Wybrany tag

Paese

PROJEKT DENKO

PROJEKT DENKO | MARZEC 2018 | PRZEWAGA PIELĘGNACJI

30 kwietnia 2018
PROJEKT DENKO MARZEC 2018

Hej!

W życiu blogerki bywa tak, że im więcej zużywam, tym więcej kosmetyków ma w szafce 🙂 Nie wiem, jak to robię, ale mimo ciągłego, sukcesywnego zużywania i kupowania tylko niezbędnych produktów nadal nie mogę pozbyć się zalegających zapasów – ewidentnie jest ze mną coś nie tak. Mimo wszystko jestem z siebie zadowolona, bo raczej twardo trzymam się postanowień i pojawia się u mnie coraz więcej przemyślanych zakupów z produktami, które bardzo dobrze się u mnie sprawdzają. Jesteście ciekawi, jakie kosmetyki zdenkowałam w marcu? Zapraszam na nowy wpis!

Czytaj dalej

PROJEKT DENKO

PROJEKT DENKO | WRZESIEŃ 2017 | NATURALNIE

24 października 2017

Cześć!

Od ostatniego projektu denko minął już miesiąc, a mi udało się we wrześniu zużyć kilka ciekawych kosmetyków, o których chciałabym Wam opowiedzieć. Dziś znajdzie się tu wiele kosmetyków uznawanych za naturalne – czy się u mnie sprawdziły? Czy rzeczywiście mają tak dobre składy, jak chwali się nimi producent? Zapraszam na kilka mini recenzji – będzie i pielęgnacja, i kolorówka, wiec każda z Was znajdzie tu coś dla siebie 🙂

Czytaj dalej

Uncategorized

PROJEKT DENKO | CZERWIEC 2017 | CIAŁA OBCE :O

18 lipca 2017
projekt denko blog czerwiec

Hej!
Dziś jest drugi dzień moich praktyk – mam nadzieję, że nauczę się podstawowych rzeczy, które ułatwią mi późniejszą pracę. Jestem z jednej strony podekscytowana i ciekawa, a z drugiej boję się, że z pewnymi rzeczami sobie nie poradzę, bo nie wszystko jest takie proste, na jakie wygląda 😛
Zapraszam Was dziś na projekt denko. Pokażę Wam, co udało mi się zużyć w czerwcu, a jak zwykle jest tego sporo – tym razem prym wiodą kosmetyki do ciała, ale znalazło się tu też coś z kolorówki. Jeśli ciekawią Was krótkie opisy kosmetyków i moja opinia na ich temat – zerknijcie niżej, na pewno znajdziecie coś, co Was zainteresuje 🙂 

PIERRE RENE PROFESSIONAL, PODKŁAD SKIN BALANCE COVER W ODCIENIU 20 CHAMPAGNE PAESE, PUDER RYŻOWY LOREAL, TUSZ DO RZĘS FALSE LASH WINGS

  • MAKIJAŻ

PIERRE RENE PROFESSIONAL, PODKŁAD SKIN BALANCE COVER W ODCIENIU 20 CHAMPAGNE

Jest to jeden z najjaśniejszych odcieni podkładów dostępnych w drogerii, nada się więc dla bledszych osób. Gama kolorystyczna jest dość szeroka, więc każdy znajdzie odpowiedni kolor dla siebie. To już moja druga, czy trzecie buteleczka, kupiłam ten podkład przypadkiem, na promocji, a stał się jednym z moich ulubionych 🙂 Ma naprawdę dobre krycie, nie ciemnieje i, przypudrowany dobrym pudrem, nie ściera się w ciągu dnia. Kiedy utrwalałam go ryżowym pudrem z Paese nie było na niego mocnych – mój makijaż wyglądał świetnie od rana, do wieczora. Nie zapycha, nie powoduje powstawania wyprysków czy zaskórników, nie ściera się. Po kilku godzinach może się lekko błyszczeć, ale nadal wygląda ładnie. Nie tworzy efektu maski i nie podkreśla rozszerzonych porów. Mój hit!

PAESE, PUDER RYŻOWY

W ubiegłym miesiącu niestety tak wyszło, że wykończyłam moje ulubione kosmetyki do makijażu twarzy. To jeden z nich – puder ryżowy, który utrwala makijaż tak dobrze, że nawet na mojej mieszanej cerze skłonnej do przetłuszczania się utrzymuje się on cały dzień, prawie w stanie nienaruszonym. Puder ten był bardzo drobno zmielony i nie odznaczał się na twarzy. Nie bielił, a po kilku minutach mat zamieniał się w satynę – nie było mowy o białej powłoczce na twarzy. Taki puder starczył mi na kilkanaście miesięcy stosowania. Cieszę się, że Paese zdecydowało się na zmianę opakowania – to nowe jest o wiele bardziej wygodne, a dodatkowo pozwala zaoszczędzić sporo produktu, bo nic nie sypie się wokół przy każdym jego otwarciu. Teraz kupiłam puder z Ecocery i nie umywa się do tego – pozostawia białe ślady na twarzy, wysusza, podkład brzydko po nim wygląda. Chyba czas wrócić do starego, dobrego ulubieńca.

LOREAL, TUSZ DO RZĘS FALSE LASH WINGS

To tusz, który kupiłam któregoś razu na promocji w Rossmannie po tym, jak blogerki dostały paczki od firmy z jego nowszą wersją (sculpt bodajże). Znudziły mi się Volume Million Lashes, po które sięgam regularnie, postanowiłam więc sięgnąć po coś nowego, ale od znanej mi już marki. Wybór padł na ten i w sumie nie jestem zawiedziona. Tusz na początku miał bardzo mokrą konsystencję, ale po kilkunastu dniach zgęstniał i było łatwiej go nakładać. Nie mogłam też przyzwyczaić się do nietuzinkowej szczoteczki, ale i ją po kilku próbach okiełznałam. Tusz głównie wydłużał rzęsy i pięknie je rozdzielał, o dużym pogrubieniu nie ma mowy. Jest trwały, ale czasem coś mi się osypało, szczególnie w kącikach – oczy często mi łzawią i jest to niestety nieuniknione. Zużyłam go w całości i myślę, że kiedyś jeszcze do niego wrócę – nauczyłam się z nim pracować i dawał wtedy naprawdę dobre efekty 😀

BANIA BABUSZKI AGAFII, MASKA DROŻDŻOWA DO WŁOSÓW I SKÓRY GŁOWY STYMULUJĄCA POROST PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW WAX Z ALOESEM INDIGO, OLEJEK ARGANOWY I MIGDAŁOWY

  • WŁOSY

RECEPTURY BABUSZKI AGAFII, MASKA DROŻDŻOWA DO WŁOSÓW I SKÓRY GŁOWY STYMULUJĄCA POROST

To maska, którą udało mi się w końcu zużyć – przyznam, że sporo czasu spędziła w zapasach, a później na półce z używanymi aktualnie kosmetykami. Na początku byłam do niej sceptycznie nastawiona – jest bardzo rzadka, myślałam, że nie przyniesie moim włosom nic dobrego. Aplikowana na skalp niestety obciążała moje włosy, więc postanowiłam wypróbować ją na długości. Okazała się być naprawdę ciekawym kosmetykiem – wygładzała włosy, nadawała im blasku i sprężystości bez jednoczesnego obciążania ich. Rzadka konsystencja wpłynęła jednak na jej wydajność – ciekła mi przez palce i przez to zużyłam ją w dość szybkim tempie – jak na moje zużywanie produktów do włosów. Pachniała ciasteczkami, ale po pewnym czasie ten zapach mnie drażnił, bo jest dość intensywny i utrzymywał się na włosach po umyciu nawet do kilku godzin. Kosztuje niewiele, więc jeszcze do niej wrócę!

PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW WAX Z ALOESEM

Maski Pilomax są jednymi z moich ulubionych – mimo tego, że nie są do końca naturalne, a ich składy nie wprawiają mnie w osłupienie coś sprawia, że moje kosmyki po ich zastosowaniu wyglądają tak, jak poszłabym do fryzjera. Są wygładzone, dociążone i lśniące, a przy tym lejące i gładkie przy dotykaniu. Maska ta nie była jednak taka, jak poprzednie – włosy nadal wyglądały na zadbane, ale nie tak, jak po użyciu choćby wersji z kawą. Może to wina aloesu, który w połączeniu choćby z lekką wilgocią może spowodować puszenie się włosów? Sama nie wiem, ale do tej wersji nie wrócę – wolę klasyczną lub do włosów farbowanych na ciemne kolory (choć moje są całkowicie naturalne :D).


INDIGO, OLEJEK ARGANOWY I MIGDAŁOWY

Olejek ten początkowo służył mi do pielęgnacji ciała, jednak zrezygnowałam z tej opcji i po kilku użyciach zaczęłam go stosować na włosy. Zapytacie pewnie dlaczego – otóż ma atomizer, którym wygodnie spryskuje się włosy i nie nakłada na nie za dużej ilości kosmetyku. Olejek zawierał nie tylko oleje, ale też syntetyczne emolienty, moim włosom jednak pasował i nie mogłam narzekać na jego działanie. Nakładałam go od ucha w dół przed myciem włosów, często na noc. Rano, po umyciu były miękkie, wygładzone i lśniące. Wykorzystałam go do ostatniej kropelki, ponieważ nie tylko dobrze działał, ale miał też piękny zapach – jak wszystkie kosmetyki Indigo. Polecam 🙂 Dla fanów błysku na ciele jest jeszcze wersja z mini brokatem, a raczej shimmerem, która nie tylko pielęgnuje skórę, ale również ją nabłyszcza.

 BALEA, ŻEL DO GOLENIA O ZAPACHU LODÓW WANILIOWO - CYTRYNOWYCH ISANA MED, KREM DO RĄK Z MOCZNIKIEM EVREE, KREM DO RĄK MAX REAPIR YOPE, MYDŁO DO RĄK ZIELONA HERBATA I MIĘTA BALEA, PIANKA DO MYCIA CIAŁA SWEET CAKE BALEA, ŻEL POD PRYSZNIC GRANAT I KWIAT WIŚNI

  • CIAŁO

 BALEA, ŻEL DO GOLENIA O ZAPACHU LODÓW WANILIOWO – CYTRYNOWYCH

 
Przyznam szczerze, że kiedyś moimi ulubionymi żelami do golenia były te z Gillette dla kobiet – wydajne, w dobrej cenie i o godnym pochwały działaniu. Kiedy pierwszy raz kupiłam żel z Balei – nie zmienię go już chyba na żaden inny. Kosztuje 1,15 EUR, ma identyczną objętość i wydajność. Jest gęsty i tworzy zbitą pianę, która w krótkim czasie zmiękcza nawet twarde włoski. Zapobiega podrażnieniom, otarciom i zacięciom, a niestety mam do tego skłonności. Mnogość wersji zapachowych i coraz to nowe edycje limitowane zachęcają do zakupu. Mam jeszcze kilka w zapasach i na pewno sięgnę po kolejne. Świetnie działają, pięknie pachną, są tanie jak barszcz – mi więcej nie potrzeba 😛
 

ISANA MED, KREM DO RĄK Z MOCZNIKIEM

 
Krem, który stosowałam na noc, zarówno do rąk, jak i do stóp. Zawiera średnie stężenie mocznika, ale jest ono na tyle wysokie, że radzi sobie z suchą skórą. Pachnie przyjemnie, w przeciwieństwie do niektórych preparatów do stóp. Bardzo dobrze nawilża i natłuszcza skórę, powoli się wchłania i pozostawia na niej ochronną warstwę. Jak dla mnie to idealny krem na chłodne, zimowe dni albo wietrzne lato – używany raz dziennie sprawia, że skóra w problematycznych miejscach staje się miękka i nie rogowacieje w tak szybkim tempie. Dostępny jest w Rossmannie za niewielkie pieniądze. Jeszcze do niego wrócę.

EVREE, KREM DO RĄK MAX REAPIR

Krem bardzo podobny do tego, o którym pisałam wyżej – i konsystencją i działaniem, chociaż nie jest ono aż tak intensywne. Ten krem też ma przyjemny zapach i również stosowałam go i na stopy, i na dłonie, by szybciej go zużyć. Jest droższy od poprzednika, ma też gorszy skład (chodzi mi tu o kontrowersyjne konserwanty), a skoro mogę kupić coś bardzo podobnego, a nawet lepszego i to taniej – nie waham się nawet chwili. Kupiłam go przez wzgląd na dużą popularność, ale raczej do niego nie wrócę. Nadaje się do stosowania i w dzień, i w nocy, ale ja wybierałam tylko drugą opcję, bo nie lubię stosować rano kremów, które pozostawiają tłustą warstwę.


YOPE, MYDŁO DO RĄK ZIELONA HERBATA I MIĘTA

Nie jest to moje pierwsze mydło Yope i na pewno nie ostatnie. Zapach zielona herbata i mięta pochodzi z nowszej kolekcji o udoskonalonej formule. Mam wrażliwe dłonie, które na mycie zwykłym mydłem reagują przesuszeniem. Yope nie robi mi krzywdy, wręcz przeciwnie, lekko pielęgnuje skórę podczas mycia. Zapach jest intensywny, długo utrzymuje się  na rękach. Ta wersja jest odświeżająca, rzeczywiście lekko herbaciana, moim zdaniem idealna na lato. Mydło nie pieni się zbyt mocno, ale wystarczy niewielka jego ilość (pół pompki), aby dokładnie oczyścić dłonie. Wrócę do tego zapachu, bo mi się podobał, aktualnie testuję inne warianty, które również przypadły mi do gustu 😀

BALEA, PIANKA DO MYCIA CIAŁA SWEET CAKE

Pianki do mycia ciała podbijają nasz rynek. Spopularyzowało je Rituals, później ruszyła Balea, a teraz widziałam je nawet w ofercie Dove czy Nivea. Zużyłam już kilka opakowań tych pianek i moim zdaniem są fajną odskocznią od tradycyjnych żeli. Nie wysuszają tak mocno, jak tradycyjna formuła, choć nie bazują na łagodnych detergentach. Pianki są gęste, ale niezbyt wydajne – może to moja wina, bo używam sporą ich ilość. Ładnie pachną, a ich przyjemna konsystencja umila każdy prysznic. Mam jeszcze 2 w zapasie i z przyjemnością je zużyję. Jak na Baleę przystało – nie są drogie – kosztują niecałe 2,50 EUR.

BALEA, ŻEL POD PRYSZNIC GRANAT I KWIAT WIŚNI

To kolejny kremowy żel Balei, który zużyłam. Specjalnie zostawiłam go sobie na koniec – to moja ostatnia sztuka i chciałam pożegnać się z tymi kosmetykami w jak najmilszych okolicznościach. Lubię te żele, ale muszę robić sobie od nich przerwy – niestety mocno wysuszają moją skórę, do tego stopnia, że codziennie muszę sięgać po balsamy i nie da się tego przeskoczyć w żaden sposób. Te kremowe nie wykazują aż ta silnego działania, ale nadal daleko im do delikatnych, bardziej naturalnych opcji. Ta wersja pachniała cudownie, za każdym razem zachwycałam się tym zapachem – mogłabym postawić ją na podium razem z tą o zapachu mango. Dobrze oczyszczał skórę, ale tak jak wspomniałam – przy okazji ją wysuszał. Na razie robię sobie od nich przerwę (trwa ona już miesiąc i da się to przeżyć :P), ale na pewno pojawią się one jeszcze w mojej kosmetyczce.

LA ROCHE POSAY, EFFACLAR ŻEL DO MYCIA TWARZY PURE MOIST, OPTIFREE PŁYN DO PIELĘGNACJI SOCZEWEK BEAUTY OIL, NAWILŻAJĄCO-DRENUJĄCY KREM POD OCZY NACOMI, MASŁO DO UST LOVE GRENADE KLARESA, MASKA PEEL OFF TERAPIA WZMACNIAJĄCA BIELENDA, MASKA WĘGLOWA OCZYSZCZAJĄCA CARBO DETOX LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE PRZECIWZMARSZCZKOWA Z MIŁORZĘBEM JAPOŃSKIM

  • TWARZ

 LA ROCHE POSAY, EFFACLAR ŻEL DO MYCIA TWARZY

Niejednokrotnie na blogu wspominałam, że nie lubię tego żelu i niezbyt dobrze sprawdza się on na mojej wrażliwej, skłonnej do podrażnień i odwodnienia skórze twarzy. Żel ten bazuje na SLES i niestety przyczynia się w moim przypadku do naruszenia bariery hdrolipidowej naskórka i szybszego parowania wody, co w konsekwencji prowadzi do wysuszenia i nadwrażliwości skóry na bodźce zewnętrzne. Jest inwazyjny, nie polecam go do codziennego stosowania – zużyłam go na spółkę z Mateuszem, używaliśmy go co kilka dni, by nie zaszkodzić naszym twarzom. Niektórym się sprawdza, ale ja niestety do tego grona nie należę. To jeden z nielicznych kosmetyków La Roche Posay, których nie lubię – niewiele takich do mnie trafiło.

PURE MOIST, OPTIFREE PŁYN DO PIELĘGNACJI SOCZEWEK

Kolejne opakowanie w kolejnym denku. Jak zwykle muszę wspomnieć, że to bardzo dobry płyn w przystępnej cenie. Pozwala cieszyć się dużym komfortem użytkowania soczewek nawet po kilkanaście godzin dziennie. Usuwa osady białkowe i inne zanieczyszczenia. To dobry kosmetyk.

BEAUTY OIL, NAWILŻAJĄCO-DRENUJĄCY KREM POD OCZY

Cóż… Czytając recenzję tego kremu spodziewałam się czegoś naprawdę super, a trochę się rozczarowałam. Krem nie jest zły, ale dla mnie na noc stanowczo za lekki, natomiast na dzień średnio się sprawdzał, bo pozostawiał na skórze film, po którym ślizgały się niektóre korektory. Nie zauważyłam większego nawilżenia, redukcji cieni, o likwidacji zmarszczek nie mówiąc. To po prostu średnio nawilżający krem, który dobrze sprawdzi się u osób bez większych problemów z tą okolicą. Znam kremy w podobnej cenie, które lepiej działały, a skutki ich stosowania były widoczne gołym okiem. Nie planuję do niego wrócić.

NACOMI, MASŁO DO UST LOVE GRENADE

Masełko, które kiedyś wrzuciłam do koszyka w Hebe, bo było na całkiem sporej promocji. Postanowiłam dać mu szansę, bo lubię kosmetyki tej marki i dobrze się u mnie sprawdzają. Masło miało naturalny, przyjazny dla skóry skład. Zawierało między innymi olej awokado i witaminę E, które pozytywnie wpływają na naskórek w obrębie warg. Stosowałam je dwa razy dziennie, rano i wieczorem, drugi raz kładąc grubszą warstwę – moje usta lubią nocną regenerację. Pozostawiało na ustach oleistą warstwę, która chroniła je przed zewnętrznymi czynnikami. To opakowanie starczyło mi na prawie 10 miesięcy używania, a kosztowało 10 zł… To mówi samo przez się 😛 Warto mieć choć jeden taki produkt do ust – zapachów jest sporo, więc każdy znajdzie coś dla siebie 😀

KLARESA, MASKA PEEL OFF TERAPIA WZMACNIAJĄCA

Kupiłam tę maskę kilka miesięcy temu, zużyłam ją i zapomniałam wyrzucić do denka. Pamiętam, że przypominała maski algowe i przyniosła przyjemne ukojenie mojej podrażnionej skórze. Ściągnęła się praktycznie w jednym kawałku, bezproblemowo. Nie wysuszyła ani nie spowodowała zaczerwienienia. Czy zauważyłam wzmocnienie? Po jednym razie to raczej nierealne, ale poprawa była widoczna – skóra wyglądała na świeższą i bardziej oczyszczoną. Raczej do tych masek nie wrócę, jeśli chodzi o algowe wolę coś o większej pojemności.


BIELENDA, MASKA WĘGLOWA OCZYSZCZAJĄCA CARBO DETOX

Słyszałam wiele negatywnych opinii na temat tych masek. Dziewczyny skarżyły się na to, że ciężko się zmywają, wchodzą w pory i nie przynoszą widocznych efektów. Sama testowałam wersję do cery tłustej, zanieczyszczonej, a moja mama do dojrzałej i obie jesteśmy zadowolone. Maska ma konsystencję podobną do glinki, ale jest jakby bardziej gumowa, elastyczna, nie kruszy się podczas zasychania. Nie podrażnia i nie powoduje zaognienia zmian. Wycisza skórę i dobrze oczyszcza pory. U mnie zadziałała na tyle dobrze, że za kilka tygodnie sięgnę po nią ponownie.

LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE PRZECIWZMARSZCZKOWA Z MIŁORZĘBEM JAPOŃSKIM

Z tego co pamiętam to już moja ostatnia maska w płachcie tej marki. Szczerze mówiąc, z siedmiu, które były w opakowaniu działaniem zaskoczyły mnie dwie – winogronowa i z acerolą. Reszta była średnia i ta należy do tego grona. Te maski nic nie robią na mojej twarzy, pozostawiają bardzo lepki film, który musze zmyć, bo źle się czuję, kiedy mam go na twarzy. Nie łagodzą podrażnień, nie koją, ani nie chłodzą. Może lekko nawilżają skórę, ale nie jest to spektakularny efekt. Raczej do nich nie wrócę, wolę zainwestować w azjatyki, których zastosowanie rzeczywiście przynosi jakieś skutki.
Znacie jakiś kosmetyk z tego denka? Co macie ochotę wypróbować?
Pozdrawiam 
Uncategorized

ULUBIEŃCY LUTEGO | GOLDEN ROSE | PAESE | TISSERAND

17 marca 2017

Hej!
W końcu mamy weekend! Ja jestem z siebie dumna, bo w marcu, tak jak sobie założyłam, mimo kolokwiów i zaliczeń udaje mi się publikować posty we wtorki, piątki i niedziele! Jak widać, wszystko się da, wystarczyła tylko lepsza organizacja 😀
Kolokwium z anatomii nie poszło mi wcale tak źle, jak myślałam, jest nawet lepiej niż postawiona poprzeczka, dlatego od wczoraj mam dobry humor. Do tego słoneczna pogoda nadal się utrzymuje i w białostockim powietrzu czuć już wiosnę. 
Znając życie, następnych kilka tygodni zleci mi tak, że nie będę o nich pamiętać, więc uraczę Was dziś postem o ulubieńcach lutego – tradycyjnie będą to 3 kosmetyki – tym razem dwa kolorowe i jeden pielęgnacyjny. Jeśli jesteście ciekawi, jakie perełki znalazłam wśród produktów Paese, Golden Rose i Tisserand – zapraszam do dalszej części wpisu 🙂 

  • PAESE PUDER RYŻOWY MATUJĄCY

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu byłam osobą ze skórą mieszaną w kierunku tłustej, której strefa T po kilku godzinach świeciła się jak choinka przy Ratuszu w przeciętnym polskim miasteczku 😛 Teraz udało mi się zapanować nad produkcją sebum, owszem, nadal lekko święcę się w wyżej wymienionych miejscach, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, bo nie wpływa to negatywnie na jakość makijażu w ciągu dnia (a przynajmniej nie tak, jak kiedyś :P). 
Puder Paese pozwala mi dodatkowo utrzymać skórę w ryzach, przez co make-up dosłownie od rana do wieczora trzyma mi się w dobrym stanie. Puder ryżowy nie zapycha mojej skóry i jej nie wysusza, ale staram się dbać o jej nawilżenie podczas stosowania kosmetyków pielęgnacyjnych. Jest drobno zmielony, dlatego pudrowy efekt nie rzuca się aż tak mocno w oczy. Dobrze utrwala makijaż, dlatego może być stosowany zarówno na co dzień, jak i większe wyjścia. Puder w ciągu dnia absorbuje sebum, dlatego z czasem pudrowy, matowy efekt ustępuje lekkiemu błyskowi. Mam to opakowanie już prawie  8 miesięcy, w pudełku została mi nadal 1/3 kosmetyku. Matowi mocniej i na dłużej od pudru bambusowego. Polecam!

  • TISSERAND TEA TREE ESSENTIAL OIL ROLLER BALL

Od kilku miesięcy staram się łączyć naturalną pielęgnację z tą apteczną czy dermatologiczną i uważam, że daje to u mnie najlepsze efekty. Wtedy, kiedy nie używam maści z antybiotykiem staram się działać na wypryski innymi sposobami. Jednym z nich jest właśnie olejek z drzewa herbacianego. Wcześniej używałam zwykłego z apteki i mimo tego, że szybko usuwał niedoskonałości byłam w stosunku do niego sceptycznie nastawiona, bo  wysuszał to miejsce i na następny dzień nawet po przykryciu makijażem nie wyglądało dobrze.
Olejek z Tisserand kupiłam w TkMaxxie. Bazuje na oleju jojoba, który jest bezpieczny do stosowania w przypadku cery trądzikowej, posiada w składzie także olejek z drzewa herbacianego i inne olejki eteryczne, które działają na niedoskonałości jak magiczna różdżka! Bardzo lubię ten roller, stosuję go kilka razy w tygodniu. Pomaga zwalczać wypryski, nie wysusza skóry i jest przyjemny w użyciu. Mój hit!

  • GOLDEN ROSE LONGSTAY LIQUID LIPSTICK W KOLORZE 03

Niedawno w ulubieńcach pokazywałam Wam tę pomadkę, ale w „trupim” kolorze 10, w poprzednim miesiącu na moje usta często trafiała żywsza wersja, która przez niektórych uznawana jest za dzienny, delikatny kolor. Niestety w moim przypadku kolor nie jest tak delikatny, jak mogłoby się to wydawać, może przez to, że mam jasną skórę.
Na moich dość ciemnych ustach ten kolor wpada w fioletowy róż, wygląda na nich ładnie i uniwersalnie, pasuje do wielu makijaży. Jest chłodny, przez co optycznie wybiela zęby. Co jest ciekawe – w pomadce tej znajduje się różowy shimmer, który jest tak drobno zmielony, że nie da się wydzielić w nim pojedynczych drobinek. Po pomalowaniu ust widać go tylko na słońcu, jest to bardzo ciekawy efekt i chyba głównie przez wzgląd na tę cechę tak polubiłam tę pomadkę. Na ustach trzyma się bardzo długo, ale jednocześnie trochę je wysusza. Nie nakładam jej często, a na pewno nie codziennie – wtedy mogłaby mocno pogorszyć stan moich warg. Na imprezę z przyjaciółmi czy wieczorny wypad do kina jest jednak idealna – tylko coś bardzo tłustego jest w stanie ruszyć ją z ust 🙂

Mam nadzieję, że chociaż jeden z tych kosmetyków jest dla Was nowością – dla mnie pozytywnym zaskoczeniem był olejek z Tisserand – nigdy o nim nie słyszałam, dlatego nie oczekiwałam zbyt wiele. Bardzo się jednak co do niego myliłam 🙂 Puder Paese i szminkę Golden Rose kojarzyłam z innych blogów, więc wiedziałam, co brałam 😛
Wyniki rozdania pojawią się w niedzielę – muszę na spokojnie przejrzeć Wasze zgłoszenia, żeby nie oszukać i siebie i Was 😛
Który ulubieniec spodobał Wam się najbardziej? Jakie macie plany na weekend?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

PROJEKT DENKO SIERPIEŃ 2016 | ZNÓW SPORO I TO PO OSTATNIM (NIEOPUBLIKOWANYM) DENKU

21 września 2016

Cześć wszystkim!

Ostatnio nie publikowałam denka – tak wyszło, że byłam za granicą, miałam zaplanowane posty, które znikły, a zdjęć i aparatu niestety ze sobą nie zabrałam ;/ Było – minęło. Nie mniej jednak zdjęcia wrzuciłam na Facebooka i jeśli jesteście ciekawi, jaki ogrom kosmetyków zużyłam w lipcu – kliknijcie w TEN LINK 😀
Teraz też nie jest źle, cieszę się, że moje zapasy w końcu zaczynają się kurczyć! To bardzo satysfakcjonujące – wiem, że robię sobie miejsce na nowości i czekam na nie z niecierpliwością. Nie planuję jednak żadnych dużych zakupów – nawet wizja promocji w Rossmannie mnie nie kręci. 
Jeśli jesteście ciekawi, czy wśród zużytych kosmetyków kryje się jaka perełka – pędźcie do dalszej części tego posta!

TWARZ:
  • BLISTEX, POMADKA OCHRONNA ORANGE MANGO BLAST
 Pomadka ochronna do ust, której używałam codziennie rano i wieczorem podczas rutynowej pielęgnacji. Bardzo ładnie pachniała, miała słodki smak i naprawdę dobrze nawilżała usta. Nie było ono tak intensywne jak w przypadku bogatych formuł w słoiczkach, ale nie mogłam narzekać na stan moich ust. Niestety 1/3 opakowania się zmarnowała – pomadka rozpuściła się i przykleiła do wieczka tak, że nie jestem jej już w stanie uratować. Raczej nie kupię ponownie, bo do używania w domu wolę wybierać treściwsze formuły. 
  • BIELENDA, PŁYN MICELARNY LASER XTREME
Ten płyn micelarny był używany głównie przez moją mamę, ale kiedy nie miałam pod ręką mojego ulubionego Garniera – często jej go podkradałam. Wszystkie kosmetyki z tej serii mają naprawdę super składy – ten płyn zawiera w sobie nawilżający hialuronian sodu (już 2 pozycja :O), witaminę PP, która reguluje pracę gruczołów łojowych, łagodzącą Alantoinę, glicerynę, komórki macierzyste, Lecytynę i kwas mlekowy. Ta wersja mnie nie podrażniała, chociaż niektóre miały do tego tendencje. Moim zdaniem za mało wspomina się o nich w blogosferze. Zawiera DMDM Hydantoin, która jest donorem formaldehydu, ale została dopuszczona do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu.
  • OPTI-FREE, PŁYN DO SOCZEWEK PURE MOIST

Nie jest to mój ulubiony płyn do soczewek, ale nie mogę na niego narzekać. Dobrze rozpuszcza białkowe osady, których w moim przypadku dużo się zbiera. Gdy noszę soczewki po wyczyszczeniu ich w tym płynie nie uwierają mnie one później w ciągu dnia. Dodatkowo nie wysychają tak szybko, dlatego ich noszenie jest bardzo komfortowe – nawet wieczorem.

  • NACOMI, KREM POD ODY MOROCCAN ARGAN CREAM WITH GRAPE SEED OIL
Krem pod oczy, który pojawił się już w ulubieńcach. Znalazłam go w Hebe i od razu spodobał mi się ze względu na przyjazny skład. Ma treściwą konsystencję, dlatego jest idealny na noc. Skóra po całonocnym zabiegu jest miękka, a cienie lekko rozjaśnione. Podczas jego stosowania nie mam problemów z suchą skórą pod oczami, czy na powiekach, nawet wtedy, kiedy stosuję zastygające korektory. Nie każdemu będzie odpowiadała forma opakowania – słoiczek – ale mi w ogóle ten aspekt nie przeszkadza. Mam już drugie opakowanie – koniecznie muszę napisać na jego temat oddzielny wpis 🙂

WŁOSY:

Szampon bez SLS, z naprawdę dobrym składem. Dobrze się u mnie sprawdzał przy codziennym myciu włosów, ale musiałam co nie raz stosować go naprzemiennie z innym szamponem. Miał wiele ekstraktów, a także olejki, więc po pewnym czasie obciążał moje delikatne i cienkie włosy. Dobrze oczyszczał, ale nie plątał przy tym włosów. Był delikatny dla mojego skalpu. Do tej wersji raczej nie powrócę, ale mam ochotę na tę normalizującą.

  • LABORATORIUM PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW CIEMNYCH

Odżywki i maski Pilomax należą do kosmetyków, które u jednych działają cuda, a u innych nie sprawdzają się kompletnie. Ja należę do tej pierwszej grupy i jestem z ich kosmetyków bardzo zadowolona (pomijając szampony). Ta wersja mocno wygładzała moje włosy i sprawiała, że były one miękkie w dotyku i bardzo lejące. Tego oczekuję po maseczkach, dlatego pewnie jeszcze do niej wrócę. Zauważyłam też, że kolor moich włosów wyglądał po niej o wiele ładniej – był jakby bardziej wielowymiarowy i pojawiały się na nim refleksy widoczne w słońcu – pewnie było to zasługą ekstraktu z kawy 🙂

MAKIJAŻ:

 Pudry Paese towarzyszą mi w codziennym makijażu od lat. Zazwyczaj wybierałam te bambusowe, bo są delikatniejsze, chociaż następcą tego będzie już ryżowy – chciałam sprawdzić, jak zadziała na moją skórę. Takie opakowanie starcza mi mniej więcej na 1,5 roku, czasem dłużej, czasem krócej – wszystko zależy od tego, ile kosmetyku mi się wysypie. Jedynym jego minusem jest właśnie pudełko – nie ma w nim żadnego zabezpieczenia, dlatego na początku puder znajduje się wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinien. Matuje na długo, mnie nie wysusza, chociaż potrafi podkreślić suche skórki. Nie bieli twarzy i nie zapycha. Jeśli ktoś ma problemy z szybkim przetłuszczaniem się skóry, albo zależy mu na długiej trwałości makijażu – ten kosmetyk jest właśnie dla niego.

  • GOLDEN ROSE, BŁYSZCZYK DO UST LUXURY RICH COLOR LIPGLOSS ODCIEŃ 09

Nie przepadam za błyszczykami, ale to kolejna rzecz, którą podkradałam mojej mamie. Błyszczyk jest gęsty, lepki i mocno napigmentowany. Można nim uzyskać pełne krycie przy pięknym blasku, więc jeśli ktoś jest fanem takiego efektu – to kosmetyk stworzony dla niego. Cena jest przystępna, bo to dość duże opakowanie kosztuje mniej więcej 20 złotych. Jest dość tłusty i lekko lepi się na ustach, więc na pewno znajdzie przeciwników. Ja po niego nie sięgnę, natomiast moja mama kupiła już drugie opakowanie! 😀

  • LOREAL, TUSZ DO RZĘS VOLUME MILLION LASHES FELINE

Jedna z najnowszych maskar Loreala. Ma wyprofilowaną, silikonową szczoteczkę, przez co ma działać na nasze rzęsy podkręcająco. Pozostaje dość rzadki od początku, do końca używania, dlatego nieumiejętnie nałożony może posklejać rzęsy. Ja byłam zadowolona z efektów jakie daje, chociaż So Couture to nadal moja ulubiona wersja.  Cieszę się, że szczoteczki od tuszów Loreal są giętkie i miękkie – ryzyko podrapania się po oku jest naprawdę nikłe, a uwierzcie mi na słowo – takie sytuacje są u mnie na porządku dziennym 😛 Jeszcze do niej wrócę – tym razem poużywam wersję Extra Black.

Tusz od Max Factora był chyba jedynym tuszem (oprócz kolorowego z Bebeauty), o którym pisałam na łamach bloga. Pełną recenzję znajdziecie klikając w tytuł tego nagłówka. Jeśli miałabym opisać go w kilku słowach – to naprawdę dobry tusz, wracam do niego po raz kolejny. Fajnie pogrubia i delikatnie podkręca rzęsy, o ich wydłużeniu raczej nie będę mówić.  Ma wygodną, lekko wygiętą szczoteczkę, która nie jest jednak tak miękka, jak ta u poprzednika. Jego konsystencja jest o wiele gęstsza – bardziej przypomina mus niż ciecz. Pewnie jeszcze do niego wrócę, choć znam lepiej działające u mnie tusze.

CIAŁO:

  • LUKSJA, PŁYN DO KĄPIELI PINK SPARKLE

Płyn do kąpieli to nieodłączny element mojej wieczornej pielęgnacji. Nie mam prysznica, mogę więc godzinami wylegiwać się w wannie pełnej piany (no chyba nie… kolejka jest :P). Po płyny z Luksji sięgam bardzo często – po pierwsze są tanie i dostępne w Biedronce, op drugie mają przyjemne zapachy – jedne mniej, inne bardziej intensywne, a po trzecie – są gęste i dają MNÓSTWO bąbelków 😀 Wersja Pink Sparkle pachnie przyjemnie – słodko, perfumeryjnie, nieco kwiatowo. Gdzieś daleko w tle czuć tego szampana. Spodobała mi się i chętnie kiedyś do niej wrócę – niestety pewnie nie prędko, bo niedługo się wyprowadzam, a tak czeka na mnie chłodna kabina prysznicowa ;__;

  • DOVE, ŻEL POD PRYSZNIC GO FRESH, OGÓREK I LIŚCIE ZIELONEJ HERBATY

Niejednokrotnie wspominałam, że żele pod prysznic z Dove są moimi ulubionymi i wracam do nich bardzo często – zmieniając tylko warianty zapachowe. Ogórek i liście zielonej herbaty to propozycja idealna na lato – orzeźwiająca, nieco wytrawna, pobudza do wieczornego działania. Żele Dove są bardzo kremowe i gęste, a ich wydajność potrafi zaskoczyć. Na dobrej promocji taką 750 mililitrową butlę kupicie za 12 złotych – DEAL ŻYCIA 😀

A tak poza tym – wiecie że ogórek to afrodyzjak? Czy Dove miało coś na myśli przygotowując taką wersję zapachową? A może to teoria spiskowa? Illuminati? 😀

  • ISANA, ŻEL POD PRYSZNIC HELLO SPRING

Zaletą żeli Isana jest ich bardzo dobra cena – kiedy szukam jakieś tańszej opcji sięgam właśnie po nie. Kuszą ciekawymi opakowaniami, edycjami limitowanymi i naprawdę intensywnymi zapachami. Wersja Hello Spring pachniała słodką brzoskwinią. Zapach był niezwykle odprężający, dlatego żel skończył się w ekspresowym tempie. Ma jedną wadę – przy dłuższym, regularnym stosowaniu potrafi mnie mocno przesuszyć. Mam wrażliwą skórę, która niezbyt lubi się z SLS czy SLeS :C

  • LINDA, MYDŁA TRADYCYJNE, BOGACTWO OWSA, SŁODYCZ MIODU, ŚWIEŻOŚĆ MIĘTY

Te mydełka kupiłam naprawdę dawno temu (mniej więcej rok :O), ale rzadko używam wersji w kostkach, dlatego tak długo leżało. Miały o wiele lepszy skład, niż te zwykłe, nie zawierały silnych detergentów. Zapachy były delikatne, naturalne, najbardziej spodobał mi się miód i mięta. Ładnie wyglądały w łazience, niestety nie zrobiłam zdjęć kostkom. Pewnie do nich nie wrócę, bo nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek je znajdę. Zostały kupione w Biedronce, przy okazji wypuszczenia jakiejś kosmetycznej gazetki.

  • BALEA, BALSAM DO CIAŁA TROPICAL SUNSHINE, POMARAŃCZA I MANGO
Kupiony rok temu, leżał i czekał na swoją kolej. W końcu doczekał się i został doceniony. Był tani jak barszcz, a mimo tego naprawdę fajnie się sprawdził Jest to balsam idealny na letnie miesiące – lekki, szybko się wchłaniający, bardziej przypomina mleczko niż treściwy balsam. Dobrze nawilża, ma prosty skład – głównymi nawilżaczami są tu gliceryna, sól kwasu stearynowego i olej migdałowy. Nawet moja sucha skóra była po nim gładka i napięta. Mam jeszcze jedno opakowanie – o innym zapachu i na pewno zużyję je z przyjemnością. Jest to edycja limitowana, może jeszcze kiedyś Balea do niej wróci.

  • FA, ANTYPERSPIRANT FRUIT ME UP, FRUITY FRESH

Jedna z dwóch wersji limitowanych antyperspirantów Fa. Ta jest zdecydowanie bardziej owocowa i świeża – sama nazwa to wskazuje. Chroniła przyzwoicie, chociaż u osób ze sporym problemem z potliwością raczej się nie sprawdzi. Szkoda, że to edycja limitowana – jej zapach bardzo mi się spodoba i chętnie bym do niej wróciła.

  • GARNIER, ANTYPERSPIRANT NEO, SHOWER CLEAN

Mój najnowszy ulubieniec – moim zdaniem jest jeszcze lepszy od tego w kremie. Dobrze chroni przez cały dzień, a zapach jest na  tyle intensywny, że czuć go od rana do wieczora. Dobrze maskuje nieprzyjemne aromaty. Innowacyjny aplikator zapobiega zbieraniu się produktu w jednym miejscu, co chroni przed powstawaniem plam na ubraniach. Ma w składzie olej kokosowy, dlatego nie wysusza nawet wrażliwej skóry. Na pewno będę do niego wracać. Moje ulubione wersje to pomarańczowa i różowa.

Czy jakiś kosmetyk wpadł Wam w oko? Jak idzie Wam zużywanie? W Waszych zużyciach jest więcej ulubieńców, czy bubli?
Pozdrawiam :*