Wybrany tag

podsumowanie

Uncategorized

MEDYCZNIE… | PODSUMOWANIE I ROKU MEDYCYNY | KREW, POT I ŁZY?

3 sierpnia 2017
plan zajęć medycyna I rok II semestr, plan medycyna UMB

Hej!
Oficjalnie mogę nazwać się studentką drugiego roku lekarskiego na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku. W lipcu zakończyłam sesję, zaliczyłam wszystkie letnie egzaminy i odbyłam praktyki pielęgniarskie. O praktykach przygotuję dla Was oddzielny wpis, dziś chciałabym się skupić na II semestrze i podsumowaniu całego roku. Najpierw pokrótce opiszę Wam przedmioty i ewentualnie egzaminy z niektórych z nich, a później przejdę do ogólnego podsumowania. Czy studia na lekarskim to rzeczywiście pot, łzy i krew? Czy to prawda, że nie ma czasu na sen, jedzenie, nie wspominając o wyjściach ze znajomymi? Niżej napiszę Wam, jak to było ze mną i całym tym studiowaniem 😛 Zapraszam!

PIERWSZA POMOC

Nowy przedmiot, którego nie było w pierwszym semestrze. Ciekawy, skupiony głównie na czynnościach praktycznych, miał nas nauczyć szybkiego i odpowiedniego reagowania na zastaną sytuację i zwyczajowego udzielenia pierwszej pomocy na poziomie KPP – Kwalifikowanej Pierwszej Pomocy. Na wykładach słuchaliśmy teorii, na ćwiczeniach zajmowaliśmy się przerabianiem jej na praktykę. Na początku prowadzący mówili i pokazywali coś od siebie, na późniejszych zajęciach zajmowaliśmy się głównie scenkami (rodzajowymi :P) – a to babcia upadła, a to kolega wziął (srogie) piguły. Nie miałam większych problemów z podejściem do egzaminu, bo większość z tych czynności była mi znana – Joannici bardzo pomogli, tak samo jak i manewry ratownicze. Egzamin dość trudny i szczegółowy, jak ktoś dobrze strzelał, to mógł zdobyć i 5, jak nie – no cóż 😛 Mi udało się zaliczyć go w pierwszym terminie. Na UMB zakład PP przyjazny, pracują tam głównie anestezjolodzy, zmienił się kierownik, więc nie wiem jak będzie za rok.

ANATOMIA

Zajęcia wyglądały identycznie, jak w pierwszym semestrze, dlatego pod koniec tego posta dam Wam link do wpisu na ten temat i tam będziecie mogli przeczytać o zajęciach na tym przedmiocie. Tym razem opiszę Wam egzamin. Podzielony jest na dwie części – jednego dnia piszemy praktykę, czyli tzw. szpilki, a drugiego teorię. Szpilki nie były trudne, wystarczyło nauczyć się dobrze rozpoznawać zbiór kilkudziesięciu preparatów z zeszłego roku i raczej nie było możliwości ich oblania. Kilkunastu szczęśliwcom się to niestety udało. Z teorią jest gorzej, bo materiału jest naprawdę sporo, a nie ma już później czasu na czytanie podręczników. Ja zajęłam się giełdami – 700 szczegółowo przerbionych pytań nie dało rady… Pech chciał, że w większości weszły pytania z zeszłego roku, a ja je zwyczajowo olałam, bo stwierdziłam, że się nie powtórzą. Ten, kto wyszedł z podobnego założenia jak ja teorię oblał, albo nastrzelał (ja jestem tragiczna, jeśli chodzi o strzelanie :P). Poprawka między egzaminami, więc mało czasu na powtórki. Mi na szczęście udało się ją zaliczyć, dlatego ominął mnie wrzesień. Egzamin składał się z pytań zamkniętych i otwartych i obejmował język polski, łaciński i angielski.

HISTOLOGIA

Histologia w drugim semestrze różni się nieco od tej w pierwszym. Na początku zajmowaliśmy się omawianiem poszczególnych tkanek, komóreczek, a w drugim semestrze pracowaliśmy już na całych układach, co nie było ani proste, ani trudne – wszystko zależało od tego, czy dany temat nam pasował, czy nie. Mi w drugim semestrze szło zdecydowanie lepiej, bo wyrobiłam sobie odpowiedni plan działania, jeśli chodzi o naukę. Informacji było więcej, a kolokwia, w moim odczuciu, trudniejsze. Aby podejść do egzaminu należało mieć zaliczone wszystkie kolokwia, był jeden dzień, w którym można było poprawić 4 z 5, więc jeśli ktoś w ciągu roku się nie postarał, to miał praktycznie egzamin przed egzaminem 😛 Mnie kombajn ominął, uff. Aby podejść do teorii trzeba było zdać praktykę, tu też krążyły zdjęcia preparatów zwane „złodziejem butów” 😛 Na 10 punktów należało zdobyć 7, było 10 preparatów, a na połowie jeszcze celowania, czyli zaznaczone konkretne struktury, komórki, które należało podpisać. Teoria to egzamin ABDC i choć byłam obkuta, bo lubiłam uczyć się z histologii, to zaliczyłam go tylko na 3,5.

BIOCHEMIA

Kolejne zajęcia, które opisywałam już w poście dotyczącym I semestru. Dodam tylko, że teraz zajęcia były o wiele bardziej nudne i monotonne, a doświadczenia niezbyt ciekawe. Plusem był fakt, że często dało się je zrobić szybciej i wychodziliśmy np. godzinę wcześniej. Kolokwia na podobnym poziomie jak poprzednio, opisowe z wzorami i reakcjami. Egzamin również był opisowy, ale wystarczyło czytać ultragiełdę i dobrze nauczyć się wzorów. Mi udało się napisać aż 6 stron A4 – odpadała mi ręka, ale było warto. 4 z egzaminu to dobre osiągnięcie 😀 Za biochemią nie przepadałam, ale wydaje mi się być ciekawym przedmiotem – gdybym nie miała przymusu się tego uczyć, to wybrałabym najciekawsze tematy i z przyjemnością je czytała. 

JĘZYK ANGIELSKI

W drugim semestrze zmienił nam się prowadzący i zajęcia nie były już tak ciekawe. W sumie uzupełnialiśmy podręcznik, przygotowywaliśmy w domu jakieś prace i trochę odpowiadaliśmy. Szkoda, myślałam, że nauczę się czegoś więcej, że będziemy więcej mówić, a tak – nadal mam jakąś blokadę i przy próbie wypowiedzenia czegokolwiek zapominam nawet podstawowe słowa. Z pisaniem i czytaniem nie jest tak źle – z czytaniem praktycznie nie mam problemów. Widać, że aktywna forma języka u mnie kuleje i nie wiem, czy nie zapiszę się w tym roku na jakiś kurs. Egzaminu z angielskiego nie było – czeka mnie dopiero na drugim roku.

HISTORIA MEDYCYNY

Myślałam, że będzie to jeden z najnudniejszych przedmiotów, na którym będę spać lub w ogóle nie będę przychodzić na wykłady. To, jak bardzo się myliłam może potwierdzić tylko jedno – nie opuściłam żadnego z naszych spotkań. Jeśli nie miałam nic do nauki z zainteresowaniem słuchałam wywodów wykładowcy – Pani Grassmann opowiada historię powstania tej nauki tak ciekawie, że szkoda było zaprzepaścić możliwość posłuchania o tym, jak działo się kiedyś, jak wyewoluował zawód lekarza i jak kiedyś leczono. Przeszliśmy przez wszystkie epoki – od starożytności po czasy dzisiejsze. Jeśli śledzicie mnie na IG na pewno widzieliście instastory ze „stróżem odbytu faraona” 😀

SOCJOLOGIA

Nauka tak bardzo potrzebna, że aż dziwna 😛 Nie przepadam za takimi zajęciami, moim zdaniem to zapchajdziury, ale jak trzeba chodzić, to trzeba. To już moje drugie spotkanie z tym przedmiotem – pierwsze zaliczyłam na farmacji. Dzięki temu udało mi się uniknąć chodzenia na wykłady. Zajęcia nie były tak nudne, jak się tego spodziewałam, poruszaliśmy tematy ważne z perspektywy zawodu lekarza. Zostaliśmy podzieleni na małe grupki (a raczej sami się podzieliliśmy) i każda miała przygotować na zajęcia prezentację. Ja i moi znajomi wybraliśmy temat „Szpital jako instytucja społeczna”, który okazał się być dość ciekawy i interesujący. Omawialiśmy jeszcze między innymi pracę lekarza, problem niepełnosprawności, nałogów, patologii, starości. Na koniec czekało na nas kolokwium na zaliczenie, które większość zdała bez większych problemów. Egzaminu z tego przedmiotu nie było.

FAKULTET: JĘZYK WŁOSKI

Starałam się wybierać takie fakultety, które jak najszybciej się kończyły, były ciekawe i niezbyt wymagające. O ile włoski nie wymagał pisania kolokwiów czy sprawdzianów, tak nie był ani ciekawy, ani krótki. Zajęcia skończyliśmy w maju, czyli dość późno. Miałam wrażenie, że na tych zajęciach zostałam rzucona na głęboką wodę – ciężko było mi nadążać za wątkiem, skupić się. Jak coś notowałam – inne sprawy umykały. Uczyliśmy się jakichś podstaw, ale i medycznego słownictwa. po tych zajęciach nie umiem nic nowego. Nie podobały mi się. Żałuję, że nie wybrałam łaciny – mogłabym ja przepisać, a nawet jeśli nie – pomogłaby mi trochę w anatomii.

FAKULTET: ALERGENY

Fakultety komedia 😀 Tu też należało wykonać prezentację i uczestniczyć na każdych zajęciach, a dodatkowo rysowaliśmy sobie pyłki i inne stworki – jak ktoś mial kredki i zabarwił je na kolorowo dostawał pochwałę – praktycznie tak, jak w przedszkolu. Kończyliśmy je szybciej, niże powinniśmy, bo nikomu nie chciało się siedzieć do późna na uczelni – prowadzącym też. Moja grupa robiła prezentację jako pierwsza, potem wszyscy ściągali od nas i powtarzali praktycznie to samo – nikt się jednak nie czepiał 😛 Zajęcia prowadziła Kleopatra – jak zobaczycie tę sympatyczną kobietę od razu będziecie wiedzieli, ze to ona 😛 Ogólnie nudne, ale szybko mijające zajęcia, które skończyły się po 5 tygodniach – warunkiem zaliczenia było posiadanie zeszytu i wykonanie prezentacji.

PODSUMOWANIE

Jeśli ktoś kiedyś powie Wam, że na medycynie nie ma życia – nie wierzcie. Owszem, na trzecim roku jest ciężko, ale to wszystko jeszcze przede mną – podobno jeśli przetrwa się I i III – dalej będzie już z górki. Na pierwszym roku miałam czas dla siebie, swoich pasji i dla znajomych. Na miasto wychodziłam częściej, niż na farmacji. Mogłam ustalić w tygodniu dzień, w którym leniuchowałam, nie musiałam non stop siedzieć w książkach. Razem z Mateuszem gotowaliśmy i sprzątaliśmy – nic strasznego. Wbrew temu, jaka panuje opinia o studentach zawsze mieliśmy choć chwilę, by ogarnąć mieszkanie. Sesja była ciężkim kawałkiem chleba, głównie od strony psychicznej – 1,5 miesiąca nauki potrafi wykończyć człowieka – jak zaczęłam 29 maja, tak skończyłam 5 lipca 😛 Ogólnie spodziewałam się czegoś gorszego, a odniosłam wrażenie, że to na farmacji było mi ciężej. Jeśli zamierzacie iść na studia medyczne powiem jedno – jest ciężko, ale nie na tyle, by sobie nie poradzić. Jeśli dobrze zaplanujecie swój czas i nie narobicie sobie zaległości – zaliczycie wszystko – niezależnie od tego czy w sesji, czy już na poprawkach. Nie m się czego bać, warto stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej.
  • PODSUMOWANIE PIERWSZEGO SEMESTRU NA LEKARSKIM ZNAJDZIECIE tutaj.
Co sądzicie o moim planie? Który z tych przedmiotów zainteresowałby Was najbardziej?
Pozdrawiam ♥
Uncategorized

KWIECIEŃ W ZDJĘCIACH | CZASEM SŁOŃCE, CZASEM DESZCZ

14 maja 2017
podsumowanie kwietnia na Instagramie
Cześć!
Kwiecień plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata. Gdybym miała opisać kwiecień jednym zdaniem właśnie tak by ono wyglądało 😛 Pamiętam słońce, deszcze, grad – prawdziwy kalejdoskop. W kwietniu miałam dużo wolnego, pewnie też dlatego ten miesiąc minął mi tak szybko – na początku zajmowałam się nauką, później świętowaniem, sprzątaniem po remoncie i nadrabianiem blogowych zaległości.
Jeśli jesteście ciekawe, co wymyśliłam w lipcu, w jakich projektach brałam udział i co mi się przydarzyło – zapraszam do dalszej części posta 🙂 Znajdziecie tam kilka słów podsumowań, które ja lubię pisać, a Wy lubicie czytać 🙂

podsumowanie kwietnia na instagramie 1

Na samym początku miesiąca, jeszcze przed wizytą u fryzjera postanowiłam sprawdzić rzeczywisty stan moich włosów. Na niektórych blogach pojawiały się na te temat oddzielne posty zebrane pod hasztagiem #nakedhairchallange. Polegało to na umyciu włosów mocno oczyszczającym szamponem i nie nakładania na nie żadnego kosmetyku. Włosy miały też wyschnąć naturalnie. Okazało się, że stan moich włosów nie jest taki zły, jak mogłoby się wydawać – jestem zadowolona z tego, jak się prezentują, bo okazały się zdrowe i lśniące. Brakowało im dociążenia, ale tak już z lekkimi, cienkimi włosami bywa – szczególnie jeśli są długie. A Wy jak oceniacie stan moich, a także swoich kosmyków?
Następna informacja będzie nieco zaskakująca i dla niektórych śmieszna – w ubiegłm miesiącu po raz pierwszy odwiedziłam czytelnię Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Tak, studiuję od października, ale jeszcze ani razu (do tamtego momentu) nie uczyłam się w bibliotece. Po prostu nie potrafię skupić się siedząc wśród obcych osób – wolę wrócić do domu i do oddać się tej przyjemności (tak, czasem nauka jest przyjemna :P). Muszę jednak przyznać, że „nasza” czytelnia ma naprawdę świetny klimat – w środku każdy czuje się tak jakby przebywał w Hogwarcie – fajnie jest tam zajrzeć w przerwie między zajęciami albo wtedy, kiedy w domu nie mamy potrzebnej nam książki. 
Jeśli chodzi o zapachy to numerem jeden w kwietniu był recenzowany przeze mnie wosk, czyli Cherry Blossom. Towarzyszył mi naprawdę często, praktycznie go wypaliłam – został mi mały fragment, który na pewno wypalę w najbliższej przyszłości. Zapraszam Was na bardziej szczegółowy opis, a tu napiszę tylko, że jest to zapach świeży, ale jednocześnie otulający, szczególnie po dłuższym czasie palenia. Mi kojarzy się z sadem, a to naprawdę pozytywne skojarzenie 🙂 O Kraju Kwitnącej Wiśni nie wspominając 🙂

podsumowanie kwietnia na instagramie 2
Chciałabym Was też zaprosić na każdy post z serii #wiosennik – jej organizowanie i współtworzenie przyniosło mi wiele frajdy, a do tego jeszcze lepiej poznałam się ze świetnymi dziewczynami tworzącymi w blogosferze. W kwietniu pisałyśmy o:

podsumowanie kwietnia na instagrmie 3

Na początku kwietnia wybrałyśmy się z dziewczynami do kawiarni i z racji tego, że chciałyśmy przetestować coś nowego zdecydowałyśmy się na pobliskie (względem Pałacu Branickich :P) Maison du Cafe, czyli malutką kawiarenkę utrzymaną we francuskim stylu. Kawa była naprawdę dobra, wnętrze piękne (żałuję, że nie mam innych zdjęć oprócz tego), cieszy mnie również możliwość przygotowania każdego napoju na mleku roślinnym – to zdecydowanie ułatwia sprawę i nie komplikuje mi życia 😛 Ceny są przystępne, obsługa miła – ja polecam 🙂 
Jak co miesiąc pisałam o moich ulubieńcach, a marcu była nim między innymi paletka Too Faced Bon Bons. Wiele z Was była pozytywnie zaskoczona jakością tych cieni i ich pigmentacją (podobnie jak ja zresztą :P). Odsyłam Was do wpisu, bo można tam znaleźć ciekawe kosmetyki, a także pielęgnacyjny gadżet, którego używam praktycznie codziennie. Jeśli jesteście ciekawi – również odsyłam Was do zeszłomiesięcznego wpisu z ulubieńcami.
W kwietniu pisałam też o kosmetykach Lily Lolo, między innymi o dwóch pięknych pomadkach – Nude Allure i Romantic Rose. Nadal chętnie po nie sięgam, bo nadają ustom ładnego wyglądu – nie dość, że są dobrze napimentowane to naturalne składniki zawarte w ich składzie pielęgnują nasze wargi. Z tej dwójki moim faworytem jest zdecydowanie Nude Aluure, choć byłam pewna, że takie brzoskwiniowe kolory nie będą na mnie dobrze wyglądać. Jak widać – życie potrafi zaskakiwać 😛

podsumowanie kwietnia na instagramie 4

W kwietniu remont mojego rodzinnego domu biegł już ku końcowi, dlatego mogłam w końcu cieszyć się faktem posiadania wanny i korzystać z długich, relaksujących kąpieli. Towarzyszami tych przyjemnych zabiegów były kosmetyki Sweet Bath – babeczki, puuding czy sól do kąpieli. Jestem fanką tego typu nietuczących słodkości – nie dość, że są ozdobą łazienki, pięknie pachną to jeszcze wykonane są ze składników naturalnych i pielęgnują naszą skórę. Te były napakowane olejkami, dlatego po takim relaksującym moczeniu się w wodzie nie musiałam już korzystać z balsamu.
W zeszłym miesiącu odpuściłam też sobie dietę – tylko troszeczkę, ale jedzenie czekolady niestety negatywnie odbiło się na stanie mojej skóry. Praktycznie nie jadam już tego typu słodyczy, ale mam czasem chwile słabości i się tego nie wstydzę 😛 Jestem tylko człowiekiem i potrafię poświęcić się dla kawałka, czy dwóch (ewentualnie połowy tabliczki :P). Jeden pryszcz w tę, czy tamtą to jeszcze nie koniec świata 😉
Jako, że był to dla mnie miesiąc niezwykle produktywny pisałam Wam wiele wpisów – z tego co pamiętam odpuściłam tylko jeden i jestem z siebie dumna. Zdjęcie z słuchawkami ma przypomnieć ten o gadżetach kobiety, które często mi towarzyszą – niektóre nawet codziennie. Z Waszych komentarzy wynika, że też macie takie przedmioty, z którymi praktycznie się nie rozstajecie – jeśli mielibyście coś wskazać (oprócz telefonu, żeby nie było tak łatwo :P), co by to było? 🙂

podsumowanie kwietnia na instagramie 5

Jeśli chodzi o zdjęcie koszyczka – bez bicia przyznaję się, że wolę Święta Bożego Narodzenia. Mają w sobie klimat, czeka się na nie tygodniami, jako dziecko wypatruje się pierwszej gwiazdki. Wielkanoc nie kojarzy mi się aż tak z rodziną. Owszem, jemy wspólne śniadanie, odwiedzamy dziadków, malujemy pisanki – ale czegoś mi w tym święcie brakuje. Czy Wy też macie takie dziwne przeświadczenie, czy tylko ja tak mam? 🙂
Drugim wpisem o Lily Lolo był ten o ich dwóch sypkich różach – Rosebud i Ooh la la. moje serce podbił ten drugi, stał się ulubieńcem kwietnia – ten post też możecie przeczytać już na blogu. Róże te są świetnie napigmentowane, ale wystarczy odrobina wprawy i nie ma możliwości zrobienia sobie nimi krzywdy. Zobaczcie, jak ten rumieniec wygląda naturalnie, nieskromnie przyznam, że mi pasuje. Na ustach wspomniana wyżej Nude Allure. Poza tym – nowe, krótsze włosy. PS czemu moje brwi na zdjęciach typu selfie wyglądają na grube, a w rzeczywistości i na normalnych ujęciach już takie nie są? 😛

Na sam koniec jedno z najbardziej popularnych zdjęć na IG – moje zakupy z Rossmanna. W tym roku było skromnie, ale nie powiem, że niczego nie kupiłam. Wybrałam droższe kosmetyki, po które nie sięgnęłabym w cenie regularnej. Zdecydowałam się na dwie pomadki dr Ireny Eris Provoke – 703 i 705, EOS o zapachu i smaku truskawkowego sorbetu oraz nowości z Evree. Ze szminek Provoke jestem bardzo zadowolona – opanowały mój makijaż ust i pojawiają się na nich praktycznie codziennie – ich jakość jest świetna, a kolory bardzo twarzowe.

podsumowanie kwietnia na instagramie 6

W kwietniu wiele z nas polowało na gazety Glamour z dołączonym do nich jajeczkiem Blend it!. Wiem, że rozeszły się one jak świeże bułeczki – nic dziwnego, kiedy niektóre osoby kupowały po kilka sztuk – ja zdecydowałam się tylko na jedną, ponieważ nie wiedziałam, czy te gąbki będą mi odpowiadać. Miałam co do nich wielkie oczekiwania, ale już się rozczarowałam. Na pewno nie dorównają mojej ulubionej Real Techniques Miracle Sponge, o której pisałam ostatnio. Wejdźcie na moje Ins Stroy – tam tłumaczę dlaczego. 
Ostatnim już zdjęciem jest to, które w pewnym stopniu mnie ujęło. Pochodzi z ostatniej części wiosennika, czyli tej traktującej o kosmetykach kolorowych. W kwietniu na wielu moich zdjęciach królowała gipsówka – wiem, że wiele osób umieszcza ją teraz w swoich kompozycjach, ale i tak mam wrażenie, że moje zdjęcia pozostały nieco inne (mam nadzieję, że to nie tylko złudzenie, a prawda :D). Ten niepozorny kwiat podobał mi się już od dawna, ale dopiero blogerki uświadomiły mi, że można kupić go na sztuki – wcześniej myślałam, że jest używany do ozdoby bukietów i nie można jej kupić od tak 😛
Jak podoba się Wam moja opowiastka o kwietniu? Co ciekawego wydarzyło się wtedy u Was?  Jakie macie plany na maj?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

LUTY W ZDJĘCIACH | TYM RAZEM TO JA SIĘ POSTARAŁAM! :D

12 marca 2017
Cześć!
Jest niedziela a ja chciałabym zaprosić Was na jeden z lżejszych postów na moim blogu, który bardzo lubicie. Podsumuję dzisiaj luty w zdjęciach. Wbrew pozorom nie był to miesiąc nudy i stagnacji, a myślałam, że taki będzie ;P Jeśli jesteście ciekawi co się u mnie działo – zapraszam! Z kawą  herbatą! 😀


W lutym nie szło mi dobrze z czytaniem książek – ostatecznie skończyłam tylko dwie, ale nie uważam, żeby był to słaby wynik. W marcu nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, więc tego „rekordu” nie pobiję, ale mam nadzieję, że znajdę choć chwilę na książkę. W lutym przeczytałam tylko dwie książki J. Dashnera – „Więzień labiryntu” i „Próby ognia”. Choć sa to propozycje dla młodzieży nie czytało mi się ich zbyt łatwo, ale sama fabuła mnie wciągnęła – tym bardziej, że druga część w 95%  różniła się od tego co mogłam zobaczyć na filmie.

W ubiegłym miesiącu recenzowałam Wam też kosmetyki Lily Lolo i jednym z nich była paletka pięknych, neutralnych cieni, po którą nadal z przyjemnością sięgam. Widziałam różne opinie na jej temat, ale nie wszystkie podzielam. Owszem, pigmentacja jest słabsza niż w przypadku cieni sypkich, ale na co dzień jest wystarczająco dobra. Na bazie cienie trzymają się cały dzień. Jeśli macie ochotę przeczytać coś więcej na jej temat – zapraszam pod ten [LINK].
Kilka tygodni temu zorganizowałyśmy z dziewczynami cykl wpisów poświęcony naszym paznokciom. Jestem z Was dumna – seria świetnie się przyjęła, a Wy komentowałyście każdy post i zaglądałyście do innych dziewczyn. Lubicie czytać posty związane ze współpracą z innymi dziewczynami z blogosfery? O czym chcielibyście poczytać następnym razem? Na zdjęciu post o moich ulubionych kosmetykach do paznokci – [LINK] 🙂
Wracając do tematu książek – chciałam napisać, że czytnik Kindle jest dla mnie trafionym prezentem. Wydawałam na książki fortunę, teraz mogę pozwolić sobie na czytanie większej liczby pozycji. Do tego czytnik jest niewielki i zabranie go w podróż nie przysparza większych kłopotów. Teraz, kiedy zainwestowałam w etui lubię zabierać go na uczelnię – często mam spore przerwy między wykładami, a nie zawsze mam ochotę się uczyć i książka jest wtedy idealnym wyjściem z „kryzysowej” sytuacji 😛
Pozostając przy elektronicznych gadżetach w ferie wróciłam do gry mojego dzieciństwa Spell Force 2 i powspominałam stare, dobre czasy i granie w gry na zmianę z moim bratem 😛 Potrafiliśmy siadać razem do komputera i grać jedną kampanię, przy czym jedno grało, a drugie oglądało 😛 Oczywiście nie spędzaliśmy przed ekranem całego dnia, ale 4 zmiany po pół godziny to była norma 😀 Wiem, że grafika już nie ta, ale mam do tej pozycji sentyment.

Ulubieńcami stycznia była mgiełka Bath&Body Works, tusz Loreal Volume Million Lashes So Couture i znany wielu z Was rozświetlacz z My Secret. Nadal chętnie sięgam po te kosmetyki i pewnie nieprędko je odstawię. Mam za to problem z zeszłomiesięcznymi perełkami – muszę dobrze to przemyśleć, bo znalezienie tych trzech najfajniejszych nie należy do najłatwiejszych. Ostatnio rzadko trafiam na buble, a nie chcę ciągle polecać Wam tych samych produktów 😉 [LINK]
Słoneczne wschody słońca w lesie to coś, za czym tęsknię – w Białymstoku, mimo tego, że mieszkam na obrzeżach nie widziałam czegoś podobnego. Mam jednak nadzieję, że słońce zastąpi mi kolorowe niebo i w końcu pojawi się na dłużej niż kilka dni. Niedługo mamy pierwszy dzień wiosny, mogłoby zacząć świecić o wiele częściej i nie znikać tak szybko na rzecz deszczu i chmur 😛
W styczniu pisałam też egzamin z biofizyki, a w lutym jeździłam oglądać na Uniwersyet swoją pracę. Trochę się zawiodłam, spodziewałam się lepszej oceny, ale ostatecznie stwierdziłam, że cieszę się, że udało mi się zaliczyć wszystko w pierwszym terminie i wejść w drugi semestr z czystą kartą. Ta sesja nie będzie już tak prosta, bo czekają mnie aż cztery egzaminy + 2 praktyczne :C Mam nadzieję, że będziecie trzymać za mnie kciuki – chciałabym mieć spokojne wakacje i ominąć kampanię wrześniową 😀
Kolejnym postem z serii FebNails jest ten, który porównuje manicure hybrydowy i tradycyjny, obnaża wady i zalety każdego z nich. „Zmusiłam” was do dyskusji i jeśli miałabym podsumować wyniki – na dzień dzisiejszy większość z nas preferuje manicure hybrydowy, chociaż nie do końca zrezygnowała też z tego tradycyjnego. Sama jestem w tej grupie i choć od dwóch miesięcy nie miałam na paznokciach lakierów hybrydowych przyznam, że za nimi tęsknię. Cały post możecie przeczytać tu [LINK].

Jednym z prezentów walentynkowych była książka Hygge, czyli duńska sztuka szczęścia. Podobno hygge nie jest już w modzie, ale lubię czasem sięgnąć po takie lekkie pozycje i mam nadzieję, że niedługo przyjdzie na nią porą. Teraz przydałaby się raczej mojej mamie – nasz dom stoi w rozsypce i jest składany od nowa – wyobrażacie sobie pewnie ile nerwów nas to kosztuje 😛 Spokój i harmonia poszukiwane!

W lutym wygrałam konkurs u kochanej, wrednej i rudej osoby, czyli Justyny – drobiazgowarupieciarnia.blogspot.com. Nie spodziewałam się, że uda mi się zgarnąć jedną z tech nagród, która była zestawem peelingów Body Boom 😀 Miałam wielką ochotę na ich przetestowanie, a teraz mam taką możliwość. Aktualnie używam peelingu kawowego z Nacomi, ale chętnie je sobie porównam – jestem ciekawa, czy zauważę jakąś drastyczną różnicę. W tle – koteł – księżniczka, czyli Pipella 😀 
Luty nie mógł być miesiącem bez selfie, dlatego wstawiłam je AŻ dwa 😛 Pierwsze z nich widzicie powyżej, nie wiem, co mam o nim napisać, może tylko tyle, że jakaś niepodobna do siebie na nim jestem 😛 Bardzo podoba mi się natomiast to, jak ułożyły mi się włosy – mogłyby wyglądać tak codziennie, nie mam nic przeciwko. Do tego mazurska woda bardzo dobrze działała na moją skórę – w domu w ogóle nie miałam wyprysków, a skóra była nawilżona. Po powrocie do Białegostoku sytuacja zmieniła się o 180 stopni – mocno chlorowana woda i smog mi nie służą 😛
Z racji tego, że niedawno obchodziliśmy Dzień Kota chciałabym przedstawić Wam dwie kocice, które grzeją miejsce na mojej kanapie 😀 Pierwsza z nich, ta mała kuleczka to Pipella, która jest moim mruczkiem i przytulakiem. Zawsze kładzie się ze mną, ogląda filmy i nie odstępuje mnie na krok, szczególnie wieczorami 😛 Mogę ją nosić na rękach, w sumie wszystko jej jedno 😛 Gimnastyczka ze zdjęcia niżej to Perełka, 9-10 letnia kotka, która zaginęła i po 6 latach do nas wróciła – wychudzona i biedna, ale wróciła. Teraz leżałaby tylko w domu, przy grzejniku i nigdzie nie wychylała nosa. Bije si z Pipi, bo obie chcą rządzić… A podobno kocie kobiety miały umieć się dogadać 😛
Odwołując się do wyżej wspomnianego smogu – miałam wrażenie, że jeśli będę studiować blisko lasów, Mazur, czyli zielonych płuc Polski i w mniejszym mieście – jakość powietrza będzie bardzo dobra, a ja będę mogła cieszyć się wizytami w parkach blisko uczelni. Zdziwiłam się, kiedy czytałam wyniki badań – w Bydgoszczy, w samym centrum powietrze jest bardzo dobrej jakości, a u nas, w Białymstoku, tylko umiarkowanej. Spodziewałam się czegoś lepszego, ale sama nic z tym nie zrobię, mam nadzieję, że w przyszłości się to zmieni :C
Ostatnim wpisem z serii FebNails, który chciałam Wam zaproponować jest moja recenzja najlepszego żelu do skórek, który w mig rozprawia się nawet z twardszymi skórkami, które potrafią przysporzyć nam sporo kłopotów. Wiele z Was go lubi i poleca tak jak i ja, wcale się nie dziwię, że ten kosmetyk zyskał już łatkę kosmetyku kultowego. Z pełną recenzją zapoznacie się pod tym [LINKiem].

Pozostając w temacie paznokciowym – na nowo zakochałam się w lakierach Golden Rose, które oprócz Essie i Sally Hansen są moimi ulubionymi. Ten ze zdjęcia ma piękny, nieoczywisty kolor, który w zależności od światła zmienia swoją barwę – raz wydaje się bardziej czerwony, raz buraczany, a raz brązowy – coś niesamowitego. Lubię takie wielowymiarowe odcienie i najczęściej po nie sięgam. Teraz mam na paznokciach Fiji, ale ten pewnie niedługo znów wyląduje na moich pazurkach.
Pod koniec lutego miałam też okazję uczestniczyć w blogowym spotkaniu zorganizowanym przez Asię z bloga nienaltowskablog.pl i Michalinę z bloga brylantina.blogspot.com. Spotkanie było świetne, wiem, że niedługo szykuje się kolejne i mam nadzieję, że uda mi się w nim uczestniczyć. Na początku mocno się stresowałam, szczególnie przed wejściem do lokalu, ale teraz wiem, że nie było powodu. Dziewczyny są tak świetne, że nie powinnam w ogóle myśleć o żadnym stresie 😛 Pełną relację przeczytacie w osobnym poście – [LINK].
Na kolejnym zdjęciu możecie zobaczyć to, co udało mi się zużyć w styczniu. Było tego naprawdę sporo, znów zbliżam się do momentu, w którym zużyłam praktycznie wszystkie kosmetyki, które mam aktualnie zaczęte i zużycie czegoś nowego zajmie mi więcej czasu, niż tego, co było już zaczęte. Jakby tego było mało znów uzbierałam trochę kosmetyków – a to małe zakupy, a to upominki ze spotkania – moje plany minimalizacji zapasów jakoś nie mogą się zrealizować 😛 [LINK].
Na sam koniec – probówki, probóweczki z biochemii. Ostatnio niestety mamy nudne zajęcia, ale w tamtym semestrze było naprawdę ciekawie – czasem lubię pobawić się odczynnikami, szczególnie wtedy, kiedy doświadczenia są barwne i wychodzą nam ciekawe kolory. Gorzej, kiedy inkubuje się coś półtorej godziny i w międzyczasie bardzo nudzi 😛 Na szczęście prowadząca pozwala się wtedy uczyć albo po cichu rozmawiać, więc te chwile mijają nam naprawdę szybko 😛
Jak minął Wam luty? U mnie było intensywnie, tak jak widzicie. Które zdjęcie najbardziej przypadło Wam do gustu?
Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli :*
Uncategorized

STYCZEŃ W ZDJECIACH | SESJA, SESJĄ, W KOŃCU WOLNE! :P

17 lutego 2017
 
Cześć!
Styczeń był ciężki, ale bardziej przeraża mnie fakt, ze po feriach będzie już tylko gorzej 😛 Letni semestr na mojej uczelni oznacza większą harówkę pod względem opanowania materiału, ale też dochodzi mi sporo przedmiotów i większość swojego dnia będę pewnie spędzać na uczelni. Ale dobra, kończę marudzić i przechodzę do tematu dzisiejszego posta – podsumuję Wam ubiegły miesiąc w zdjęciach 🙂 Jesteście ciekawi, co się się u mnie działo? W takim razie zapraszam do dalszej lektury! 😀 

Od Sylwestra do dnia pierwszych zajęć praktycznie nie odrywałam się od ebooków 😛  Jeśli pamiętacie mój post z planami na ten rok, obiecałam sobie, że będę więcej czytać i ostro wzięłam się za realizację tego punktu. W tym miesiącu udało mi się przeczytać 4 pozycje – ani to mało, ani dużo, jak na tak zabiegany miesiąc, jaki miałam, uważam, że nie jest to zły wynik. Teraz, w ferie, nadrabiam braki i wyrabiam normę na następnych kilka miesięcy 😛 Mam nadzieję, że osiągnę to, co sobie postanowiłam 🙂
W styczniu pierwszy raz miałam okazję jeść pitaję, czyli smoczy owoc. Przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego i trochę mnie przez to te owoc rozczarował. Słysząc jego opis – truskawkowa gruszka, wyobrażałam sobie owoc o wyrazistym smaku, a zastałam nijakie coś o konsystencji kiwi. Więcej się chyba na nie nie skuszę, choć to bardzo zdrowy owoc. Po prostu nie lubię się zmuszać do jedzenia czegoś, co mi nie smakuje :C
Na początku tego roku postanowiłam też zamówić sobie kilka nowych wosków. Ostatnie zamówienie składałam w lipcu tamtego roku, minęło więc od niego sporo czasu. Zdecydowałam się na nowości Yankee Candle i kilka wosków Wood Wicka, bo do tej pory firmę tę znałam jedynie od strony świec. Jak na razie, dwa były w użyciu – Smoke Wood i Sea Salt Caramel. Ich recenzje możecie przeczytać na blogu! 🙂

Myślałam, że zima opuściła nas na dobre i już nie wróci. niestety były to tylko płonne nadzieje – powróciła, i to ze zdwojona siłą 😛 Raz w styczniu, drugi raz zaraz po rozpoczęciu moich ferii. Owszem, za oknem jest pięknie, często sama zachwycam się urodą drzew oprószonych śniegiem czy symetrycznych, wręcz doskonałych płatków. No ale ludzie, zamarzam w temperaturze -5, a na termometrze nierzadko jest powyżej -10 😀 Nie powinnam wychodzić z domu 😛
Styczeń kojarzy mi się też z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Wiem, że akcja ma wielu zwolenników, ale też przeciwników, ja na pewno będę popierać tę inicjatywę dotąd, dokąd będzie istniała. Gdyby nie sprzęt opatrzony czerwonym serduszkiem wiele dzieci nie miałoby w Polsce szans na odpowiednią diagnozę, leczenie, czy nawet na… życie. Niech i Owsiak zarabia na tym 1 milion, 5, 10… Ale 50 nadal idzie dla szpitali – czy to źle?
Na blogu mogliście też przeczytać wpis o gagatku z ostatniego zdjęcia z tej trójki. Pędzel Lily Lolo świetnie sprawdza się u mnie przy aplikacji pudru – jest miękki i puszysty, przez co wykończenie kosmetyku nie jest aż tak bardzo matowe. Nakłada się też jego mniejsza ilość, przez co efekt jest bardziej subtelny. Pełną recenzję możecie przeczytać pod [tym linkiem].

W zeszłym miesiącu postanowiłam spróbować swoich sił i wysłałam zgłoszenie do BaByliss. Miałam szansę zostać ambasadorką ich słynnych lokówek, ale chyba się nie udało, bo mail żaden do mnie nie dotarł 😛 Z drugiej strony, ja już to przemyślałam – Nie używam lokówek, więc chyba nie jest mi potrzebna 😛 
Szczęśliwa Skóra to książka, którą mam zamiar przeczytać w najbliższej przyszłości. Ostatnio jakoś ciężko jest mi się zabrać za książki urodowe, więcej siedzę jednak w klimatach fantsy. Najważniejsze jest jednak to, że realizuję swój cel – w styczniu przeczytałam 4 obszerne książki i jestem z siebie dumna! 😀 Na dzień dzisiejszy mam ich na liście 7, jest luty, a ja za dolną granicę obrałam 30. Chyba się uda 🙂
Każdy student wie, że styczeń to miesiąc kolokwiów i sesji, mi też upłynął po takim znakiem, ale na szczęście wszystko udało mi się zaliczyć w pierwszym terminie. Uff – kiedy szukałam siebie na liście z wynikami i zobaczyłam pozytywną notę – byłam zadowolona i spełniona. Nie po to tak czekałam na 3 tygodniowe ferie w domu, żeby non sto siedzieć przy książkach i nadrabiać braki do poprawek 😛 Na zdjęciu – mięśnie szyi, jedna z prostszych rzeczy na ostatnim kolokwium z anatomii 😛

Kolejny wpis o studiach, tym razem z cyklu jak chodzę ubrana na kolokiwa 😛 Zazwyczaj zakładam sukienki, najczęściej decyduję się na czerń i coś eleganckiego, a jak mam gorszy humor albo źle się czuję (czyt. babskie dni :P) zakładam to, w czym mi najwygodniej. Tu Elf Naczi jako czarna wdowa xD Na szczęście z kolokwium wyszłam z dość pozytywnym nastawieniem, mam nadzieję, że punkty, które zobaczę po feriach też wprawią mnie w tak pozytywny nastrój 😀

Pytałam na IG, zapytam ponownie – kto,tak jak ja, lubi kwiaty? Moim zdaniem nadają nawet najbardziej surowemu wnętrzu łagodniejszego klimatu. Zazwyczaj decyduję się na róże i goździki, choć tulipanami czy żonkilami też nie pogardzę (chociaż te ostatnie najbardziej lubię w sezonie wiosennym, z drugiej strony, raczej wtedy są „dostępne” :P). Niektórzy twierdzą że to strata pieniędzy, ale u mnie kwiaty stoją ponad tydzień, więc nie jest z tym tak źle 😛 Nie palę, nie piję, to chociaż na kwiaty te 10 złotych wydam xD

Zbliżając się już ku końcowi chciałam przypomnieć Wam akcję, w której też postanowiłam wziąć udział. Mowa tu o Pink Lips Project. Styczeń jest miesiącem walki z chorobą, która dotyka wiele, nawet bardzo młodych kobiet. Walki z chorobą, która zbiera wielki żniwo. Dlaczego? Bo jest bardzo późno diagnozowana, wtedy, kiedy nie ma już ratunku, wtedy, kiedy nawet najnowocześniejsza aparatura i metody zawodzą. Rak szyjki macicy to podstępny zabójca, dlatego warto się badać, od najmłodszych lat. Niestety to, że dopiero skończyłaś 20-stkę nie oznacza, że nie zachorujesz. Postępujmy rozważnie, życie mamy tylko jedno…
I na koniec – bardziej optymistyczny akcent, czyli artystyczne zdjęcie zatytułowane „Ja, mój kocyk i moja kawa”. To trójkąt idealny, chociaż brakuje w nim jednej składowej – kota. Kawę staram się ograniczać, jak mogę, bo wypłukuje magnez, a przez niedomykalność zastawki mam na ten pierwiastek większe zapotrzebowanie. Moi znajomi fundują sobie 3-4 kawy dziennie, a ja 5 w tygodniu 😛 Na szczęście udaje mi się bez niej funkcjonować, a piję ją nie dla dodatkowej dawki energii, a raczej dla smaku. Poza tym kawa w małych ilościach jest dla nas zdrowa! 😀

Co ciekawego działo się u Was w styczniu? Które z tych zdjęć najbardziej przypadło Wam do gustu?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

GRUDZIEŃ W ZDJĘCIACH | NADCHODZI CZAS BIAŁEGO ZIMNA?

2 stycznia 2017
Hej!
Jednym z moich celów na 2017 rok był powrót na bloga. Brakuje mi pisania do Was i nie chciałabym opuszczać tej strony – a niestety w listopadzie i grudniu statystyki były naprawdę niskie. Zanim zabiorę się za podsumowanie – i te kosmetyczne i lifstylowe – postanowiłam napisać, co działo się u mnie w grudniu. Jeśli jesteście ciekawi, czy ten miesiąc był szalony, czy udało mi się zdążyć z nauką i czy odpoczęłam – zapraszam dalej 🙂

Pierwsza połowa grudnia upłynęła mi pod znakiem nauki na temat ośrodkowego układu nerwowego. To dopiero drugi dział, a wiele osób mówiło nam, że to jeden z tych dwóch trudniejszych. Kolokwium udało mi się zaliczyć na tyle punktów, na ile bym chciała (chociaż większą ich liczbą bym nie pogardziła :P), więc ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolona. Zasmucił mnie tylko jeden fakt – tym razem przerobiłam wszystkie pytania, jakie miałam w posiadaniu, zrobiłam 11 stron notatek w wordzie i co – żadne się nie powtórzyło xD W tamtym roku weszło 80% giełdy – jak żyć? 😛 Teraz przeszliśmy do GiSu – Głowy i Szyi i, choć materiału jest o wiele więcej, a szpilki dużo trudniejsze (momentami), to uczy mi się tego zdecydowanie łatwiej. Pocieszam się faktem, że potem ma być już z górki 😛
W ubiegłym miesiącu osiągnęłam też pułap 1000 obserwacji na Instagramie. Nigdy nie spodziewałam się, że dojdę tak daleko – nawet nie myślałam o tym, że moje zdjęcia chciałoby oglądać tyle osób :O Jestem z siebie dumna i widzę, że nawet wtedy, kiedy nie mam bardzo dużo czasu na blogu, mogę publikować fotografie z krótkim opisem, a Wy pozostajecie ze mną w stałym kontakcie. Mam też nadzieję, że w styczniu uda mi się prowadzić mój profil bardziej systematycznie – kto wie, może uda się pociągnąć tę ideę przez cały rok? 😀

W przerwach od nauki i leniuchowania przed komputerem starałam się wychodzić z Mateuszem na dłuższe, bądź krótsze spacery. Jestem z natury domatorem i nigdy nie chce mi się ruszać z miejsca, a sama wiem, ze ruch i świeże powietrze dobrze mi robią. W Mikołajki podziwiliśmy pięknie przystrojony rynek i wielkie choinki. W tle możecie nawet zobaczyć uśmiechnięty Ratusz 😀
Przechodząc płynnie do tematu wyżej wspomnianych Mikołajek pokazałam Wam mój piękny prezent – w bucie znalazłam nowy kalendarz na 2017 rok – pochodzi z empiku i jest to limitowana edycja – wiem, że już niedostępna. Kalendarz idealnie do mnie pasuje. Jest gruby, solidnie wykonany i ma tak dobrane rubryczki, że świetnie sprawdzi się u wszystkich maniaków planowania i bazgrania. Mnie zapisane sentencje czy zadania motywują do pracy, dlatego nie zamierzam rezygnować z papierowych kalendarzy na rzecz tych elektronicznych. Jak podoba Wam się jego okładka?
Grudzień jest miesiącem podsumowań i chyba każda blogerka korzysta z programu/strony/aplikacji (jak zwał, tak zwał :P) Best Nine 2016. Na moim Instagramie najbardziej spodobał się Wam mój post z wynikam matury. Sama lubię na niego patrzeć, bo wiem, że dzięki temu papierkowi miałam szansę dostać się na wymarzone studia. Mam nadzieję, że to koniec przeciwności losu i że od teraz wszystko będzie szło już po mojej myśli. Może są to marzenia ściętej głowy, ale, na szczęście, całkiem realne, a więc możliwe do osiągnięcia 😀

Naturalne kosmetyki, które widzicie na pierwszym zdjęciu to paczka od Olgi z apieceofally.plW
wąskim gronie pobawiłyśmy się w Mikołaja, ja również nim byłam – tyle
tylko, że wcieliłam się w rolę Elfa albo Śnieżynki 😛 Z przyjemnością
będę używać tych kosmetyków, a na temat części z nich na pewno napiszę
Wam moją opinię. Który z nich ciekawi Was najbardziej?

Paczka, jaką widzicie na drugim obrazku to kolejny etap współpracy z Costasy i Lily Lolo.
Tym razem wybrałam zestaw idealny na sylwestrową imprezę – ich nową
paletkę Pedal to the Metal, limitowaną wersję pędzla Super Kabuki i
puder matujący. Każdego z nich już używałam, ale ostateczną opinię wydam
pod koniec stycznia lub na początku lutego. Jak myślicie – będą to kolejne hity, czy tym razem będę miała im coś do zarzucenia?
Kolejne dobroci pochodzą z Beauty Oil i jest to wygrana w konkursie u Kasi z bloga minimalniee.pl. Jeszcze
nie używałam tych kosmetyków, ale niedługo w ruch pójdzie krem pod
oczy. Słyszałam wiele pozytywnych opinii na ich temat i mam nadzieję, że
sprawdzą się także w moim przypadku. Największe nadzieje pokładam w
tym, o którym pisałam wyżej i kremie na noc.

Na sam koniec – kilka zdjęć z okresu świątecznego. Żałuję, że te ferie tak szybko mi minęły – niby nie robiłam nic konkretnego, a ani się nie nauczyłam, ani nie odpoczęłam (chyba jak każdy :D) 😛 Mam jednak nadzieję, że szybko wrócę do „normalności”, a te kilka dni wolnego pozwolą na restart i powrót do nauki ze zdwojona siłą. Jeśli uda mi się zaliczyć kolokwia w pierwszym terminie + jeden egzamin w sesji – na przełomie stycznia i lutego będą czekały mnie 3 tygodnie wolnego! 😀 To dobrze, bo letni semestr zapowiada się o wiele ciężej… 😛 Ale – kto da radę, jak nie ja? :p
Będziecie robić podsumowania ubiegłego roku? Które zdjęcie najbardziej zapadło Wam w pamięć? 

Trzymajcie kciuki – mam nadzieję, że dam radę pisać do Was częściej! 😀
Pozdrawiam :*