Wybrany tag

medycyna

Uncategorized

MEDYCZNIE… | PODSUMOWANIE I SEMESTRU NA KIERUNKU LEKARSKIM NA UMB

11 lutego 2017

Hej!
Tak, jak obiecałam, przychodzę do Was z nową serią zatytułowaną „Medycznie…”. Postanowiłam rozpocząć od czegoś neutralnego, a potem poruszę tematy, które będą najbardziej Was interesować i o których napiszecie mi, np. w komentarzach 🙂 Zaczynamy więc nową podróż! Opowiem Wam o tym, jakie są moje odczucia po pierwszym semestrze studiowania medycyny! Jeśli jesteście ciekawi co sądzę na temat każdego z przedmiotów, z jakich podręczników korzystam i z czego jestem najbardziej zadowolona – zapraszam dalej 🙂

  • Chemia medyczna
Typowy przedmiot zapychacz, na UMB nie kończy się egzaminem, ani oceną – jest po prostu na zaliczenie. Na nieszczęście mojej grupie wypadał w piątek i to późnym wieczorem. Z drugiej strony cieszyliśmy się z tego powodu, ponieważ kiedy w grudniu skończyliśmy zajęcia – mieliśmy dłuższe weekendy. Zajęcia odbywały się raz w tygodniu przez 5 tygodni. Były to laboratoria pomieszane z seminariami. Raz robiliśmy doświadczenia, innym razem zadania – raczej podstawowe rzeczy i jeśli ktoś słuchał na zajęciach i chodził na wykłady – dało się to zaliczyć za pierwszym razem. Czy był to ciekawy przedmiot? Sporo tematów powtórzyło mi się z farmacji, więc dla mnie nie było to nic odkrywczego, ale dla przeciętnego licealisty mieszanie kolorowych roztworów w probówkach jest ciekawe 😛 Sama byłam tym zafascynowana. 
  • Informatyka
Przedmiot gorszy niż poprzedni, 4,5 godziny siedzenia przed komputerem. Word, Power Point, Excel i te sprawy. Poziom jak kilkanaście lat temu, moim zdaniem taka informatyka przydaje się tylko tym osobom, które praktycznie nie mają kontaktu z komputerem. Informatyka również była tylko na zaliczenie i trwała, tak samo jak chemia, 5 tygodni.

  • Biochemia
Myślałam, że nigdy nie polubię biochemii. Cykle Krebsa, reakcje pomostowe, białka, enzymy, trawienie. Brrr… O ile teorii lubię się uczyć, tak reakcje czasem potrafią doprowadzić mnie do białej gorączki. Wbrew pozorom lubię ten przedmiot, mamy fajnego profesora, który nie lubi, kiedy uczymy się na pamięć, dlatego nie karze wkuwać setek wzorów. Prowadząca ćwiczenia jest wymagająca, ale nie ma u niej problemu z poprawami. Każde ćwiczenie zaczyna się wejściówką z materiału, który na nim obowiązuje. Raz są trudniejsze, raz łatwiejsze, nie są na ocenę, a jeśli ktoś ich nie zalicza zazwyczaj zdąży poprawić je ustnie przed końcem zajęć. Laboratoria, bo taką formę mają te ćwiczenia, trwają regulaminowo trzy godziny, ale często wyrabiamy się zrobić wszystkie doświadczenia w ciągu półtorej, do dwóch godzin.  Moim zdaniem są to zajęcia bardzo ciekawe, pokazujące różne procesy zachodzące w naszym organizmie. Dzięki biochemii możemy dowiedzieć się, jakie procesy zachodzą w naszym organizmie i co dzieję się, kiedy jakiś trybik przestanie działać.
W Białymstoku korzystamy z Biochemii Bańkowskiego, bo był on kiedyś kierownikiem katedry biochemii lekarskiej na UMB. Z Harpera może korzystać ktoś, komu się „Baniek” nie podoba, natomiast pytania są głównie z pierwszego podręcznika, więc ja postanowiłam nie kombinować 😛 Na ćwiczeniach korzystamy ze specjalnie przygotowanego skryptu z instrukcjami postępowania i opisem doświadczeń.
Biochemia kończy się opisowym egzaminem w sesji letniej.

  • Histologia z embriologią
Moja przygoda z histologią zaczęła się, powiedzmy, tak sobie 😛 Nie wiedziałam, jak mam ten przedmiot ugryźć, czy uczyć się z podręczników, czy z wykładów. Siadać ogółów czy zwracać większą uwagę na szczegóły… Na szczęście po pierwszym, niezaliczonym kolokwium wiem, że najlepiej siadać jest do wykładów i wiedzę uzupełniać podręcznikiem.
Histologia to nauka zajmująca się budową tkanek i na tym właśnie bazujemy. W pierwszym semestrze omawialiśmy wszystkie tkanki – nabłonkową, łączne, mięśniową, nerwową itd. Przedmiot jest dość trudny, bo trzeba pamiętać o wielu nowych pojęciach, trudnych nazwach. Podręcznikiem, z jakiego korzystam jest Zabel, czasem uzupełniam braki w Sawickim. Na każdych zajeciach rysujemy preparaty mikroskopowe, co do najłatwiejszych nie należy – czasem głowa wie, jak ma coś ukazać, a ręka nie chce współpracować 😛 Trzeba zaparzyć się w sporo różowych, czerwonych i fioletowych kredek.
Embriologię mieliśmy w styczniu, omawialiśmy ją raczej ogólnie. Naukę zaczęliśmy od powstawania komórek płciowych, przeszliśmy przez zapłodnienie, a skończyliśmy na rozwoju płodu. Tutaj prezentowaliśmy opracowania tematów na seminariach, a ja niestety przemawiać w obecności innych osób nie lubię, bo bardzo się stresuję 😛
Każde ćwiczenie zaczyna się wejściówką z obowiązującego na te ćwiczenia tematu. Aby zostać dopuszczonym do kolokwium można nie zaliczyć tylko jednego sprawdzianu. W innym wypadku, z automatu mamy 2. Wejściówek nie można poprawiać.
Kolokwia składają się z części praktycznej i teoretycznej. Teoria to test z pytaniami otwartymi i zamkniętymi, a praktyka polega na rozpoznawaniu preparatów mikroskopowych, które wcześniej rysowaliśmy. Przynajmniej jeden z tych trzech preparatów jest preparatem celowanym – oznacza to, że jest na nim zaznaczona jakaś ultrastruktura, czy komórka, a my, oprócz nazwy tkanki, musimy powiedzieć co to dokładnie jest. Jedynym ich minusem jest fakt, że zbiorcza poprawka jest dopiero przed sesją, a wtedy i tak mamy dużo nauki. Jeśli ktoś nie zda czterech kół – poprawia wtedy cztery, a to już prawie jak egzamin 😛
Przedmiot kończy się egzaminem w sesji letniej.

  • Biofizyka
Z fizyką tak to już jest – albo się ją lubi, albo nienawidzi 😛 Nigdy nie miałam z nią większych problemów, czasem niektóre zagadnienia były jednak trudne do zrozumienia, a w internecie, czy nawet niektórych książkach nie jest to opisane tak, aby ktoś, kto z fizyką ma mały kontakt mógł dobrze to zrozumieć.
W Bydgoszczy obowiązywał mnie cały materiał z biofizyki Jaroszyka, tutaj jest to ograniczone do trzech najbardziej potrzebnych nam działów – elektromedycyny,  promieniotwórczości i optyki. Każdy dział składa się z 4 ćwiczeń, przy czym na 4 robimy i zadanie i piszemy sprawdzian. Aby być dopuszczonym do egzaminu trzeba uzbierać określoną ilość punktów – na każdym ćwiczeniu można zdobyć jeden dodatkowy punkt, co łącznie daje 12, sprawdziany są za 9 punktów, a kolokwium za 40. Minimalna liczba punktów gwarantująca dopuszczenie to 33 punkty, zwolnienie z egzaminu mamy za 61 punktów, a maksymalna ich liczba wynosi 79.
Zajęcia były ciekawe, mi najbardziej podobały się chyba te na elektromedycynie. Zakład jest zakręcony, niektórzy prowadzący też, ale raczej nikt nie robił nam problemów z zaliczeniem, a punkty dodatkowe były przyznawane naprawdę często. Egzamin był średniej trudności, ja napisałam go na 76%, a uczyłam się tylko przez weekend.
Co robiliśmy na ćwiczeniach? Badaliśmy rozpady promieniotwórcze (zastosowanie np. w Pozytonowej Tomografii Emisyjnej – PET), badaliśmy dźwięki za pomocą oscyloskopu, odczytywaliśmy EKG, rozpracowywaliśmy działanie lasera, soczewek czy refraktometru. Na zajęciach się raczej nie nudziliśmy, było co robić.
Do nauki najbardziej przydał się skrypt wypożyczony z Zakładu. Każdy z nas musiał obowiązkowo uzupełniać też wydrukowany ze strony Zeszyt Ćwiczeń. Jako książkę uzupełniającą wybrałam Miękisza i Jaroszyka, ale z żadnej z nich nie skorzystałam.
  • Anatomia
Smaczek zostawiłam na koniec. Anatomia to przedmiot, który ciekawił mnie przed studiami najbardziej, a także ten, który uważałam za najtrudniejszy. Przez kilka pierwszych tygodni największym problemem była dla mnie łacina. Uczyłam się tego języka przez rok na farmacji, ale końcówki nadal potrafiły być problemem. Zaczęliśmy od prostego działu, który wydawał się być kosmicznie trudnym (te początki… :P). Na początku nauczenie się kilkudziesięciu nazw i lokalizacji struktur po polsku i po łacinie było czymś bardzo trudnym, teraz mam wrażenie, że z każdym tematem idzie nam coraz lepiej.
Ćwiczenia odbywają się dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki i są poprzedzane wykładami. Uczymy się do przodu, bo w innym przypadku nie wciągnęlibyśmy nic na ćwiczeniach. Trwają one 2 godziny i 15 minut. Na każdych omawiamy z asystentem dany materiał, a później mamy czas na przyjrzenie się preparatom. Niektórych na początku to brzydziło, teraz raczej nikt nie kręci nosem. Najbardziej uciążliwy jest zapach formaliny – na moje oczy na szczęście nie działa, natomiast czasem tak potrafi podrażnić mi nos, że ciężko jest oddychać. 
Tak jak wspominałam – zaczęliśmy od osteologi, później zajęliśmy się Ośrodkowym Układem Nerwowym (OUN) i płynnie przeszliśmy do Głowy i Szyi (GiS). Najtrudniejsze działy mamy już za sobą, teraz ma być tylko lepiej 😛
Każde ćwiczenie kończy się szpilkami, czasem też teoretyczną wyjściówką. Na kolokwiach zbieramy punkty, podobnie jak na biofizyce, aby mieć dopuszczenie do egzaminu. 
Na zajęcia niezbędny jest atlas – ja wybrałam Prometeusza, ale moim zdaniem fajny jest też Sobotta (Prometeusz ma taką przewagę, że znajduje się w nim wiele uwag klinicznych). Jako podręcznik wykorzystuję Skawiny, czterotomowego Narkiewicza i podręczniki Greya.

Pierwszy semestr nie był trudny, ale na początku ciężko było mi się dostosować – każdy musi znaleźć swój sposób na najdoskonalsze zdobywanie i gromadzenie wiedzy. Mam nadzieję, że letnia sesja pójdzie mi tak samo dobrze jak zimowa – gdybym zaliczyła wszystkie egzaminy w pierwszym terminie, miałabym naprawdę dłuuugie wakacje 😛



Macie jakieś pytania? O czym chcielibyście przeczytać w następnych postach z tej serii? Jaki przedmiot najbardziej Was zainteresował?
Pozdrawiam 😀
Uncategorized

ROK WOLNEGO | GAP YEAR | URLOP DZIEKAŃSKI | PLUSY I MINUSY | CZY WARTO?

1 października 2016

Część!
Rok akademicki niedługo się rozpoczyna, a wiem, że pewnie część z Was czeka jeszcze na ostatnie wyniki rekrutacji. Sama byłam dwukrotnie w podobnej sytuacji i wiem, jak ciężko jest z faktem, że nie dostało się na wymarzone studia. Jestem doskonałym przykładem tego, że upór pokonuje nawet niezależne od nas przeciwności losu – po trzecim podejściu do matury jestem w końcu na wymarzonej medycynie.
Po drodze zaliczyłam moją „studiową” alternatywę – farmację. Później był rok wolnego w domu. Czy Gap Year to zło? Czy dwa stracone lata to życiowa porażka? Postaram się w tym poście rozwiać Wasze wątpliwości, więc jeśli ten temat Was dotyczy – zapraszam do dalszej części posta 🙂

Czym w ogóle jest tzw. „gap year”?
Gap year to rok wolnego od szkoły czy studiów. Najczęściej decydują się na niego osoby, które napisały maturę, a chcą dokładniej przemyśleć plany na najbliższe lata, spełnić marzenie o zagranicznych podróżach, odpocząć, albo po prostu uczyć się i poprawić wyniki egzaminu. To okres, w którym możemy robić to, co się nam żywnie podoba. Wiele osób decyduje się wtedy na pracę i spełnienie zachcianek, albo odłożenie pieniędzy potrzebnych na czesne. Przyczyn jest wiele – skutek ten sam – mamy rok wolny od zajęć.
Po co istnieje gap year? Przyczyny jego podjęcia.
  • Odpoczynek
Każdy z nas wie, że studia nie są lekkim kawałkiem chleba. Jest o wiele łatwiej, kiedy mamy kogoś, kto nam pomoże – i finansowo i psychicznie. Gorzej z nami, jeśli musimy uczyć się, opiekować się mieszkaniem i pracować – samodzielność nigdy nie była łatwa. Wiem, że czarne myśli o tym, że sobie nie poradzimy potrafią dołować. Jeśli boicie się, że przez następne 5 czy 6 lat nie znajdziecie dla siebie wolnej chwili – może warto zainwestować rok, żeby naładować akumulatory?
  • Praca
Tak jak wspomniałam wyżej, nie każdy ma możliwość życia na garnuszku rodziców. Nie każdy kierunek można zaliczyć jako wieczorowy (zaoczny) i nie na wszystkich da się w międzyczasie pracować – a przynajmniej nie tak, żeby zarobić na życie. Przez rok można odłożyć całkiem sporą sumę, którą później będziemy mogli przeznaczyć na edukację, lub utrzymanie na studiach. 
  • Podróże
Zawsze chciałam pojechać gdzieś za granicę, sama, ale niestety za bardzo się boję 😛 Wiele osób decyduje się jednak na spełnienie marzeń i wyjeżdża w miejsca, które najbardziej te osoby interesują. Zwiedzanie można przecież połączyć z pracą, a jak powszechnie wiadomo – czego byśmy nie robili – za granicą zarobimy więcej. Sama mam w planach wyjazd w przyszłe wakacje – mam sporo zachcianek i krajoznawczych planów – mam nadzieję, że w końcu się spełnią 😀 
  • Nadrabianie zaległości

Nie każdemu matura za pierwszym razem wychodzi tak, jakby sobie tego chciał. Jak wspomniałam we wstępie sama jestem doskonałym tego przykładem. Zmiana systemu rekrutacji, nowa matura, to wszystko sprawiło, że nie dostałam się na ten kierunek, na który chciałam. Rok wolnego poświęciłam na nadrobienie zaległości z chemii – maturę poprawiłam łącznie o 20 % – niektórzy twierdzą, że się nie da. Owszem, da się 😀

  • Nauka

 I nie chodzi mi tu o powtarzanie materiału, a o naukę czegoś nowego. Dla jednych może to być pływanie, dla drugiego szlifowanie języków obcych. Przez rok można wiele osiągnąć i może to będzie dla Was motorem do pracy nad sobą?

  • Czas na przemyślenie decyzji o kierunku studiów

 Nie każdy ma tak sprecyzowany plan jak ja. Życie wystawia nas na różne próby, więc niczego nie możemy być pewni. Wybór kierunku wcale nie jest łatwą sprawą – na dzisiejszym uczelnianym rynku jest ich tak wiele, że czasem ciężko się zdecydować – tym bardziej jeśli kilka oscyluje w granicach naszych zainteresowań.

Czy żałuję dwóch „straconych” lat?
Nie. Moim zdaniem wiele nauczyłam się będąc na studiach, a później w domu. Wiem, jak radzić sobie sama, jak gotować, prać, sprzątać, uczyć się do egzaminów i ŻYĆ 😀 Ci, którzy nie są studentami – uwierzcie mi na słowo, że to wszystko jest możliwe, nawet znajdzie się jeszcze czas wolny, który będziecie mogli zagospodarować w dowolny sposób.
Na farmacji poznałam moją najlepszą przyjaciółkę (Oliwia ♥), która jest ze mną na dobre i na złe – nawet wtedy, kiedy musi mi powiedzieć, że wyglądam w czymś brzydko 😛 Zobaczyłam, że studia i samodzielne mieszkanie wcale nie są takie straszne i przy odrobinie samozaparcia da się spędzać na nich przepiękne chwile. 
Rok w domu nauczył mnie pokory – musiałam opiekować się chorą babcią, z którą było mi naprawdę ciężko. Był płacz, były łzy, ale udało się. Niektórzy stwierdzą pewnie, że leżałam rok do góry brzuchem – powiem szczerze, że dopóki nie napisałam matury i nie dostałam się na medycynę – nie odpoczywałam. Ale nie to jest najważniejsze – może i jestem starsza od mojego roku o 2 lata, ale też bogatsza w wiele doświadczeń, których oni przeżyć nie mogli.
Czy warto wziąć gap year? Czy może jednak kierunek awaryjny?
Alternatywą dla medycyny była dla mnie zawsze weterynaria. Historia, dlaczego na niej nie wylądowałam jest bardzo śmieszna, a niektórym może się wydawać dziwna i pokazywać moje infantylne usposobienie 😛 Po prostu przeraziło mnie rozwinięcie skrótu SGGW – stwierdziłam, że na gospodarskiej uczelni uczyć się nie będę 😛
Farmacja jest kierunkiem medycznym natomiast same studia i późniejsza praca nijak mają się do bycia lekarzem. Dlatego mój kierunek awaryjny nie zaspokoił moich oczekiwań i z niego zrezygnowałam.
Jeśli wahacie się co do kierunków pobocznych albo jesteście nastawieni na konkretny kierunek, a matura po prostu Wam nie wyszła – zostańcie w domu. Spokojnie starczy Wam czasu i na pracę, i na naukę, a z doświadczenia wiem, że to co jest na studiach nijak ma się do egzaminu dojrzałości, a większość przedmiotów i tak ciężko jest przepisać.
Podsumowując – gdybym mogła cofnąć czas – chyba nic bym nie zmieniła. Farmacja była dla mnie fajnym doświadczeniem, nauczyłam się, że sesja, mimo tego że ciężka, nie jest nie do pokonania, a poprawka nie jest niczym strasznym i hańbiącym.
Co Wy myślicie o braniu wolnego po maturze? Jesteście za, czy przeciw? Studiujecie, macie to za sobą, czy nauka na uniwersytecie jest jeszcze przed Wami?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

AUTOPORTRET 2016 | 21 LAT MINĘŁO…

7 września 2016
Hej wszystkim!
Dziś jest wyjątkowy dzień
(przynajmniej dla mnie :P), więc postanowiłam przygotować dla Was coś innego,
coś, co sprawi, że spojrzycie na mnie z innej strony – tej bardziej prywatnej.

Autoportrety stały się popularne na You Tube, kilka osób zainspirowało mnie,
żeby napisać coś takiego o sobie. Czekałam jednak na dogodną okazję. A
najlepszym momentem opublikowania tego posta będą moje URODZINY.

Dokładnie 21 lat temu o godzinie
21.30 przyszłam na świat
. Jestem czwartkowym dzieckiem – według astrologii
moim patronem jest Jowisz, największa planeta o niezwykłej sile. Powinnam być
indywidualna, samodzielna i odpowiedzialna. Powinnam też stawiać sobie cele i
uparcie do nich dążyć. Czy taka jestem? Tak! Jesteście ze
mną już kilka lat, wiecie, że musiałam podjąć ważne dla mnie decyzje. 
Byłam radosnym dzieckiem i bardzo
lubiłam czytać, pisać i malować
. W wieku 2 lat prowadziłam konwersacje
z rodzicami, babciami i dziadkami – podobno czasem ciężko było mnie przegadać.
Pierwsze próby z literkami przeszłam w wieku 2,5 lat – mój alfabet niestety nie
do końca przypominał ten, z którym mam kontakt obecnie, ale najważniejsze jest
to, że próbowałam.
Kiedy byłam nieco starsza często
wcielałam się w rolę lekarza.
Szkoda tylko, że najbardziej cierpiały na
tym moje miśki – przecież nie mogłam wstrzykiwać im samego powietrza 😛 Woda
służyła mi jako specyfik na każdą znaną chorobę – niestety nie każdy pluszak po
mojej kuracji wyglądał jak milion dolarów, ale jak to mówią, straty w ludziach
muszą być 😛
Od najwcześniejszych lat
szkolnych wykazywałam duże zainteresowanie przyrodą.
Brałam udział we
wszelkiego rodzaju konkursach i, nie ukrywając, wiele z nich wygrywałam. Mimo
tego, że byłam nieśmiała lubiłam wychylać się ponad poziom grupy. Do dziś
pamiętam moją kłótnię z wychowawczynią. W drugiej klasie podstawówki sprzeczałyśmy
się o to, czym jest delfin – ona mówiła ryba, a ja – ssak. Kto wygrał –
domyślcie się 😛
Gimnazjum było ciężkim okresem –
ciągłe drwiny i przytyki nie raz podcinały mi skrzydła.
Nie poddawałam
się jednak i dzięki swojej ciężkiej pracy otrzymałam tytuł laureata olimpiady
biologicznej i zostałam zwolniona z matematyczno-przyrodniczej części egzaminu
gimnazjalnego. Gorzej było ze stroną emocjonalną – najlepsza przyjaciółka
odwróciła się ode mnie po 9 latach znajomości, a reszta zaczęła powoli się
odsuwać – niestety tak czasem bywa.
Liceum wspominam mile, choć nie
tak, jak studia
. Kiedy miałam 17 lat poznałam Mateusza i udało nam się przetrwać
do dziś. Wtedy też założyłam tego bloga, który początkowo miał być
pamiętnikiem, by później ewoluować w coś bardziej złożonego. Pięknym
wspomnieniem są też nasze studniówki – czułam się wtedy jak księżniczka –
szczególnie na sali balowej jak z bajki
(studniówka Mateusza – mieli każdy
szczegół dopięty na ostatni guzik :D). U siebie prowadziłam poloneza pokazowego
– było to dla mnie wielkim wyzwaniem, ale na szczęście ja i mój kolega Michał
świetnie sobie w tej roli poradziliśmy. Kilka zimowych miesięcy minęło i
nadeszło coś, co dla wielu jest wydarzeniem strasznym – MATURA.
Pierwsze nieudane starcie z
maturą skończyło się lądowaniem awaryjnym na farmacji.
Studia dały mi
wiele radości i nauczyły mnie radzić sobie w trudnych sytuacjach. Rok poza
domem dał mi wiele do myślenia – jeszcze bardziej związałam się z moimi
rodzicami, z którymi i tak miałam bardzo dobry kontakt. Mieszkanie na „swoim”
sprawiło, że nauczyłam się lepiej organizować swój czas i utwierdziłam się w
przekonaniu, że można połączyć pracę nad domem, blogiem, studiami i związkiem w
jedną, spójną całość. 
Kolejne podejście do egzaminu
maturalnego było dla mnie znacznie łaskawsze, ale nadal nie wystarczyło to,
abym mogła dostać się na wymarzone studia.
Nowa podstawa programowa
napisała test znacznie lepiej i progi skoczyły w górę o kilka dobrych punktów –
tendencje wzrostu, czy spadku wahają się zawsze w granicach 2, maksymalnie 3
punktów. W ubiegłym roku, mimo tego, że zostały otwarte 2 nowe uczelnie progi
wynosiły nawet 8-9 punktów więcej w stosunku do ubiegłorocznego procesu
rekrutacji. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić – płacz i załamywanie rąk na
pewno nie pomogłyby mi dostać się na wymarzony kierunek.
Rok przerwy był w moim mniemaniu
czym nienaturalnym – planowałam, że studia skończę w wieku 25 lat, a wyjdzie na
to, że, przy dobrych lotach, moje kalkulacje przesuną się o 2 lata.

Zaryzykowałam i nie żałuję. Odpoczęłam, nadrobiłam braki, weszłam na egzamin z
uśmiechem, chociaż byłam jedyną poprawiającą osobą. Bez stresu zaczęłam
przeglądać pytania, odpowiadać, a na koniec sprawdzać. Wyszłam przed czasem
patrząc na nietęgie miny tych, którzy na tej sali siedzieli po raz pierwszy.
Nie było mi ich żal – każdy jest kowalem własnego losu – i przy odrobinie
szczęścia osiągnie to, co zaplanował.
Czy ja miałam to szczęście? O
ile pierwsze podejście uważam za nieudane z mojej winy, tak w 2015 roku miałam
żal do Ministrów, Komisji i ogólnie pojętej władzy. Konstytucja nakazuje równe
traktowanie każdej jednostki, czego nie można było powiedzieć o nas,
maturzystach. Dwa różne egzaminy, dwa różne zakresy materiałów i ta sama
rekrutacja. Nie uważacie, że jest z tym systemem coś nie tak?
Protestowaliśmy – niestety bez większych skutków. Usprawiedliwiano się tym, że
przecież my mogliśmy iść na STUDIA, dokształcić się PONAD POZIOM matury, więc
nie miejmy pretensji, że była ona za trudna.
Kończąc temat studiów i wracając do astrologicznej analizy – zgodnie z tym, co mówią gwiazdy jestem
małomównym introwertykiem – nie mam zbyt wielu przyjaciół ani znajomych,
mogłabym wymienić tych najbliższych na palcach jednej ręki. Lubię być sama, co
nie oznacza, że jestem samotnikiem. W nowym towarzystwie jestem wstydliwa, ale
kiedy kogoś poznam i polubię – mogę zagadać go na śmierć.
Mimo tego, że uważam się w pewnym
stopniu za egoistkę jestem wrażliwa na krzywdę innych osób.

Niejednokrotnie pomagałam przy wypadkach, raz udało mi się uratować ludzkie
życie – gdyby nie ja i moja mama ten Pan nie dotrwałby nawet do przyjazdu
karetki. Niestety zmarł po kilku dniach w szpitalu, ale to do nas powiedział
swoje ostatnie słowa. Czuję, że robiłyśmy wszystko, co było w naszej mocy. Nie
żałuję żadnej decyzji podjętej w tamtej chwili. Cieszę się, że udało mi się
zachować zimną krew – umocniło mnie to w przekonaniu, że rzeczywiście zostałam
stworzona po to, by zostać lekarzem. Teraz wiem, że to moje powołanie. 
Jestem Panną – poukładaną i
pedantyczną – dlatego tak wiele od siebie wymagam.
Uważam, że ten blog
nadal nie stoi na takim poziomie, na jakim powinien. Jeśli uda mu się
przetrwać, kiedy zaczną się zajęcia na pewno będę nadal nad nim pracować.  Wydaje mi się, że moje teksty są nudne, a
zdjęcia nie wyróżniają się niczym szczególnym. Wiele z Was stara się mnie
przekonać, że się mylę, ale z tyłu głowy cały czas pali mi się żółta lampka –
mam nadzieję, że to dobrze, że staram się dążyć do perfekcji. 
Taka jestem – nie boję się o tym
mówić.
Siedzę w Białymstoku, nowym mieszkaniu i myślę, jak moje życie
zmieni się w ciągu najbliższych 6 lat. Mam nadzieję, że studia, które miały być
spełnieniem moich marzeń mnie nie zawiodą. Jeszcze rok temu każdy życzył mi
medycyny – teraz, oprócz zdrowia, miłości i szczęścia, bliscy życzą mi
zadowolenia z siebie.
Mam więc nadzieję, że za rok będę
mogła powiedzieć – Natalia, jestem z Ciebie dumna!
Mam nadzieję, że taki wpis
przypadnie Wam do gustu. Ostatnio niezbyt wiele pisałam Wam o sobie, ale
nauczyłam się, że w internecie warto dbać o swoją prywatność. Do piątku jestem
bez połączenia z siecią, ale mam nadzieję, że uda mi się opublikować jeszcze
jeden wpis
🙂
Pozdrawiam :*
Uncategorized

DLACZEGO MNIE NIE BYŁO? | REKRUTACJA | WAKACJE | BLOGOWY DETOKS

15 lipca 2016

Hej!
Dawno mnie tu nie było, a wczoraj na Instagramie (jeśli mnie jeszcze nie obserwujecie – zapraszam :P) ogłosiłam, że wracam z pisaniem postów na bloga.  Jeśli chcecie poczytać trochę „prywaty”, której na tym blogu jest coraz mniej, albo interesuje Was, co działo się u mnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy – zapraszam z kawą i ciastkiem 😀

Jak wiecie od lipca tamtego roku miałam (i nadal mam) długie wakacje – chyba najdłuższe w moim życiu. Myślałam, że podczas urlopu dziekańskiego będę gdzieś pracować, ale mieszkam na takim odludziu, że nie mogłam nic dla siebie znaleźć… Najbliższe miasta mam oddalone o 25  i ponad 40 kilometrów, więc na codzienne dojeżdżanie zmarnowałabym mnóstwo paliwa. Okazało się, że i tak jestem potrzebna w domu – ktoś musiał sprzątać, gotować i zajmować się babcią – tak zostałam kurą domową.
Do października miałam totalną labę jeśli chodzi o naukę – postanowiłam odpocząć i dać moim szarym komórkom chwilę wytchnienia po sesji. Na jesieni zaczęłam chodzić na cotygodniowe korepetycje z chemii – potarzałam najtrudniejsze tematy, a to, co mogłam przyswoić sama, przypominałam pomiędzy kolejnymi „sesjami” – w domu. Do końca grudnia udało mi się nadrobić braki, później zajęłam się ostatnimi powtórkami. Najwięcej czasu poświęcałam na robienie zadań i czytanie podręczników – notatek robiłam niewiele – praktycznie ograniczyłam się do chemii organicznej – były dla mnie stratą czasu. 
Tak mijał mi czas do 13 maja. Tego dnia napisałam maturę, wyszłam zadowolona i od tamtego momentu miałam cichą nadzieję, że medycyna będzie stała dla mnie otworem. 
Jestem osobą, która dusi w sobie wiele negatywnych emocji, dlatego po roku miałam czasem serdecznie wszystkiego dość. Najbardziej w kość dawała mi się babcia – nie możemy sobie z nią poradzić, a jeśli ktoś z Was ma kontakt (24h/7 dni w tygodniu) z osobą chorą na demencję – wie o czy mówię. Tuż przed ogłoszeniem wyników matury moja „cierpliwość” sięgnęła zenitu.
Zamknęłam się w sobie, całymi dniami siedziałam w książkach albo grałam w Wiedźmina. Z utęsknieniem czekałam na lipiec – miałam zaplanowane kilkudniowe wakacje z Mateuszem, które miały być dla mnie resetem – NA SZCZĘŚCIE TYM BYŁY.
Po odebraniu wyników kamień spał mi z serca. 88% – nawet nie spodziewałam się, że egzamin pójdzie mi tak dobrze. Żałuję, że nie składałam papierów na więcej uczelni – w Białymstoku i w Bydgoszczy się dostałam i mam teraz dylemat, które miasto wybrać 😛

Na wakacjach odpoczęłam, mam nowe pomysły i chcę wykorzystać ten wolny czas, który mi jeszcze pozostał. Mam nadzieję, że ten blog nie umrze, ale na pewno nie będę dla niego nadwyrężać swoich sił – w końcu nauka jest najważniejsza.

Blogowy detoks był mi bardzo potrzebny. Po kilku dniach przerwy mam ochotę pisać, nie mam problemy z ubieraniem myśli w słowa, co rusz przychodzą mi do głowy nowe pomysły. Pisze mi się lekko i przyjemnie, a to chyba o to w tym najbardziej chodzi. O to, żeby czerpać z blogowania przyjemność.
Zgadzacie się z przemyśleniami z ostatniego akapitu? Wy też zamierzacie sobie zrobić przerwę od blogowania?
Pozdrawiam 🙂