Wybrany tag

Lovely

KOLORÓWKA KOSMETYKI

PROMOCJA -55% W ROSSMANNIE | TOP 10 KOSMETYKÓW

7 kwietnia 2018
PROMOCJA -55% ROSSMANN KWIECIEŃ 2018 | CO KUPIĆ? 1

Cześć!

Promocja w Rossmannie zbliża się wielkimi krokami. Rozpoczyna się już w poniedziałek, 9 kwietnia, i będzie trwać do 18 kwietnia. Tym razem skierowana jest tylko dla klubowiczów posiadających konto i wirtualną kartę w aplikacji tej drogerii. Pojawiła się także minimalna liczba produktów, przy których zakupie będziemy mogli skorzystać z promocji – musimy wybrać minimum 3 sztuki. Promocja dotyczyć będzie kosmetyków kolorowych, takich jak podkłady, pudry, bazy pod makijaż czy wszelkiego rodzaju produkty do makijażu oczu i ust. Często jednak promocja obejmowała także odżywki do rzęs oraz balsamy pielęgnacyjne do ust. W dzisiejszym wpisie przedstawię Wam TOP 10 kosmetyków, które mogę polecić oraz powiem, jak zrobić zakupy na tej promocji, by wyjść z tego obronną ręką 🙂 Zapraszam!

Czytaj dalej

Uncategorized

ZAKOCHAJ SIĘ W JESIENI: POSTAW NA KOLORY! ♥

30 października 2016
Hej!
Ostatnio ciężko jest z moją regularnością w dodawaniu wpisów. Powiem szczerze, że zbliża się termin pierwszych kolokwiów, a do tego i mnie dopadła choroba – przez to nie wyrabiam się z odpisywaniem na komentarze i publikowaniem nowych postów :C Czuję się z tym źle, ale wiem, że mi też należy się chwila odpoczynku – mam nadzieję, że przez najbliższe tygodnie uda mi się w końcu doprowadzić to do ładu – jeśli jestem w blogowych sprawach na bieżąco – znacznie łatwiej jest mi to później wszystko „ogarnąć”.
Dziś chciałabym zaprosić Was na kolejny wpis z cyklu Zakochaj się w jesieni. Tym razem opowiem Wam o kilku kosmetykach, które towarzyszą mi w codziennym makijażu. Z góry zaznaczam, że nie będzie ich wiele – odkąd wróciłam na studia nie mam już tyle czasu, żeby o porankach eksperymentować z moim make-upem. Dodatkowo wprowadzam do swojej pielęgnacji i makijażu minimalizm – kroczę utartymi ścieżkami i tylko czasem zmieniam jakiś element 🙂 Jeśli jesteście ciekawi, co wpadło do mojego worka zatytułowanego „Make up essentials” – zapraszam na dalszą część wpisu 🙂

Tym razem zacznę z innej strony – od paznokci. Ostatnio rzadko sięgam po hybrydy – chyba zniechęca mnie fakt ich późniejszego ściągania 😛 Mam zamiar do nich wrócić w listopadzie, a taka kilkutygodniowa przerwa dobrze zrobiła moim pazurkom. Jesienią zazwyczaj sięgam po klasyczne odcienie, do których dorzucam jeszcze wszystkie ciemne kolory. Dziś mam Wam do pokazania dwa kolory lakierów od Essie – Watermelon i Fiji 🙂 Watermelon to nasycona, malinowa czerwień, która na paznokciach wygląda albo niezwykle elegancko, albo zadziornie – a wszystko zależy od tego, jaką stylizację mamy na sobie. Fiji jest jasnym, różowym lakierem nude, które jest nieco bardziej problematyczny w  nakładaniu – czasem ma tendencje do smużenia, ale jestem mu to w stanie wybaczyć. Często na paznokciach lądują u mnie jeszcze szarości, granaty i ponadczasowa czerń. Przygotujcie się – postaram się wstawiać tu jakieś paznokciowe stylizacje, ponieważ zawsze dostaję wiele miłych komentarzy pod zdjęciami na Instagramie – poczytałybyście takie mini wpisy tu, lub na Facebooku?
Po paznokciach przyszedł czas na twarz i zacznę od tego, z czym mam największy problem – oczy. Dzięki produktowi, o którym Wam ostatnio pisałam, polubiłam makijaż tej części mojego ciała 🙂 Mowa tu o cieniu duochrome Lily Lolo, czyli Smoky Brown. Dla takiego laika jak ja to super sposób na szybki makijaż oka – ten cień nałożony na powiekę samodzielnie potrafi „zrobić” cały makijaż. Lekko ciepła baza w połączeniu z chłodnym błyskiem drobinek wyglądanie niesamowicie  – niejednokrotnie podczas jego noszenia dostawałam pytania, czym pomalowałam powieki 🙂
Jesienią sięgam też częściej po eyelinery i moim numerem jeden w tej kategorii jest ten z Loreal, a dokładniej Super Liner Perfect Slim. Nigdy nie umiałam poradzić sobie z rysowaniem kresek, a dzięki jego cienkiej i niezwykle precyzyjnej końcówce w końcu, chociaż w podstawowym stopniu, udało mi się opanować tę sztukę. Jest trwały, jego odcień jest głęboki, ale ma jedną wadę – trzeba trzymać go do góry nogami, w innym wypadku, w najcieńszym miejscu końcówki może zabraknąć nam tuszu ;c

Jesienią rzadziej sięgam po rozświetlacze, a jeśli już je wybieram – zazwyczaj mam ochotę na coś, co daje bardziej subtelny efekt. W tym sezonie w mojej kosmetyczce króluje rozświetlacz w szampańskim odcieniu od Lily Lolo Champagne. Jest to rozświetlacz prasowany, dający delikatny, aczkolwiek zauważalny efekt. Jest idealny na co dzień, a przy nałożeniu kilku cienkich warstw nada się też na większe wyjścia. Lubię go za uniwersalny kolor, ponieważ dzięki temu pasuje do większości róży, które zazwyczaj stosuję. Świetnie nadaje się na podróże, ponieważ ma cieniutkie opakowanie i nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce.

Róże, to jeden z moich ulubionych elementów w makijażu. Lubię eksperymentować z ich odcieniami, chociaż moje ulubione krążą gdzieś w granicach róży – i chłodniejszych, i cieplejszych. Dzisiaj chciałam pokazać Wam coś, co było już w moich ulubieńcach, oraz miało 5 minut na blogu, czyli róż z Lily Lolo, a konkretnie odcień In the Pink. W opakowaniu wygląda na matowy, na skórze staje się jednak satynowy, przez co delikatnie odbija światło, a nasza twarz wygląda na rozpromienioną i zdrowszą. To bardzo neutralny odcień, dlatego tak często po niego sięgam. Dalej chciałam wspomnieć jeszcze o dwóch nowościach z Wibo, które udało mi się upolować na promocji w Rossmannie 🙂 Mowa tu o różach Ecstasy, a tak naprawdę o kolorach 1 i 2. Jedynka to podobno zamiennika Narsa Orgasm – to brzoskwiniowo – różowa propozycja, która mieni się na złoto i ożywia każdy, nawet najcięższy makijaż. Dwójka to natomiast truskawkowy odcień, który na swatchu wygląda bardziej ceglasto niż później na policzkach. Również ma w sobie małe drobinki, o których istnieniu przed zakupem niestety nie wiedziałam. Oba są bardzo mocno napigmentowane i za pierwszym razem zrobiłam sobie wielką krzywdę – miałam policzki jak ruska baba 😛 Nałożone w niewielkiej ilości wyglądają super, ale trzeba pamiętać, że samo otrzepanie pędzla niestety nie wystarcza 😛

Przechodzimy już do ostatniej, najbardziej interesującej dla mnie części tego wpisu 😀 Uwielbiam pomadki i mam ich zdecydowanie najwięcej, jeśli chodzi o kosmetyki kolorowe. Najpierw chciałam pokazać dwie konturówki, z których jedna jest tą, po którą sięgam niemal codziennie 🙂 Mowa tu o dwóch egzemplarzach Lovely Perfect Line, w odcieniach 1 i 2. Jedynka to nudziak, który w moim przypadku pasuje do wszystkich jasnych pomadek. To już moja druga sztuka i przyznam szczerze, że na pewno nie ostatnia. Dwójka to natomiast ciepły, intensywny róż, który, co prawda, nie pasuje do wszystkich fuksjowych pomadek, ale znalazłam dla niego kilka „do pary”. Konturówki są miękkie i miło się z nimi pracuje. Nie są najtrwalszymi konturówkami na świecie, ale nie podkreślają za to suchych skórek. Tak jak już wspomniałam – do jedynki będę wracać, to tak piękny odcień, że będzie pasował każdej z Was 🙂

Na deser zostawiłam cztery pomadki, po które ostatnimi czasy sięgam najczęściej. Pierwsza i ostatnia to Golden Rose. Obie matowe, z tym, że jedna jest płynna.  Obie są koloru lekko przybrudzonego różu, natomiast Velvet Matte 39 jest zdecydowanie jaśniejsza. Często używam jej w tygodniu, kiedy idę na zajęcia – nie rzuca się w oczy, a dzięki niej i konturówce moje usta wydają się być o wiele pełniejsze, niż są w rzeczywistości. Pomadka z drugiej serii, czyli Longstay Liquid Matte Lipstick 03 to odcień chłodniejszy, w pełni matowy, który zastyga na ustach i ma tendencje do lekkiego ich wysuszania. Kiedy pijemy i jemy lekkie rzeczy – jest nie do zdarcia. Z ust rusza się dopiero wtedy, kiedy sięgniemy po coś tłustego. To ciekawy, różowo-fioletowy odcień z różowym pyłkiem – dzięki temu pyłkowi pomadka zmienia swój kolor w zależności od tego, jakie światło na nią pada – to najbardziej mnie w niej ujęło. Kolejna propozycja to p2 i kremowa, miękka pomadka 080 Tell me a Tale. Ma błyszczące wykończenie, ale mi, miłośniczce matowych wersji mocno przypadło do gustu. Nie podkreśla suchych skórek, ale jednocześnie nie utrzymuje się na ustach przed długie godziny. Ma różowo-pomarańczowy kolor, który na swatchu wyszedł zdecydowanie bardziej rudy, niż ma się to w rzeczywistości. Można ją kupić w Polsce – między innymi w Hebe. Niestety tu jej cena jest zdecydowanie wyższa :C Ostatnia, mocniejsza sztuka to pomadka Rimmel Moisture Renew i kolor 360 As You Want Victoria. To fuksja w dosłownym tego słowa znaczeniu – na ustach wygląda niezwykle seksownie – to mój zamiennik klasycznej czerwieni. Mimo tego, że jest kremowa na ustach utrzymuje się całkiem długo, tym bardziej, że pigment mocno wpija się w usta i nie chce z nich później zejść.

Niżej możecie zobaczyć swatche kosmetyków, o których tu wspomniałam. Wiem, że nie ma ich wiele, może nie pokazałam też nic odkrywczego, ale wiem też, że większość z nas nie sięga po odważne propozycje na co dzień. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś ciekawego, o czym jeszcze nie czytaliście na innych blogach 🙂

Zapraszam Was też na posty dziewczyn, czyli:

Na co jesienią zwracacie większą uwagę podczas codziennego makijażu? Wolicie podkreślać oczy, czy usta? Czy któryś z tych kosmetyków był dla Was nowością?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

PROMOCJA ROSSMANN -49% | CO WARTO KUPIĆ? | MOJE PEREŁKI

29 września 2016
Cześć i czołem!
Wiem, że pewnie niektórym z Was temat promocji w drogeriach mocno się przejadł – pełno tego ostatnio na blogach, Facebookach, Instagramach – każdy pokazuje co innego i człowiek może się pogubić 😛 Postanowiłam jednak przygotować ten wpis, bo będzie on pomocny nie tylko dla Was, ale i dla mnie – chciałam pokazać Wam kosmetyczne perełki, które są jednymi z moich ulubionych kosmetyków. Będę mogła w każdej chwili wrócić do tego posta i spojrzeć, czy coś, co super mi się sprawdzało nie wyleciało z mojej pamięci. To jak – jesteście ciekawi, co dostało się na moją listę? Zapraszam 😀

Zacznijmy od produktów do twarzy. W kwestii podkładów mam do polecenia tylko jeden – Loreal True Match. To najlepszy podkład drogeryjny i jedyny, do którego regularnie wracam. Ma bardzo jasny, przyjemny kolor, który nie wpada zbyt mocno w róż, ani w żółć, choć zdecydowanie więcej jest w nim tych drugich tonów. Jest lekki, nie zapycha i ma dobre krycie, które można budować. W zestawie z dobrym pudrem utrzymuje się na mojej buzi cały dzień.
Korektor też mam tylko jeden – niestety nadal nie znalazłam ideału pod oczy, a temu jest zdecydowanie najbliżej do tego tytułu. Mowa tu o korektorze True Match od Loreala. Na zdjęciu widzicie kolor Ivory, najjaśniejszy. Jest żółciutki, więc dobrze maskuje fioletowe cienie pod oczami. Krycie określiłabym jako średnie – na co dzień takie mi w zupełności wystarczy. Zdecydowanie lepiej sprawdza się pod oczami niż na niedoskonałości – z nich dość szybko znika. Nie zbiera się też mocno w załamaniach.
Ostatnią już rzeczą jest paletka do mokrego konturowania, również od Loreal Infallible Sculpt Ligh/Medium. Nie jest to produkt bez wad, ale kiedy mam ochotę na kosmetyki w formie kremu – zawsze po niego sięgam. Bronzer w opakowaniu ma chłodny kolor, na mojej skórze niestety się ociepla i oscyluje gdzieś pomiędzy lekko chłodnymi, a neutralnymi tonami. Nie jest zbyt ciemny, więc ciężko jest zrobić sobie nim krzywdę. Matowy rozjaśniacz jest rzeczywiście jasny, niestety dla mnie zbyt różowy, dlatego praktycznie w ogóle go nie używam. Paletkę polubiłam przez jej niestandardową konsystencję – ani to puder, ani krem, ani mus – coś pomiędzy. Uważam, że nie jest to niezbędny kosmetyk, ale mogę nazwać ją ciekawym gadżetem.

Niejednokrotnie wspominałam, że róże to jedne z moich ulubionych kosmetyków do makijażu, dlatego mam Wam do pokazania aż 3 cudowne egzemplarze. Pierwszym z nich jest róż w kremie od Maybelline – Dream Touch Blush w kolorze 05. Jest to dzienna, różowo-koralowa pozycja. Ma przyjemną, musową konsystencję i dobrze rozciera się zarówno na podkładzie, jak i pudrze. Nie posiada drobinek, ale można uzyskać nim zdrowy, lekko wilgotny rumieniec.
Róż z Bourjois w kolorze 34 Rose D’or to blogowy klasyk. Cudo – mój ulubieniec, po którego sięgam niemal codziennie, a na pewno wtedy, kiedy nie mam pomysłu na to, co powinno wylądować na moich policzkach. Jest wypiekany, przez co bardzo wydajny. Opakowanie jest dobrej jakości, zamykane na magnes, w środku można znaleźć pędzelek. Niestety napisy szybko się z niego ścierają. Jego kolor to ciepły róż ze złotą poświatą – nie uświadczycie w nim jednak drobinek. Ożywi każdy, nawet ciężki makijaż – moim zdaniem to must have każdej kobiety!
Ostatnią propozycja z tej kategorii jest róż, który mam dopiero kilka dni. Zdążyłam go już jednak poużywać i muszę Wam o nim wspomnieć – chociażby przez wzgląd na ciekawy kolor. Mowa tu o kolejnym różu Maybelline, tym razem jest to Studio Fix w odcieniu 70 Rose Madison. Ma zimny, lekko liliowy kolor, chociaż na moich policzkach wygląda znacznie cieplej, niż na ręku. Ma aksamitną konsystencję i nie robi plam na policzkach. Jest matowy, przez co nie podkreśla nierówności skóry. Idealnie sprawdzi się przy fioletowym makijażu ust 😀

Rozświetlacze to kolejna kategoria kosmetyków, bez których nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Tym razem również przygotowałam dla Was trzy propozycje, z których jedna będzie nowością. Zacznijmy od rozświetlacza, którego używam najdłużej – Lovely Gold Highlighter. Zacznę od wad – słabej jakości opakowanie i skłonności do powstawania grudek – mimo tego, że często myję pędzle i nie dotykam go palcami wygląda tak, jakbym wprowadziła do niego hektolitry sebum :O Daje piękny, lustrzany, złoty blask na policzkach – takiej tafli mogą mu pozazdrościć nawet naprawdę drogie produkty. Na pewno będę do niego wracać, za taką cenę chyba nie znajdę nic lepszego 😀

Druga propozycja to coś mniej złotego – o bardziej szampańskich, neutralnych tonach. To Diamond Illuminator od Wibo – kolejny tani, ale świetnej jakości rozświetlacz. Moja mama tak go polubiła, że zaraz zacznie drugie opakowanie 😛 Na szczycie kości jarzmowej trzyma się cały dzień, daje piękny, choć delikatniejszy blask. Nie znajdziecie w nim drobinek. Ma lepsze i solidniej wykonane opakowanie, a przez to, że jest zamykane na klik, a nie zakręcane – przyjemniej się go używa. Jest lekki i mały, dlatego idealnie spisuje się na wyjazdach!

Ostatni rozświetlacz, to nowość od Loreala – Loreal Highlight. W moje łapki wpadł odcień 02 – ten bardziej różowy (Rosy). Z jednej strony się cieszę – złotych rozświetlaczy mam aż nadto, więc ten będzie fajną odskocznią – tym bardziej, że na skórze wygląda niezwykle subtelnie. Ma 3 odcienie, które można mieszać (tak pokazałam go na zdjęciu) lub stosować oddzielnie. Loreal True Match Highlighter ma opakowanie podobne do pudru z tej samej serii – na górze znajduje się produkt, a na dnie – schowek na pędzelek, który swoją drogą jest dobrej jakości, oraz spore lusterko. Ma w sobie drobinki, ale nie rzucają się one zbyt mocno w oczy. To najdroższa pozycja, ale mi bardzo się spodobała.

Maybelline Color Tattoo to chyba klasyka tych promocji – pojawiają się praktycznie w każdych tego typu zestawieniach, a ja w ogóle się temu nie dziwię – są po prostu świetne. Kiedyś miałam więcej kolorów, ale zostawiłam sobie tylko 3, po które sięgam najczęściej. Są trwałe, mogą służyć jako baza pod makijaż, albo samodzielne cienie. Nawet na moich tłustych powiekach trzymają się cały dzień, choć potrafią lekko zebrać się w załamaniach. On and on Bronze to złoto-brązowy kolor, dla mnie za ciemny do codziennego makijażu. Natomiast na imprezy nadaje się idealnie. Pernament taupe to kolor, którego używałam do wypełnienia brwi – moje włoski mają chłodny odcień, więc fioletowy pigment nie rzucał się w oczy. Nie jest to mój ulubiony kosmetyk do malowania brwi, ale czasem po niego sięgam. Ostatni odcień to brudny róż – Creme de rose, który ląduje na moich powiekach jako baza pod inne cienie. Jej przygaszony kolor bardzo przypomina odcień mojej skóry. Przed nakładaniem cieni zawsze ją lekko pudruję – inaczej jej trwałość nie jest aż tak duża, jak tego od niej wymagam.

Mimo tego, że jestem maniaczką szminek, nie mam ich zbyt wielu do polecenia. Sama szukam czegoś nowego, ale nigdy nic ciekawego nie wpadło mi w oko. Bourjois Rouge Edition Velvet to jedne z moich ulubionych, matowych pomadek. Zastygają na mat, ale nie wysuszają ust tak mocno, jak płynne pomadki z Golden Rose. Mają musową konsystencję i są mocno napigmentowane. Niestety ich cena lubi przed promocją wzrastać. Posiadam dwa odcienie – delikatny Don’t pink of it i odważny Pink Pong – obie super się sprawdzają, choć mam wrażenie, ze fuksja ma przyjemniejszą konsystencję.
Bardziej dzienną propozycją jest szminka z Maybelline ColorSensational – Mystic Mauve. To brudny róż, w moim przypadku lekko ciemniejszy od koloru ust. Najczęściej sięgam po nią jesienią –  z tą porą roku kojarzy mi się jej ciasteczkowo-cynamonowy zapach. Jest kremowa, ale wykończenie na ustach to jednak satyna – nie lśni tak mocno jak typowa pomadka. Dzięki temu dłużej się utrzymuje. Nie wysusza ust, za co ma u mnie ogromny plus!
Ostatnią szminką jest pomadka dla osób, które lubią mocniejszy makijaż ust. To malinowa, soczysta i mocno błyszcząca propozycja od Rimmela. Dokładnie jest to Rimmel Moisture Renew w odcieniu As you want Victoria. Na ustach wygląda świetnie, kolor mocno wpija się w usta i nawet kiedy szminka zniknie – nadal wygląda jak tint. Niestety u mnie czasem potrafi odbić się na zębach, ale mam do tego tendencję. Jest najbardziej kremowa z całej czwórki, fenomenalnie wygląda przy lekkim makijażu oczu – potrafi być jego gwiazdą!

Jedyny liner, jaki sprawdza się u mnie to Loreal Super Liner Perfect Slim. Ma cienką, gąbczastą końcówkę i łatwo jest mi nim narysować nawet bardzo cieniutkie kreski. Jest dobrze napigmentowany, a jego kolor to prawdziwa, głęboka czerń. Trzyma się na powiekach cały dzień, chociaż jaskółka potrafi czasem zniknąć – dlatego zazwyczaj jej nie maluję (takie uroki posiadania opadającej powieki :C). Więcej mi nie trzeba – lepszego jak na razie nie znalazłam 😀
Obowiązkową pozycją  w moim przypadku jest cielista kredka – używam ją na linię wodną – moje oczy wydają się wtedy większe, a spojrzenie jest świeższe – nawet wtedy, kiedy nie jestem do końca wyspana. Max Factor, Kohl Pencil w kolorze 090 Natural Glaze to trwała i dobrze napigmentowana kredka. Jest miękka, dlatego nie podrażnia nawet delikatnych oczu. Jej kolor nie jest ani zbyt żółty, ani zbyt różowy. Nawet na moich często łzawiących oczach utrzymuje się kilka godzin. 
Świetny produkt do brwi, za którym na początku nie przepadałam to kredka Maybelline Brow Satin w odcieniu Dark Brown. Wydawała mi się być kosmetykiem niewydajnym, który szybko mi się skończy. Mam ją już mniej więcej rok, używam jej przy każdym makijażu i nadal jeszcze trochę mi jej zostało. Jeden koniec zakończony jest automatyczną kredką – średnio twardą. Nie zawiera ona wosku, więc nie utrwala włosków i potrzebny jest jeszcze dodatkowy produkt do tego, aby utrzymać makijaż brwi w ryzach przez cały dzień. Z drugiej strony znajduje się gąbeczka z cieniem, który ma kolor odpowiadający kredce. Można wypełnić nim większe braki. To naprawdę ciekawy kosmetyk, zrobię sobie od niego przerwę, ale myślę, że jeszcze do niego wrócę.

Jeśli chodzi o tusze do rzęs – zdecydowanie najlepiej sprawdzają się u mnie te od Loreala. W tym momencie mam Wam do polecenia dwa, chociaż każda mascara z tej serii fajnie działała na moich rzęsach. Moim ulubieńcem jest zdecydowanie Loreal Volume Million Lashes So Couture. Ta maskara jest fenomenalna – od początku ma idealną, lekko gęstszą konsystencję, świetnie rozdziela, wydłuża i pogrubia rzęsy. Nawet tak słabe jak moje są po niej widoczne, a to dla mnie wielki sukces. Trzyma się cały dzień, nie osypuje, nie podrażnia moich oczu. Jest na tyle trwała, że ciężko jest ją zmyć. Najlepiej robić to olejkami – wtedy obejdzie się bez tarcia!
Druga maskara, którą używam już kilka tygodni to Loreal False Lash Wings. Na początku ciężko było mi przyzwyczaić się do jej niestandardowej szczoteczki – nie jest ona obła, bardziej przypomina nieregularny wielościan. Włoski mają różną długość, przez co łatwo jest nią dotrzeć do każdej, nawet najmniejszej rzęsy. Niestety nabiera się na nią dość spora ilość tuszu, więc na początku niejednokrotnie możemy nabawić się „muszych nóżek”. Wystarczyło jednak kilkakrotne użycie i zdecydowanie łatwiej jest mi ją opanować. Moim zdaniem jest to maskara wydłużająca, daje jednak lekki efekt pogrubienia.

Pozostając w temacie kosmetyków do oczu i produktów Loreal mam Wam do pokazania dwa żele utrwalające do brwi. Zaczniemy od czegoś bardziej klasycznego, czyli Loreal Artist Brow Plumper. To żel do brwi w ciemnym, neutralnym kolorze. Jest średnio gęsty, dobrze utrwala włoski, ale nie sprawia, że stają się one sztywne i niemiłe w dotyku. Dzięki niemu cień czy kredka nie znikają tak szybko z brwi. Nie ma w sobie drobinek brokatu (co innego Wibo :P) i idealnie sprawdzi się u dziewczyn z ciemniejszymi włosami. Wersja, którą tu pokazuję to Medium/Dark.
Drugim produktem jest Loreal Brow Arist Sculpt w kolorze 03 Cool Brunette. To kosmetyk dwuzadaniowy – można nim utrwalać włoski, ale także je domalowywać. Ma ciekawy aplikator i należy nauczyć się nim posługiwać. Brow Artist Sculpt ma zdecydowanie chłodniejszy i nieco ciemniejszy odcień od poprzednika – sama mam ciemne włosy i świetnie się u mnie sprawdza. Lubię zabierać go w podróże, bo nie muszę mieć wtedy żadnych cieni ani kredek do brwi.

Ostatnią dwójką jest para konturówek z Lovely. Towarzyszą mi one przy wielu makijażach, ponieważ mają na tyle uniwersalne kolory, że pasują do kilku szminek. Numer 1 to brudny róż, który zależnie od pomadki wygląda bardziej beżowo, lub różowo. Numer 2 to fuksja – dopasuje się do wielu ciemno – różowych pomadek. Obie są kremowe, miękkie i łatwo się nimi maluje, natomiast nie są to najbardziej trwałe konturówki w mojej kolekcji. Nie mniej jednak lubię po nie sięgać i mam zamiar dokupić jeszcze jeden egzemplarz tej jaśniejszej. Za taką cenę – BRAĆ I SIĘ NIE ZASTANAWIAĆ 😛

Znalazłyście coś ciekawego w moich propozycjach? Wybieracie się na promocje w Rossmannie? Na który tydzień czekacie najbardziej?
Pozdrawiam 🙂
Uncategorized

ULUBIEŃCY MAJA | INDIGO | DERMOFUTURE | MAYBELLINE | LOVELY

2 czerwca 2016
Hej!
Jak już pisałam na Facebooku, post nie pojawił się wczoraj przez wzgląd na Dzień Dziecka 😀 Zaplanowaliśmy z rodzicami spontaniczny wyjazd na weekend, więc mieliśmy ostatnio kilka rzeczy do zorganizowania. 
Matura już dawno za mną, a ja mam na Was mniej czasu i jest mi przez to przykro – często odwiedzam blogi tylko tych osób, które się odzywają – mam nadzieję, że niedługo ulegnie to zmianie.
Jeśli chcecie przeczytać kilka słów o moich pielęgnacyjnych i kolorówkowych ulubieńcach – zapraszam dalej 🙂 Na pewno nie będziecie się nudzić, bo znalazłam w swojej kosmetyczce naprawdę ciekawe produkty i gadżety 😀

INDIGO, OLEJEK DO CIAŁA

Kilkakrotnie, na łamach bloga, wspominałam Wam, że wróciłam do regularnego olejowania moich włosów. Aktualnie są w tak dobrym stanie, że nie muszę robić tego częściej niż raz w tygodniu na całą noc – w innym wypadku zaczynają się szybciej przetłuszczać i obciążać – wysokie temeratury i wilgotność powietrza widocznie nie służą mojemu skalpowi.
Olejek Indigo otrzymałam w paczce na Meet Beauty i miałam zużyć go do masażu ciała. Ma przepiękny zapach i funkcjonalne opakowanie – produkt znajduje się w przeźroczystej, pomarańczowej butelce z atomizerem.  Wygodnie aplikuje się go właśnie na włosy – raczej nie zdarza mi się dzięki temu przedobrzyć z jego ilością, a mam do tego skłonności. 
Moje włosy po zastosowaniu tego olejku są miękkie, lśniące i dociążone. Nie mam problemów z ich rozczesywaniem, plączą się zdecydowanie mniej. Olejek stosuję od ucha ku dołowi, aby zapobiegać szybszemu przetłuszczaniu się skóry głowy. Wbrew pozorom ma dobry skład i na blogu na pewno znajdzie się bardziej obszerny wpis na jego temat.

DERMOFUTURE, SONICZNA SZCZOTECZKA DO TWARZY 
Szczoteczka, którą mam od pierwszego kwietnia, więc dokładnie 2 miesiące. Przestałam jej używać tylko na pięć dni, bo akurat rozładowała mi się na wyjeździe i przestraszyło mnie to, jak zmieniła się moja skóra w tak krótkim czasie – pojawiło się więcej zaskórników, kaszka, kilka wyprysków – to coś oznacza :O

Szczoteczki używam rano i wieczorem. Staram się masować twarz pokrytą żelem mniej więcej przez minutę, ale myślę, że często przedłużam sobie ten relaksujący moment. Nie wyobrażam sobie bez niej mojego etapu oczyszczania skóry. Dzięki niej nie mam już tak wielu suchych skórek, a podkłady zdecydowanie lepiej na mnie wyglądają. Skóra jest bardziej napięta, zniknęły mikroobrzęki, które często pojawiały się u mnie przed miesiączką. Kremy lepiej się wchłaniają. Podsumowując – szczoteczka cud! 😀


MAYBELLINE, COLOR SENSATIONAL 250 MYSTIC MAUVE
Szminka, którą zobaczyłam u Olgi z bloga apieceofally.pl, a którą na promocji w Rossmannie upolował dla mnie kochany Mateusz (taki chłopak to skarb :D). W maju lądowała na moich ustach zdecydowanie najczęściej. Nie jest do końca matowa – ma kremowe wykończenie. Nie posiada drobinek. Kolor to brudny róż lekko wpadający w fiolet – jak dla mnie idealny nudziak. Świetnie zgrywa się z typem mojej karnacji i zawsze, kiedy mam ją na ustach zyskuję masę komplementów. Ma ładny, słodki zapach, solidnie wykonane opakowanie, a na ustach trzyma się około 4 godzin. Nie wysusza ich i nie podkreśla suchych skórek. 

LOVELY, PERFECT LINE W ODCIENIU 01
Konturówka w kolorze łudząco podobnym do szminki, którą mam w swoich kosmetycznych zbiorach od dobrych kilku miesięcy. Rzadko jej używałam, bo nie myślałam, że kolory nude mogą mi się spodobać – zazwyczaj na ustach lądowała u nie fuksja lub odcienie intensywnego różu. Odkąd posiadam pomadkę Bourjois Rouge Edtition Velvet i tę, którą pokazywałam wyżej konturówka wróciła do łask. Może nie jest bardzo trwała, ale trzyma się na ustach zdecydowanie dłużej niż szminki. Ma kremową konsystencję i bardzo łatwo jest nią wyrysować idealny kontur ust. Do tego kosztuje niewiele – mniej więcej 6 złotych. Warto w nią zainwestować!
Co sądzicie o nowych zdjęciach? Podoba Wam się pomysł z lusterkiem? Znacie któregoś z moich ulubieńców? 
Pozdrawiam 🙂
Uncategorized

PROMOCJA ROSSMANN KWIECIEŃ 2016 | CO WARTO KUPIĆ? | CZĘŚĆ 1 – TWARZ

19 kwietnia 2016
Hej!
Pytałam Was na Facebooku czy chcielibyście zobaczyć, jakie kosmetyki są, według mnie, godne polecenia i kupienia na najbliższej promocji w Rossmannie, która rozpoczyna się już w środę (czyli jutro :P). Przygotowałam dość duże zestawienie tego, co u mnie się sprawdziło + 2 nowości, których jeszcze nie miałam. Mam nadzieję, że pomogę Wam się na coś zdecydować, albo wręcz przeciwnie – po przeczytaniu krótkiego opisu zrezygnujecie z kosmetyku i zaoszczędzicie kilka groszy 😀
Jeśli jesteście ciekawi, jakie produkty do twarzy polecam – przejdźcie do dalszej części posta 🙂

PODKŁADY:
  • Loreal True Match – mój faworyt i podkład numer jeden, Jestem mu wierna od lat, ponieważ jest to jeden z niewielu podkładów drogeryjnych, który jest na tyle jasny, abym mogła go używać.  Ma satynowo-matowe wykończenie i zawiera mikroskopijne drobinki, które mają rozświetlać naszą twarz – na szczęście nie są widoczne na twarzy. Niestety ma tendencję do podkreślania suchych skórek, ale jestem mu w stanie to wybaczyć. Na mojej mieszanej skórze dobrze się trzyma. Ma dobre krycie, ale raczej nie da się nim zrobić maski na twarzy, a na większe niedoskonałości będzie trzeba nałożyć korektor.
PUDRY: 
  • Rimmel Lasting Finish – puder, który mam aktualnie w swojej kosmetyczce. Ma fajne, funkcjonalne opakowanie z lusterkiem i dość dużą pojemność. Jest wydajny. Nie daje efektu płaskiego matu, więc nie bardzo sprawdzi się w przypadku cery tłustej. Jest lekko kryjący i można nakładać go na mokro.
  • Rimmel Stay Matte –  jeden z najbardziej sławnych pudrów blogosfery. Jest tani i dobrze matuje, ma ładne, jasne kolory. Moją skórę matowi na naprawdę dość długo okres czasu. Minusem jest niezbyt trwałe opakowanie, które ni nadaje się do torebki – puder potrafi się otworzyć ;/
  • Loreal True Match – Jeden z moich pierwszych pudrów, jest dużo droższy od poprzedników (mniej więcej 2 razy), ale miło go wspominam. Jego opakowanie ma podobną budowę do pudru Lasting Finish – tu również mamy oddzielna kasetkę na gąbeczkę i lusterko. Daje ładny efekt na buzi, dobrze matuje, jest idealny do poprawek w ciągu dnia.

KOREKTORY:
  • Maybelline Affinitone – jest to korektor dla osób, które szukają średniego krycia. Ma ładne kolory i kremowe wykończenie. Raczej nie wchodzi w załamania czy zmarszczki, ale trzeba pamiętać, aby nie przesadzić z jego ilością. Nie zakryje dużych sińców pod oczami, ale dobrze sprawdza się u osób potrzebujących mniejszego krycia.
  • Loreal Lumi Magique – korektor typowo rozświetlający, idealny pod oczy dla osób, które mają niewielkie problemy z cieniami 9nie oznacza to, że korektor nie kryje – moim zdaniem ma lekkie krycie w stronę średniego). Ładnie rozświetla i wyrównuje koloryt, dobrze stapia się ze skórą.  Niestety, jak większość korektorów w pisaku, nie jest zbyt wydajny. 
  • Loreal True Match – mój ulubiony drogeryjny korektor. Idealnie sprawdza się przy zakrywaniu sińców, ponieważ jego najjaśniejszy odcień ma dużo żółtego pigmentu. Dobrze kryje i jest wydajny. Nie wysusza okolicy pod oczami i nie wchodzi w załamania. Warto go przetestować.

BAZY POD MAKIJAŻ:
  • Rimmel Lasting Finish Primer – to jeden z dwóch kosmetyków, których jeszcze nie miałam w swojej kolekcji. Nie mam w kosmetyczce żadnej bazy pod podkład, a wiem, że ta nie jest aż tak silikonowa w odczuciu jak te tradycyjne. Nie będę jej używała na co dzień, tylko  na jakieś większe wyjścia – myślę, że w takiej kwestii da radę.
ROZŚWIETLACZE:
  • Wibo Diamond Illuminator – jeden z najpiękniejszych i najtańszych rozświetlaczy, porównywany do Marry Lou Manizer 😀 Ma go moja mama, więc miałam okazję go używać i daje bardzo ładny efekt na skórze. Nie jest ani za ciemny, ani za jasny. Nie wpada ani w różowe ani w żółte tony – powiedziałabym, że to kolor szampański. Dobrze trzyma się na skórze i nie ma w sobie drobinek.
  • Lovely Gold Highlighter – to z kolei rozświetlacz, który znalazł się w mojej kosmetyczce. pod względem konsystencji i jakości jest bardzo zbliżony do brata z sąsiedniej marki, natomiast ma zupełnie inny kolor – jest złoty. W Rossmannie dostępna jest jeszcze wersja chłodniejsza, która wpada delikatnie w srebro. 
BRONZERY / PRODUKTY DO KONTUROWANIA:
  •  Loreal Infallible Sculpt – to duo do konturowania twarzy od Loreal to coś, co zapragnęłam mieć od momentu, w którym pierwszy raz zobaczyłam ten kosmetyk. Podobno ma ciekawą – pudrowo-podkładową konsystencję, której jestem chyba najbardziej ciekawa. Najjaśniejsza wersja ma ładny, chłodny bronzer, którego brakuje mi w mojej kolekcji. Będę na nią polować jutro z samego rana 😛
RÓŻE:
  • Bourjois Blush – przepiękny, kultowy róż. Mam odcień 34 Rose D’or i to właśnie ten konkretny chciałam Wam polecić.  Jest wypiekany, ma perfumowany, dość intensywny zapach, co nie każdemu będzie odpowiadać. Jest różowy, ale odbija światło na złoto, co daje wielowymiarowy efekt. Do tego jest tak wydajny, że chyba nie sposób go zużyć przez 5 lat 😛
  • Maybelline Dream Touch Blush – to jedyny kremowy róż, jaki posiadam. Używam go najczęściej latem, bo mogę go przypudrować i lepiej się wtedy trzyma. Daje delikatny efekt, chociaż można go stopniować dodając kolejne warstwy. 
To już wszystkie kosmetyki do twarzy, które są moim zdaniem godne polecenia. Znacie któreś z nich? Lubicie? Co planujecie kupić na promocji?
Pozdrawiam :3