Wybrany tag

kosmetyki mineralne

KOLORÓWKA KOSMETYKI

MAKIJAŻ KOSMETYKAMI MINERALNYMI ECOLORE

29 czerwca 2018
ecolore kosmetyki mineralne recenzja róż, podkład, bronzer i rozświetlacz

Hej!

Moja przygoda z minerałami rozpoczęła się już ponad dwa lata temu i o ile początki nie były zbyt udane, tak teraz uczę się z nimi pracować i coraz częściej twierdzę, że minerały dają się lubić.

O moim stosunku do kosmetyków kolorowych w sypkiej formie postaram się napisać Wam wpis, a dziś zapraszam na recenzję czterech produktów marki Ecolore. Testowałam je przez ostatnie tygodnie i zdążyłam wyrobić sobie na ich temat opinię. Zostańcie ze mną – na koniec zaprezentuję Wam efekty, jakie udało mi się dzięki nim osiągnąć.

Jeśli ciekawi Was podkład Velvet Soft Touch w kolorze Golden 2, róż Cute Watermelon, bronzer Diani i rozświetlacz Daylight – zapraszam do dalszej części wpisu.

Czytaj dalej

Uncategorized

LILY LOLO | SYPKI RÓŻ MINERALNY | OOH LA LA | ROSEBUD | CHYBA SIĘ ZAKOCHAŁAM! :P

21 kwietnia 2017
mineralny róż sypki Lily Lolo Rosebud Ooh La La

Hej!
Jeśli śledzicie mnie od jakiegoś czasu (dłuższego :P) wiecie, że jestem wielką fanką pomadek, ale też róży. Uważam, że potrafią one dodać życia nawet najbardziej nudnemu i nijakiemu makijażowi i sprawiają, że w jedną chwilkę wyglądam na młodsze, zdrowsze i bardziej wypoczęte.
Wiem, jak trudno osobom z trądzikiem czy przebarwieniami/bliznami potrądzikowymi, rumieniem i egzemą trudno jest przekonać się do róży. Sama podchodziłam do tego kosmetyku po macoszemu i teraz bardzo żałuję – nie używałam też wtedy bronzera i moja twarz była płaska, bez wyrazu. Po prostu byle jaka. 
Odkąd nauczyłam się dobierać odpowiednie odcienie tego kosmetyku pasujące do mojej urody stosuję go codziennie i nie ma w tym przesady. Kilka tygodni temu, razem z pomadkami, które opisywałam Wam kilkanaście dni temu w oddzielnym wpisie, dotarły do mnie róże Lily Lolo. Wybrałam dwa odcienie, na które normalnie pewnie bym się nie zdecydowała – Ooh la la i Rosebud. Jesteście ciekawi, czy się do nich przekonałam? Jak oceniam jakość róży sypkich Lily Lolo? Zapraszam!

róż lily lolo ooh la la rosebud

Obietnice producenta

Rosebud

Połyskujący ciemno-różowy róż dający efekt naturalnych rumieńców.
Rosebud to wymarzony odcień na wieczór. Jest on nieco ciemniejszy niż
większość naszych róży. Pomalowane nim policzki są lekko połyskujące i
tym samym przepięknie podkreślone. Rosebud zasługuje również na uwagę ze
względu na swoją wielofunkcyjność i to, że użyty w odpowiedniej ilości
doskonale pasuje do każdej cery.

Ooh la la

Zachwycający, różowy róż do policzków, dający satynowe
wykończenie. Nakładaj go na tzw. „jabłuszka” policzków, by uzyskać efekt
zdrowych, naturalnych rumieńców. Ten niezwykle dziewczęcy odcień różu
odejmie lat i doda uroku.
  • nie zawiera drażniących substancji chemicznych, nanocząsteczek,
    parabenów, tlenochlorku bizmutu, talku, sztucznych barwinków,
    syntetycznych substancji zapachowych i konserwantów
  • naturalny i delikatny
  • lekka i jedwabiście gładka konsystencja
  • daje subtelne wykończenie; bardziej intensywny efekt można uzyskać nakładając kilka warstw
  • 100% naturalny

Opakowanie

Opakowanie bardzo przypomina te od podkładu, jest jednak mniejsze i bardziej płaskie. W środku posiada zamykane sitko z możliwością regulowania ilości otwieranych oczek. Całość działa sprawnie, nie zacina się, jest estetycznie wykonana.
Samo opakowanie ma matowe, satynowe wykończenie, co nadaje mu zarówno uroku, jak i elegancji. Na spodzie owalnego pojemniczka znajduje się nazwa konkretnego odcienia różu, termin przydatności po otwarciu oraz waga kosmetyku. 
W opakowaniu znajduje się 3 gramy różu.

lily lolo ooh la la rosebud róż

Skład 

Rosebud

MICA (mika – minerał odbijający światło, który optycznie poprawia wygląd skóry), SILICA (krzemionka – wchłania sebum, chroni przed nadmiernym powstawaniem sebum i nieestetycznym błyszczeniem się skóry) [+/- CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE)] (naturalne barwniki – tlenek żelaza na różnych stopniach utlenienia i dwutlenek tytanu)

Ooh la la

MICA (mika – minerał odbijający światło, który optycznie wygładza skórę i poprawia jej wygląd) [+/- CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 75470 (CARMINE)] (barwniki – tlenek żelaza, dwutlenek tytanu, czerwień karminowa)
Jak widzicie składy są krótkie i naturalne. Występuje w nich tylko mika, krzemionka i barwniki pochodzenia naturalnego. Dzięki temu kosmetyk jest przyjazny dla skóry, nie zapycha i optycznie poprawia jej wygląd. Dodatek krzemionki sprawia, że róż utrzymuje się świetnie nawet na cerze tłustej i będzie utrzymywał się na niej przez wiele godzin. Dodatkowo, dzięki temu, że róże te oparte są wyłącznie na mineralnych składnikach praktycznie nie mogą się zepsuć – nie sugerowałabym się datą ważności – można używać ich zdecydowanie dłużej, jeśli przechowujecie je i korzystacie z nich w odpowiedni sposób.

Pigmentacja

Pigmentacja to jeden z ważniejszych czynników przy wyborze dobrego różu. Miałam już kontakt z mineralnymi odpowiednikami tych kosmetyków i wiem, jak mocno są napigmentowane. Należy obchodzić się z nimi delikatnie, strzepywać nadmiar i nie nabierać zbyt wiele produktu na pędzel, ponieważ mogą stworzyć plamy o intensywnej barwie. Ja najczęściej aplikuję je pędzlem z włosia naturalnego, który odbiera im nieco krycia i w razie potrzeby dokładam kolejne warstwy. Swatche wykonywałam korzystając z niewielkiej ilości kosmetyku i przeciągając palcem po skórze tylko raz! Spójrzcie na te intensywne barwy!

rosebud ooh la la róż lily lolo

Trwałość

Od różu, jak i od całego mojego makijażu wymagam nienagannej trwałości. Nie zależy mi na tym, aby był on w nieskazitelnym stanie przez 24 godziny, ale 8 godzin to dla mnie minimum – na zajęciach potrafię ich spędzać i 12 i nie chciałabym straszyć kolegów spływającym podkładem (myślę, że koleżanki by się nie bały, bo wiedziałyby o co chodzi) xD 
Róże trzymają się na skórze od momentu nałożenia, do zmycia make-upu. Raczej nie mają tendencji do blednięcia, chociaż czasem, kiedy pocieram w ciągu dnia policzki, potrafią się nieco zetrzeć, co jest sytuacją zupełnie normalną. Ich trwałość mi odpowiada.

Dostępność

Róże, jak i inne kosmetyki Lily Lolo znajdziecie stacjonarnie w showroomie marki na ulicy Ciołka. Dostępne są także w sklepie internetowym oficjalnego polskiego dystrybutora – costasy.pl, a także w wielu internetowych drogeriach i sklepach oferujących naturalne kosmetyki.

lily lolo ooh la la rosebud róż

Cena

Każdy z róży kosztuje w cenie regularnej 51.20 zł. To dobra cena, mając na względzie wydajność tego kosmetyku i jakość jego wykonania. W podobnej cenie kupowałam jeden z moich ulubionych róży Bourjois, dlatego nie uważam, że jest ona zbyt wysoka.

lily lolo róż rosebud ooh la la swatch swatche

Moja opinia

Jak wspominałam we wstępie tego posta po róże sięgam regularnie i, jak na razie, nie wyobrażam sobie bez nich makijażu. Nie jest to mój pierwszy kontakt z tymi od Lily Lolo – dawno temu recenzowałam Wam In the Pink, czyli wersję prasowaną, która niemal codziennie gościła na moich zaróżowionych polikach.
Wybrałam dwa odcienie, które miały pomóc mi wyjść ze strefy komfortu – jeśli bym w niej została wybrałabym satynowy i połyskujący róż 😛 Zdecydowałam się jednak na kolory, w których do niedawna nie pokazałabym się poza domem.
Ooh la la to kolor niesamowicie dziewczęcy – koralowo – brzoskwiniowy z niewielką dozą różu. Jest satynowy i pięknie ociepla skórę nie podkreślając blizn i przebarwień, a także popękanych naczynek, za co jestem mu wręcz wdzięczna. Jest mocno napigmentowany, ale nakładany lekką ręka daje niezwykle delikatny efekt, co możecie podejrzeć na zdjęciach niżej. Myślałam, że będzie to typowa pomarańczka, której nigdy nie użyję, natomiast jest to niekwestionowany ulubieniec kwietnia! Widziałam go na blogach i wiem, że wiele dziewczyn ma co do niego podobne zdanie – wcale się temu nie dziwię 🙂

Rosebud to natomiast odcień ciekawy i niespotykany – nie widziałam jeszcze takiego w gamie innych marek. Ma malinowo – buraczaną podstawę, raczej o chłodnym zabarwieniu, ale wtopione są w nią złote, malutkie drobinki, które ostatecznie ocieplają skórę. Jest to kolor wielowymiarowy, który zmienia się w zależności od padającego światła. Raz jest ceglasty, raz malinowy, ciemniejszy, jaśniejszy. Jego tonacja również ulega zmianie i tak z zimnego może zmieniać się w neutralny, a nawet ciepły. Niestety żadne ze zdjęć nie oddaje jego charakteru – to prawdziwy kameleon i musicie uwierzyć mi na słowo. 

Od strony technicznej nie mam tym różom nic do zarzucenia – są świetnie napigmentowane, dobrze się utrzymują i rozcierają. Nie powodują powstawanie zaskórników i wyprysków – nie działają aknegennie i komedogennie. Są przyjazne dla skóry, maja naturalny, prosty skład, dzięki któremu są  w stanie przetrwać długie lata w nienaruszonym stanie. Ich opakowania są funkcjonalne i sprawdzą się nawet w podróży. Na policzku rozkładają się równomiernie, a efekt, jaki chcemy dzięki nim osiągnąć można potęgować. Jestem nimi pozytywnie zaskoczona i na pewno będą mi towarzyszyć jeszcze przez długi czas.
swatche swatch róż lily lolo ooh la la rosebud flushed surfer girl doll face candy girl
W rzeczywistości odcienie te są nieco chłodniejsze, ciężko było mi dostosować temperaturę i balans bieli ;/ Zdjęcie bez filtra.

róże lily lolo rosebud róż ooh la la

Czy kupię ponownie?

Mam ochotę sięgnąć po więcej odcieni, szczególnie po te, które wyżej zeswatchowałam 😀 Jestem oczarowana tymi różami, ich plastycznością, ciekawymi odcieniami i trwałością. Coś czuję, że na tych dwóch moja przygoda się nie zakończy.

lily lolo costasy róże róż ooh la la rosebud

Niżej możecie zerknąć na to, jak róże wyglądają na policzkach. Zdjęcia nie posiadają nałożonego filtra.

ooh la la róż lily lolo swatch jak wygląda na policzkach

ooh la la róż lily lolo jak wygląda na policzkach swatch

rosebud lily lolo róż swatch jak wygląda na policzkach

jak wygląda na policzkach róż lily lolo rosebud

Wiem, że na ostatnich zdjęciach wyglądam jak czopek, ale nie umiem robić sobie zdjęć, a do tego popsuł mi się autofocus 😛 
Jak podobają Wam się te róże? Jest to niezbędny element Waszego makijażu, czy może zazwyczaj go odpuszczacie?
Pozdrawiam, miłego weekendu, do niedzieli!
Uncategorized

MOJE NATURALNE PIĘKNO | KONKURS ZBLOGOWANI I ANNABELLE MINERALS

14 września 2016

Kiedy zobaczyłam na zblogowanych akcję z Annabelle Minerals wiedziałam, że nie będę mogła przejść obok niej obojętnie! Długo myślałam jak mam temat ugryźć – przecież konkurs nie polega na tym, żeby wypisać cechy produktu ze strony producenta i wstawić dwa zdjęcia…
O nie! Dla mnie konkurs był wyzwaniem. Postanowiłam w końcu stanąć z drugiej strony obiektywu – a dokładniej przed nim. Było to dla mnie nie lada wyczynem. Aparaty, sesje – to wszystko bardzo mnie stresuje i nie potrafię skupić się na tym, jak mam na samym zdjęciu wyglądać. Jeśli chcecie posłuchać moich wywodów na temat naturalnego piękna i makijażu mineralnego – zapraszam dalej. Ostrzegam – post będzie jak tasiemiec – jak każdy na tym blogu. Z tym wyjątkiem, że dzisiaj będę tu MODELKĄ, a to nie zdarza się zbyt często… Doceńcie to 😀

Kosmetyki mineralne odkryłam mniej więcej półtorej roku temu. Szukałam zdrowej alternatywy dla drogeryjnych produktów do makijażu. Jak wiecie – mam problemy ze skórą i tego nie ukrywam. Zaczerwienienia, trądzik, blizny, przebarwienia, rozszerzone pory, świecenie – mogłabym tak pisać i pisać, ale nie jestem tu po to, żeby skupiać się na swoich wadach.
Zawsze byłam osobą pewną siebie, niestety trądzik tę pewność siebie mocno zaburzył. Stałam się zamknięta w sobie. Pierwsze, o czym myślałam, kiedy pojawiałam się w towarzystwie to fakt, czy każdy zwraca uwagę na moje wielkie pryszcze na policzkach. Tak… Dokładnie tak o sobie myślałam, bez owijania w bawełnę, bez słodzenia.

Nie będę ukrywać faktu, że drogeryjne podkłady, których używam mi nie szkodzą. Mam jeden sprawdzony, do którego wracam od lat i nie powoduje to u mnie wysypu niedoskonałości. Szukałam jednak ideału, Świętego Graala, który nie tylko maskowałby to, co jest we mnie nieidealne, ale też to leczył.
Annabelle Minerals to marka rodzima i to dzięki temu mój pierwszy kontakt z minerałami oparł się na relacji z produktami tej firmy. Kupiłam próbki, zabrałam się do dzieła i co? Wcale nie było tak, jak mówiły dziewczyny na you tubie… Ach, zapomniałam… One nie miały krwiaków na policzkach, które przykryłaby tylko dłoń położona w tym miejscu.

Nie poddałam się jednak tak szybko i zaczęłam eksperymentować.
Aplikacja kilku cienkich warstw czy dwóch grubszych? A może ta na mokro? Podkłady, korektory, róże, pudry
– przyznam się, że moje pierwsze próby wcale nie były udane.
Ciągle
miałam wrażenie, że nie będę umiała ujarzmić sypkiej formuły
– bo jak
sypki produkt ma kryć tak, jak ten w formie kremu czy musu – przecież to
niezgodne z prawami logiki! Moja skóra się buntowała – mimo dobrego
nawilżania byłam jedną, wielką, chodzącą suchą skórką i przez to
rzuciłam minerały w kąt – nie wyglądałam w nich dobrze, bo moja skóra
nie była pod nie odpowiednio przygotowana.
Moim
zdaniem minerały są jak farba, a nasza skóra jest płótnem. Nawet
najzdolniejszy malarz z najlepszym sprzętem nie stworzy cudu na słabej
jakości bazie – nieodpowiednio zagruntowanej, krzywej i wyboistej. My
też powinniśmy najpierw zadbać o pielęgnację skóry, a dopiero później
dostosowywać do niej makijaż – w innym wypadku nasze starania spełzną na
niczym – to proste, choć na początku trudne do przyjęcia.
Ostatnie wakacje, a później wrzesień i październik były punktem kulminacyjnym. Pojawił się u mnie trądzik, jakiego jeszcze nigdy nie było. Bolała mnie cała skóra, a leczenie dermatologiczne działało skutecznie, ale wolno. Nadal malowałam się tym, co miałam, całkowicie zapominając o minerałach.
Kiedy na początku tego roku opadły mi ręce i nie wiedziałam już, jak mam działać – postanowiłam stworzyć zupełnie nowy plan pielęgnacji. Synergia naturalnych składników z aptecznymi formułami zaczęła działać, a ja z dnia na dzień coraz chętniej przeglądałam się w lustrze. W walce o piękną cerę pomogły mi też walczyć większe ilości wody i całkowite odstawienie nabiału.

Po maturze, kiedy miałam więcej czasu z podkulonym ogonem wróciłam do samotnych, porzuconych słoiczków. Umyłam wszystkie pędzle, trzymałam się planu pielęgnacji i…
Nie uwierzycie, jakież było moje zdziwienie!

Zaczęłam od nakładania podkładu w formie kryjącej – wydawało mi się, że to ona będzie dla mnie odpowiednia, ponieważ mam wiele zmian na policzkach – od przebarwień, po blizny włącznie. Okazało się jednak, że niekoniecznie dobrze współpracuje ona z moim sebum – podkład po kilku godzinach ważył się tak samo, jak te kupione w drogerii – a przecież nie na tym mi zależało.

Impasem w moim przypadku była zmiana formuły. Matująca ma delikatnie
mniejsze krycie, ale za to zdecydowanie mocniej wchłania sebum. W każdym
słoiczku znajdują się tylko 4 składniki – mika, która jest substancja
odbijającą światło
. Sprawia, że nasza skóra wygląda na gładszą, bardziej
jednolitą i zdrową. Dwutlenek cynku to związek, który jest naturalnym,
mineralnym filtrem UVA/UVB. To, że jest mineralny oznacza, że powinno
się go dopełniać, bo ściera się z naszej skóry pod wpływem „uszkodzeń”
mechanicznych – pocierania, dotyku a nawet podczas pocenia. Nie oznacza to jednak tego, że nie chroni – ja po prostu
wolę nałożyć pod spód filtr chemiczny, który da mi dodatkowy komfort.
Tlenek cynku matuje, ale nie tylko – działa też antyseptycznie (to działanie było wykorzystywane już w starożytności) i jest
mineralnym filtrem UV, podobnie jak jego poprzednik. Tlenki żelaza to
barwniki
, nieszkodliwe dla naszego zdrowia.

Pewnie ciekawi Was jak aplikuję minerały, żeby uzyskać dość mocne krycie i świetną trwałość. Otóż moją bazą są krem na dzień + filtr UV – zastygający i suchy w dotyku. Minerały niespecjalnie dobrze będą chciały rozprowadzać się po lepkiej skórze – będzie ciężej je równomiernie nałożyć i nie narobić sobie plam. Lepiej wybierać pod nie kremy o suchym wykończeniu. Na to nakładam puder bambusowy lub ryżowy – moja skóra jest wtedy jeszcze bardziej wygładzona i pędzel sunie po niej o wiele łatwiej. Czasem pomijam ten krok, ale wtedy widzę, że zaczynam się szybciej błyszczeć. To mój trik na przedłużenie trwałości makijażu.

Następnie biorę pędzel typu kabuki, maczam go w podkładzie i staram się to robić tak, żeby kosmetyk dotarł w każdy zakamarek mojego narzędzia pracy. Nadmiar otrzepuję na zakrętkę, końcówką pędzla stukam delikatnie o blat, żeby podkład osiadł na nim głębiej i nie pylił przy aplikacji. Jestem z grona tych osób, które nakładają trochę grubsze warstwy, ale nadal w granicach rozsądku – tak, aby nie przesadzić i nie nałożyć jednej, przez którą nie będzie przebijała mi tekstura skóry. Kolejnym krokiem jest punktowe nałożenie korektora na miejsca, które wymagają dokładniejszego przykrycia. Następnie dokładam jeszcze jedną warstwę podkładu – wtedy już naprawdę cieniutką – służy ona lepszemu rozblendowaniu korektora. Całość utrwalam pudrem, z którego korzystałam na samym początku.

Czy oprócz podkładu i korektora stosuję jeszcze jakieś kosmetyki od Annabelle Minerals? Na powiekę często aplikuję jasny, lekko połyskujący cień o wdzięcznej nazwie Vanilla. Na moje powieki działa jak podrasowany korektor – ujednolica ich koloryt, a w słońcu delikatnie się mieni – moje spojrzenie wygląda wtedy na świeższe i pełne blasku. Jako miłośniczka róży często nakładam delikatny Romantic, który jest moim ulubieńcem wszech czasów (na potrzeby tego posta dmuchałam nim w stronę obiektywu – ucierpiało chyba 25% produktu – jak żyć? :P). To delikatny, różowy odcień, który jest stworzony dla bladolicych. Mimo mocnej pigementacji raczej nie zrobicie sobie nim krzywdy. Drugim z moich ulubieńców jest zdecydowanie bardziej intensywny Rose, który wpada w tony różano-koralowe i idealnie sprawdza się przy lekkich makijażach – fajnie wygląda jako główny element skupiający na sobie uwagę 🙂

Skoro opisałam Wam to, jak ma się moja przygoda z minerałami, jak je nakładam, czym, co lubię i doceniam, warto byłoby odnieść się do głównego pytania konkursowego 
Dlaczego wybieram kosmetyki mineralne?
Zacznę od tych zalet, które znajdziemy w obietnicach producenta:
  • Minerały są kosmetykami, które nie wpływają negatywnie na moją skórę. Mogę bez obaw codziennie je stosować, a wyprysków czy zaskórników nie przybywa. Nie wysuszają też wrażliwej skóry. O podrażnieniach nie ma mowy. Zdarzało mi się to w przypadku długotrwałych podkładów typu longstay.

  • Można aplikować je na sucho i na mokro – zależnie od tego, jak wolicie i jaki efekt chcecie uzyskać. Aplikacja na mokro pozwala mi na znaczne zwiększenie krycia – szczególnie w przypadku korektora. Jeśli wolicie aplikację na sucho – taką ja wybieram częściej – a przeszkadza Wam efekt pudrowości i nie chcecie czekać kilkudziesięciu minut aż zniknie – wystarczy użyć specjalnego fixera lub hydrolatu. Oznacza to, że w praktyce w jednym kosmetyku mam dwa – sypki i w formie… hmmm… kremu.

  • Korektor, przez swoje antybakteryjne właściwości, przyspieszają gojenie się wyprysków. Szczególnie tych, które należą do kategorii ropnych wykwitów. Delikatnie je podsusza i sprawia, że są mniej bolesne. Nie swędzą, co pozwala uniknąć rozdrapania. To pomocne dla osób walczących z trądzikiem neuropatycznym – nie czuć = nie dotykam.

  • Skóra pomalowana kolorówką naturalną po prostu oddycha. Nic się nie lepi, nawet po kilku godzinach. W moim przypadku taki makijaż nie jest wyczuwalny – czuję się tak, jakbym cały dzień chodziła posmarowana tylko i wyłącznie lekkim kremem nawilżającym. Uważam to za ogromny plus – wraz z ochroną przeciwsłoneczną ta właściwość sprawia, że łój obecny w porach nie utlenia się i nie jest widoczny w postaci czarnych zaskórników otwartych.

  • Kosmetyki mineralne lekko kontrolują wydzielanie sebum, więc w przypadku cery, jaką ja posiadam pozwalają na przedłużenie trwałości makijażu. Żaden drogeryjny podkład nie wygląda na mojej twarzy tak dobrze, jak matujący Annabelle – oczywiście po całym dniu noszenia. Czasem mam lepsze, czasem gorsze dni, ale 7-8 godzin to dla niego pestka. Oczywiście po tak długim czasie moja skóra nie wygląda nieskazitelnie, ale przede wszystkim nie muszę mieć przy sobie pudru i bibułek matujących, a nadal czuję się komfortowo.
  • Minerały nie posiadają w swoim składzie konserwantów, PEGów i parabenów. Mnie te substancje nie uczulają, ale wiem, że wiele wrażliwców jest z tego powodu zadowolonych. Dodatkowo nie są testowane na zwierzętach i nie zawierają substancji pochodzenia zwierzęcego. Są odpowiednie dla wegan i wegetarian.

  • Kosmetyki mineralne są niezwykle wydajne. O ile podkład i puder jesteśmy w stanie zużyć w kilka miesięcy, tak korektor, róż czy cienie to kosmetyki niemal wieczne.  Będą nam służyć przez wiele lat, więc nawet jeśli szkoda Wam te kilkadziesiąt złotych na jeden z nich – rozłóżcie to na czas użytkowania – wtedy stosunek ceny do ilości wyda się Wam o wiele bardziej zasadny.

  • Wyżej wspomniałam, że mogą służyć nam kilka lat. Ale jak to? Przecież na słoiczkach jasno widnieje – rok po otwarciu. Nie dajcie się zmylić! Prawo nakłada na producentów obowiązek określenia czasu, w którym (po otwarciu) kosmetyk nadaje się do użytku. Minerały są bezpiecznie nawet wtedy, kiedy leżą kilkanaście miesięcy. Bez obaw można ich używać, nie zrobią nam krzywdy. Wiąże się to bezpośrednio z następnym punktem. Minerały nie mają terminu ważności, ponieważ…

  • … minerały składają się wyłącznie z substancji nieorganicznych – a właściwie nimi są. Jak powszechnie wiadomo, na materii nieożywionej nie mogą namnażać się żadne organizmy żywe – wirusy i bakterie też. Nawet jeśli przypadkowo wprowadzimy drobnoustroje do swoich kosmetyków – nie będą mogły tam bytować ani powielać swojej liczby przez brak pożywienia. Jasne – czasem trafi się im jakaś sucha skórka, więc w miarę możliwości powinniśmy codziennie korzystać z czystego pędzla. Nie dajmy się jednak zwariować 🙂 Pamiętajmy też o tlenku cynku – przy okazji składu wspominałam o jego antybakteryjnych właściwościach – w tym przypadku bardzo się przydają.

  • Minerały zawierają SPF na poziomie 15, chronią więc naszą skórę przed promieniowaniem słonecznym. Dla mnie jest to ochrona zbyt mała, ponieważ mam niski fototyp skóry i często pojawiają się u mnie poparzenia słoneczne. Uważam jednak, że dodatkowa ochrona zawsze się przydaje – lepiej ją mieć, niż nie. Co do SPF – nie zauważyłam, żeby minerały bieliły mnie na zdjęciach.

  • W ofercie marki znajdziemy mnogość wykończeń i odcieni. Od tych najjaśniejszych, po te dla osób o ciemnej karnacji. W końcu znalazłam podkład, którego nie muszę niczym rozjaśniać. Osoby jeszcze bledsze niż ja też będą zadowolone – gama cream jest tak jasna, że nawet ja wyglądam w niej jak córka młynarza 😀 Możemy wybierać pomiędzy podkładami matującymi, rozświetlającymi i kryjącymi. Jeśli chodzi o tonację, odnajdziemy gamy sunny, golden, natural i beige. W każdej gamie znajdziemy kilka odcieni o różnym stopniu jasności. Ostatnią nowością są korektory dopasowane do podkładów – cud, miód i orzeszki 😀

  • Przy okazji kolorów warto wspomnieć,że minerały po kontakcie z sebum nie ciemnieją! Nie straszne im zmiany pH podczas jego wydzielania, więc komfortowo nosi się je przez cały dzień. Bez obaw, że po powrocie do domu będziemy wyglądać jak cudowna pomarańczka 😛

  • Mimo tego, że wykończenie podkładu matującego, którego używam jest – MATOWE (odkrycie roku :P) – skóra nie wygląda płasko. Zawdzięczamy to obecności miki, która rozprasza światło. Dzięki temu nie muszę się rano gimnastykować – nie chcę wyglądać jak dziewczyna z maską na twarzy 😛 Przy minerałach nie muszę nic więcej robić.

Jakich produktów Annabelle Minerals użyłam do wykonania makijażu do tego posta?
-Podkładu Annabelle Minerls Natural Fairest w wersji matującej (próbka w słoiczku)
-Korektora  Annabelle Minerals – light + medium (próbki w woreczku)
-Pudru matującego Pretty Matt
-Różu Annabelle Minerals Romantic
-Cienia do powiek Vanilla
Lubicie minerały? Co sądzicie o tym konkursie? Podoba Wam się mój pomysł na konkursowy post? I na koniec – jak wypadłam jako modelka? 😛
Zapraszam Was na konkurs zorganizowany na platformie zblogowani.pl we współpracy z Annabelle Minerals. Do wygrania są kosmetyki AM, a także aparat i dwa tablety. Bierzcie udział – naprawdę warto!

zBLOGowani.pl

Pozdrawiam :*