temat, ale sama ich nie polecam. Moje ulubione chusteczki dla dzieci są o wiele tańsze – mają w opakowaniu 2 razy więcej sztuk, a cena jest podobna. Sprawdzają się o wiele lepiej i bez problemów domywają makijaż – nawet samodzielnie. Nie wrócę do nich ponownie. 
  • ECOSPA, OLEJEK Z PESTEK ARBUZA
Jeden z najlżejszych olejków, jakich miałam okazję używać. Nie pachnie, przy użyciu minimalnej ilości dość szybko się wchłaniał. Niestety musiałam przestać go używać jako nawilżacza, bo przy kilku miesiącach regularnego olejowania skóry twarzy na noc mocno się ona zbuntowała. Używałam go do usuwania makijaż i bez problemu radził sobie nawet z bardziej opornymi tuszami. Nie był drogi, więc mogę go polecić. Jeśli jesteście posiadaczkami skóry tłustej – mógłby być dla Was idealnym olejem 🙂 Nie jest zbyt znany, a moim zdaniem działa naprawdę super. 
  • AVA, AKTYWATOR MŁODOŚCI, SERUM Z WITAMINĄ C
To serum to hit mojej pielęgnacji. Po witaminie C moja skóra szybciej się regenerowała, miała ładniejszy kolor a przebarwienia lekko zbladły. Ma prosty skład i konsystencją bardziej przypomina kwas hialuronowy niż typowe serum z witamina C – jest lekkie, nieoleiste i szybko się wchłania, zostawiając na skórze lekko lepką powłoczkę, która znika po zastosowaniu kremu. Nie jest drogie – swoją buteleczkę kupiłam na promocji za około 20 złotych. Spodobało mi się głównie dlatego, że nie zapychało mojej skóry. Na pewno do niego wrócę, kiedy skończę stosowanie tych z kwasami. 

  • PERFECTA, SOFTLIPS, BALSAM DO UST O SMAKU TRUSKAWKOWYM
O tych kostkach lodu pisałam Wam już w kilku projektach denko. Ta jest przedostatnią, jaką mam Wam do pokazania i moim zdaniem jest to, jak na razie, najgorsza wersja z jaką miałam do czynienia. Pominę fakt, że zawiera one filtr przenikający (a takie filtry działają na naszą gospodarkę hormonalną). Ten balsam miał bardzo chemiczny i sztuczny zapach, nie używałam go zbyt często. Nadawał się do nawilżania usta w ciągu dnia, na noc był zdecydowanie za lekki. Miał wazelinkową konsystencję. Niestety jest to kolejna sztuka, która otworzyła mi się w torbie, ubrudziła wszystko i tak skoczyła swój żywot. Nie wrócę do nich ponownie.  

Znacie coś z tych kosmetyków, o których pisałam w dzisiejszym poście? Lubcie czytać projekty denko?
Pozdrawiam i życzę miłego weekendu 🙂 Do zobaczenia w niedzielę! 😀 
Uncategorized

ULUBIEŃCY LIPCA | VICTORIA’S SECRET | SKIN79 | LILY LOLO

17 sierpnia 2016
Hej!
Jak wiecie jestem za granicą i niestety mam tu problem z dostępem do komputera. Miałam dla Was zaplanowanych kilka postów, ale nie wiem jak to się stało, że… znikły… Nie został po nich nawet ślad w formie kopii roboczej – czy komuś przydarzyła się podobna sytuacja? Dodam też, że zaczęły znikać jeden po drugim, tego samego dnia… No cóż – po powrocie do domu będę musiała do nich przysiąść jeszcze raz.
Udało mi się namówić mojego brata i wysłał mi kilka zdjęć z mojego aparatu. Dzisiaj postanowiłam zaprosić Was na post o ulubieńcach lipca – będzie coś z kolorówki, pielęgnacji, a nawet jeden zapach! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś o produktach Victoria’s Secret, Skin79 i  Lily Lolo – przejdźie do dalszej części wpisu!

VICTORIA’S SECTER, MGIEŁKA DO CIAŁA O ZAPACHU AQUA KISS
Mgiełka Aqua Kiss to jedna z dwóch, które otrzymałam kilka tygodni temu w prezencie od Mateusza. Naczytałam się na ich temat wiele, a opinie były skrajne – od tych wychwalających te kosmetyki po takie, w których widniało stwierdzenie, że nie są one warte złamanego grosza. Postanowiłam przekonać się na własnej skórze, czy będą czymś, co pokocham, czy może je znienawidzę.
Aqua Kiss była moim faworytem od samego początku. Zapach  frezji i sokrotki wydawał mi się być kuszący, tym bardziej, że lubię oba te gatunki. Nie mam zbyt wielu perfum o kwiatowych nutach – chyba nie do końca mi odpowiadają. Gdzieś z tyłu mojej głowy krążyła myśl, że z tymi może być podobnie.
Na szczęście pozytynwie się zaskoczyłam. Zapach jest świeży, rześki, kwiatowy i bardzio dziewczęcy. Przez swoją delikatność idealny na co dzień. Jak widzicie – zużyłam go już sporo – głównie dlatego, że stosuję go praktycznie codziennie i nie szczędzę, jeśli chodzi o ilość. Na skórze utrzymuje się może 3-3,5 godziny, na ubraniach jest wyczuwalny zdecydowanie dłużej. Nie pryskam nią włosów – ma w składzie alkohol. Chciecie bardziej szczegółową recenzję?

Nie spodziewałam się, że ten azjatycki kosmetyk tak bardzo przypadnie mi do gustu! Ma naprawdę długi skład (którego wyjaśnienie możecie znaleźć po kliknięciu w tytuł tego akapitu), obawialam się, że może niedostatecznie oczyszczać lub spowodować reakcję alergiczną. Na początku miałam z nim pewne problemy, ponieważ nie polubił się z moim filtrem z La Roche Posay.
Obecnie stosuję go wyłącznie w wieczornej pielęgnacji, do dwuetapowego oczyszczania skóry twarzy. Bardzo dokładnie oczyszcza, skóra aż piszczy od czystości, ale nie jest przy tym wysuszona, a to dla mnie bardzo ważne. Wystarczy jego niewielka ilość, aby dokładnie oczyścić twarz. Ma w sobie mikrogranulki, które są gładkie i nie ścierają skóry zbyt mocno – między innymi dlatego nadaje się do codziennego stosowania. Dobrze współpracuje z moją soniczną szczotką z Dermo Future. Na razie mam zapas kosmetyków do oczyszczania twarzy, ale myślę, że kiedyś do niego wrócę.

Nigdy nie myślałam, że kosmetyki mineralne mogą tak bardzo przypaść mi do gustu. W poście na ich temat pisałam Wam, że ciągle wydawało mi się, że nie są to kosmetyki dla mnie. Potrzebuję dość mocnego krycia – szczególnie na policzkach, gdzie mam najwięcej przebarwień potrądzikowych.
Ten korektor potrafi działać cuda – przy umiejętnym nakładaniu zakryje nawet większe zasinienia i czerwone plamki. Dodatkowo podczas jego stosownia wypryski giną znacznie szyciej – najprawdopodobniej glinka, którą ma w składzie delikatnie je podsusza, co przyspiesza proces gojenia. 
Odcień Blondie jest bardzo jasny, wręcz wpadający w kolor kości słoniowej. Idealnie sprawdzi się u bardzo bladych osób – u mnie lekko się odznacza, ale przyktyty warstwą podkłądu mineralnego ładnie się stapia i nie rzuca w oczy. Mam ochotę na wypróbowanie delikatnie ciemniejszego lub zielonego odcienia – może jeszcze trafią w moje ręce 🙂

Znacie któregoś z moich lipcowych ulubieńców? Może macie coś godnego polecenia?
Mam nadzieję, że za mną tęsknicie 😛 Pozdrawiam i do zobaczenia!
Uncategorized

SKIN79 | NATURAL 98 | YUM YUM CLEANSER | OCZYSZCZAJĄCY SORBET DO MYCIA TWARZY

23 czerwca 2016
Hej!
Czy Wy też lubicie testować kosmetyczne nowinki? Mnie kuszą na tyle, że często popełniam małe grzeszki i dokupuję sobie coś nowego, chociaż nie powinnam, bo najpierw chcę zużyć swoje zapasy 😛 Takim kosmetykiem był SKIN79 Natural 98 – Yum Yum Cleanser – czyli mus do mycia twarzy z nowej, bardziej naturalnej serii azjatyckich kosmetyków. Jesteście ciekawi jak sprawdziła się u mnie ta biała chmurka? Koniecznie przeczytajcie dalszą część posta 🙂

SKIN79
Natural 98 Yum Yum Cleanser 100g.
Nowa linia Natural 98 czerpie swą siłę z bogactw Natury. Wyjątkowa
formuła odżywia skórę już na etapie demakijażu. Mus o energetyzującym,
owocowym zapachu zawiera w sobie ekstrakt z nasion
łzawicy (chiński jęczmień perłowy), który ma silne działanie
antyoksydacyjne, zawiera substancję o właściwościach przeciwzapalnych oraz
działaniu antyhistaminowym. Wyciąg z łzawicy
pomocny jest w leczeniu cer trądzikowych, duża
zawartość lipidów działa korzystnie na cery dojrzałe i suche. 

Mus doskonale oczyszcza skórę z makijażu i sebum
bez konieczności podwójnego mycia twarzy. Ma
lekko kwaśne pH 5, nie narusza bariery ochronnej.

* Yum Yum Cleanser najlepiej przechowywać w chłodnym
pomieszczeniu.
SPOSÓB UŻYCIA: 

1. Nanieść odpowiednią ilość na suchą twarz i delikatnie masować.

2. Zwilżyć dłonie i rozmasować pozostałość musu. 

3. Dobrze spłukać letnią wodą.

 

Przyznam szczerze, że ten produkt przyciągnął moją uwagę właśnie opakowaniem. Słoiczek wykonany z solidnego, grubego plastiku jest zamykany na metalowy „zatrzask” – który mimo tego, że jest dość ciężki w zamykaniu, świetnie chroni zawartość przed wylaniem się – mogę nawet stwierdzić, że nie ma fizycznej możliwości aby mus opuścił wtedy słoik. Etykietka jest bardzo prosta, ale dobrze wykonana – znajdują się na niej nazwa i „logo” kosmetyku. Całość zapakowana jest w kartonik w neutralnym kolorze, który kojarzy się z ekologią, zbieraniem makulatury i kosmetykiem, którego proces tworzenia nie negatywnego wpływu na stan naszej planety. Opakowanie jak najbardziej na plus 🙂

Coix Lacryma-Jobi Ma-yuen Seed Water (66%), Sodium lauroyl Glutamate,
Glycerin
(gliceryna, substancja nawilżająca), Betaine (betaina – związek hydrofilowy o silnym działaniu nawilżającym), 1,2-Hexanediol, Carbomer, Hydroxyacetophenone,
Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Potassium Hydroxide,
Citrus Junos Seed Oil
(olejek z pestek drzewa Yuzu, jest to drzewko rodzące owoce podobne do cytryny, podobne właściwości ma też ten olej – odświeżające, rozjaśniające), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy – emolient, natłuszcza skórę), Camellia Japonica
Seed Oil
(olej z drzewa herbacianego, ma silne działanie antybakteryjne i antyseptyczne, stosowany w nadmiarze może wysuszać skórę), Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil (olej z pestek moreli – hamuje nadmierną utratę wody ze skóry), Olea Europaea (Olive)
Fruit Oi
l (oliwa z oliwek – emolient, natłuszcza skórę), Ocimum Basilicum (Basil) Oil (olej z bazylii – poprawia wygląd matowej skóry, ma działanie przeciwtrądzikowe), Citrus Aurantium Bergamia
(Bergamot) Fruit Oil
(olej z pomarańczy bergamoty – natłuszcza skórę, rozjaśnia, działa jak zastrzyk energii), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (olej z liści eukaliptusa – ma działanie antyseptyczne i odświeżające), Pelargonium
Graveolens Flower Oil
(olej z pelargonii pachnącej – geraniowy – uelastycznia, ściąga skórę, działa antyseptycznie i antybakteryjnie), Citrus Limon (Lemon) Peel Oil (olej ze skórki cytryny – odświeża, rozjaśnia skórę), Cymbopogon
Schoenanthus Oil
(olejek z trawy cytrynowej – działanie pobudzające odświeżające, antyseptyczne), Citrus Aurantifolia (Lime) Oil (olej z limonki, ma działanie tonizujące, ściągające, antyseptyczne, antybakteryjne i przeciwwirusowe oraz odświeżające), Citrus Aurantium
Dolcis (Orange) Peel Oil
(olej ze skórki pomarańczy – działanie podobne jak wyżej), Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil (olej rozmarynowy – ma działanie antybakteryjne i pobudzające),
Cananga Odorata Flower Oil (olejek ylangowy – zmniejsza przetłuszczanie się skóry), Coix Lacryma-Jobi Ma-yeun Seed Extract
(100ppm)
(ekstrakt z nasion łzawnicy chińskiej – wspomniany przez producenta w opisie, ma działanie antyoksydacyjne oraz przeciwzapalne), Water, Butylene Glycol, Brassica Napus Extract (ekstrakt z rzepaku), Freesia
Refracta Extract
(ekstrakt z frezji), Forsythia Suspensa Fruit Extract (ekstrakt z forsycji), Oenothera Biennis
(Evening Primrose) Flower Extract
(ekstrakt z prymulki), Calendula Officinalis Flower Extract (ekstrakt z nagietka),
Silica Dimethyl Silylate, Disodium EDTA.
Wybaczcie, ale tym razem ja, osoba słynąca z tłumaczenia praktycznie wszystkich składów, się tego nie podejmę 😛 Skład jest tak długi i tak bogaty, że odnalezienie działania każdego składnika przysporzyłoby mi naprawdę niemały kłopot. Mam nadzieję, że opisanie pokrótce działania najfajniejszych składników będzie dobrym zadośćuczynieniem 🙂 A tych składników mamy tutaj naprawdę sporo! Działania ekstraktów znajdujących się pod koniec składu niestety nie mogłam nigdzie znaleźć.
Ekstrakt z łzawnicy chińskiej rzeczywiście znajduje się w składzie, wytłumaczę Wam jednak co oznacza skrót ppm. Według informacji podanych w składzie w całym kosmetyku znajduje się 100 ppm tego ekstraktu, czyli 100 części na milion, co daje 0,001%, a w przeliczeniu na gramy – 0,001 grama. Nie oznacza to jednak, że ta substancja nie działa – nawet niewielkie stężenia potrafią pozytywnie wpłynąć na naszą skórę.

Na początku myślałam, że moje 100 gramów kosmetyku naprawdę szybko się skończy – oszczędzałam go więc jak mogłam – myłam buzię raz żelem, raz musem, nabierałam go szpatułką, którą znalazłam w opakowaniu. Moje obawy były jednak bezpodstawne – produkt jest na tyle wydajny, że spokojnie można nakładać go palcami. Wystarczy go odrobina, bo na twarzy zmienia swoją konsystencję na bardziej kremową – używam go już ponad miesiąc, a zużycia jak nie było, tak nie ma 😀

Konsystencja Yum Yum Cleansera jest tym, czym go do mnie przyciągnęło. Lubię używać kosmetyków pielęgnacyjnych o nietypowych konsystencjach – mam wtedy większą frajdę z ich stosowania, a zabawa z kosmetykiem to jedna z lepszych rzeczy, jaką możemy dostać w paczce razem z nim. Dla mnie jest to cytrynowy sorbet – bo taki też ma zapach – egzotyczny, orzeźwiający, niosący ze sobą energię. Dla nabiałożerców (a ja od nabiału stronię, nawet palcem nie dotykam :P) może być twarożkiem, ptasim mleczkiem albo ubitą na piankę słodką śmietanką. Bawcie się w słowotwórstwo, szukajcie dla niego nowych nazw – niektóre są naprawdę śmieszne 😛

Produkt dostępny jest w sklepie internetowym SKIN79,  niedawno ta marka pojawiła się też w kilku Rossmannach, a lista sklepów ma się sukcesywnie zwiększać. Wiem, że kosmetyki SKIN79 można znaleźć też w drogerii Pigment w Krakowie – ja jednak dostępu do niej nie mam i informacji potwierdzić nie mogę. Ktoś, coś? 😀

Aktualna cena tego kosmetyku to 79 zł, regularna cena jest wyższa – wynosi aż 110 zł. Dla niektórych osób może to być zbyt wygórowana kwota za niewielki produkt do mycia twarzy. Sama nie wiem, czy byłabym skłonna tyle za niego zapłacić, bo jestem kosmetycznym skąpcem. Z perspektywy czasu wiem jednak, że Yum Yum Cleanser jest wart swojej ceny.

Na początku miałam niemiłą przygodę z tym kosmetykiem. Kontaktowałam się nawet w tej sprawie z przedstawicielami marki na Facebooku. Po aplikacji musu na suchą twarz rano i umycie jej wodą i szczoteczką soniczną oraz aplikacji kosmetyków pielęgnacyjnych na mojej twarzy pojawiały się piekące, czerwone i opuchnięte place. Kilka dni szukałam winowajcy, wszystko wskazywało na to, że to Yum Yum Cleanser zaczął mnie uczulać…
TERAZ PRZESTROGA DLA WAS – Każdy kosmetyk składa się z kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu składników chemicznych – czy to pochodzenia naturalnego czy syntetycznego. Jak każda substancja – mogą wchodzić one w reakcję – tak było w moim przypadku – Cleanser wchodził w reakcję z filtrem przeciwsłonecznym i stąd reakcja alergiczna.
Kiedy przeniosłam mycie buzi tym produktem na wieczór nic podobnego nie miało miejsca i mogłam spokojnie oddać się relaksującym rytuałom, jaki oferował mi ten kosmetyk. Nie trzeba używać go zbyt wiele aby pokryć nim całą buzię. Po zetknięciu ze skórą i odrobiną wody zmienia swoją konsystencję na bardziej kremową. Dokładnie oczyszcza buzię z zanieczyszczeń i nadmiaru sebum. Ma w sobie delikatne drobinki, które masują skórę twarzy.
Nie zapycha, przyjemnie pachnie i jest bardzo wydajnym kosmetykiem. Urzekło mnie jego opakowanie – pięknie wygląda na łazienkowej półce. Cieszę się, że wśród azjatyckich kosmetyków można znaleźć coś o przyjaznym, bardziej naturalnym składzie – w tym przypadku znajduje się tu kilkadziesiąt ekstraktów – coś wielkiego. Mam nadzieję, że będzie takich kosmetyków coraz więcej.

Często zmieniam kosmetyki do mycia twarzy, więc nie wiem. Na pewno jeszcze kiedyś sobie o nim przypomnę, bo jest to jeden z ciekawszych produktów, jakich miałam okazję używać 😀

Lubicie kosmetyki azjatyckie? Co sądzicie o marce SKIN79? Lubicie innowacyjne produkty do twarzy?
Pozdrawiam 🙂
Recenzja powstała we współpracy z firmą SKIN79, ale nie miało to wpływu na moja opinię 🙂
http://skin79-sklep.pl
Uncategorized

SKIN79 | DARK PANDA | WYBIELAJĄCA CZARNA PANDA

19 czerwca 2016

Hej!
Niedawno pisałam Wam o tym, jak przeistoczyłam się w złego kota, a dzisiaj postanowiłam pokazać rytuał przejścia (albo też przemiany) w czarną pandę, która wygląda równie słodko jak jej poprzednik.
Przebarwienia potrądzikowe są obecnie moją zmorą – o ile wypryski pojawiają się już coraz rzadziej, to z ich pozostałościami przyjdzie mi mierzyć się jeszcze przez długie miesiące. Walka z nimi jest trudna i wyboista, więc jak tonący chwyta się brzytwy, tak ja sięgam po różne oręża i wyzywam je na regularną bitwę. Chcecie dowiedzieć się, jak poradziła sobie z nimi maska Skin79 For Datk Panda? Jeśli tak, zapraszam dalej 🙂

 Co producent pisze o masce?

SKIN79 Animal Mask – For Dark Panda
Innowacyjny design nowych masek w płacie zachęca do zabawy podczas
codziennej rutyny pielęgnacyjnej.
CZARNA PANDA to maska mocno wybielająca.
Stosowana regularnie wyrównuje koloryt skóry i niweluje cienie.
Wzbogacona o silny antyoksydant jakim jest witamina B3,
tu w postaci amidu kwasu nikotynowego 
pomaga zapanować nad przebarwieniami, zwiększa nawilżenie, 
poprawia barierę lipidową naskórka. 
Przeznaczona zarówno do cer z problemami, 
jak i tych bardziej wrażliwych czy dojrzałych.

Produkt wolny od parabenów, pochodnych formaldehydu i ftalanów.

Tak jak poprzednio, maska zapakowana jest w matowe opakowanie, tym razem z grafiką przypominającą rozpłaszczoną pandę 😛 Ma lekko różowy, pudrowy kolor. Nakłada się ją bardzo przyjemnie – mimo tego, że mam wąską twarz mogłam dokładnie ją dopasować przez co nie zsuwała się z twarzy. 
Jak przygotować twarz do nałożenia maski?
  •  Myjemy buzię i używamy toniku.
  •  Nakładamy na twarz maskę i dopasowujemy ją do kształtu naszej twarzy.
  •  Po 10-20 minutach ściągamy tkaninę z twarzy, a resztki żelu wmasowujemy w skórę twarzy, szyi i opcjonalnie dekoltu.
Przy ostatnim poście wspominałam Wam, że nie mogę narzekać na stan mojej skóry. Ostatnio znowu mi się pogorszyło i pewnie jest to kwestia zmiany leków – tym razem dostałam jeszcze antybiotyk doustny – kiedyś zaczęłam kuracją, ale trwała ona 3 dni, bo okazało się, że jestem uczulona na doksycyklinę – tym razem na szczęście nie zauważyłam niepożądanych reakcji.
Najwięcej przebarwień znajduje się u mnie na policzkach – są to płytkie blizny i lekkie zaczerwienienia, które prawdopodobnie będę musiała usunąć zabiegiem oferowanym przez dermatologię estetyczną. Staram się jednak wspomagać moją skórę w walce z tym zjawiskiem  – bo jak to mówią – lepiej zapobiegać, niż leczyć.
Maskę pandę nałożyłam na twarz, tak jak zaleca producent, czyli na 20 minut. Znów wzięłam książkę do ręki, więc ten czas minął mi bardzo szybko. Czy zauważyłam pozytywne efekty tego zabiegu?
Tak!  Skóra była napięta i rozjaśniona, jej koloryt nieco się wyrównał. Przebarwienia nadal są widoczne – maska na pewno nie spowoduje, że znikną, ale skóra delikatnie się ukoiła i uspokoiła, a to z kolei sprawiło, że nie rzucały się tak bardzo w oczy.

Jakie składniki aktywne mogą pozytywnie zadziałać na naszą skórę za sprawą tej płachty?

Glikol butylenowy – substancja nawilżająca, niektórzy jednak wolą unikać glikoli – ja natomiast nie widzę ku temu powodu.
Gliceryna – substancja nawilżająca, na niektóre osoby może działać komedogennie i powodować wysyp grudek, u mnie problem nie występuje.
Niacynamid – Witamina B3 – ożywia koloryt skóry, pomaga w usuwaniu przebarwień i czerwonych plam. Polecana dla osób ze skórą ziemistą, ale też suchą, bo poprawia funkcje bariery ochronnej skóry i podczas jej miejscowego stosowania zauważa się wzrost produkcji ceramidu i wolnych kwasów tłuszczowych w skórze. Pobudza mikrokrążenie.
Ekstrakt z nasion winogrona – niweluje cienie, zaczerwienienia, zmniejsza skłonność do powstawania siniaków.
Ekstrakt z lotosu orzechodajnego – źródło witamin z grupy B, witaminy C, miedzi i żelaza.
Ekstrakt z nasion jojoba – reguluje wydzielanie sebum. skuteczny w leczeniu dermatoz.
Trehaloza – konserwant.

Betaina – substancja hydrofilowa o silnym działaniu nawilżającym.
Alantoina – łagodzi podrażnienia, działa regenerująco, przyspiesza procesy gojenia.
Dalej konserwanty, zapach, PEG 60 w postaci uwodornionego oleju rycynowego.



Jak podoba Wam się kolejna testowana przeze mnie maska Skin79? 😀 Lepiej wyglądam jako panda, czy zły kot? Jakich właściwości szukacie w maskach do twarzy?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

SKIN79 | ANGRY CAT | HISTORIA O TYM, JAK ZMIENIŁAM SIĘ W KOTA PRZYNOSZĄC TYM SAMYM UKOJENIE MOJEJ SKÓRZE

6 czerwca 2016
Skin 79 Angry Cat Zły kot

Hej!
Czy Wy też przed wyjazdem lubicie kompleksowo zadbać o skórę twarzy, ciała i włosy? Ja zawsze staram się przed kilkudniowymi wycieczkami maksymalnie udoskonalić moją pielęgnację, żeby później nie martwić się skomplikowanymi zabiegami, bo – jak wiadomo – walizka ma ograniczoną przestrzeń i pakowanie 5 maseczek, 20 kremów i 8 żeli jest całkowicie pozbawione sensu 😛 
Niedawno, w moje ciekawskie łapki, wpadły zwierzakowe maski do twarzy w płachcie od Skin79.  Pierwszą, jaką postanowiłam zużyć jest maska Angry Cat, czyli po polsku zły kot 😛 Czy oprócz idealnego dostosowania do mojego charakteru maska sprawdziła się na mojej lekko podrażnionej, trądzikowej skórze? Koniecznie przejdźcie dalej 🙂

Skin 79 Angry Cat Zły kot

Co producent pisze o tej masce?

SKIN79 Animal Mask – For Angry Cat

Innowacyjny design nowych masek w płacie zachęca do zabawy podczas

codziennej rutyny pielęgnacyjnej.
ZŁY KOT to maska silnie kojąca i nawilżająca.

Zawiera dużą dawkę wyciągu z aloesu i drzewa herbacianego. 
Idealne rozwiązanie dla osób borykających się z niedoskonałościami na twarzy,

błyskawicznie łagodzi podrażnienia.
Wyciąg z winogron spowalnia procesy starzenia.

Ekstrakt z kwiatu lotosu nawilża i przyspiesza gojenie.
Delikatny, zielono-kwiatowy zapach działa odprężająco.


Produkt wolny od parabenów, pochodnych formaldehydu i ftalanów
.

Ostatnio moja skóra jest w naprawdę dobrej kondycji. Od ostatniej wizyty u dermatologa miałam tylko 2 większe wysypy, a teraz na twarzy pojawiają się tylko pojedyncze wypryski.  Czasem, gdy chcę intensywniej złuszczyć naskórek używam retinoidów 3 dni pod rząd i powoduje to mniejsze lub większe podrażnienie mojej skóry. Teraz, kiedy świeci słońce ograniczam stosowanie mocno złuszczających substancji, żeby zmniejszyć ryzyko powstawania przebarwień lub utrwalenia tych po wypryskach.
Maska Angry Cat zapakowana jest w matowe, miętowe opakowanie. Grafika od razu przyciągnęła moją uwagę – na pewno zerknęłabym na nią, gdyby znalazła się na sklepowej półce. Na odwrocie możemy znaleźć instrukcję zarówno po koreańsku (stąd pochodzą produkty Skin79), jak i angielsku. Polski dystrybutor dokleja naklejkę z krótkim opisem działania maski, więc każdy jest w stanie stwierdzić, czy dana maska sprawdzi się w jego przypadku.
W jaki sposób producent zaleca zastosować maskę? Wszystko opisane jest w trzech prostych krokach:
  1.  Myjemy buzię i używamy toniku.
  2.  Nakładamy na twarz maskę i dopasowujemy ją do kształtu naszej twarzy.
  3.  Po 10-20 minutach ściągamy tkaninę z twarzy, a resztki żelu wmasowujemy w skórę twarzy, szyi i opcjonalnie dekoltu.

Nic bardziej prostszego, prawda? 

Zły kot to maska w płachcie, która wykazuje działanie kojące, nawilżające i wygładzające. Jak sprawdziła się u mnie? Skóra po jej zastosowaniu rzeczywiście była bardziej wygładzona, zaczerwienienia lekko zbladły, przez co koloryt wydawał się być wyrównany. Maska nawilżyła moją skórę i ukoiła ją – na początku obawiałam się pieczenia w okolicach policzków – tam gdzie skóra była najbardziej zaczerwieniona, ale nic podobnego nie miało miejsca. 

Maskę trzymałam  na twarzy 20 minut i przez ten czas nie odczuwałam żadnego dyskomfortu. Maska dobrze przylegała do twarzy i łatwo było ją dopasować, nie miałam więc problem z jej zsuwaniem się i mogłam oddać się ulubionym czynnościom – wtedy wybrałam czytanie.
Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że maski w płachcie działają na moją skórę lepiej, niż te tradycyjne – szczególnie jeśli szukam właściwości kojących i nawilżających. Maska Skin79 nie była wyjątkiem i na pewno do niej wrócę – będzie szczególnie przydatna przed większymi wyjściami.

Skin 79 Angry Cat Zły kot
SKŁAD:

Woda
Glikol butylenowy – substancja nawilżająca
Ekstrakt z liści aloesu – nawilżacz, ma działanie antybakteryjne i łagodzące, polecany jest w pielęgnacji wszystkich typów cery, także tych trądzikowych, bo pomaga w zwalczaniu przebarwień. Potrafi też przyspieszyć proces gojenia się wyprysków.
Ekstrakt z drzewa herbacianego – wykazuje silne działanie antybakteryjne i przeciwgrzybicze, polecany w pielęgnacji cer trądzikowych. Nie należy jednak przesadzać z ilością i częstotliwością jego stosowania – stosowany zbyt często lub w czystej postaci może wysuszać.
Ekstrakt z nasion winogrona – wykazuje działanie antyoksydacyjne, hamuje procesy starzenia się skóry, niweluje działanie stresu oksydacyjnego. 
Ekstrakt z kwiatu lotosu –  obfituje w przeciwutleniacze, ma silne działanie nawilżające. Uelastycznia skórę. Przywraca równowagę skórze tłustej i zanieczyszczonej.
Ekstrakt z nasion jojoba – skuteczny w leczeniu dermatoz.
Trehaloza – konserwant.
Betaina – substancja hydrofilowa o silnym działaniu nawilżającym.
Alantoina – łagodzi podrażnienia, działa regenerująco, przyspiesza procesy gojenia.
Ekstrakt z kwiatów krokosza barwierskiego – ma działanie przeciwzmarszczkowe, napinające. należy z nim uważać przy cerze trądzikowej, bo może przyczynić się do zaczopowania ujść mieszków włosowych i powstawania nowych wyprysków. 
Dalej mamy konserwanty, zapach itp.

Skin 79 Angry Cat Zły kot

Podobają Wam się maski Skin79? Lubicie maski w płachcie? Co sądzicie o składzie tego kosmetyku? Czy Wy też przed wyjazdami intensywniej dbacie o swoją skórę?
Pozdrawiam 🙂