Wybrany tag

Make Me Bio

Uncategorized

PROJEKT DENKO | KWIECIEŃ 2017 | SKROMNIE, ALE Z KLASĄ

16 maja 2017
blog projekt denko kwiecień 2017

Hej!
 
Ciężką pracę w tym tygodniu mam już za sobą – tak jak informowałam Was na Instagramie i Facebooku – jako jedna z nielicznych zaliczyłam kolokwium z biochemii i to na 5! Jestem z siebie dumna, ale miałam też trochę szczęścia – większość pytań dotyczyła tego, z czego chciałabym napisać tę pracę 😀 
Jeśli chodzi zaś o dzisiejszy wpis – zapraszam Was na projekt denko – skromny, ale pokażę tu kilka kosmetyków, które naprawdę polubiłam. Jeśli jesteście ciekawi, co udało mi się zużyć w zeszłym miesiącu i przeczytać krótkie opinie na temat tych kosmetyków – serdecznie Was zapraszam!

żel pod prysznic balea mango, demsa topic żel do skóry atopowej

CIAŁO:

  • KREMOWY ŻEL POD PRYSZNIC BALEA O ZAPACHU MANGO

Mój zapas żeli z Balei na szczęście się kończy. Bardzo je lubię – szczególnie wersje kremowe, ale przyznam, że czasem mocno wysuszają moją skórę, a ja nie zawsze mam ochotę na smarowanie się balsamami. Te kremowe nie działają aż tak destrukcyjnie na naskórek, ale zwykłe rodzaje (te przeźroczyste galaretki) mają bardziej oczyszczające działanie, przez co mogą podrażniać delikatne ciało. Ten gagatek tutaj pachniał przepięknie, miał mleczną konsystencję i intensywnie pomarańczowy kolor – wręcz neonowy. Zużyłam go z przyjemnością, dobrze się pienił i dokładnie oczyszczał skórę. Był średnio wydajny, żele z Balei używać 3-4 tygodnie – więcej nie jestem w stanie z nich wyciągnąć. Pewnie kiedyś do nich wrócę, zużywam ostatni i robię sobie dłuższą przerwę. 
  • PREPARAT DO MYCIA DEMSA TOPIC

Kosmetyki Demsy wygrałam dawno temu w konkursie. Z racji tego, że zużywam kosmetyki od najstarszych, od najnowszych  sięgnęłam po tę serię. Niestety muszę Was zasmucić – nie polecam tych produktów. Producent dedykuje je dla osób z atopowym zapaleniem skóry i maluszków od 6 miesiąca życia. Szkoda, że zawierają one silen detergenty pokroju SLES, które dodatkowo podrażniają skórę, wysuszają ją i naruszają i tak wątłą barierę ochronną. Wysuszał mnie tak samo, jak standardowe żele z drogerii, miał bardzo gęstą konsystencję, przez co ciężko było wydobyć go z opakowania. Ostatecznie Mateusz zużył go do mycia głowy, ale niestety w tej kwestii też niezbyt dobrze się sprawdzał – czasem potrafił podrażnić skalp. Strzeżcie się przed tym kosmetykiem, myślałam, że będzie to coś ciekawego, a praktycznie cała seria okazała się być jedym wielkim niewypałem.
SZAMPON DO WŁOSÓW OSŁABIONYCH I WYPADAJĄCYCH ALTERRA, BIOTYNA I KOFEINA SZAMPON DO WŁOSÓW WYPADAJĄCYCH INSIGHT, LOSS CONTROL

WŁOSY:

  • SZAMPON DO WŁOSÓW OSŁABIONYCH I WYPADAJĄCYCH ALTERRA, BIOTYNA I KOFEINA

Szampony z Alterry używam od początków mojego włosomaniactwa, miałam w zapasie 3 i na razie chcę od nich odpocząć. Przestały służyć moim włosom i nie oczyszczają skóry głowy tak, jak bym tego chciała. Sprawdzają się u mnie tylko dwie wersje, reszta zaczęła bardziej szkodzić, niż przynosić jakiekolwiek korzyści. Wersja z biotyną i kofeiną znalazła się niestety w tej gorszej grupie. Włosy ładnie po niej wyglądały, ale niestety pobudzała moją skórę głowy do nadmiernej produkcji sebum, co powodowało szybsze przetłuszczanie. Przyzwyczajona do mycia włosów co drugi dzień nie mogłam znieść tego, że dzień po myciu były już przetłuszczone. Do tej konkretnej wersji już nie wrócę – znalazłam lepsze szampony z delikatniejszym składem, które nie przyspieszają przetłuszczania.  
  • SZAMPON DO WŁOSÓW WYPADAJĄCYCH INSIGHT, LOSS CONTROL

Jest to mój pierwszy szampon tej marki i na pewno nie ostatni. Odkryłam je stosunkowo niedawno, czytając na ich temat pozytywne opinie na grupach włosomaniaczek i blogach dziewczyn, które opisują pielęgnację włosów.  Szampon InSight dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy nie podrażniając ich. Nie należy do najdelikatniejszych, ponieważ bazuje na SCS, czyli roślinnym odpowiedniku SLS, który ma podobną moc, ale zdecydowanie niższe jest ryzyko podrażnienia. Czy wpłynął znacząco na wypadanie? Współdziając z innymi kosmetykami przeciwdziałającymi temu problemowi – tak. Moich włosów w odpływie pojawiało się znacznie mniej. Mogłam je myć co 2, 3 dni i nadal wyglądało świeżo. Skóra głowy nie była przesuszona ani podrażniona. 500 mililitrowa butla starczyła mi na prawie 5 miesięcy używania. Podoba mi się też pomysł z pompką – to duża oszczędność. Na pewno do niego wrócę, teraz używam wersji do włosów przetłuszczających się.
To już druga buteleczka tego serum. Robię nim sobie kurację raz do roku – wydaje mi się, że to optymalny odstęp czasu, zważywszy na to, że to serum starcza mi na 3-4 miesiące używania. Podczas jego stosowania na mojej skórze pojawia się mniej zaskórników, a wypryski szybciej się goją. Nie wysusza mnie ani nie podrażnia, można stosować je pod krem. Mimo tego, że kwas migałowy raczej nie uwrażliwia na słońce przy stosowaniu tego serum producent zaleca nakładanie na skórę kremów z filtrem – ja korzystam z nich praktycznie przez cały rok. Serum najbardziej wpływa na przebarwienia – zmusza je do szybszego blednięcia i znikania. Co do blizn – poprawa może i jest, ale ich usuwanie to proces powolny, wymagający wielu miesięcy albo nawet lat. Na pewno wrócę do tego serum zimą, lub wczesną wiosną w przyszłym roku. Jego recenzję możecie przecztać klikając w nagłówek tego akapitu. 


  • POMADKA OCHRONNA BALEA, LOVELY MINT

Pomadki ochronne to coś, co znajduje się w każdej mojej torebce, łazience, a także na biurku – podobnie jak krem do rąk. Ta z Balei była naprawdę fajna, nie bazowała na taniej parafinie. Dobrze nawilżała usta, ale nie była jak odżywczy balsam – wymagała kilkukrotnej aplikacji w ciągu dnia. Miło ją wspominam przez jej lekko słodki smak i cudowny zapach – kto lubi miętowe tic taci na pewno byłby z niej zadowolony. Mam jeszcze arbuzową – ją miałam okazję używać w tamtym roku i też dobrze mi się sprawdzała – niedługo przyjdzie na nią kolej. Te pomadki są bardzo tanie (ok. 0,70 EUR), a ich działanie jest dobre, więc jeśli macie okazję po nie sięgnąć – może warto dać im szansę i spróbować 🙂 

  • KREM POD OCZY MAKE ME BIO Z WITAMINĄ E I EKSTRAKTEM Z OGÓRKA

To jeden z najlepszych kremów na dzień, jakich miałam okazję używać. Był bardzo lekki, szybko się wchłaniał, ale przy tyjm intensywnie nawilżał. Może znacząco nie wpływał na cienie pod oczami (ale w moim przypadku żaden krem nie usunie ich do końca), mi jednak najbardziej zależy na odżywieniu tej delikatnej okolicy. Krem lekko napinał skórę, przez co drobne zmarszczki czy kurze łapki nie były tak mocno widoczne. Makijaż – w moim przypadku korektor i puder – dobrze się na nim trzymały. Skóra powiek była mięciutka i dobrze wypielęgnowana. Krem pozostawiał miłe uczucie – trzmany w lodówce na pewno zadziałałby jeszcze lepiej. Myślę, że do niego wrócę. 

ŻEL UTWALAJĄCY DO BRWI WIBO, EYEBROW STYLIST DWUSTRONNA KREDKA + CIEŃ DO BRWI MAYBELLINE BROW SATIN, DARK BROWN

MAKIJAŻ:

  • ŻEL UTWALAJĄCY DO BRWI WIBO, EYEBROW STYLIST

Żel do brwi to, zaraz po cieniu, kredce lub pomadzie, kosmetyk niezbędny jeśli chodzi o mój makijaż brwi. Moje włoski są długie i niestety mają tendencję do rozbiegania się we wszystkie możliwe strony, dlatego ich utrwalenie jest czymś, czego nie mogę sobie odpuścić. Ten z wibo był moim pierwszym, kupiłam go kiedyś na promocji w Rossmannie zachęcona pozytywnymi opiniami. Na początek nie chciałam wybierać nic drogiego, dlatego ostatecznie wpadł do koszyka. Nie jestem z niego zadowolona. Niewątpliwym plusem było to, że włoski po jego użyciu nie były sztywne, ale nistety oznaczało to, że po kilku godzinach zaczną się wywijać. Duża szczoteczka powodowała, że nie raz ubrudziłam sobie skórę wokół. Dodatkowo kolor – baza sama w sobie nie była zła – brązowa, w neutralnym odcieniu. Byłoby naprawdę dobrze, gdyby nie złote drobinki… Na moich brwiach były mocno widoczne i rzucały się w oczy – wyglądało to dziwnie. Nie sięgnę po niego ponownie. 
  • DWUSTRONNA KREDKA + CIEŃ DO BRWI MAYBELLINE BROW SATIN, DARK BROWN

To moja pierwsza kredka do brwi – wcześniej używałam znanego wszystkim Pernament Taupe, czyli kremowego cienia. Przejście na nieco cieplejszy kosmetyk było dla mnie szokiem, ale cieszę się, że zdecydowałam się na tę kredkę. Wypełnianie nią brwi zajmowało chwilę i można było nią precyzyjnie wyrysowac łuk. Była dość miękka, dlatego wysunięcie większego fragmentu kończyło się niestety jej złamaniem. Cień po drugiej stronie świetnie sprawdzał się zarówno do brwi jak i do namalowania przydymionej kreski przy linii rzęs. Bardzo lubiłam tę kredkę za efekt, jaki dawała oraz za szybkość makijażu. Miała jeden minus – niestety nie należy do grona kosmetyków wydajnych. Być może do niej wrócę.

Co w tym projekcie denko przyciągnęło Waszą uwagę? Znacie te kosmetyki?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

PROJEKT DENKO | W KOŃCU COŚ DO WŁOSÓW!

7 marca 2017

Hej!
W powietrzu czuć już wiosnę, a dzięki temu ja mam ochotę wstać z łóżka, co zimą nie zdarzało mi się praktycznie w ogóle 😛 [EDIT – wczorajsza pogoda była koszmarna, deszcz, chmury, niskie ciśnienie :C]. Nie jest jeszcze na tyle ciepło, żeby zmienić kurtkę zimową na wiosenną, ale same promienie słońca sprawiają, że nawet perspektywa całego dnia spędzonego na uczelni nie wydaje się być tak złowroga, jak mogłoby się to na początku wydawać.
Skoro mamy już marzec chciałam dziś zaprosić Was na kosmetyczny bilans – opowiem Wam o kosmetykach, które udało mi się zużyć w zeszłym miesiącu. Spodziewałam się, że będzie tego znacznie mniej, bo luty jest zazwyczaj miesiącem stagnacji. Na szczęście udało mi się zmobilizować i widzicie tego efekty 😀 Jeśli jesteście ciekawi, czy wśród pustych opakowań znajduje się pudełko po jakimś hicie lub bublu – przejdźcie do dalszej części wpisu 🙂



TWARZ:
Niedawno napisałam Wam o tym kosmetyku osobny post, jeśli go już czytaliście wiecie, że fajnie się u mnie sprawdziła. Dawno nie miałam tak dobrze nawilżającego toniku. Dodatkowo pozytywnie wpływał na elastyczność mojej skóry i pomagał w walce z przebarwieniami i nowo powstającymi wypryskami. Mimo tego, że różany hydrolat skończył się kilka tygodni temu już mi go brakuje. Na pewno do niego wrócę – jest pozytywnym zaskoczeniem. Dla tych efektów jestem nawet w stanie przeżyć różany zapach 😀

Krem, który stosuję wtedy, kiedy chcę odpocząć do Effaclaru Duo, a zależy mi na podtrzymaniu efektów, które daje. Bardziej, niż na wypryski, działa na przebarwienia i to głównie w tej kwestii zobaczyłam największą poprawę. Nie wysuszał mojej skóry, nie wzmagał nadmiernego przetłuszczania. Nie zapychał i dobrze sprawdzał się pod makijaż. Pewnie jeszcze nie raz do niego wrócę, chociaż nadal szukam jeszcze czegoś innego 😀

  • PURE MOISTURE, PŁYN DO SOCZEWEK
Kolejny kosmetyk, który już niejednokrotnie pojawił się w projektach denko. Bardzo go lubię i jeśli szukacie czegoś, co dobrze zadba o Wasze szkła kontaktowe i sprawi, że przez cały miesiąc będą komfortowe w noszeniu – powinniście postawić na dobry płyn do ich przechowywania. Często można go znaleźć w Super Pharmie na promocji – np. 2 w cenie 1 😀 Warto się wtedy za nim rozejrzeć 🙂

  • LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE ALOESOWA
Maski w płachcie są moimi ulubionymi jeśli chodzi o nawilżenie – jeśli chodzi o oczyszczające wolę sięgać po te zwykłe, w kremie. To przedostatnia maska z Lomi Lomi, która została mi z pudełeczka zawierającego płachtę na każdy dzień. Aloesowa lekko nawilżyła moją skórę i sprawiła, że była bardziej napięta. Niestety nie wywarła na mnie jakiegoś większego wrażenia – bardziej spodobała mi się ta z acerolą lub winogronem 🙂 Raczej nie sięgnę po nią ponownie.

  • EVREE, KREM DO TWARZY MAGIC ROSE
Krem, który kupiłam kilka miesięcy temu, kiedy był na nie największy „boom”, ale niestety nie przypadł on mojej skórze do gustu. Po kilku dniach regularnego stosowania zaczął mnie zapychać, a wypryski były później ciężkie do wyleczenia. Krem zużyłam w inny sposób – nakładałam go na szyję. Dobrze nawilżał, ale niezbyt szybko się wchłaniał. Nie pozostawiał tłustej warstwy. Podejrzewam, że u mnie lepiej sprawdziłaby się formuła 20+, która jest lżejsza, mimo tego, że przeznaczona do innego typu skóry niż normalna. Nie wrócę do tego produktu.

  • LIQCC, SERUM DO TWARZY Z WITAMINĄ C LIGHT
Próbki tego serum dostałam w paczce od Magdy z landofvanity.pl. Już wcześniej pisałam jej, że jestem zainteresowana kosmetykami tej firmy. Zużyłam już dwie próbki tego serum i przyznam, że choć nie ma idealnego składu, to mogłoby się u mnie dobrze sprawdzić. Ma oleistą konsystencję, więc stosowałabym je na noc, solo. Sera z witaminą C poprawiają kondycję mojej skóry i rozjaśniają przebarwienia w widoczny sposób. Nie wiem, czy sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie, bardziej kusi mnie chyba wersja z witaminą E 🙂



CIAŁO:

  • ALLPRESSAN FUSS SPECIAL, KREM DO STÓP W PIANCE Z 15% MOCZNIKIEM
Stopy to część ciała, którą traktuję po macoszemu (i pewnie nie jestem tu jedyna :P). Od czasu do czasu przypominam sobie o tym, że o nie też powinnam dbać i tak w moje ręce wpadł kosmetyk, po który wcześniej sięgała moja mama. Obie mamy problem z suchą skórą na stopach, moja zimą potrafi nawet pękać i rogowacieć i nie mówię tu o piętach, a okolicach kostek ;/ Ten krem w piance był bardzo lekki i szybko się wchłaniał, a przy tym bardzo dobrze nawilżał. Może nie pachniał najładniej, ale był skuteczny, dlatego za rok, zimą, kiedy stan moich stóp znów się pogorszy, pewnie będę o tym produkcie myślała.

WŁOSY:

  • PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW HENNA WAX NATUR CLASSIC
Maski Pilomaxu dobrze sprawdzają się na moich włosach, ale nie mogę stosować ich tak, jak zaleca producent – nie nakładam ich na skórę głowy, bo każda maska obciąża mi wtedy włosy i sprawia, że zaraz po myciu wyglądają one na nieświeże. Kończąc narzekanie – maska z henną wygładza moje włosy i sprawia, że są one lśniące i dociążone. Łuski zamykają się, a włosy wyglądają na zdrowie i w rzeczywistości takie są. To już moje drugie, czy trzecie opakowanie, na razie zużywam włosowe zapasy, ale myślę, że jeszcze do tej maski wrócę.

  • PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW ARABICA WAX COLOUR CARE
Kolejna maska Pilomaxu, tym razem do włosów farbowanych na kolory ciemne, z kawą. Mimo tego,  że włosów nie farbuję maska sprawdziła się podobnie, jak ta wyżej. czyli bardzo dobrze. Miała jednak mniej przyjemny zapach – jakby lekko sfermentowanych ziaren kawy, nie był on jednak uciążliwy i nie utrzymywał się zbyt długo na włosach. Łatwo było ją spienić i wmasować we włosy. Pogłębiała kolor moich naturalnych kosmyków, na świetle wyglądały o wiele ładniej, niż przed jej zastosowaniem.


Szampony Batiste jak na razie nie mają u mnie konkurencji, bardzo lubię ich używać, chociaż robię to niezwykle rzadko – tylko wtedy, kiedy naprawdę jestem do tego zmuszona. Na moich ciemnych włosach nie zawsze da się wyczesać biały proszek w 100%, ale nie rzuca się on na tyle w oczy, żebym czuła się komfortowo. Wersja Oriental jest jedną z moich 3 ulubionych – zaraz obok Eden i Cherry. Na pewno będę do tych szamponów, chociaż ostatnio znalazłam dla niego w Hebe sporą konkurencję – domyślacie się, o czym piszę? 😀
Duet Petal Fresh recenzowałam już kiedyś na blogu i dopiero teraz udało mi się zużyć odżywkę. Sprawdzała się ona u mnie całkiem dobrze, choć nie dociążała włosów tak, jak maska. Sięgałam po nią wtedy, kiedy miałam ochotę na coś, co nie obciąży moich cienkich, skłonnych do tego włosów. Nie mogłam stosować jej w wilgotne dni, bo trochę puszyła mi wtedy włosy i miałam fryzurę, jak to mawia moja mama, „aj lajk Szopen” xD Raczej do niej nie wrócę, nie mam czasu na skomplikowane zabiegi na włosy i wolę sięgnąć bo coś bardziej treściwego – maskę. 

INNE:

  • ARIL, ODŚWIEŻACZ POWIETRZA WINTER FOREST
To coś, czego zazwyczaj nie pokazuję w projektach denko, ale chcę wspomnieć o tym zapachu, bo jest po prostu piękny 😛 Słodka choinka, zamiast anielskich włosów wata cukrowa i śnieg gdzieś w tle 😀 Jeśli będziecie miały okazję – powąchajcie go – myślę, że pokaże się jeszcze w Biedronkach, bo ich popularne serie zawsze wracają na półki 🙂 
Znacie któryś z tych kosmetyków? Podobał Wam się post? Ja walczę z fantomem na Pierwszej Pomocy, a Wam życzę miłego dnia! 😀
Pozdrawiam :*
Uncategorized

MAKE ME BIO | WODA RÓŻANA | JAK SPRAWDZA SIĘ NA PODRAŻNIONEJ, TRĄDZIKOWEJ SKÓRZE?

2 marca 2017

Hej!
Toniki to jeden z najważniejszych elementów mojej porannej i wieczornej pielęgnacji, są lekkie, a dobrze dobrane potrafią wręcz działać cuda. Często zdradzam je z hydrolatami i o jednym z nich będziecie mogli przeczytać w dzisiejszym poście. Jesteście ciekawi jak ja, antyfanka zapachu róży, zareagowała na kosmetyk bazujący właśnie na tym składniku? Dałam radę, czy aplikacja była nie do zniesienia? Zapraszam na dalszą część wpisu 🙂

Obietnice producenta

Hydrolat z płatków róży damasceńskiej znany jest jako
kosmetyk o wyjątkowym działaniu odżywczym, łagodzącym i pielęgnacyjnym.
Stosowany jako tonik do twarzy głęboko oczyszcza, łagodzi zmiany trądzikowe,
regeneruje i przywraca blask zmęczonej i dojrzałej skórze. Wykazuje też
działanie nawilżające, rozjaśnia przebarwienia, poprawia elastyczność naskórka
i wyraźnie go zmiękcza. Sprawia, że skóra jest doskonale przygotowana do
dalszych zabiegów pielęgnacyjnych, a także doskonale odżywiona, promienna i
świeża. Stosowany na włosy wspomaga ich regenerację, poprawia elastyczność i
odżywia. Sprawia, że są bardziej sprężyste, miękkie i przyjemne w dotyku.
Wyjątkowy zapach róży damasceńskiej działa też kojąco na zmysły, pomaga się
odprężyć i zrelaksować. Woda różana doskonale sprawdza się w pielęgnacji
każdego rodzaju cery, w tym suchej, dojrzałej i trądzikowej, a także każdego
rodzaju włosów.
Działanie:
– tonizuje i odświeża
– łagodzi stany zapalne i podrażnienia
– zmiękcza, wygładza i poprawia elastyczność skóry
– wspomaga regenerację włosów i poprawia ich sprężystość
– odpręża i pomaga się zrelaksować
Zalety:
– 100% czysty hydrolat z płatków róży damasceńskiej
– idealny do pielęgnacji skóry i włosów
– odpowiedni do każdego rodzaju cery i włosów
– wygodna w stosowaniu butelka z atomizerem
Sposób użycia: Po umyciu twarzy, skórę zwilżyć
hydrolatem. Stosować rano i wieczorem lub częściej w zależności od potrzeb.
Wygodny atomizer pozwala na równomierne nałożenie produktu.

Opakowanie
Woda różana zapakowana jest w bezbarwną butelkę z dość prostą etykietką. Znajdują się na niej wszystkie potrzebne informacje oraz skład. Atomizer działa bez zarzutu, ma dłuższą, zakręconą na dnie rurkę, więc nawet resztki zostały zebrane i ostatecznie nawet kropelka się nie zmarnowała. Szata graficzna mogłaby być bardziej wyszukana, a butelka ciemna, jak słoik w przypadku kremów, ale nie narzekam 😛

Skład
Rosa Damascena Flower Water (Hydrolat z kwiatów róży damasceńskiej)
Jeśli miałabym opisać jakoś skład przytoczyłabym chyba słynne powiedzenie – krótko, zwięźle i na temat. Nie ma tu żadnych zbędnych konserwantów, które mogłyby podrażnić wrażliwą skórę. Jakie właściwości ma woda różana? Przede wszystkim działa na skórę kojąco i regenerująco. Łagodzi wszelkie podrażnienia i zaczerwienienia. Nawilża skórę i napina ją, sprawiając, że staje się bardziej elastyczna. Hydrolat ten sprawia, że skóra staje się promienna, a jej kondycja jest zdecydowanie lepsza. W przypadku skóry trądzikowej pozytywnie wpływa na czas gojenia się zmian – wykazuje działanie antybakteryjne. Zmiany potrądzikowe – przebarwienia – również stają się mniej różowe.

Cena
Cena wody różanej jest niska – butelka kosztuje około 16-17 złotych, więc nie jest to wygórowana kwota. Moim zdaniem adekwatna do jakości. Można pewnie znaleźć ją jeszcze taniej na promocjach, natomiast ja zakupiłam swoją w regularnej cenie.

Wydajność
Mimo tego, że buteleczka nie jest za duża, ponieważ ma 100 mililitrów, wystarczyła mi na prawie 2 miesiące codziennego stosowania. Uważam, że to dobry wynik, tym bardziej, że jej sobie nie szczędziłam i dwa razy dziennie obficie spryskiwałam nią skórę twarzy. Wydaje mi się, że wysoką wydajność zawdzięczamy atomizerowi – w przypadku toników wylewanych na wacik musimy dość mocno go nasączyć, aby produkt miał szansę zadziałać.
Dostępność
Kosmetyki Make Me Bio dostępne są w wielu sklepach internetowych, ja swoją wodę zamówiłam na Cocolita.pl. Stacjonarnie można je dostać w mniejszych sklepach i drogeriach, chociaż ja jeszcze się z nimi nie spotkałam. Uważam jednak, że dostępność jest naprawdę dobra – znajdziecie je we wszystkich znanych drogeriach internetowych.

Moja opinia
Moja przygoda z hydrolatami zaczęła się już jakiś czas temu. Zaczęłam od neroli, oczarowego i lipowego, żeby skończyć na różanym. Na początku strasznie się przed nim wzbraniałam – nie jestem fanką różanego zapachu i byłam pewna, że kosmetyk, który jest „odpadkiem” przy uzyskiwaniu olejku różanego na pewno nie przypadnie mi do gustu. 
Zamówiłam ją jakoś na początku grudnia, stosowanie zaczęłam w połowie miesiąca. Używałam jej dwa razy dziennie, pod krem. Spryskiwałam twarz mniej więcej 5-6 razy i delikatnie wklepywałam hydrolat w skórę.
Nie zauważyłam żadnego, przejściowego pogorszenia stanu mojej skóry, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Już po kilku dniach moja twarz wyglądała na zdrowszą i lepiej nawilżoną. Po mniej więcje miesiącu zauważyłam pozytywne działanie w kwestii gojenia się wyprysków. W połączeniu z naturalnymi i aptecznymi specyfikami udało mi się szybko je „pacyfikować”, a pozostałości po nich nie były tak widoczne, jak miało to miejsce zazwyczaj. Z pozytywnych zmian zauważyłam jeszcze to, że mimo mrozów i suchego, ogrzanego powietrza w mieszkaniu na skórze pojawiało się znacznie mniej suchych skórek. Nie czerwieniła się ona też tak mocno, jak zazwyczaj – hydrolat widocznie uszczelniał  naczynka na nosie i policzkach. 
Co do zapachu – bardziej przypominał różaną marmoladę niż babcine perfumy, co w ogólnym rozrachunku sprawiło, że lubiłam sięgać po ten kosmetyk. Jak dotąd hydrolat różany i oczarowy sprawdziły się u mnie najlepiej – efekty były najszybciej i najbardziej widoczne.
Czy kupię ponownie?

Tak! Zużyłam już całe opakowanie, aktualnie testuję inny tonik, który też jest fajny, ale to jednak nie to samo. Po wodę różaną Make Me Bio sięgnę pewnie jeszcze nie raz. Wam też polecam się z nią zapoznać – efekty zobaczycie naprawdę szybko! 🙂

Lubicie używać hydrolatów? Z jakimi mieliście do czynienia? Czuć u Was wiosnę?
Pozdrawiam :*

Uncategorized

ULUBIEŃCY GRUDNIA | GOLDEN ROSE | MAKE ME BIO | NACOMI

6 stycznia 2017

 
Hej!

Pierwsze, styczniowe koty są już za płotem, postanowiłam więc odświeżyć nieco bloga i dodać dzisiaj nowy wpis 😛 Żeby po raz kolejny nie być spóźnioną, zaraz po zdjęciowym podsumowaniu grudnia opowiem Wam o ulubieńcach, czyli kosmetykach, które towarzyszyły mi w ubiegłym miesiącu. Jak zwykle będzie przeważała pielęgnacja, ale chyba jestem już z tego znana. Jeśli szukacie kosmetyków odpowiednich na chłodne, zimowe miesiące, coś z dawką nawilżenia, pięknym zapachem, a także coś o interesującej barwie – koniecznie przejdźcie do dalszej części wpisu 😀



GOLDEN ROSE, LONGSTAY LIQUID MATTE LIPSTICK W ODCIENIU 10
Mam tę pomadkę już od kilku miesięcy, jej zdobycie sprawiło Mateuszowi wiele trudu, a ja, po zobaczeniu jej na żywo… nie mogłam wyobrazić sobie jak będę nosić na ustach coś w tak trupim kolorze 😛 Zniesmaczona wrzuciłam ją na dno kosmetyczki i zastanawiałam się, skąd ten szał na szare, blade kolory na ustach. Przeleżała tak całe lato, jesień, w końcu sięgnęłam po nią zimą i się zakochałam!
Jestem z natury bladą, choć nie białą osobą, a wiele z Was porównuje mnie do Królewny Śnieżki. Stąd też częściej sięgałam po wyraziste barwy podkreślające moją jasną karnację. Stwierdziłam, że zaryzykuję i wyjdę w tej pomadce do ludzi – najwyżej wezmą mnie za ducha, albo stwierdzą, że jestem chora lub niedotleniona 😛 

Umiejętnie nałożona, w niewielkiej ilości oraz z dopasowanym do niej makijażem (zwykle stawiam wtedy na mocniej podkreślone brwi i róż na policzkach, zostawiając gołe powieki i rzęsy lekko przykryte tuszem) potrafi pięknie wyglądać. Nawet moi rodzice stwierdzili, że takie kolory mogą pasować i mi 😛 Do tego jest trwała i nie wysusza usta aż tak, jak na początku mi się wydawało.

MAKE ME BIO, WODA RÓŻANA
Nie jestem fanką różanych zapachów ani kosmetyków, ale postanowiłam dać szansę wodzie różanej. Słynie z dobroczynnych właściwości. Jeśli chodzi o korzystny wpływ na cerę trądzikową – działa antybakteryjnie, przez co przyspiesza gojenie się zmian trądzikowych oraz zmniejsza rumień, z którym mam problemy szczególnie zimą. Stosowałam ja również na włosy, pod olej i przyznam, że świetnie sprawdzała się w roli humektantu, czyli nawilżacza. 
Make Me Bio postawiło na naturę i w składzie nie znajdziemy nic oprócz wspomnianego w tytule hydrolatu. Podoba mi się zdecydowanie bardziej niż tonik z Evree – mniej dodatków – mniejsze ryzyko uczulenia i wzmocnione działanie. Polecam ją do wszystkich typów cery 🙂

NACOMI, BALSAM DO UST LOVE GRENADE Z OLEJEM AWOKADO
Moje usta rzadko pękają, mają natomiast skłonność do pierzchnięcia i lekkiego wysuszania się. Zimą, kiedy na delikatną skórę warg działa i mróz, i suche, ciepłe powietrze znad kaloryfera tworzy się na nich skorupka, a suche skórki przeszkadzają malowaniu i wyglądają nieestetycznie. Dzięki temu masełku, które bazuje na  maśle kakaowym i oleju z awokado oraz miodzie mogę zapomnieć o tym problemie. Dobrze nawilża, można je stosować pod pomadki, a zwarta konsystencja sprawia, że jest niezwykle wydajne. Wybrałam owocowy zapach granatu – jest słodki, ale nie mdły i mogę je stosować zarówno latem jak i zimą. Kosztuje niewiele, pochodzi z Polski – więcej mi nie potrzeba 🙂
Znacie któryś z tych kosmetyków? Co zapadło Wam w pamięć spośród Waszych zbiorów?

Pozdrawiam i życzę Wam miłego weekendu!
Uncategorized

ULUBIEŃCY PAŹDZIERNIKA I LISTOPADA | PRZEWAGA PIELĘGNACJI

18 grudnia 2016

Hej!

Z racji, że przez ostatnie dwa miesiące nie wspominałam nic na temat moich ulubieńców postanowiłam przygotować na dziś wpis nie o trzech, a o pięciu produktach. W zimowych miesiącach zdecydowanie więcej chęci mam na dbanie o ciało i skórę twarzy, niż na malowanie się – dlatego też w tym zestawieniu znalazły się aż cztery kosmetyki z tej kategorii, a jeden, to odkrycie z kolorówki, które zmieniło moje podejście do makijażu oka. Jesteście ciekawi, co wpadło do gromadki kosmetyków wartych polecenia? Zapraszam do dalszej części posta 🙂


MAKE ME BIO, BIO KREM POD OCZY Z WITAMINĄ E I EKSTRAKTEM Z OGÓRKA
Od kilku lat staram się używać kremów pod oczy. Myślę, że regularnie stosuję je około 1,5 roku i zauważyłam poprawę w stanie delikatnej skóry powiek. W moim przypadku jest ona z natury cienka, widać na niej żyłki, a pod okiem na pierwszy plan wybijają się cienie i zasinienia – niestety to geny, wiele zdziałać w kierunku ich likwidacji nie mogę.
Dość dużą uwagę przykładam do kremów, po które sięgam, a dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o kosmetyku, który ląduje w tych okolicach po porannym oczyszczaniu twarzy. Krem Make Me Bio ma bardzo lekką konsystencję, która szybko się wchłania, pozostawiając lekko lepką warstewkę. Nie podrażnia delikatnej skóry, świetnie nawilża i dobrze sprawdza się pod makijażem. Odświeża spojrzenie, a stosowany regularnie zmniejsza delikatnie opuchliznę. Co do cieni – zauważyłam minimalną poprawę, ale tak jak wspomniałam – w moim przypadku nie zlikwiduje ich nic. Wiele osób na wizażu pisało, że jest zbyt lekki – moim zdaniem daje nawilżenie na bardzo dobrym poziomie. Ma przyjazny skład i higieniczne opakowanie – koniecznie go wypróbujcie 🙂

LA ROCHE POSAY, ŻEL DO MYCIA TWARZY I CIAŁA, LIPIKAR SURGRAS
Mam wrażliwą skórę twarzy, która negatywnie reaguje na mocne oczyszczanie – zaczyna się łuszczyć, piecze, jest zaczerwieniona, a wypryski pojawiają się na niej o wiele częściej. Czytając bloga Mademoiselle Eve przeczytałam wpis o tym żelu i stwierdziłam, że może on być dla mnie idealnym zamiennikiem Effaclaru, który zrobił mi w przeszłości wiele szkód. 
Jest gęsty i wydajny, pachnie bardzo delikatnie i rzeczywiście nie podrażnia skóry. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdzieś dalej w składzie znajduje się SLES, ale dopóki ten żel nie wysusza mojej skóry mam zamiar go stosować. Duża butelka kosztowała 45 złotych, uważam, że to dobry stosunek ceny do pojemności. Jeśli macie problem z trądzikiem i szukacie żelu, który moglibyście stosować i do twarzy, i do całego ciała – zerknijcie na ten 🙂

PILOMAX, SZAMPON DO SKÓRY GŁOWY Z PROBLEMAMI, PIROCTONE OLAMINE
Kilka miesięcy temu miałam problem z łupieżem, który był wynikiem mocnego podrażnienia skóry głowy. Nadal nie wiem, co go spowodowało, wydaje mi się, że zmiana wody i szamponu, ale najważniejsze, że udało mi się zażegnać problem.
Żeby nie stosować mocno wysuszających szamponów zdecydowałam się wprowadzić do swojej pielęgnacji ten, który otrzymałam na ostatnim Meet Beauty. Stosuję go raz w tygodniu i nie dość, że świetnie oczyszcza skórę głowy i włosy, to jeszcze łagodzi wszystkie podrażnienia – po nim nic mnie nie swędzi, nie drapie, a włosy są dłużej świeższe. Jeśli spotkałyście się z problemem podobnym do mojego – zastanówcie się nad nim.

NACOMI, PEELING KORUNDOWY DO TWARZY WYGŁADZAJĄCY I PRZECIWTRĄDZIKOWY
Odkąd mam na twarzy mniej wyprysków wróciłam do mechanicznych peelingów, które mocniej ścierają naskórek. Raz w tygodniu stosuję taki mocniejszy peeling, aby pozbyć się martwego naskórka,  pomóc mojej skórze w zwalczaniu przebarwień i zaskórników, a także pomóc w lepszym krążeniu krwi. 

Oba te peelingi maja taką samą formułę, różnią się jednak delikatnie składem. Bazują na korundzie, czyli minerale złożonym ze związku glinu – bez obaw, jest on całkowicie bezpieczny dla naszego zdrowia. Peeling ma na początku formę żelu, który według producenta ma zmienić się w olejek, a moim zdaniem jest to jednak pianka pozostawiająca lekko tłustawą warstwę na skórze – nie tak jak olej, czy bogate serum, ale skóra nie jest skrzypiąca i czysta. Doskonale radzą sobie z suchymi skórkami i nie podrażniają mojej skóry. Nie powodują wysypu niedoskonałości czy powstawania większej ilości zaskórników. Nie polecam go dla osób z  bardzo delikatną skórą – czasem nawet mnie, weterana, potrafił delikatnie podrażnić – drobinki nie są ostre, ale ich działanie jest po prostu efektywne.

Ostatni już kosmetyk, o którym chciałam Wam wspomnieć, to hit z kolorówki, o którym pisałam we wstępie do tego wpisu. Niejednokrotnie pisałam, że zdecydowanie bardziej wolę podkreślać swoje usta, niż oczy, bo do makijażu tych drugich nie mam po prostu talentu (i wprawy :P). Dzięki cieniowi Smoky Brown, którego recenzję możecie znaleźć już na blogu (kliknijcie w tytuł tej sekcji 🙂 ), przekonałam się, że makijaż oka wcale nie musi zajmować dużo czasu. Cień ma piękny kolor – baza jest brązowa, dość ciepła, natomiast perła to coś na kształt stali i srebra – to połączenie wygląda na oku ciekawie i na tyle wielowymiarowo, że nie trzeba sięgać już po nic więcej. Ma świetną pigmentację, na bazie utrzymuje się cały dzień i nie podrażnia moich wrażliwych oczu. Do tego to minerał, ma świetny skład – niczego więcej nie chcę 😛

Znacie któregoś z moich ulubieńców? W Waszych zestawieniach znalazło się więcej pielęgnacji, czy kolorówki?
Pozdrawiam :*

PS Muszę Wam dzisiaj pokazać takie, a nie inne zdjęcia, bo po grupowe Wigilii połamała mi się karta pamięci :C Nie są takie złe, ale szału nie ma – wybaczcie, ale zależało mi na publikacji tego wpisu 😉