Wybrany tag

Lush

Uncategorized

LUSH | COMFORTER | TAKI CUDOWNY, JAK O NIM MÓWIĄ?

2 grudnia 2016

Heeej!
Mamy już grudzień, niedługo święta, a ja nawet mimo nawału pracy mam całkiem fajny humor 😀 Niestety ten miesiąc będzie dla mnie naprawdę ciężki, bo nawet ostatniego dnia przed wolnym piszę kolokwium – rozumiecie ten ból – kilka tygodni nauki do ważnych sprawdzianów potrafi wykończyć człowieka 😛
Dawno nie pisałam Wam o kosmetykach pielęgnacyjnych, a mam coś, co nieczęsto można spotkać w polskiej blogosferze – coś, co, niestety, nie jest u nas łatwo dostępne. Mowa tu o pierwszym z kilku kosmetyków Lusha, które posiadam – o bubble barze i jednocześnie jednym z najbardziej znanych produktów tej marki – Comforterze. Jeśli macie ochotę poczytać kilka zdań na jego temat i poznać moją opinię – przejdźcie do dalszej części posta 🙂

Jeśli mnie znacie, to wiecie, że uwielbiam długie kąpiele w ciepłej, wręcz gorącej wodzie. Nie potrafię się wtedy obejść bez umilaczy – nie tylko w postaci książki, ale też wszelkich pastylek, płynów i olejków do kąpieli. Będąc w Lushu nie mogłam obojętnie przejść obok wszystkich tych dobroci, a uwierzcie mi – było ich niemało. Dodatkowo roztaczały piękny zapach i samym wyglądem zachęcały do zakupu.

Na początku planowałam zakup kuli, natomiast ostatecznie zdecydowałam się jednak na sławny kosmetyk tej marki – Comforter, który jest tzw. bubble barem. To dość płaska i duża pastylka o pięknym, słodkim zapachu. W dotyku jest lekko mokra, tłusta, czuć, że ma w sobie ciekawe i przyjazne dla skóry składniki. Zapach jest bardzo intensywny i czuć go nawet poza opakowaniem – Comforter trzymany w szafce sprawi, że będzie pięknie i długo pachnieć. 

Waga takiej jednej tabliczki to około 200 gramów, czyli naprawdę sporo. Spokojnie starcza na 3, nawet 4 użycia – nie próbujcie wrzucać do wanny połówki, bo może się to źle skończyć 😛 Skład jest średni, ale od kuli do kąpieli nie wymagam cudów – ma po prostu się pienić, pachnieć i natłuszczać skórę. Comforter to wszystko robi – skóra po jego użyciu jest miękka i dobrze nawilżona. Barwi wodę na intensywnie różowy kolor, a zapach, mimo rozcieńczenia, nie zanika. Tak jak pisałam, taka porcja starcza spokojnie na 3 mycia, jeśli lejecie do wanny mniej wody – uzbiera się nawet na 4.

Jestem zadowolona z tego kosmetyku i cieszę się, że w końcu miałam okazję odwiedzić Lusha.  Comforter do najtańszych nie zależy, bo jego cena to niecałe 7 EUR. Dla porównania ich maski do twarzy kosztuję od 8 do około 10 EUR. Następnym razem spróbuję inny kąpielowy dodatek, ale ten również przypadł mi do gustu. 
Po wizycie w stacjonarnym sklepie Lusha wiem, skąd te zachwyty – tam jest naprawdę magicznie – do tego ekspedientki mówiły po angielsku (zakupy robiłam w Niemczech :)) a ja nie miałam problemów ze znalezieniem kosmetyków i dogadaniem się 😀 Mam już stworzoną nową listę zakupów i mam nadzieję, że w następne wakacje ponownie uda mi się ją zrealizować 😀


Znacie Lusha? Macie ochotę na wypróbowanie ich kosmetyków? Chętnie przeczytacie posty o ich dwóch popularnych produktach przeznaczonych, m.in, do pielęgnacji cery trądzikowej?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

PROJEKT DENKO | OSTATNIE TAKIE WIELKIE W TYM ROKU :P

14 października 2016

Hej!
Na samym początku chciałam Wam powiedzieć, że będziemy musieli zmienić harmonogram publikowania postów – czwartek niestety nie bardzo mi pasuje, bo cały tydzień mam zajęcia do dość później pory, a kiedy kończę wcześniej – muszę uczyć się na najbardziej wymagające przedmioty. Piątek będzie dla mnie dniem idealnym, ponieważ w piątki będę miała tylko chemię – przez 5 tygodni – a później czekają mnie długie, wolne weekendy 🙂 
Pisałam już o ulubieńcach, podsumowywałam Instagram – przyszedł wiec czas na projekt denko. To ostatnie, jakie „stworzyłam” wspólnie z mamą – dlatego znajduje się w nim znowu sporo kosmetyków. Już teraz mogę zaznaczyć, że następne na pewno nie będą tak okazałe – zużywanie solo idzie mi o wiele, wiele wolniej 😛 Jeśli jesteście ciekawi, jakie kosmetyki dobiły dna we wrześniu i chcecie przeczytać krótkie opinie na ich temat – zapraszam do dalszej części posta 🙂

WŁOSY:

  • SZAMPON  WZMACNIAJĄCY DO WŁOSÓW, JOANNA, JOANNA RECEPTURA, SKRZYP ROZMARYN

Ten szampon rezydował na mojej półce bardzo długo. Kupiłam go kiedyś na promocji w Biedronce i używałam do mocniejszego oczyszczania skóry i włosów mniej więcej raz na 1-2 tygodnie. Był wydajny, bardzo dobrze się pienił i oczyszczał włosy z nadbudowanych protein, silikonów czy innych zanieczyszczeń. Pachniał ziołowo, ale zapach nie utrzymywał się zbyt długo na głowie. Nie podrażniał mojego skalpu i nie mogłam na niego narzekać. Za 400 mililitrów zapłaciłam niecałe 8 złotych. Jeśli kiedyś go gdzieś znajdę – na pewno wrzucę go do koszyka 🙂
  • ODŻYWKA BEZ SPŁUKIWANIA DO WŁOSÓW ZNISZCZONYCH, LOREAL ELSEVE TOTAL REPAIR

Odżywki w sprayu to mój must have jeśli chodzi o pielęgnację włosów. Zazwyczaj wybieram te z Gliss Kura i stosuję zamiennie różne wersje – pomagają mi rozczesać włosy, wygładzają je i nabłyszczają. Ostatnio sięgnęłam jednak po Loreal Elseve, ponieważ oprócz hydrolizowanej keratyny zawierała kwas mlekowy i to bardzo wysoko w składzie (chyba 2 pozycja :)). Jej działanie rzeczywiście było widoczne – moje włosy były silniej nawilżone i gładkie. Niestety czasem powodowała puszenie – szczególnie wtedy, kiedy było wilgotno, niestety humektanty tak mają. Nie była tak wydajna jak odżywki Gliss Kur, ale mimo to, bardzo ją polubiłam! Na pewno kupię kolejne opakowanie, bo tak dobrej mgiełki już dawno nie miałam 🙂
  • SZAMPON DO WŁOSÓW NAWILŻAJĄCY, ALTERRA, GRANAT I ALOES

Niejednokrotnie pisałam, że szampony z Alterry są moimi ulubieńcami. Niestety ostatnio przestały mi służyć – po latach ciągłego używania nie są już tak skuteczne i jestem w trakcie szukania dla nich godnego zamiennika. Wersja z aloesem i granatem jest moją ulubioną. Ma lekko galaretowatą konsystencję. Mimo braku SLS/SLES szybko się pieni i nie ma z tym większych problemów. Dobrze oczyszcza włosy, domywa nawet oleje. Nie podrażnia skóry głowy. Włosy po jego zastosowaniu są miękkie i lśniące, czasem obchodziłam się nawet bez maski i przyznam, że wyglądały całkiem fajnie. Może nie nawilża włosów, ale na pewno tego poziomu nie obniża.

CIAŁO:

  • DIAMOND COSMETICS, SEMILAC, ACETON
Acteon, którego używałam do ściągania hybryd. Nie uczulał mnie, ale za to mocno wysuszał skórki i paznokcie – musiałam zastosować olejek na noc, żeby wróciły do normalnego stanu. Nie zawiera żadnych dodatków nawilżających, to czysty aceton. Półlitrowa butelka, która starczyła mi na kilka miesięcy kosztowała nie więcej niż 20 złotych. Nie kupię ponownie – wolę removery z lanoliną.
  • LUSH COMFORTER
Prawdziwe cudo – nie wiedziałam, że można się tak zakochać w produkcie do robienia piany. Nie należał do najtańszych, bo za  200 gramową kostkę zapłaciłam 6 euro, ale moim zdaniem jest wart swojej ceny. Jeśli nie lejecie bardzo dużo wody do wanny – starczy na 4 kąpiele. W innym przypadku radzę podzielić go na 3 kawałki. Barwi wodę na intensywnie różowy kolor, pachnie ona słodkimi, pudrowymi cukierkami. Piana jest, ale na pewno nie tak duża, jak niektórzy oczekują tego po kąpielowych dodatkach. Woda jest po nim tłusta, a ciało tak miękkie, że nie ma potrzeby używania jakichkolwiek dodatkowych produktów nawilżających. Jestem zadowolona, że jednak się na niego zdecydowałam i kiedy będę miała okazję – może do niego wrócę. Nie jestem jednak pewna, bo Lush kusi ciekawymi nowościami, a chyba wolę przetestować ich kolejne kosmetyki 😀 Znacie ten ból? 😛
  • PALMOLIVE, ŻEL POD PRYSZNIC, GLAMOUR, JEŻYNY, SMOCZY OWOC I WANILIA
Rzadko sięgam po żele pod prysznic z Palmolive – jakoś nie przepadam za tą marką, a d tego wszystkie z nich zawierają silne detergenty, które niestety mocno wysuszają moją skórę – szczególnie w sezonie grzewczym. Tego używałam naprzemiennie z Dove i przyznam, że jestem z niego zadowolona. Miał lekko lejącą konsystencję, ale dobrze się pienił i nie trzeba było używać go zbyt dużo. Zapach rzeczywiście przypominał cierpkie jeżyny połączone z nutą słodkiej wanilii – moim zdaniem jest odpowiedni i na lato i na chłodniejsze miesiące. Na razie mam zapas żeli, więc nie zamierzam do niego wracać, ale kiedy już trochę ich zużyję – pomyślę o nim – zapach utkwił mi w pamięci 🙂
  • PALMERS, BALSAM DO CIAŁA, COCOA BUTTER FORMULA, MASSAGE LOTION STRETCH-MARKS
Mimo tego, że jestem osobą szczupłą i nie mogę narzekać na duże wahania wagi – mam rozstępy. To zmora wielu dziewczyn i kobiet, moje są już jasne, mniej widoczne, ale nie mogę z nimi walczyć tak jak na początku – najprawdopodobniej będą mi towarzyszyć już zawsze. Staram się jednak zapobiegać powstawaniu nowych i w tym celu nawilżam moją skórę treściwymi olejami czy balsamami. W moje ręce trafił ten od Palmersa – słyszałam na temat tych kosmetyków wiele pozytywnych opinii i chciałam przetestować je na własnej skórze. Balsam na przyjemny, kakaowy zapach, który na skórze zaczyna niestety trochę nieprzyjemnie pachnieć – na szczęście kilka minut po aplikacji ten dziwny zapach się ulatnia i nie ma już z tym większych problemów. Bardzo dobrze nawilża skórę – masło kakaowe występuje w składzie, niestety znajduje się w nim też parafina, ale nie zauważyłam wysypu krostek. Skóra przy regularnym stosowaniu jest miękka, napięta i nabiera ładnego, zdrowego koloru (nie mylić z jej przyciemnieniem). Lubiłam ten kosmetyk i z przyjemnością po niego sięgałam. Nie zauważyłam, aby powstawały nowe rozstępy, choć teraz nie pojawiają się one u mnie tak często jak kiedyś. Myślę, że jeszcze do niego wrócę.
  • FA, ANTYPERSPIRANT FRUIT ME UP, FRUITY TOUCH
W poprzednim denku pisałam Wam o drugiej, także limitowanej wersji tego zapachu. Tamta bardzo mi się podobała – była owocowa, ale świeża i soczysta. Ta miała w sobie jakby więcej kwiatowych nit. Doskonale była tu też wyczuwalna wiśnia, za którą niekoniecznie przepadam. Przez to, że zapach nie do końca mi odpowiadał nie polubiłam się z tym kosmetykiem. Ochrona była na średnim poziomie, a nie należę do osób, które narzekają na problem nadmiernej potliwości. Nie wrócę do niego – pewnie nawet nie będę miała okazji, bo jak widać po napisie na opakowaniu – jest to wersja limitowana. 

TWARZ:

  • GARNIER, DWUFAZOWY PŁYN DO DEMAKIJAŻU OCZU
Kiedyś, kiedy płyny micelarne nie były jeszcze tak popularne, dwufazówki były jedynymi kosmetykami (oprócz mleczek), którymi można było usunąć makijaż oka. Postanowiłam wrócić do takiego płynu i sprawdzić, czy rzeczywiście zobaczę różnicę. Dwufaza z Garniera była dobra, ale nie na tyle, żebym miała porzucać płyny micelarne i oleje na jej rzecz. Domywała makijaż, ale trwało to znacznie dłużej i mam wrażenie, że demakijaż nie był wtedy tak dokładny, jak po połączeniu olejku i miceli. Do takiego typu kosmetyków już nie wrócę – nie stosuję tuszy wodoodpornych, a mam wrażenie, że z takimi te płyny by sobie nie poradziły. 
  • SOLO CARE, PŁYN DO SOCZEWEK
Mój ulubiony płyn, o którym pisałam na tym blogu już kilkakrotnie. Dobrze rozpuszcza białkowy nalot z soczewek, sprawia, że są one czyste i komfortowe w noszeniu przez wiele godzin. Płacę za niego 40 złotych, a tak duża pojemność (360 mililitrów) spokojnie starcza mi na 3 miesiące praktycznie codziennego stosowania. Wrócę do niego ponownie. 
  • ZIAJA, MASKA OCZYSZCZAJĄCA Z GLINKĄ SZARĄ
Ostatnio nie używam zbyt często maseczek w takiej formie – większość z nich mam w pudełeczkach albo tubkach, natomiast te z Ziaji są jednymi z moich ulubionych. Kosztują grosze, a działają. Wersja do skóry mieszanej z glinką szarą fajnie oczyszcza i odświeża skórę bez jej jednoczesnego wysuszania.  Lubię sięgać po każdą z tej serii, natomiast ta sprawdza się na mojej skórze najlepiej. Ma przyjemny, słodki zapach i nie zasycha, przez co dość łatwo się ją zmywa. Po jej użyciu zanieczyszczenia porów zostają w sporym stopniu usunięte, a skóra wygląda na gładszą i ma bardziej równomierny koloryt. Na pewno do niej wrócę. 
To kosmetyk, który dostałam kilka miesięcy temu w ramach współpracy. Używałam go do wieczornego mycia twarzy i jestem zaskoczona, że działał tak fajnie! Skóra była tak oczyszczona, że aż „skrzypiała” od czystości. Mimo tego nie zauważyłam przesuszenia czy innych negatywnych skutków używania tego kosmetyku. W połączeniu z soniczną szczotką dobrze usuwał zanieczyszczenia i ewentualne resztki makijażu. Nie zawierał silnych detergentów i nie podrażniał mojej skóry. Pisałam już pełną recenzje na jego temat i znajdziecie ją, klikając w link w opisie tego akapitu. Jedynym minusem jest dla mnie dość wysoka cena, ale wynagradza nam ją wydajność tego kosmetyku. Może wrócę ponownie.
Mój „Święty Graal”, krem, które używam z przerwami od kilku dobrych lat. Dobrze działa na skórę, nie zapycha jej, a małe, ropne krostki goją się przy jego stosowaniu zdecydowanie szybciej. Idealnie nadaje się na dzień, pod makijaż, ale można też stosować go wieczorem. Nie przyspiesza przetłuszczania się mojej skóry i nie obciąża jej. Na promocji można dorwać taką 40 mililitrową tubkę za około 40 złotych. Przy jednorazowym, codziennym stosowaniu takie opakowanie starcza mi mniej więcej na 2,5 miesiąca, góra 3. Szukam dla niego godnego zamiennika, ale nadal nic ciekawego nie znalazłam – może Wy macie coś godnego polecenia? Pełną recenzję możecie przeczytać, klikając w link w tytule. Sama na pewno kupię go ponownie, ale na razie chciałam znów trochę od niego odpocząć 🙂
  •  BEBEAUTY, HYDRATE, NAWILŻAJĄCE CHUSTECZKI DO DEMAKIJAŻU
Chusteczki, które zabrałam ze sobą zamiast płynu micelarnego na dwutygodniowy wyjazd do Niemiec. W opakowaniu mamy 25 sztuk. Niestety chusteczki nie są zbyt mocno nawilżone i miał problemy z domywaniem resztek, których nie pozbył się zastosowany wcześniej olejek. Widziałam sporo pozytywnych opinii na ich temat, ale sama ich nie polecam. Moje ulubione chusteczki dla dzieci są o wiele tańsze – mają w opakowaniu 2 razy więcej sztuk, a cena jest podobna. Sprawdzają się o wiele lepiej i bez problemów domywają makijaż – nawet samodzielnie. Nie wrócę do nich ponownie. 
  • ECOSPA, OLEJEK Z PESTEK ARBUZA
Jeden z najlżejszych olejków, jakich miałam okazję używać. Nie pachnie, przy użyciu minimalnej ilości dość szybko się wchłaniał. Niestety musiałam przestać go używać jako nawilżacza, bo przy kilku miesiącach regularnego olejowania skóry twarzy na noc mocno się ona zbuntowała. Używałam go do usuwania makijaż i bez problemu radził sobie nawet z bardziej opornymi tuszami. Nie był drogi, więc mogę go polecić. Jeśli jesteście posiadaczkami skóry tłustej – mógłby być dla Was idealnym olejem 🙂 Nie jest zbyt znany, a moim zdaniem działa naprawdę super. 
  • AVA, AKTYWATOR MŁODOŚCI, SERUM Z WITAMINĄ C
To serum to hit mojej pielęgnacji. Po witaminie C moja skóra szybciej się regenerowała, miała ładniejszy kolor a przebarwienia lekko zbladły. Ma prosty skład i konsystencją bardziej przypomina kwas hialuronowy niż typowe serum z witamina C – jest lekkie, nieoleiste i szybko się wchłania, zostawiając na skórze lekko lepką powłoczkę, która znika po zastosowaniu kremu. Nie jest drogie – swoją buteleczkę kupiłam na promocji za około 20 złotych. Spodobało mi się głównie dlatego, że nie zapychało mojej skóry. Na pewno do niego wrócę, kiedy skończę stosowanie tych z kwasami. 

  • PERFECTA, SOFTLIPS, BALSAM DO UST O SMAKU TRUSKAWKOWYM
O tych kostkach lodu pisałam Wam już w kilku projektach denko. Ta jest przedostatnią, jaką mam Wam do pokazania i moim zdaniem jest to, jak na razie, najgorsza wersja z jaką miałam do czynienia. Pominę fakt, że zawiera one filtr przenikający (a takie filtry działają na naszą gospodarkę hormonalną). Ten balsam miał bardzo chemiczny i sztuczny zapach, nie używałam go zbyt często. Nadawał się do nawilżania usta w ciągu dnia, na noc był zdecydowanie za lekki. Miał wazelinkową konsystencję. Niestety jest to kolejna sztuka, która otworzyła mi się w torbie, ubrudziła wszystko i tak skoczyła swój żywot. Nie wrócę do nich ponownie.  

Znacie coś z tych kosmetyków, o których pisałam w dzisiejszym poście? Lubcie czytać projekty denko?
Pozdrawiam i życzę miłego weekendu 🙂 Do zobaczenia w niedzielę! 😀 
Uncategorized

HAUL KOSMETYCZNY | DM | LUSH

26 września 2016

Hej!
Znowu narobiłam sobie trochę zaległości z postami, ale po ostatnich przeżyciach na uczelni musiałam poukładać sobie plan działania, pomyśleć, czego mi jeszcze brakuje, co powinnam kupić i zacząć powoli się pakować 😛 Przeprowadzka oficjalnie odbędzie się pod koniec przyszłego tygodnia – mogłabym zostać już w Białymstoku, ale stwierdziłam, że nawet 5 dni w rodzinnym domu, to sporo czasu – tym bardziej, że później będę pojawiać się tu dość rzadko.
Z Niemiec wróciłam już ponad 1,5 miesiąca temu, a nadal nie pokazałam Wam, jakie kosmetyki udało mi się kupić i przywieźć. Dziś na blogu możecie zobaczyć moje wakacyjne zakupy z DM i Lusha! Zapraszam 🙂

Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałam podczas wizyty w drogerii były żele z Balei. Moja skóra nie przepada za wersjami z SLS/SLeS, ale kiedy stosuję je zamiennie z czymś delikatniejszym ich wysuszające działanie nie jest już tak widoczne. Bardzo lubię je za to, że fajnie się pienią, są tanie (55 centów za jeden :O) i mają cudowne zapachy. Wybrałam wersje o zapachu mango, kwiatowo-brzoskwiniowym oraz waniliowo-kokosowym.

Żel z marakują oraz szampon o owocowym zapachu kosztowały dokładnie tyle samo, co żele, o których wspominałam wyżej. Szampon kupiłam przypadkiem – nie spojrzałam na napis, a szukałam czegoś z nowej, limitowanej edycji. Nie zawiera silikonów, więc zużyję go jako produkt do mycia ciała. Żel w tubie był nieco droższy, ale nadal można powiedzieć, że tani jak barszcz – 0,95 EUR. Ma ciekawy zapach – pomarańczowo-waniliowy, który idealnie wpisuje się zarówno w letnie, jak i jesienne klimaty.

Nowością były dla mnie pianki do mycia ciała. Kupiłam obie – niestety jak na razie dostępne są tylko te dwie wersje zapachowe. Zielona to energetyzujący, owocowy zapach – sama nazwa nam o tym mówi, w końcu Fresh&Fruity zobowiązuje 😛 Ta, znajdująca się niżej to Hawaian Dream, o zapachu kwiatowo-kokosowym, chociaż kokos nie jest tu zbyt mocno wyczuwalny. Używałam obu, niesamowicie przypadły mi do gustu i żałuję, że nie kupiłam ich nieco więcej 😛 Koszt jednej to 1,95 EUR – w porównaniu do pianek Rituals (na które miałam ochotę, ale ich cena nie różni się wiele od tej, za którą są dostępne w Polsce) są naprawdę tanie. Mam nadzieję, że kiedyś tata przywiezie mi zapas 😛

Kolejnymi kosmetykami są żele do golenia. Moim zdaniem są one totalnym must have jeśli chodzi o zakupy w DM. Są niesamowicie wydajne, mają aksamitną konsystencję, zmieniają się w gęstą pianę, a do tego cudownie pachną. Cena jednej buteleczki to tylko 1.15 EUR. Żałuję, że nie znalazłam innych ciekawych zapachów – miałam już wersję mango i chciałam wypróbować coś nowego. Ostatecznie wybrałam wersję Coconut Kiss, a przy drugiej wizycie dobrałam tą z nowej kolekcji. Ma zapach waniliowo – cytrynowego loda. Wafelki też w tym czuć 😛

Balsamy do rąk w takiej formie, jaką widzicie na zdjęciu, to codzienne wyposażenie mojego biurka. Często zapominam o ich kremowaniu, a kiedy taka butla stoi gdzieś niedaleko książek czy komputera prawdopodobieństwo, że z niej skorzystam jest o wiele wyższe 😀 Krem ma zapach arbuzowej lemoniady i lekką konsystencję, która szybko się wchłania. Kosztował 1,75 EUR. Za maseczkami z drogerii nie przepadam, ale skusiłam się na jedną z Neutrogeny. Nie jest ona dostępna w Polsce, a ma naprawdę fajny skład. Używałam jej już raz i muszę przyznać, że dobrze radzi sobie z zaskórnikami, a przez to, że ma w składzie mentol świetnie odświeża nawet zmęczoną i poszarzałą skórę. Kosztowała 3,75 EUR.

Jak wiecie, jestem maniaczką kosmetyków do ust – zarówno tych pielęgnacyjnych, jak i do makijażu. Pomadki Balea już miałam i wiem, że najlepiej sprawdza się u mnie ich standardowa wersja. Z tego co pamiętam bazują na olejku rycynowym i muszę przyznać, że do nawilżania w ciągu dnia sprawdzają się doskonale. Wybrałam wersję melonową, którą już znam – nie dość, że pięknie pachnie, to jeszcze słodko smakuje. Druga jest dla mnie nowością, ale noszę ją już w torebce i miałam okazję użyć jej kilka razy. Mint Kiss to propozycja dla fanów słodkiej mięty – pachnie (ale niestety nie smakuje) jak oryginalne Tic Taci 😀 Jeśli ktoś nie lubi uczucia chłodzenia – pomadka tego nie zapewnia. Każda z nich kosztowała 0,85 EUR.

Będąc przy końcu zmagań z zakupami z DM chciałam pokazać Wam 2 rzeczy do paznokci. Pierwszą z nich są naklejki z Essence, które mają pomóc z stylizacji naszych paznokci. Manicure ma być dzięki nim odlotowy, bardziej zwariowany, a dodatkowo – świetnie wykonany. W paczce mieści się 30 naklejek, po 10 z każdego rodzaju. Kosztowały 0,95 EUR. Obok leżą separatory z Ebelin. Skusiłam się na nie, ponieważ nie były one tradycyjnie – jako jeden pasek. Każda para jest inna, jedno opakowanie to 12 par separatorów. Są bardzo wygodne i pasują dla wielu osób. Nie były też drogie – zapłaciłam za nie 1,45 EUR.

Ostatnią trójką z DM, jest trójka kolorówkowa. Wszystkie znalazły się na mojej mini liście i nie były zakupione z przypadku. Pierwszym z tych kosmetyków jest korektor, a raczej kamuflaż z Alverde. Chciałam mieć jakiś „zdrowszy” zamiennik korektora w słoiczku z Catrice, a ten wydawał mi się być jego godnym następcą. Do tego ma o wiele jaśniejszy kolor. Ja wybrałam odcień 02, ponieważ miał bardziej żółte tonu niż „jedynka”. Kosztował 2,95 EUR. 
Następnym korektorem, sławnym na YT i blogach jest korektor z gąbeczką Maybelline Instant Anti Age. Wybrałam odcień Light, który był bardziej żółty od Fair, niestety jest on dla mnie lekko za ciemny pod oczy. Podoba mi się jego konsystencja i poziom krycia, ale będę musiała go czymś rozjaśniać, a jeśli to nie zda egzaminu – oddam go mojej mamie, która ma ciemniejszą skórę niż ja. Był najdroższym kosmetykiem kupionym w DM – zapłaciłam za niego 8,95 EUR
W tym zestawieniu nie mogło też zabraknąć szminki. Ostatnio przerzuciłam się z mocnych kolorów n a te bardziej nude i szukałam czegoś ciekawego, co mogłabym nosić nawet wtedy, kiedy wybieram się na uczelnię. Padło na P2 Full Shine Lipstick w odcieniu 080 Tell me a Tale. To brudny róż, który na zdjęciu wygląda o wiele bardziej pomarańczowo-brązowo niż w rzeczywistości. W Niemczech te szminki są o wiele tańsze niż w Polsce. Ta kosztowała 2,25 EUR.

KAMUFLAŻ ALVERDE | KOREKTOR MAYBELLINE ] SZMINKA P2

Ostatnią, ale nie mniej ciekawą częścią zakupów jest ta z Lusha. Dopiero w tym roku dowiedziałam się, że jest in dostępny stacjonarnie w Niemczech – szkoda, bo w tamte wakacje też mogłabym kupić sobie coś ciekawego :C Zaczęłam od klasyków i skusiłam się na pięknie pachnącego Comfortera, który starczył mi na 4 cudowne kąpiele – kosztował 6,95 EUR i ważył 200 gramów
Nie wiedziałam co mam kupić, sięgnęłam więc po dwie dość znane maski dla cery zanieczyszczonej. Ta wyżej to Mask of Magnaminty (8,95 EUR za 85 gramów) – gęsta, zielona maska z grudkami o zapachu czekoladek „After Eight” – moja skóra naprawdę ją polubiła i wiem, że będę do niej wracać ♥. Ta niżej to maska-czyścik Dark Angels. Wygląda jak ziemia połączona z węglem, pachnie tak samo, ale działa świetnie – po kąpieli w gorącej wannie, kiedy pory lekko się otworzą działa jak magnes na zanieczyszczenia. Niestety brudzi wszystko wokoło – zużyję z przyjemnością, ale następnym razem spróbuję czegoś nowego. Kosztowała 9,95 EUR za 100 gramów. Maski trzeba zużyć w ciągu 3 miesięcy, moje mają termin do końca października, ale trzymam je w lodówce, więc będę używała ich znacznie dłużej.

Co ciekawego z moich zakupów wpadło Wam w oko? Lubicie oglądać haule z rzeczami, które nie są tak łatwo dostępne w Polsce?
PS Blog zmienia szablon. Musieliśmy przywrócić ustawienia fabryczne, żeby zacząć od zera. Mam nadzieję, że do końca tygodnia uda nam się wprowadzić każdą nowość. Nie przestraszcie się i komentujcie jak zawsze 😛

Od października startujemy z nowym HARMONOGRAMEM 😀
Pozdrawiam :*