Wybrany tag

Max Factor

KOLORÓWKA KOSMETYKI

PROMOCJA -55% W ROSSMANNIE | TOP 10 KOSMETYKÓW

7 kwietnia 2018
PROMOCJA -55% ROSSMANN KWIECIEŃ 2018 | CO KUPIĆ? 1

Cześć!

Promocja w Rossmannie zbliża się wielkimi krokami. Rozpoczyna się już w poniedziałek, 9 kwietnia, i będzie trwać do 18 kwietnia. Tym razem skierowana jest tylko dla klubowiczów posiadających konto i wirtualną kartę w aplikacji tej drogerii. Pojawiła się także minimalna liczba produktów, przy których zakupie będziemy mogli skorzystać z promocji – musimy wybrać minimum 3 sztuki. Promocja dotyczyć będzie kosmetyków kolorowych, takich jak podkłady, pudry, bazy pod makijaż czy wszelkiego rodzaju produkty do makijażu oczu i ust. Często jednak promocja obejmowała także odżywki do rzęs oraz balsamy pielęgnacyjne do ust. W dzisiejszym wpisie przedstawię Wam TOP 10 kosmetyków, które mogę polecić oraz powiem, jak zrobić zakupy na tej promocji, by wyjść z tego obronną ręką 🙂 Zapraszam!

Czytaj dalej

Uncategorized

PROMOCJA ROSSMANN -49% | CO WARTO KUPIĆ? | MOJE PEREŁKI

29 września 2016
Cześć i czołem!
Wiem, że pewnie niektórym z Was temat promocji w drogeriach mocno się przejadł – pełno tego ostatnio na blogach, Facebookach, Instagramach – każdy pokazuje co innego i człowiek może się pogubić 😛 Postanowiłam jednak przygotować ten wpis, bo będzie on pomocny nie tylko dla Was, ale i dla mnie – chciałam pokazać Wam kosmetyczne perełki, które są jednymi z moich ulubionych kosmetyków. Będę mogła w każdej chwili wrócić do tego posta i spojrzeć, czy coś, co super mi się sprawdzało nie wyleciało z mojej pamięci. To jak – jesteście ciekawi, co dostało się na moją listę? Zapraszam 😀

Zacznijmy od produktów do twarzy. W kwestii podkładów mam do polecenia tylko jeden – Loreal True Match. To najlepszy podkład drogeryjny i jedyny, do którego regularnie wracam. Ma bardzo jasny, przyjemny kolor, który nie wpada zbyt mocno w róż, ani w żółć, choć zdecydowanie więcej jest w nim tych drugich tonów. Jest lekki, nie zapycha i ma dobre krycie, które można budować. W zestawie z dobrym pudrem utrzymuje się na mojej buzi cały dzień.
Korektor też mam tylko jeden – niestety nadal nie znalazłam ideału pod oczy, a temu jest zdecydowanie najbliżej do tego tytułu. Mowa tu o korektorze True Match od Loreala. Na zdjęciu widzicie kolor Ivory, najjaśniejszy. Jest żółciutki, więc dobrze maskuje fioletowe cienie pod oczami. Krycie określiłabym jako średnie – na co dzień takie mi w zupełności wystarczy. Zdecydowanie lepiej sprawdza się pod oczami niż na niedoskonałości – z nich dość szybko znika. Nie zbiera się też mocno w załamaniach.
Ostatnią już rzeczą jest paletka do mokrego konturowania, również od Loreal Infallible Sculpt Ligh/Medium. Nie jest to produkt bez wad, ale kiedy mam ochotę na kosmetyki w formie kremu – zawsze po niego sięgam. Bronzer w opakowaniu ma chłodny kolor, na mojej skórze niestety się ociepla i oscyluje gdzieś pomiędzy lekko chłodnymi, a neutralnymi tonami. Nie jest zbyt ciemny, więc ciężko jest zrobić sobie nim krzywdę. Matowy rozjaśniacz jest rzeczywiście jasny, niestety dla mnie zbyt różowy, dlatego praktycznie w ogóle go nie używam. Paletkę polubiłam przez jej niestandardową konsystencję – ani to puder, ani krem, ani mus – coś pomiędzy. Uważam, że nie jest to niezbędny kosmetyk, ale mogę nazwać ją ciekawym gadżetem.

Niejednokrotnie wspominałam, że róże to jedne z moich ulubionych kosmetyków do makijażu, dlatego mam Wam do pokazania aż 3 cudowne egzemplarze. Pierwszym z nich jest róż w kremie od Maybelline – Dream Touch Blush w kolorze 05. Jest to dzienna, różowo-koralowa pozycja. Ma przyjemną, musową konsystencję i dobrze rozciera się zarówno na podkładzie, jak i pudrze. Nie posiada drobinek, ale można uzyskać nim zdrowy, lekko wilgotny rumieniec.
Róż z Bourjois w kolorze 34 Rose D’or to blogowy klasyk. Cudo – mój ulubieniec, po którego sięgam niemal codziennie, a na pewno wtedy, kiedy nie mam pomysłu na to, co powinno wylądować na moich policzkach. Jest wypiekany, przez co bardzo wydajny. Opakowanie jest dobrej jakości, zamykane na magnes, w środku można znaleźć pędzelek. Niestety napisy szybko się z niego ścierają. Jego kolor to ciepły róż ze złotą poświatą – nie uświadczycie w nim jednak drobinek. Ożywi każdy, nawet ciężki makijaż – moim zdaniem to must have każdej kobiety!
Ostatnią propozycja z tej kategorii jest róż, który mam dopiero kilka dni. Zdążyłam go już jednak poużywać i muszę Wam o nim wspomnieć – chociażby przez wzgląd na ciekawy kolor. Mowa tu o kolejnym różu Maybelline, tym razem jest to Studio Fix w odcieniu 70 Rose Madison. Ma zimny, lekko liliowy kolor, chociaż na moich policzkach wygląda znacznie cieplej, niż na ręku. Ma aksamitną konsystencję i nie robi plam na policzkach. Jest matowy, przez co nie podkreśla nierówności skóry. Idealnie sprawdzi się przy fioletowym makijażu ust 😀

Rozświetlacze to kolejna kategoria kosmetyków, bez których nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Tym razem również przygotowałam dla Was trzy propozycje, z których jedna będzie nowością. Zacznijmy od rozświetlacza, którego używam najdłużej – Lovely Gold Highlighter. Zacznę od wad – słabej jakości opakowanie i skłonności do powstawania grudek – mimo tego, że często myję pędzle i nie dotykam go palcami wygląda tak, jakbym wprowadziła do niego hektolitry sebum :O Daje piękny, lustrzany, złoty blask na policzkach – takiej tafli mogą mu pozazdrościć nawet naprawdę drogie produkty. Na pewno będę do niego wracać, za taką cenę chyba nie znajdę nic lepszego 😀

Druga propozycja to coś mniej złotego – o bardziej szampańskich, neutralnych tonach. To Diamond Illuminator od Wibo – kolejny tani, ale świetnej jakości rozświetlacz. Moja mama tak go polubiła, że zaraz zacznie drugie opakowanie 😛 Na szczycie kości jarzmowej trzyma się cały dzień, daje piękny, choć delikatniejszy blask. Nie znajdziecie w nim drobinek. Ma lepsze i solidniej wykonane opakowanie, a przez to, że jest zamykane na klik, a nie zakręcane – przyjemniej się go używa. Jest lekki i mały, dlatego idealnie spisuje się na wyjazdach!

Ostatni rozświetlacz, to nowość od Loreala – Loreal Highlight. W moje łapki wpadł odcień 02 – ten bardziej różowy (Rosy). Z jednej strony się cieszę – złotych rozświetlaczy mam aż nadto, więc ten będzie fajną odskocznią – tym bardziej, że na skórze wygląda niezwykle subtelnie. Ma 3 odcienie, które można mieszać (tak pokazałam go na zdjęciu) lub stosować oddzielnie. Loreal True Match Highlighter ma opakowanie podobne do pudru z tej samej serii – na górze znajduje się produkt, a na dnie – schowek na pędzelek, który swoją drogą jest dobrej jakości, oraz spore lusterko. Ma w sobie drobinki, ale nie rzucają się one zbyt mocno w oczy. To najdroższa pozycja, ale mi bardzo się spodobała.

Maybelline Color Tattoo to chyba klasyka tych promocji – pojawiają się praktycznie w każdych tego typu zestawieniach, a ja w ogóle się temu nie dziwię – są po prostu świetne. Kiedyś miałam więcej kolorów, ale zostawiłam sobie tylko 3, po które sięgam najczęściej. Są trwałe, mogą służyć jako baza pod makijaż, albo samodzielne cienie. Nawet na moich tłustych powiekach trzymają się cały dzień, choć potrafią lekko zebrać się w załamaniach. On and on Bronze to złoto-brązowy kolor, dla mnie za ciemny do codziennego makijażu. Natomiast na imprezy nadaje się idealnie. Pernament taupe to kolor, którego używałam do wypełnienia brwi – moje włoski mają chłodny odcień, więc fioletowy pigment nie rzucał się w oczy. Nie jest to mój ulubiony kosmetyk do malowania brwi, ale czasem po niego sięgam. Ostatni odcień to brudny róż – Creme de rose, który ląduje na moich powiekach jako baza pod inne cienie. Jej przygaszony kolor bardzo przypomina odcień mojej skóry. Przed nakładaniem cieni zawsze ją lekko pudruję – inaczej jej trwałość nie jest aż tak duża, jak tego od niej wymagam.

Mimo tego, że jestem maniaczką szminek, nie mam ich zbyt wielu do polecenia. Sama szukam czegoś nowego, ale nigdy nic ciekawego nie wpadło mi w oko. Bourjois Rouge Edition Velvet to jedne z moich ulubionych, matowych pomadek. Zastygają na mat, ale nie wysuszają ust tak mocno, jak płynne pomadki z Golden Rose. Mają musową konsystencję i są mocno napigmentowane. Niestety ich cena lubi przed promocją wzrastać. Posiadam dwa odcienie – delikatny Don’t pink of it i odważny Pink Pong – obie super się sprawdzają, choć mam wrażenie, ze fuksja ma przyjemniejszą konsystencję.
Bardziej dzienną propozycją jest szminka z Maybelline ColorSensational – Mystic Mauve. To brudny róż, w moim przypadku lekko ciemniejszy od koloru ust. Najczęściej sięgam po nią jesienią –  z tą porą roku kojarzy mi się jej ciasteczkowo-cynamonowy zapach. Jest kremowa, ale wykończenie na ustach to jednak satyna – nie lśni tak mocno jak typowa pomadka. Dzięki temu dłużej się utrzymuje. Nie wysusza ust, za co ma u mnie ogromny plus!
Ostatnią szminką jest pomadka dla osób, które lubią mocniejszy makijaż ust. To malinowa, soczysta i mocno błyszcząca propozycja od Rimmela. Dokładnie jest to Rimmel Moisture Renew w odcieniu As you want Victoria. Na ustach wygląda świetnie, kolor mocno wpija się w usta i nawet kiedy szminka zniknie – nadal wygląda jak tint. Niestety u mnie czasem potrafi odbić się na zębach, ale mam do tego tendencję. Jest najbardziej kremowa z całej czwórki, fenomenalnie wygląda przy lekkim makijażu oczu – potrafi być jego gwiazdą!

Jedyny liner, jaki sprawdza się u mnie to Loreal Super Liner Perfect Slim. Ma cienką, gąbczastą końcówkę i łatwo jest mi nim narysować nawet bardzo cieniutkie kreski. Jest dobrze napigmentowany, a jego kolor to prawdziwa, głęboka czerń. Trzyma się na powiekach cały dzień, chociaż jaskółka potrafi czasem zniknąć – dlatego zazwyczaj jej nie maluję (takie uroki posiadania opadającej powieki :C). Więcej mi nie trzeba – lepszego jak na razie nie znalazłam 😀
Obowiązkową pozycją  w moim przypadku jest cielista kredka – używam ją na linię wodną – moje oczy wydają się wtedy większe, a spojrzenie jest świeższe – nawet wtedy, kiedy nie jestem do końca wyspana. Max Factor, Kohl Pencil w kolorze 090 Natural Glaze to trwała i dobrze napigmentowana kredka. Jest miękka, dlatego nie podrażnia nawet delikatnych oczu. Jej kolor nie jest ani zbyt żółty, ani zbyt różowy. Nawet na moich często łzawiących oczach utrzymuje się kilka godzin. 
Świetny produkt do brwi, za którym na początku nie przepadałam to kredka Maybelline Brow Satin w odcieniu Dark Brown. Wydawała mi się być kosmetykiem niewydajnym, który szybko mi się skończy. Mam ją już mniej więcej rok, używam jej przy każdym makijażu i nadal jeszcze trochę mi jej zostało. Jeden koniec zakończony jest automatyczną kredką – średnio twardą. Nie zawiera ona wosku, więc nie utrwala włosków i potrzebny jest jeszcze dodatkowy produkt do tego, aby utrzymać makijaż brwi w ryzach przez cały dzień. Z drugiej strony znajduje się gąbeczka z cieniem, który ma kolor odpowiadający kredce. Można wypełnić nim większe braki. To naprawdę ciekawy kosmetyk, zrobię sobie od niego przerwę, ale myślę, że jeszcze do niego wrócę.

Jeśli chodzi o tusze do rzęs – zdecydowanie najlepiej sprawdzają się u mnie te od Loreala. W tym momencie mam Wam do polecenia dwa, chociaż każda mascara z tej serii fajnie działała na moich rzęsach. Moim ulubieńcem jest zdecydowanie Loreal Volume Million Lashes So Couture. Ta maskara jest fenomenalna – od początku ma idealną, lekko gęstszą konsystencję, świetnie rozdziela, wydłuża i pogrubia rzęsy. Nawet tak słabe jak moje są po niej widoczne, a to dla mnie wielki sukces. Trzyma się cały dzień, nie osypuje, nie podrażnia moich oczu. Jest na tyle trwała, że ciężko jest ją zmyć. Najlepiej robić to olejkami – wtedy obejdzie się bez tarcia!
Druga maskara, którą używam już kilka tygodni to Loreal False Lash Wings. Na początku ciężko było mi przyzwyczaić się do jej niestandardowej szczoteczki – nie jest ona obła, bardziej przypomina nieregularny wielościan. Włoski mają różną długość, przez co łatwo jest nią dotrzeć do każdej, nawet najmniejszej rzęsy. Niestety nabiera się na nią dość spora ilość tuszu, więc na początku niejednokrotnie możemy nabawić się „muszych nóżek”. Wystarczyło jednak kilkakrotne użycie i zdecydowanie łatwiej jest mi ją opanować. Moim zdaniem jest to maskara wydłużająca, daje jednak lekki efekt pogrubienia.

Pozostając w temacie kosmetyków do oczu i produktów Loreal mam Wam do pokazania dwa żele utrwalające do brwi. Zaczniemy od czegoś bardziej klasycznego, czyli Loreal Artist Brow Plumper. To żel do brwi w ciemnym, neutralnym kolorze. Jest średnio gęsty, dobrze utrwala włoski, ale nie sprawia, że stają się one sztywne i niemiłe w dotyku. Dzięki niemu cień czy kredka nie znikają tak szybko z brwi. Nie ma w sobie drobinek brokatu (co innego Wibo :P) i idealnie sprawdzi się u dziewczyn z ciemniejszymi włosami. Wersja, którą tu pokazuję to Medium/Dark.
Drugim produktem jest Loreal Brow Arist Sculpt w kolorze 03 Cool Brunette. To kosmetyk dwuzadaniowy – można nim utrwalać włoski, ale także je domalowywać. Ma ciekawy aplikator i należy nauczyć się nim posługiwać. Brow Artist Sculpt ma zdecydowanie chłodniejszy i nieco ciemniejszy odcień od poprzednika – sama mam ciemne włosy i świetnie się u mnie sprawdza. Lubię zabierać go w podróże, bo nie muszę mieć wtedy żadnych cieni ani kredek do brwi.

Ostatnią dwójką jest para konturówek z Lovely. Towarzyszą mi one przy wielu makijażach, ponieważ mają na tyle uniwersalne kolory, że pasują do kilku szminek. Numer 1 to brudny róż, który zależnie od pomadki wygląda bardziej beżowo, lub różowo. Numer 2 to fuksja – dopasuje się do wielu ciemno – różowych pomadek. Obie są kremowe, miękkie i łatwo się nimi maluje, natomiast nie są to najbardziej trwałe konturówki w mojej kolekcji. Nie mniej jednak lubię po nie sięgać i mam zamiar dokupić jeszcze jeden egzemplarz tej jaśniejszej. Za taką cenę – BRAĆ I SIĘ NIE ZASTANAWIAĆ 😛

Znalazłyście coś ciekawego w moich propozycjach? Wybieracie się na promocje w Rossmannie? Na który tydzień czekacie najbardziej?
Pozdrawiam 🙂
Uncategorized

PROJEKT DENKO SIERPIEŃ 2016 | ZNÓW SPORO I TO PO OSTATNIM (NIEOPUBLIKOWANYM) DENKU

21 września 2016

Cześć wszystkim!

Ostatnio nie publikowałam denka – tak wyszło, że byłam za granicą, miałam zaplanowane posty, które znikły, a zdjęć i aparatu niestety ze sobą nie zabrałam ;/ Było – minęło. Nie mniej jednak zdjęcia wrzuciłam na Facebooka i jeśli jesteście ciekawi, jaki ogrom kosmetyków zużyłam w lipcu – kliknijcie w TEN LINK 😀
Teraz też nie jest źle, cieszę się, że moje zapasy w końcu zaczynają się kurczyć! To bardzo satysfakcjonujące – wiem, że robię sobie miejsce na nowości i czekam na nie z niecierpliwością. Nie planuję jednak żadnych dużych zakupów – nawet wizja promocji w Rossmannie mnie nie kręci. 
Jeśli jesteście ciekawi, czy wśród zużytych kosmetyków kryje się jaka perełka – pędźcie do dalszej części tego posta!

TWARZ:
  • BLISTEX, POMADKA OCHRONNA ORANGE MANGO BLAST
 Pomadka ochronna do ust, której używałam codziennie rano i wieczorem podczas rutynowej pielęgnacji. Bardzo ładnie pachniała, miała słodki smak i naprawdę dobrze nawilżała usta. Nie było ono tak intensywne jak w przypadku bogatych formuł w słoiczkach, ale nie mogłam narzekać na stan moich ust. Niestety 1/3 opakowania się zmarnowała – pomadka rozpuściła się i przykleiła do wieczka tak, że nie jestem jej już w stanie uratować. Raczej nie kupię ponownie, bo do używania w domu wolę wybierać treściwsze formuły. 
  • BIELENDA, PŁYN MICELARNY LASER XTREME
Ten płyn micelarny był używany głównie przez moją mamę, ale kiedy nie miałam pod ręką mojego ulubionego Garniera – często jej go podkradałam. Wszystkie kosmetyki z tej serii mają naprawdę super składy – ten płyn zawiera w sobie nawilżający hialuronian sodu (już 2 pozycja :O), witaminę PP, która reguluje pracę gruczołów łojowych, łagodzącą Alantoinę, glicerynę, komórki macierzyste, Lecytynę i kwas mlekowy. Ta wersja mnie nie podrażniała, chociaż niektóre miały do tego tendencje. Moim zdaniem za mało wspomina się o nich w blogosferze. Zawiera DMDM Hydantoin, która jest donorem formaldehydu, ale została dopuszczona do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu.
  • OPTI-FREE, PŁYN DO SOCZEWEK PURE MOIST

Nie jest to mój ulubiony płyn do soczewek, ale nie mogę na niego narzekać. Dobrze rozpuszcza białkowe osady, których w moim przypadku dużo się zbiera. Gdy noszę soczewki po wyczyszczeniu ich w tym płynie nie uwierają mnie one później w ciągu dnia. Dodatkowo nie wysychają tak szybko, dlatego ich noszenie jest bardzo komfortowe – nawet wieczorem.

  • NACOMI, KREM POD ODY MOROCCAN ARGAN CREAM WITH GRAPE SEED OIL
Krem pod oczy, który pojawił się już w ulubieńcach. Znalazłam go w Hebe i od razu spodobał mi się ze względu na przyjazny skład. Ma treściwą konsystencję, dlatego jest idealny na noc. Skóra po całonocnym zabiegu jest miękka, a cienie lekko rozjaśnione. Podczas jego stosowania nie mam problemów z suchą skórą pod oczami, czy na powiekach, nawet wtedy, kiedy stosuję zastygające korektory. Nie każdemu będzie odpowiadała forma opakowania – słoiczek – ale mi w ogóle ten aspekt nie przeszkadza. Mam już drugie opakowanie – koniecznie muszę napisać na jego temat oddzielny wpis 🙂

WŁOSY:

Szampon bez SLS, z naprawdę dobrym składem. Dobrze się u mnie sprawdzał przy codziennym myciu włosów, ale musiałam co nie raz stosować go naprzemiennie z innym szamponem. Miał wiele ekstraktów, a także olejki, więc po pewnym czasie obciążał moje delikatne i cienkie włosy. Dobrze oczyszczał, ale nie plątał przy tym włosów. Był delikatny dla mojego skalpu. Do tej wersji raczej nie powrócę, ale mam ochotę na tę normalizującą.

  • LABORATORIUM PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW CIEMNYCH

Odżywki i maski Pilomax należą do kosmetyków, które u jednych działają cuda, a u innych nie sprawdzają się kompletnie. Ja należę do tej pierwszej grupy i jestem z ich kosmetyków bardzo zadowolona (pomijając szampony). Ta wersja mocno wygładzała moje włosy i sprawiała, że były one miękkie w dotyku i bardzo lejące. Tego oczekuję po maseczkach, dlatego pewnie jeszcze do niej wrócę. Zauważyłam też, że kolor moich włosów wyglądał po niej o wiele ładniej – był jakby bardziej wielowymiarowy i pojawiały się na nim refleksy widoczne w słońcu – pewnie było to zasługą ekstraktu z kawy 🙂

MAKIJAŻ:

 Pudry Paese towarzyszą mi w codziennym makijażu od lat. Zazwyczaj wybierałam te bambusowe, bo są delikatniejsze, chociaż następcą tego będzie już ryżowy – chciałam sprawdzić, jak zadziała na moją skórę. Takie opakowanie starcza mi mniej więcej na 1,5 roku, czasem dłużej, czasem krócej – wszystko zależy od tego, ile kosmetyku mi się wysypie. Jedynym jego minusem jest właśnie pudełko – nie ma w nim żadnego zabezpieczenia, dlatego na początku puder znajduje się wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinien. Matuje na długo, mnie nie wysusza, chociaż potrafi podkreślić suche skórki. Nie bieli twarzy i nie zapycha. Jeśli ktoś ma problemy z szybkim przetłuszczaniem się skóry, albo zależy mu na długiej trwałości makijażu – ten kosmetyk jest właśnie dla niego.

  • GOLDEN ROSE, BŁYSZCZYK DO UST LUXURY RICH COLOR LIPGLOSS ODCIEŃ 09

Nie przepadam za błyszczykami, ale to kolejna rzecz, którą podkradałam mojej mamie. Błyszczyk jest gęsty, lepki i mocno napigmentowany. Można nim uzyskać pełne krycie przy pięknym blasku, więc jeśli ktoś jest fanem takiego efektu – to kosmetyk stworzony dla niego. Cena jest przystępna, bo to dość duże opakowanie kosztuje mniej więcej 20 złotych. Jest dość tłusty i lekko lepi się na ustach, więc na pewno znajdzie przeciwników. Ja po niego nie sięgnę, natomiast moja mama kupiła już drugie opakowanie! 😀

  • LOREAL, TUSZ DO RZĘS VOLUME MILLION LASHES FELINE

Jedna z najnowszych maskar Loreala. Ma wyprofilowaną, silikonową szczoteczkę, przez co ma działać na nasze rzęsy podkręcająco. Pozostaje dość rzadki od początku, do końca używania, dlatego nieumiejętnie nałożony może posklejać rzęsy. Ja byłam zadowolona z efektów jakie daje, chociaż So Couture to nadal moja ulubiona wersja.  Cieszę się, że szczoteczki od tuszów Loreal są giętkie i miękkie – ryzyko podrapania się po oku jest naprawdę nikłe, a uwierzcie mi na słowo – takie sytuacje są u mnie na porządku dziennym 😛 Jeszcze do niej wrócę – tym razem poużywam wersję Extra Black.

Tusz od Max Factora był chyba jedynym tuszem (oprócz kolorowego z Bebeauty), o którym pisałam na łamach bloga. Pełną recenzję znajdziecie klikając w tytuł tego nagłówka. Jeśli miałabym opisać go w kilku słowach – to naprawdę dobry tusz, wracam do niego po raz kolejny. Fajnie pogrubia i delikatnie podkręca rzęsy, o ich wydłużeniu raczej nie będę mówić.  Ma wygodną, lekko wygiętą szczoteczkę, która nie jest jednak tak miękka, jak ta u poprzednika. Jego konsystencja jest o wiele gęstsza – bardziej przypomina mus niż ciecz. Pewnie jeszcze do niego wrócę, choć znam lepiej działające u mnie tusze.

CIAŁO:

  • LUKSJA, PŁYN DO KĄPIELI PINK SPARKLE

Płyn do kąpieli to nieodłączny element mojej wieczornej pielęgnacji. Nie mam prysznica, mogę więc godzinami wylegiwać się w wannie pełnej piany (no chyba nie… kolejka jest :P). Po płyny z Luksji sięgam bardzo często – po pierwsze są tanie i dostępne w Biedronce, op drugie mają przyjemne zapachy – jedne mniej, inne bardziej intensywne, a po trzecie – są gęste i dają MNÓSTWO bąbelków 😀 Wersja Pink Sparkle pachnie przyjemnie – słodko, perfumeryjnie, nieco kwiatowo. Gdzieś daleko w tle czuć tego szampana. Spodobała mi się i chętnie kiedyś do niej wrócę – niestety pewnie nie prędko, bo niedługo się wyprowadzam, a tak czeka na mnie chłodna kabina prysznicowa ;__;

  • DOVE, ŻEL POD PRYSZNIC GO FRESH, OGÓREK I LIŚCIE ZIELONEJ HERBATY

Niejednokrotnie wspominałam, że żele pod prysznic z Dove są moimi ulubionymi i wracam do nich bardzo często – zmieniając tylko warianty zapachowe. Ogórek i liście zielonej herbaty to propozycja idealna na lato – orzeźwiająca, nieco wytrawna, pobudza do wieczornego działania. Żele Dove są bardzo kremowe i gęste, a ich wydajność potrafi zaskoczyć. Na dobrej promocji taką 750 mililitrową butlę kupicie za 12 złotych – DEAL ŻYCIA 😀

A tak poza tym – wiecie że ogórek to afrodyzjak? Czy Dove miało coś na myśli przygotowując taką wersję zapachową? A może to teoria spiskowa? Illuminati? 😀

  • ISANA, ŻEL POD PRYSZNIC HELLO SPRING

Zaletą żeli Isana jest ich bardzo dobra cena – kiedy szukam jakieś tańszej opcji sięgam właśnie po nie. Kuszą ciekawymi opakowaniami, edycjami limitowanymi i naprawdę intensywnymi zapachami. Wersja Hello Spring pachniała słodką brzoskwinią. Zapach był niezwykle odprężający, dlatego żel skończył się w ekspresowym tempie. Ma jedną wadę – przy dłuższym, regularnym stosowaniu potrafi mnie mocno przesuszyć. Mam wrażliwą skórę, która niezbyt lubi się z SLS czy SLeS :C

  • LINDA, MYDŁA TRADYCYJNE, BOGACTWO OWSA, SŁODYCZ MIODU, ŚWIEŻOŚĆ MIĘTY

Te mydełka kupiłam naprawdę dawno temu (mniej więcej rok :O), ale rzadko używam wersji w kostkach, dlatego tak długo leżało. Miały o wiele lepszy skład, niż te zwykłe, nie zawierały silnych detergentów. Zapachy były delikatne, naturalne, najbardziej spodobał mi się miód i mięta. Ładnie wyglądały w łazience, niestety nie zrobiłam zdjęć kostkom. Pewnie do nich nie wrócę, bo nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek je znajdę. Zostały kupione w Biedronce, przy okazji wypuszczenia jakiejś kosmetycznej gazetki.

  • BALEA, BALSAM DO CIAŁA TROPICAL SUNSHINE, POMARAŃCZA I MANGO
Kupiony rok temu, leżał i czekał na swoją kolej. W końcu doczekał się i został doceniony. Był tani jak barszcz, a mimo tego naprawdę fajnie się sprawdził Jest to balsam idealny na letnie miesiące – lekki, szybko się wchłaniający, bardziej przypomina mleczko niż treściwy balsam. Dobrze nawilża, ma prosty skład – głównymi nawilżaczami są tu gliceryna, sól kwasu stearynowego i olej migdałowy. Nawet moja sucha skóra była po nim gładka i napięta. Mam jeszcze jedno opakowanie – o innym zapachu i na pewno zużyję je z przyjemnością. Jest to edycja limitowana, może jeszcze kiedyś Balea do niej wróci.

  • FA, ANTYPERSPIRANT FRUIT ME UP, FRUITY FRESH

Jedna z dwóch wersji limitowanych antyperspirantów Fa. Ta jest zdecydowanie bardziej owocowa i świeża – sama nazwa to wskazuje. Chroniła przyzwoicie, chociaż u osób ze sporym problemem z potliwością raczej się nie sprawdzi. Szkoda, że to edycja limitowana – jej zapach bardzo mi się spodoba i chętnie bym do niej wróciła.

  • GARNIER, ANTYPERSPIRANT NEO, SHOWER CLEAN

Mój najnowszy ulubieniec – moim zdaniem jest jeszcze lepszy od tego w kremie. Dobrze chroni przez cały dzień, a zapach jest na  tyle intensywny, że czuć go od rana do wieczora. Dobrze maskuje nieprzyjemne aromaty. Innowacyjny aplikator zapobiega zbieraniu się produktu w jednym miejscu, co chroni przed powstawaniem plam na ubraniach. Ma w składzie olej kokosowy, dlatego nie wysusza nawet wrażliwej skóry. Na pewno będę do niego wracać. Moje ulubione wersje to pomarańczowa i różowa.

Czy jakiś kosmetyk wpadł Wam w oko? Jak idzie Wam zużywanie? W Waszych zużyciach jest więcej ulubieńców, czy bubli?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

PROMOCJA ROSSMANN KWIECIEŃ 2016 | CO WARTO KUPIĆ? | CZĘŚĆ 2 – OCZY

28 kwietnia 2016
Cześć!
W Rossmannie rozpoczęła się nowa część promocji – od wtorku 49% taniej kupicie wszystkie produkty do makijażu oczu. Przygotowałam dla Was kilka propozycji, które na stale wylądowały w mojej kosmetyczce. Większość z nich pewnie jest dla Was znana, ponieważ są to blogosferowe hity 😀 Jeśli jesteście ciekawi, co polecam – zapraszam dalej!

EYELINERY I KREDKI

  • MAX FACTOR KOHL PENCIL 090 NATURAL GLAZE
Moja ulubiona, cielista kredka do rozjaśniania linii wodnej. Jest miękka i przyjemnie się z nią pracuje – nie ma mowy, że coś będzie kuło nas w oko przy aplikacji. Ma ładny, jasnobeżowy kolor, który nie jest ani zbyt żółty, ani pomarańczowy, czy też różowy. Mimo tego, że mam z natury łzawiące oczy i codziennie noszę soczewki daje radę przez kilka dobrych godzin. Nie należy do najtańszych, ale jest bardzo wydajna.
 
  • LOREAL SUPER LINER PERFECT SLIM
Liner, który kupiłam po raz pierwszy właśnie na promocji, o której Wam teraz piszę. Wiele blogerek polecało go w sowich postach i muszę przyznać, że pozytywnie się zaskoczyłam. Jest to liner w pisaku. ma bardzo precyzyjną końcówkę, którą można narysować nawet bardzo cienkie linie. Jest trwały, ale nie wodoodporny. Występuje w kilka odcieniach – między innymi brązowym, granatowym, szarym, butelkowo – zielonym i czarnym. Warto zwrócić na niego uwagę.

CIENIE DO POWIEK
  • MAYBELLINE COLOR TATTOO, 35 ON AND ON BRONZE
Brązowy, opalizujący na złoto cień, który pięknie wygląda na powiece. Można używać go solo, ale stanowi też świetną bazę pod podobnego koloru cienie prasowane. Długo utrzymuje się na tłustych powiekach, ale można też nałożyć go na bazę – wtedy będzie nie do zdarcia. Czasem używam go w dziennym makijażu – kiedy nie chce mi się używać kilka kolorów lub po prostu nie mam na to czasu 😛
 
  • MAYBELLINE COLOR TATTOO, 95 CREME DE ROSE
Cień w kremie, którego używam często zamiast tradycyjnej bazy. Nakładam go na powieki, przypudrowuję i wiem, że cienie nałożone na tak przygotowaną powiekę będą się u mnie trzymać cały dzień. Ma ładny różowo – beżowy kolor, który jest bardzo zbliżony do mojego koloru skóry, dlatego nie jest na niej zbyt widoczny. Dobrze ujednolica koloryt. Jest całkowicie matowy i łatwo się z nim pracuje. 
 
  • MAYBELLINE COLOR TATOO, 40 PERNAMENT TAUPE
Cień w kremie, który służy mi do wypełniania ubytków w brwiach. Wiem, że wielu osobom się już znudził, według innych ma zbyt fioletowy odcień – u mnie jednak tych chłodnych, trupich tonów w ogóle na brwiach nie widać. Jest trwały i trzyma się cały dzień. Bardzo go lubię i uważam, że jest to dośc uniwersalny kosmetyk – będzie pasował zarówno blondynkom, jak i szatynkom. Nie polecałabym go jednak osobom z czarnymi włosami – wtedy może okazać się po prostu za jasny. 

PRODUKTY DO BRWI

  • LOREAL BROW ARTIST SCULPT
Produkt, który również do mojej kosmetyczki trafił niedawno, ale miałam już okazję go używać i powiem Wam, że jestem nim pozytywnie zaskoczona. Obawiałam się, że może się u mnie nie sprawdzić, bo nie mam doświadczenia w pracy z takim aplikatorem, jednak już przy pierwszym użyciu doskonale z nim sobie poradziłam. Wybrałam odcień Cool Brunette, czyli ciemniejszy, chłodny brąz, kolorem zbliżony do Pernament Taupe o którym pisałam wyżej. Można nim dorysować włoski i jednocześnie je wyczesać, więc jest to idealne rozwiązanie do podróżnej kosmetyczki – mamy dwa produkty w jednym i oszczędzamy trochę cennego miejsca.
  • LOREAL BROW ARTIST PLUMPER
Jak na razie jest to mój ulubiony tusz do brwi. Doskonale ujarzmia włoski – cały dzień nie ruszają się z miejsca. Dostępny jest, podobnie jak kosmetyk wyżej, w trzech odcieniach, z tym, że tutaj jedna wersja jest po prostu bezbarwna.Ma malutką szczoteczkę, która nie brudzi skóry. Nie nabiera się na nią zbyt dużo produktu. Jeśli myśleliście o tym z szafy Wibo – zrezygnujcie – wcale nie jest tak dobry, jak piszą o tym dziewczyny. Ma dużą szczotkę, która nabiera zbyt dużą ilość produktu, którym łatwo jest się ubrudzić. Obfituje też w złoty połysk, a raczej żadna z nas nie chce mieć świecących brwi. Jeśli szukacie dla niego tańszej alternatywy – wybierzcie produkt z Essence 🙂
  • MAYBELLINE BROW SATIN
Automatyczna kredka do brwi, która na drugim końcu ma jeszcze puder/cień do brwi. Jest miękka i ładnie wygląda na brwiach. Cień sprawdza się dobrze zarówno solo, jak i na kredce. Mam najciemniejszy odcień i jest to ładny, neutralny brąz. Ma jeden minus – strona z kredką dość szybko się kończy – drugi koniec jest o wiele bardziej wydajny. 
TUSZE DO RZĘS

Tusz, którego recenzja pojawiła się już na blogu. Ładnie wydłuża i pogrubia rzęsy. Z podkręceniem ich jest już ciężej, ale w moim przypadku żaden tusz ich nie rusza – moim ratunkiem jest tylko zalotka, której JESZCZE nie mam 😛 Od samego początku ma konsystencję, która nie skleja rzęs. Tusz nie wysycha zbyt szybko, co sprawia, że jest bardzo wydajny.
  • LOREAL VOLUME MILLION LASHES FELINE
Jeden z nowszych tuszy Loreala. Ma za zadanie podkręcać rzęsy i to robi. Ma dość mokrą konsystencję, ale dobrze się z nim pracuje. nie skleja rzęs, ładnie je wydłuża i delikatnie pogrubia. Nie wykrusza się i nie tworzy efektu pandy Tusze z Loreala nie podrażniają moich oczu, bo mają miękkie szczoteczki 😀
  • LOREAL VOLUME MILLION LASHES SO COUTURE
Mój tuszowy ulubieniec. Maskara numer 1! 😀 Będę o niej pisać do końca istnienia tego bloga i na pewno będzie częstym gościem w mojej kosmetyczce. Pogrubia, wydłuża i jest nie do zdarcia. Unosi rzęsy u nasady, ale zbyt mocno ich nie podkręca. Ma bardzo ładny zapach. Lepiej zmywać ją dwufazówkami albo olejkami. Jedyny minus – ma alkohol w składzie, więc możże wysuszać – ja po zużyciu opakowania robię sobie od niej przerwę.
Promocyjny szał już za Wami? Udało Wam się kupić w tym tygodniu to, co zaplanowałyście? Znacie któreś z pokazanych tu kosmetyków?
Pozdrawiam :3
Uncategorized

MAX FACTOR | CLUMP DEFY | Maksymalne podkręcenie i pogrubienie?

30 marca 2016

 Hej!

Dawno nie pokazywałam Wam nic z kolorówki, dzisiaj przyszedł więc czas na recenzję tuszu do rzęs, którego aktualnie używam. Niejedna z Was (raczej powinnam napisać nas :P) narzeka na swoje rzęsy. Najczęstszymi przyczynami naszej rozpaczy jest ich długość, gęstość oraz stopień podkręcenia. 
Kiedy stosowałam sera do rzęs na swoje nie mogłam narzekać. Obecnie wróciły do swojej pierwotnej postaci i niestety muszę się mocno nakombinować, żeby makijaż oka wyglądał „jako tako” ;/ Jeśli jesteście ciekawi, czy tusz Max Factor Clump Defy spełnił moje oczekiwania – zapraszam Was do dalszej części posta.

Tusz do rzęs Clump Defy od Max Factor pozwoli na nasycenie rzęs z każdym pociągnięciem szczoteczki aby osiągnąć większą objętość przy utrzymaniu pięknie rozdzielonych i podkreślonych rzęs. Szczoteczka tuszu Clump Defy Max Factor nowej technologii posiada mocne, równo rozłożone włoski, które zapobiegają powstawaniu grudek i otulają rzęsy dając rezultat mega objętości. 

Opakowanie tuszu jest charakterystyczne dla tej serii produktów. Fioletowe, dość duże, opływowe. Jest matowe i przyciąga uwagę – choćby dzięki swojemu rozmiarowi. Ma płaskie dno, przez co można postawić produkt na półce, bez obaw, że się przewróci.
Sama szczoteczka jest silikonowa, w dość standardowym rozmiarze – będzie dobrze sprawdzać się przy makijażu zarówno małych, jak i większych oczu. Jest lekko wygięta w łuk, co jest flagową cechą tuszy podkręcających. „Włoski” są gęsto umieszczone na szczotce i dobrze wyczesują rzęsy. Warto dodać, że na grzebyku nie osadza się zbyt dużo tuszu – nawet tuż po otwarciu ilość kosmetyku, jaka ląduje na szczoteczce jest do przyjęcia.
Opakowanie ma pojemność 13 mililitrów.

Tusz ma ładny, głęboki czarny kolor, który nie blaknie – ani w ciągu dnia, podczas noszenia na oku, ani w czasie całego okresu stosowania. Uważam to za ogromny plus, bo nie lubię, kiedy tusze maja szarawe odcienie – mam wtedy wrażenie,  że moje rzęsy nie są podkreślone na tyle, ile powinny.

Przez swoją dużą pojemność tusz jest również wydajny. Kiedy stosuję go sama – kilka razy w tygodniu – ciężko zużyć mi go w całości przez okres 6 miesięcy (bo na tyle, według producenta, określony jest czas w jakim powinnyśmy ten kosmetyk zużyć). Na szczęście nie zasycha zbyt szybko, więc nie jest to duża strata – i tak wymieniam tusze co kilka miesięcy.
Co do trwałości – u mnie na oku wytrzymuje cały dzień. Niestety – nie w stanie nienaruszonym :C Przez kilka pierwszych godzin jest okej, później tusz nieznacznie się osypuje. Nie tworzy jednak efektu pandy – o to możecie się nie martwić. Wspomnę też, że mam tendencję do pocierania oczu dłońmi, więc część tuszu wykrusza się po prostu podczas tej czynności. Gdybym tak nie robiła, efekt końcowy na pewno byłby o wiele lepszy.
Tusz już na starcie ma praktycznie idealną konsystencję – niezbyt gęstą, ale też nie za rzadką. Nie skleja rzęs, ale trzeba go porządnie wyczesać – jest to tusz pogrubiający, potrafi się więc w dość dużej ilości osadzić na włoskach. W trakcie zużywania nie gęstnieje dość mocno – przyjemnie używa się go nawet pod koniec stosowania – pierwsze opakowanie zużyłam z przyjemnością.

Tusz dostępny jest we wszystkim drogeriach – począwszy od Rossmanna, po Hebe, Naturę i Super Pharm. Znajduje się też w ofercie większych supermarketów i sklepów internetowych. Jest to dość popularny produkt, więc nie będzie problemów z jego znalezieniem. 

Regularna cena tego tuszu waha się w granicach 50-60 złotych. Sama zawsze kupuję go  na promocji, np. -49% w Rossmannie i wtedy można znaleźć go za mniej więcej 30 złotych. W internecie jego cena oscyluje w granicach 26-30 złotych. Jak dla mnie nie jest to zbyt wygórowana cena za tusz – praktycznie wszystkie, które używam znajdują się właśnie w tej półce cenowej.

Gołe rzęsy | Jedna warstwa | Dwie warstwy

Mój pierwszy raz z tym tuszem miał miejsce mniej więcej dwa lata temu. Mama szukała czegoś nowego i koleżanka poleciła jej właśnie Clump Defy od Max Factora. Nigdy nie testowałyśmy tych tuszy – pozostawałyśmy wierne ulubionym maskarom z Loreala.
Na początku sceptycznie do niego podeszłam – lubię silikonowe szczotki, ale proste – tymi wygiętymi zdecydowanie trudniej manewruje mi się przy oku – być może dlatego, że mam opadającą powiekę i zdecydowanie łatwiej jest ją ubrudzić. Szczoteczka okazała się przyjemna w użytkowaniu – ma małe włoski, które dokładnie rozczesują rzęsy, a do tego ryzyko pobrudzenia całego oka jest dzięki temu zminimalizowane (wiem co mówię, mam do tego tendencję :P).
Tusz już na starcie ma dobrą konsystencję – nie jest ona ani za rzadka, ani za gęsta. Konstrukcja opakowania umożliwia nabieranie odpowiedniej jej ilości, przez co nie musimy martwić się jak zdjąć nadmiar kosmetyku ze szczotki.
Efekt jaki daje ten tusz jest moim zdaniem bardzo ładny, ale na pewno nie spektakularny. Zawsze nakładam go bardzo cienkimi warstwami – jedna, ale gruba może nieestetycznie posklejać rzęsy ;/ Moje są oporne na wszystkie możliwe sposoby – są proste jak druty i podkręcić je może tylko zalotka.
Tusz wydłuża rzęsy i delikatnie unosi je przy nasadzie dodając im tym samym większej objętości. Pogrubia i sprawia, że spojrzenie jest bardziej zalotne. Trzeba jednak uważać, żeby nie przesadzić z ilością – wtedy tusz nieładnie skleja rzęsy i sprawia, że mamy je dosłownie 3 na krzyż. Szybko zastyga i nie odbija się na powiekach w ciągu dnia.
Ma jeden mały minus – przy delikatnym tarciu potrafi się trochę osypać – nie jest to na szczęście zbyt widoczne.
Myślę, że tak. Używam już drugiego opakowania i jestem zadowolona z efektów, jakie daje na moich rzęsach. Może nie przebija mojego ulubionego VML, ale jest jego godnym zamiennikiem.
Tusze jakiej firmy są Waszymi ulubionymi? Jakich właściwości oczekujecie po idealnym kosmetyku tego typu? Miałyście okazję używać Clump Defy?
Pozdrawiam