Wybrany tag

podkład do twarzy

Uncategorized

MOJE NATURALNE PIĘKNO | KONKURS ZBLOGOWANI I ANNABELLE MINERALS

14 września 2016

Kiedy zobaczyłam na zblogowanych akcję z Annabelle Minerals wiedziałam, że nie będę mogła przejść obok niej obojętnie! Długo myślałam jak mam temat ugryźć – przecież konkurs nie polega na tym, żeby wypisać cechy produktu ze strony producenta i wstawić dwa zdjęcia…
O nie! Dla mnie konkurs był wyzwaniem. Postanowiłam w końcu stanąć z drugiej strony obiektywu – a dokładniej przed nim. Było to dla mnie nie lada wyczynem. Aparaty, sesje – to wszystko bardzo mnie stresuje i nie potrafię skupić się na tym, jak mam na samym zdjęciu wyglądać. Jeśli chcecie posłuchać moich wywodów na temat naturalnego piękna i makijażu mineralnego – zapraszam dalej. Ostrzegam – post będzie jak tasiemiec – jak każdy na tym blogu. Z tym wyjątkiem, że dzisiaj będę tu MODELKĄ, a to nie zdarza się zbyt często… Doceńcie to 😀

Kosmetyki mineralne odkryłam mniej więcej półtorej roku temu. Szukałam zdrowej alternatywy dla drogeryjnych produktów do makijażu. Jak wiecie – mam problemy ze skórą i tego nie ukrywam. Zaczerwienienia, trądzik, blizny, przebarwienia, rozszerzone pory, świecenie – mogłabym tak pisać i pisać, ale nie jestem tu po to, żeby skupiać się na swoich wadach.
Zawsze byłam osobą pewną siebie, niestety trądzik tę pewność siebie mocno zaburzył. Stałam się zamknięta w sobie. Pierwsze, o czym myślałam, kiedy pojawiałam się w towarzystwie to fakt, czy każdy zwraca uwagę na moje wielkie pryszcze na policzkach. Tak… Dokładnie tak o sobie myślałam, bez owijania w bawełnę, bez słodzenia.

Nie będę ukrywać faktu, że drogeryjne podkłady, których używam mi nie szkodzą. Mam jeden sprawdzony, do którego wracam od lat i nie powoduje to u mnie wysypu niedoskonałości. Szukałam jednak ideału, Świętego Graala, który nie tylko maskowałby to, co jest we mnie nieidealne, ale też to leczył.
Annabelle Minerals to marka rodzima i to dzięki temu mój pierwszy kontakt z minerałami oparł się na relacji z produktami tej firmy. Kupiłam próbki, zabrałam się do dzieła i co? Wcale nie było tak, jak mówiły dziewczyny na you tubie… Ach, zapomniałam… One nie miały krwiaków na policzkach, które przykryłaby tylko dłoń położona w tym miejscu.

Nie poddałam się jednak tak szybko i zaczęłam eksperymentować.
Aplikacja kilku cienkich warstw czy dwóch grubszych? A może ta na mokro? Podkłady, korektory, róże, pudry
– przyznam się, że moje pierwsze próby wcale nie były udane.
Ciągle
miałam wrażenie, że nie będę umiała ujarzmić sypkiej formuły
– bo jak
sypki produkt ma kryć tak, jak ten w formie kremu czy musu – przecież to
niezgodne z prawami logiki! Moja skóra się buntowała – mimo dobrego
nawilżania byłam jedną, wielką, chodzącą suchą skórką i przez to
rzuciłam minerały w kąt – nie wyglądałam w nich dobrze, bo moja skóra
nie była pod nie odpowiednio przygotowana.
Moim
zdaniem minerały są jak farba, a nasza skóra jest płótnem. Nawet
najzdolniejszy malarz z najlepszym sprzętem nie stworzy cudu na słabej
jakości bazie – nieodpowiednio zagruntowanej, krzywej i wyboistej. My
też powinniśmy najpierw zadbać o pielęgnację skóry, a dopiero później
dostosowywać do niej makijaż – w innym wypadku nasze starania spełzną na
niczym – to proste, choć na początku trudne do przyjęcia.
Ostatnie wakacje, a później wrzesień i październik były punktem kulminacyjnym. Pojawił się u mnie trądzik, jakiego jeszcze nigdy nie było. Bolała mnie cała skóra, a leczenie dermatologiczne działało skutecznie, ale wolno. Nadal malowałam się tym, co miałam, całkowicie zapominając o minerałach.
Kiedy na początku tego roku opadły mi ręce i nie wiedziałam już, jak mam działać – postanowiłam stworzyć zupełnie nowy plan pielęgnacji. Synergia naturalnych składników z aptecznymi formułami zaczęła działać, a ja z dnia na dzień coraz chętniej przeglądałam się w lustrze. W walce o piękną cerę pomogły mi też walczyć większe ilości wody i całkowite odstawienie nabiału.

Po maturze, kiedy miałam więcej czasu z podkulonym ogonem wróciłam do samotnych, porzuconych słoiczków. Umyłam wszystkie pędzle, trzymałam się planu pielęgnacji i…
Nie uwierzycie, jakież było moje zdziwienie!

Zaczęłam od nakładania podkładu w formie kryjącej – wydawało mi się, że to ona będzie dla mnie odpowiednia, ponieważ mam wiele zmian na policzkach – od przebarwień, po blizny włącznie. Okazało się jednak, że niekoniecznie dobrze współpracuje ona z moim sebum – podkład po kilku godzinach ważył się tak samo, jak te kupione w drogerii – a przecież nie na tym mi zależało.

Impasem w moim przypadku była zmiana formuły. Matująca ma delikatnie
mniejsze krycie, ale za to zdecydowanie mocniej wchłania sebum. W każdym
słoiczku znajdują się tylko 4 składniki – mika, która jest substancja
odbijającą światło
. Sprawia, że nasza skóra wygląda na gładszą, bardziej
jednolitą i zdrową. Dwutlenek cynku to związek, który jest naturalnym,
mineralnym filtrem UVA/UVB. To, że jest mineralny oznacza, że powinno
się go dopełniać, bo ściera się z naszej skóry pod wpływem „uszkodzeń”
mechanicznych – pocierania, dotyku a nawet podczas pocenia. Nie oznacza to jednak tego, że nie chroni – ja po prostu
wolę nałożyć pod spód filtr chemiczny, który da mi dodatkowy komfort.
Tlenek cynku matuje, ale nie tylko – działa też antyseptycznie (to działanie było wykorzystywane już w starożytności) i jest
mineralnym filtrem UV, podobnie jak jego poprzednik. Tlenki żelaza to
barwniki
, nieszkodliwe dla naszego zdrowia.

Pewnie ciekawi Was jak aplikuję minerały, żeby uzyskać dość mocne krycie i świetną trwałość. Otóż moją bazą są krem na dzień + filtr UV – zastygający i suchy w dotyku. Minerały niespecjalnie dobrze będą chciały rozprowadzać się po lepkiej skórze – będzie ciężej je równomiernie nałożyć i nie narobić sobie plam. Lepiej wybierać pod nie kremy o suchym wykończeniu. Na to nakładam puder bambusowy lub ryżowy – moja skóra jest wtedy jeszcze bardziej wygładzona i pędzel sunie po niej o wiele łatwiej. Czasem pomijam ten krok, ale wtedy widzę, że zaczynam się szybciej błyszczeć. To mój trik na przedłużenie trwałości makijażu.

Następnie biorę pędzel typu kabuki, maczam go w podkładzie i staram się to robić tak, żeby kosmetyk dotarł w każdy zakamarek mojego narzędzia pracy. Nadmiar otrzepuję na zakrętkę, końcówką pędzla stukam delikatnie o blat, żeby podkład osiadł na nim głębiej i nie pylił przy aplikacji. Jestem z grona tych osób, które nakładają trochę grubsze warstwy, ale nadal w granicach rozsądku – tak, aby nie przesadzić i nie nałożyć jednej, przez którą nie będzie przebijała mi tekstura skóry. Kolejnym krokiem jest punktowe nałożenie korektora na miejsca, które wymagają dokładniejszego przykrycia. Następnie dokładam jeszcze jedną warstwę podkładu – wtedy już naprawdę cieniutką – służy ona lepszemu rozblendowaniu korektora. Całość utrwalam pudrem, z którego korzystałam na samym początku.

Czy oprócz podkładu i korektora stosuję jeszcze jakieś kosmetyki od Annabelle Minerals? Na powiekę często aplikuję jasny, lekko połyskujący cień o wdzięcznej nazwie Vanilla. Na moje powieki działa jak podrasowany korektor – ujednolica ich koloryt, a w słońcu delikatnie się mieni – moje spojrzenie wygląda wtedy na świeższe i pełne blasku. Jako miłośniczka róży często nakładam delikatny Romantic, który jest moim ulubieńcem wszech czasów (na potrzeby tego posta dmuchałam nim w stronę obiektywu – ucierpiało chyba 25% produktu – jak żyć? :P). To delikatny, różowy odcień, który jest stworzony dla bladolicych. Mimo mocnej pigementacji raczej nie zrobicie sobie nim krzywdy. Drugim z moich ulubieńców jest zdecydowanie bardziej intensywny Rose, który wpada w tony różano-koralowe i idealnie sprawdza się przy lekkich makijażach – fajnie wygląda jako główny element skupiający na sobie uwagę 🙂

Skoro opisałam Wam to, jak ma się moja przygoda z minerałami, jak je nakładam, czym, co lubię i doceniam, warto byłoby odnieść się do głównego pytania konkursowego 
Dlaczego wybieram kosmetyki mineralne?
Zacznę od tych zalet, które znajdziemy w obietnicach producenta:
  • Minerały są kosmetykami, które nie wpływają negatywnie na moją skórę. Mogę bez obaw codziennie je stosować, a wyprysków czy zaskórników nie przybywa. Nie wysuszają też wrażliwej skóry. O podrażnieniach nie ma mowy. Zdarzało mi się to w przypadku długotrwałych podkładów typu longstay.

  • Można aplikować je na sucho i na mokro – zależnie od tego, jak wolicie i jaki efekt chcecie uzyskać. Aplikacja na mokro pozwala mi na znaczne zwiększenie krycia – szczególnie w przypadku korektora. Jeśli wolicie aplikację na sucho – taką ja wybieram częściej – a przeszkadza Wam efekt pudrowości i nie chcecie czekać kilkudziesięciu minut aż zniknie – wystarczy użyć specjalnego fixera lub hydrolatu. Oznacza to, że w praktyce w jednym kosmetyku mam dwa – sypki i w formie… hmmm… kremu.

  • Korektor, przez swoje antybakteryjne właściwości, przyspieszają gojenie się wyprysków. Szczególnie tych, które należą do kategorii ropnych wykwitów. Delikatnie je podsusza i sprawia, że są mniej bolesne. Nie swędzą, co pozwala uniknąć rozdrapania. To pomocne dla osób walczących z trądzikiem neuropatycznym – nie czuć = nie dotykam.

  • Skóra pomalowana kolorówką naturalną po prostu oddycha. Nic się nie lepi, nawet po kilku godzinach. W moim przypadku taki makijaż nie jest wyczuwalny – czuję się tak, jakbym cały dzień chodziła posmarowana tylko i wyłącznie lekkim kremem nawilżającym. Uważam to za ogromny plus – wraz z ochroną przeciwsłoneczną ta właściwość sprawia, że łój obecny w porach nie utlenia się i nie jest widoczny w postaci czarnych zaskórników otwartych.

  • Kosmetyki mineralne lekko kontrolują wydzielanie sebum, więc w przypadku cery, jaką ja posiadam pozwalają na przedłużenie trwałości makijażu. Żaden drogeryjny podkład nie wygląda na mojej twarzy tak dobrze, jak matujący Annabelle – oczywiście po całym dniu noszenia. Czasem mam lepsze, czasem gorsze dni, ale 7-8 godzin to dla niego pestka. Oczywiście po tak długim czasie moja skóra nie wygląda nieskazitelnie, ale przede wszystkim nie muszę mieć przy sobie pudru i bibułek matujących, a nadal czuję się komfortowo.
  • Minerały nie posiadają w swoim składzie konserwantów, PEGów i parabenów. Mnie te substancje nie uczulają, ale wiem, że wiele wrażliwców jest z tego powodu zadowolonych. Dodatkowo nie są testowane na zwierzętach i nie zawierają substancji pochodzenia zwierzęcego. Są odpowiednie dla wegan i wegetarian.

  • Kosmetyki mineralne są niezwykle wydajne. O ile podkład i puder jesteśmy w stanie zużyć w kilka miesięcy, tak korektor, róż czy cienie to kosmetyki niemal wieczne.  Będą nam służyć przez wiele lat, więc nawet jeśli szkoda Wam te kilkadziesiąt złotych na jeden z nich – rozłóżcie to na czas użytkowania – wtedy stosunek ceny do ilości wyda się Wam o wiele bardziej zasadny.

  • Wyżej wspomniałam, że mogą służyć nam kilka lat. Ale jak to? Przecież na słoiczkach jasno widnieje – rok po otwarciu. Nie dajcie się zmylić! Prawo nakłada na producentów obowiązek określenia czasu, w którym (po otwarciu) kosmetyk nadaje się do użytku. Minerały są bezpiecznie nawet wtedy, kiedy leżą kilkanaście miesięcy. Bez obaw można ich używać, nie zrobią nam krzywdy. Wiąże się to bezpośrednio z następnym punktem. Minerały nie mają terminu ważności, ponieważ…

  • … minerały składają się wyłącznie z substancji nieorganicznych – a właściwie nimi są. Jak powszechnie wiadomo, na materii nieożywionej nie mogą namnażać się żadne organizmy żywe – wirusy i bakterie też. Nawet jeśli przypadkowo wprowadzimy drobnoustroje do swoich kosmetyków – nie będą mogły tam bytować ani powielać swojej liczby przez brak pożywienia. Jasne – czasem trafi się im jakaś sucha skórka, więc w miarę możliwości powinniśmy codziennie korzystać z czystego pędzla. Nie dajmy się jednak zwariować 🙂 Pamiętajmy też o tlenku cynku – przy okazji składu wspominałam o jego antybakteryjnych właściwościach – w tym przypadku bardzo się przydają.

  • Minerały zawierają SPF na poziomie 15, chronią więc naszą skórę przed promieniowaniem słonecznym. Dla mnie jest to ochrona zbyt mała, ponieważ mam niski fototyp skóry i często pojawiają się u mnie poparzenia słoneczne. Uważam jednak, że dodatkowa ochrona zawsze się przydaje – lepiej ją mieć, niż nie. Co do SPF – nie zauważyłam, żeby minerały bieliły mnie na zdjęciach.

  • W ofercie marki znajdziemy mnogość wykończeń i odcieni. Od tych najjaśniejszych, po te dla osób o ciemnej karnacji. W końcu znalazłam podkład, którego nie muszę niczym rozjaśniać. Osoby jeszcze bledsze niż ja też będą zadowolone – gama cream jest tak jasna, że nawet ja wyglądam w niej jak córka młynarza 😀 Możemy wybierać pomiędzy podkładami matującymi, rozświetlającymi i kryjącymi. Jeśli chodzi o tonację, odnajdziemy gamy sunny, golden, natural i beige. W każdej gamie znajdziemy kilka odcieni o różnym stopniu jasności. Ostatnią nowością są korektory dopasowane do podkładów – cud, miód i orzeszki 😀

  • Przy okazji kolorów warto wspomnieć,że minerały po kontakcie z sebum nie ciemnieją! Nie straszne im zmiany pH podczas jego wydzielania, więc komfortowo nosi się je przez cały dzień. Bez obaw, że po powrocie do domu będziemy wyglądać jak cudowna pomarańczka 😛

  • Mimo tego, że wykończenie podkładu matującego, którego używam jest – MATOWE (odkrycie roku :P) – skóra nie wygląda płasko. Zawdzięczamy to obecności miki, która rozprasza światło. Dzięki temu nie muszę się rano gimnastykować – nie chcę wyglądać jak dziewczyna z maską na twarzy 😛 Przy minerałach nie muszę nic więcej robić.

Jakich produktów Annabelle Minerals użyłam do wykonania makijażu do tego posta?
-Podkładu Annabelle Minerls Natural Fairest w wersji matującej (próbka w słoiczku)
-Korektora  Annabelle Minerals – light + medium (próbki w woreczku)
-Pudru matującego Pretty Matt
-Różu Annabelle Minerals Romantic
-Cienia do powiek Vanilla
Lubicie minerały? Co sądzicie o tym konkursie? Podoba Wam się mój pomysł na konkursowy post? I na koniec – jak wypadłam jako modelka? 😛
Zapraszam Was na konkurs zorganizowany na platformie zblogowani.pl we współpracy z Annabelle Minerals. Do wygrania są kosmetyki AM, a także aparat i dwa tablety. Bierzcie udział – naprawdę warto!

zBLOGowani.pl

Pozdrawiam :*
Uncategorized

LOREAL TRUE MATCH NOWA WERSJA | Czy nowe, znaczy lepsze?

17 października 2015
loreal true match
Cześć dziewczyny!

Każda z nas ma swoje ulubione kosmetyki i w myślach prosi producenta, żeby ich nie zmieniał – bo, znając życie, te zmiany prowadzą zazwyczaj do stanu, gdzie nasz kochany produkt zamienia się w kosmetyczny koszmarek 😛 Kiedy odezwał się do mnie polski oddział L’oreal Paris i zapytał, czy nie chcę przetestować nowej wersji mojego ulubieńca – wahałam się. Ostatecznie jednak postanowiłam podjąć wyzwanie, wypróbować i ocenić, czy poszli krok do przodu, czy może kilka wstecz. Jeśli jesteście ciekawi, czy oceniam zmianę True Match na plus, czy wręcz przeciwnie – zapraszam Was dalej 😉

Idealne dopasowanie do koloru skóry.
Formuła podkładu, wzbogacona o ultra drobne pigmenty, idealnie
rozprowadza się na skórze i podkreśla jej naturalny kolor. Perfekcyjny
wygląd bez smug, grudek i efektu maski.
Składniki formuły dają nawilżenie skóry przez 8 godzin. Świeży wygląd skóry przez cały dzień. 

Kiedyś buteleczka miała bardziej opływowy kształt, teraz natomiast wygląda jak prostokąt. Moim zdaniem jest to zmiana na plus, ponieważ dzięki tej opcji prezentuje się ona zdecydowanie schludniej i bardziej luksusowo. Wykonana jest ze szkła, a jej pojemność to standardowe 30 mililitrów. Pompka nie zacina się i działa bez zarzutu. Całość wygląda estetycznie i podoba mi się

Krycie podkładu jest naprawdę dobre. Zaczerwienienia maskuje bez problemów, natomiast z krotkami lub większymi bliznami może mieć problem. Nie wymagam jednak od podkładu dużego krycia, bo chcę, żeby wyglądał naturalnie. Ten tutaj przy dwóch cienkich warstwach zakrywa większość niedoskonałości, ale na co dzień aplikuję jedną i to zdecydowanie wystarcza.

Jeśli chodzi o wydajność, to mi podkład starcza na naprawdę długi okres czasu. Nie maluję się codziennie, więc wydłuża się on nawet do 6 miesięcy. Przy regularnym stosowaniu stara wersja True Match starczyła mi na około 4 miesiące – stosowana mniej więcej 5 razy w tygodniu (lub więcej).  Wydajność tego będzie podobna, gdyż i konsystencja jest prawie identyczna. Na swoją twarz zużywam 1 pompkę podkładu (przy aplikacji palcami) lub około 1,5 (przy stosowaniu gąbeczki lub pędzla).
True Match jest trwałym podkładem. Wytrzymuje u mnie kilka godzin w dobrym stanie, ale w międzyczasie muszę go pudrować, co nie jest dla mnie nowością, bo przy każdym podkładzie spotyka mnie podobna historia. Pokazywałam Wam, jak stara wersja prezentowała się na mojej twarzy po 10 godzinach w tym poście.

Konsystencja podkładu jest wodnista, lejąca. Mi to nie przeszkadza, bo nauczyłam się z tym podkładem współpracować, ale wiem, że nie każdy jest jej fanem. Przez to podkład jest lekki i dobrze dopasowuje się do twarzy. Łatwo też jest go rozprowadzić bez smug i plam.

Podkład True Match dostępny jest w każdej drogerii, zarówno tych stacjonarnych, jak i internetowych. Nie miałam problemu z jego znalezieniem, chociaż najjaśniejsze kolory często bywają wyprzedane.
Po lewej N1 – Ivory
Po prawej N2 – Vanilla

W drogeriach stacjonarnych cena tego podkładu oscyluje w granicach 60 złotych – nie należy więc on do najtańszych. Sama zawsze zamawiam go w sklepach internetowych, bo tam można go znaleźć nawet o połowę taniej – mamy 2 buteleczki w cenie jednej. Po co przepłacać 😛

Moim zdaniem L’oreal naprawdę się postarał. Nowa wersja dorównuje starej, a nawet delikatnie ją wyprzeda. Podkład bardzo ładnie wygląda na twarzy, makijaż nim wykonany jest naturalny i lekki. Podoba mi się jego krycie, gdyż maskuje zaczerwienienia. Z zaognionymi zmianami trądzikowymi sobie nie poradzi, ale zadaniem podkładu jest ujednolicenie kolorytu a nie maskowanie niedoskonałości. Nowa wersja zawiera więcej delikatnego, złotego pyłku, ale nie jest on zbyt mocno widoczny na twarzy – ładnie prezentuje się natomiast na zdjęciach. Odcień N1 będzie pasował nawet dość dużym bladziochom, ale może nie sprawdzić się u dziewczyn z porcelanową cerą. Wiem, że podkład nie jest dla każdego, bo mam tendencje do podkreślania suchych skórek, ale jeśli dbamy o odpowiednie nawilżenie skóry powinien sprawdzić się bardzo dobrze. U mnie pozostaje na podium i na pewno będę często to niego wracać.

Kiedy zużyję zapasy na pewno do niego wrócę. Nadal pozostaje moim ulubionym podkładem 🙂
Lubicie podkłady True Match od Loreal Paris? Dałybyście łapkę w górę nowej wersji? A może macie jakiegoś godnego zastępcę, którego mogłabym przetestować?
Pozdrawiam :3
Uncategorized

Ulubieńcy sierpnia 2015 | WELLNESS & BEAUTY | RIMMEL | VERSACE

11 września 2015

Hej dziewczyny!
Ostatni miesiąc wakacji minął mi niespodziewanie szybko. Nadal żyję sierpniem i nie mogę się odnaleźć w teraźniejszości 😛 Jak dla mnie wcale nie jest połowa września. Część z Was poszła już do szkoły, pewnie wiele czeka w tym roku jakiś ważny egzamin, matura, czy pierwsza sesja. Będę z Wami całym sercem, bo sama, już po raz trzeci, zamierzam podejść do matury. 
Jeśli chodzi o kosmetyki – w sierpniu niezbyt często sięgałam po kolorówkę – głównie ze względu na to, że malowałam się tylko wtedy, kiedy naprawdę musiałam, bo chciałam dać mojej skórze odpocząć. Co do pielęgnacji – starałam się ją dobierać bardziej świadomie, więc też nie miałam w tej kategorii zbyt wiele nowych produktów, które mogłyby stać się ulubieńcami. 
Jest ich niewielu, za to są to moje hity poprzedniego miesiąca (Ba! Nawet całych wakacji :P). Będę dziś mówić o peelingu Wellnes & Beauty z masłem shea i olejem migdałowym, perfumach Versace Bright Crystal i podkładzie Rimmel Match Perfection. Jeśli jesteście ciekawi, co sądzę o tych trzech produktach, zapraszam do dalszej części posta. 

Peeling Wellnes & Beauty z masłem  Shea i olejem migdałowym

Jest to moje drugie opakowanie tych peelingów. Pierwsze, które miałam było o zapachu papai i mango, ta natomiast pachnie bardzo słodko, ale nie mdło. Słoiczek ładnie wygląda na łazienkowej pólce, a samo działanie kosmetyku mnie zachwyca. Mimo tego, że jest to peeling solny nie podrażnia mojej wrażliwej skóry nawet po goleniu. Szczypie tylko wtedy, kiedy mam na ciele jakąś większą rankę. Mimo tego, że drobinki są niewielkie to ścierają martwy naskórek mocno. Skóra po takim zabiegu jest wygładzona i miła w dotyku. Przez zawartość olejków w składzie nie trzeba po jego zastosowaniu dodatkowo nawilżać ciała. Mój hit za niewielkie pieniądze.

Podkład Rimmel Match Perfection  w odcieniu 101 Classic Ivory

Moje odkrycie wakacji. Zamówiłam tester innego koloru na kosmetykach z ameryki i bardzo mi się ten podkad spodobał. Dobrze dopasowuje się do koloru skóry i wygląda na niej naturalnie, promiennie. Nie można dzięki niemu osiągnąć efektu maski. Jest miłą odskocznią od Loreal True Match, ponieważ ma zupełnie inne wykończenie – jest ono bardziej świetliste, mokre. Całkiem nieźle kryje a do tego udało mi się kupić go zawrotną cenę 8,19 złotego na promocji w Rossmannie. Ostatnią butelkę złapał dla mnie Mateusz 😀

Perfumy Versace Bright Crystal
Zdecydowanie ulubione perfumy sierpnia. Towarzyszyły mi przy wszystkich większych wyjściach. i dzięki nim czułam się pewna siebie. Flakon jest piękny a zapach uzależnia. Jest słodki, ale ma w sobie coś świeżego i kwaskowatego. Długo utrzymuje się na mojej skórze, a na ubraniach potrafi przetrwać kilka dni. Znam go od lat, miłość przeszła z mamy na mnie 😀 Gdy skończy mi się ta buteleczka, na pewno trochę od niego odpocznę i wrócę po kolejną 😀
Znacie któregoś z moich ulubieńców? Macie coś godnego polecenia, co u Was sprawdziło się w poprzednim miesiącu?
Pozdrawiam :3