Wybrany tag

konturówka do ust

Uncategorized

ZAKOCHAJ SIĘ W JESIENI: POSTAW NA KOLORY! ♥

30 października 2016
Hej!
Ostatnio ciężko jest z moją regularnością w dodawaniu wpisów. Powiem szczerze, że zbliża się termin pierwszych kolokwiów, a do tego i mnie dopadła choroba – przez to nie wyrabiam się z odpisywaniem na komentarze i publikowaniem nowych postów :C Czuję się z tym źle, ale wiem, że mi też należy się chwila odpoczynku – mam nadzieję, że przez najbliższe tygodnie uda mi się w końcu doprowadzić to do ładu – jeśli jestem w blogowych sprawach na bieżąco – znacznie łatwiej jest mi to później wszystko „ogarnąć”.
Dziś chciałabym zaprosić Was na kolejny wpis z cyklu Zakochaj się w jesieni. Tym razem opowiem Wam o kilku kosmetykach, które towarzyszą mi w codziennym makijażu. Z góry zaznaczam, że nie będzie ich wiele – odkąd wróciłam na studia nie mam już tyle czasu, żeby o porankach eksperymentować z moim make-upem. Dodatkowo wprowadzam do swojej pielęgnacji i makijażu minimalizm – kroczę utartymi ścieżkami i tylko czasem zmieniam jakiś element 🙂 Jeśli jesteście ciekawi, co wpadło do mojego worka zatytułowanego „Make up essentials” – zapraszam na dalszą część wpisu 🙂

Tym razem zacznę z innej strony – od paznokci. Ostatnio rzadko sięgam po hybrydy – chyba zniechęca mnie fakt ich późniejszego ściągania 😛 Mam zamiar do nich wrócić w listopadzie, a taka kilkutygodniowa przerwa dobrze zrobiła moim pazurkom. Jesienią zazwyczaj sięgam po klasyczne odcienie, do których dorzucam jeszcze wszystkie ciemne kolory. Dziś mam Wam do pokazania dwa kolory lakierów od Essie – Watermelon i Fiji 🙂 Watermelon to nasycona, malinowa czerwień, która na paznokciach wygląda albo niezwykle elegancko, albo zadziornie – a wszystko zależy od tego, jaką stylizację mamy na sobie. Fiji jest jasnym, różowym lakierem nude, które jest nieco bardziej problematyczny w  nakładaniu – czasem ma tendencje do smużenia, ale jestem mu to w stanie wybaczyć. Często na paznokciach lądują u mnie jeszcze szarości, granaty i ponadczasowa czerń. Przygotujcie się – postaram się wstawiać tu jakieś paznokciowe stylizacje, ponieważ zawsze dostaję wiele miłych komentarzy pod zdjęciami na Instagramie – poczytałybyście takie mini wpisy tu, lub na Facebooku?
Po paznokciach przyszedł czas na twarz i zacznę od tego, z czym mam największy problem – oczy. Dzięki produktowi, o którym Wam ostatnio pisałam, polubiłam makijaż tej części mojego ciała 🙂 Mowa tu o cieniu duochrome Lily Lolo, czyli Smoky Brown. Dla takiego laika jak ja to super sposób na szybki makijaż oka – ten cień nałożony na powiekę samodzielnie potrafi „zrobić” cały makijaż. Lekko ciepła baza w połączeniu z chłodnym błyskiem drobinek wyglądanie niesamowicie  – niejednokrotnie podczas jego noszenia dostawałam pytania, czym pomalowałam powieki 🙂
Jesienią sięgam też częściej po eyelinery i moim numerem jeden w tej kategorii jest ten z Loreal, a dokładniej Super Liner Perfect Slim. Nigdy nie umiałam poradzić sobie z rysowaniem kresek, a dzięki jego cienkiej i niezwykle precyzyjnej końcówce w końcu, chociaż w podstawowym stopniu, udało mi się opanować tę sztukę. Jest trwały, jego odcień jest głęboki, ale ma jedną wadę – trzeba trzymać go do góry nogami, w innym wypadku, w najcieńszym miejscu końcówki może zabraknąć nam tuszu ;c

Jesienią rzadziej sięgam po rozświetlacze, a jeśli już je wybieram – zazwyczaj mam ochotę na coś, co daje bardziej subtelny efekt. W tym sezonie w mojej kosmetyczce króluje rozświetlacz w szampańskim odcieniu od Lily Lolo Champagne. Jest to rozświetlacz prasowany, dający delikatny, aczkolwiek zauważalny efekt. Jest idealny na co dzień, a przy nałożeniu kilku cienkich warstw nada się też na większe wyjścia. Lubię go za uniwersalny kolor, ponieważ dzięki temu pasuje do większości róży, które zazwyczaj stosuję. Świetnie nadaje się na podróże, ponieważ ma cieniutkie opakowanie i nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce.

Róże, to jeden z moich ulubionych elementów w makijażu. Lubię eksperymentować z ich odcieniami, chociaż moje ulubione krążą gdzieś w granicach róży – i chłodniejszych, i cieplejszych. Dzisiaj chciałam pokazać Wam coś, co było już w moich ulubieńcach, oraz miało 5 minut na blogu, czyli róż z Lily Lolo, a konkretnie odcień In the Pink. W opakowaniu wygląda na matowy, na skórze staje się jednak satynowy, przez co delikatnie odbija światło, a nasza twarz wygląda na rozpromienioną i zdrowszą. To bardzo neutralny odcień, dlatego tak często po niego sięgam. Dalej chciałam wspomnieć jeszcze o dwóch nowościach z Wibo, które udało mi się upolować na promocji w Rossmannie 🙂 Mowa tu o różach Ecstasy, a tak naprawdę o kolorach 1 i 2. Jedynka to podobno zamiennika Narsa Orgasm – to brzoskwiniowo – różowa propozycja, która mieni się na złoto i ożywia każdy, nawet najcięższy makijaż. Dwójka to natomiast truskawkowy odcień, który na swatchu wygląda bardziej ceglasto niż później na policzkach. Również ma w sobie małe drobinki, o których istnieniu przed zakupem niestety nie wiedziałam. Oba są bardzo mocno napigmentowane i za pierwszym razem zrobiłam sobie wielką krzywdę – miałam policzki jak ruska baba 😛 Nałożone w niewielkiej ilości wyglądają super, ale trzeba pamiętać, że samo otrzepanie pędzla niestety nie wystarcza 😛

Przechodzimy już do ostatniej, najbardziej interesującej dla mnie części tego wpisu 😀 Uwielbiam pomadki i mam ich zdecydowanie najwięcej, jeśli chodzi o kosmetyki kolorowe. Najpierw chciałam pokazać dwie konturówki, z których jedna jest tą, po którą sięgam niemal codziennie 🙂 Mowa tu o dwóch egzemplarzach Lovely Perfect Line, w odcieniach 1 i 2. Jedynka to nudziak, który w moim przypadku pasuje do wszystkich jasnych pomadek. To już moja druga sztuka i przyznam szczerze, że na pewno nie ostatnia. Dwójka to natomiast ciepły, intensywny róż, który, co prawda, nie pasuje do wszystkich fuksjowych pomadek, ale znalazłam dla niego kilka „do pary”. Konturówki są miękkie i miło się z nimi pracuje. Nie są najtrwalszymi konturówkami na świecie, ale nie podkreślają za to suchych skórek. Tak jak już wspomniałam – do jedynki będę wracać, to tak piękny odcień, że będzie pasował każdej z Was 🙂

Na deser zostawiłam cztery pomadki, po które ostatnimi czasy sięgam najczęściej. Pierwsza i ostatnia to Golden Rose. Obie matowe, z tym, że jedna jest płynna.  Obie są koloru lekko przybrudzonego różu, natomiast Velvet Matte 39 jest zdecydowanie jaśniejsza. Często używam jej w tygodniu, kiedy idę na zajęcia – nie rzuca się w oczy, a dzięki niej i konturówce moje usta wydają się być o wiele pełniejsze, niż są w rzeczywistości. Pomadka z drugiej serii, czyli Longstay Liquid Matte Lipstick 03 to odcień chłodniejszy, w pełni matowy, który zastyga na ustach i ma tendencje do lekkiego ich wysuszania. Kiedy pijemy i jemy lekkie rzeczy – jest nie do zdarcia. Z ust rusza się dopiero wtedy, kiedy sięgniemy po coś tłustego. To ciekawy, różowo-fioletowy odcień z różowym pyłkiem – dzięki temu pyłkowi pomadka zmienia swój kolor w zależności od tego, jakie światło na nią pada – to najbardziej mnie w niej ujęło. Kolejna propozycja to p2 i kremowa, miękka pomadka 080 Tell me a Tale. Ma błyszczące wykończenie, ale mi, miłośniczce matowych wersji mocno przypadło do gustu. Nie podkreśla suchych skórek, ale jednocześnie nie utrzymuje się na ustach przed długie godziny. Ma różowo-pomarańczowy kolor, który na swatchu wyszedł zdecydowanie bardziej rudy, niż ma się to w rzeczywistości. Można ją kupić w Polsce – między innymi w Hebe. Niestety tu jej cena jest zdecydowanie wyższa :C Ostatnia, mocniejsza sztuka to pomadka Rimmel Moisture Renew i kolor 360 As You Want Victoria. To fuksja w dosłownym tego słowa znaczeniu – na ustach wygląda niezwykle seksownie – to mój zamiennik klasycznej czerwieni. Mimo tego, że jest kremowa na ustach utrzymuje się całkiem długo, tym bardziej, że pigment mocno wpija się w usta i nie chce z nich później zejść.

Niżej możecie zobaczyć swatche kosmetyków, o których tu wspomniałam. Wiem, że nie ma ich wiele, może nie pokazałam też nic odkrywczego, ale wiem też, że większość z nas nie sięga po odważne propozycje na co dzień. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś ciekawego, o czym jeszcze nie czytaliście na innych blogach 🙂

Zapraszam Was też na posty dziewczyn, czyli:

Na co jesienią zwracacie większą uwagę podczas codziennego makijażu? Wolicie podkreślać oczy, czy usta? Czy któryś z tych kosmetyków był dla Was nowością?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

ULUBIEŃCY MAJA | INDIGO | DERMOFUTURE | MAYBELLINE | LOVELY

2 czerwca 2016
Hej!
Jak już pisałam na Facebooku, post nie pojawił się wczoraj przez wzgląd na Dzień Dziecka 😀 Zaplanowaliśmy z rodzicami spontaniczny wyjazd na weekend, więc mieliśmy ostatnio kilka rzeczy do zorganizowania. 
Matura już dawno za mną, a ja mam na Was mniej czasu i jest mi przez to przykro – często odwiedzam blogi tylko tych osób, które się odzywają – mam nadzieję, że niedługo ulegnie to zmianie.
Jeśli chcecie przeczytać kilka słów o moich pielęgnacyjnych i kolorówkowych ulubieńcach – zapraszam dalej 🙂 Na pewno nie będziecie się nudzić, bo znalazłam w swojej kosmetyczce naprawdę ciekawe produkty i gadżety 😀

INDIGO, OLEJEK DO CIAŁA

Kilkakrotnie, na łamach bloga, wspominałam Wam, że wróciłam do regularnego olejowania moich włosów. Aktualnie są w tak dobrym stanie, że nie muszę robić tego częściej niż raz w tygodniu na całą noc – w innym wypadku zaczynają się szybciej przetłuszczać i obciążać – wysokie temeratury i wilgotność powietrza widocznie nie służą mojemu skalpowi.
Olejek Indigo otrzymałam w paczce na Meet Beauty i miałam zużyć go do masażu ciała. Ma przepiękny zapach i funkcjonalne opakowanie – produkt znajduje się w przeźroczystej, pomarańczowej butelce z atomizerem.  Wygodnie aplikuje się go właśnie na włosy – raczej nie zdarza mi się dzięki temu przedobrzyć z jego ilością, a mam do tego skłonności. 
Moje włosy po zastosowaniu tego olejku są miękkie, lśniące i dociążone. Nie mam problemów z ich rozczesywaniem, plączą się zdecydowanie mniej. Olejek stosuję od ucha ku dołowi, aby zapobiegać szybszemu przetłuszczaniu się skóry głowy. Wbrew pozorom ma dobry skład i na blogu na pewno znajdzie się bardziej obszerny wpis na jego temat.

DERMOFUTURE, SONICZNA SZCZOTECZKA DO TWARZY 
Szczoteczka, którą mam od pierwszego kwietnia, więc dokładnie 2 miesiące. Przestałam jej używać tylko na pięć dni, bo akurat rozładowała mi się na wyjeździe i przestraszyło mnie to, jak zmieniła się moja skóra w tak krótkim czasie – pojawiło się więcej zaskórników, kaszka, kilka wyprysków – to coś oznacza :O

Szczoteczki używam rano i wieczorem. Staram się masować twarz pokrytą żelem mniej więcej przez minutę, ale myślę, że często przedłużam sobie ten relaksujący moment. Nie wyobrażam sobie bez niej mojego etapu oczyszczania skóry. Dzięki niej nie mam już tak wielu suchych skórek, a podkłady zdecydowanie lepiej na mnie wyglądają. Skóra jest bardziej napięta, zniknęły mikroobrzęki, które często pojawiały się u mnie przed miesiączką. Kremy lepiej się wchłaniają. Podsumowując – szczoteczka cud! 😀


MAYBELLINE, COLOR SENSATIONAL 250 MYSTIC MAUVE
Szminka, którą zobaczyłam u Olgi z bloga apieceofally.pl, a którą na promocji w Rossmannie upolował dla mnie kochany Mateusz (taki chłopak to skarb :D). W maju lądowała na moich ustach zdecydowanie najczęściej. Nie jest do końca matowa – ma kremowe wykończenie. Nie posiada drobinek. Kolor to brudny róż lekko wpadający w fiolet – jak dla mnie idealny nudziak. Świetnie zgrywa się z typem mojej karnacji i zawsze, kiedy mam ją na ustach zyskuję masę komplementów. Ma ładny, słodki zapach, solidnie wykonane opakowanie, a na ustach trzyma się około 4 godzin. Nie wysusza ich i nie podkreśla suchych skórek. 

LOVELY, PERFECT LINE W ODCIENIU 01
Konturówka w kolorze łudząco podobnym do szminki, którą mam w swoich kosmetycznych zbiorach od dobrych kilku miesięcy. Rzadko jej używałam, bo nie myślałam, że kolory nude mogą mi się spodobać – zazwyczaj na ustach lądowała u nie fuksja lub odcienie intensywnego różu. Odkąd posiadam pomadkę Bourjois Rouge Edtition Velvet i tę, którą pokazywałam wyżej konturówka wróciła do łask. Może nie jest bardzo trwała, ale trzyma się na ustach zdecydowanie dłużej niż szminki. Ma kremową konsystencję i bardzo łatwo jest nią wyrysować idealny kontur ust. Do tego kosztuje niewiele – mniej więcej 6 złotych. Warto w nią zainwestować!
Co sądzicie o nowych zdjęciach? Podoba Wam się pomysł z lusterkiem? Znacie któregoś z moich ulubieńców? 
Pozdrawiam 🙂