Wybrany tag

Indigo

PROJEKT DENKO

PROJEKT DENKO | STYCZEŃ 2017 | KĄPIELOWE REWELACJE

27 lutego 2018
PROJEKT DENKO STYCZEŃ 2018 1

Hejo!

Nie było mnie tu praktycznie cały tydzień, ale powoli wdrażam w życie plany „naukowe” i „blogowe”, więc ten okres adaptacji powinien się własnie zakończyć. Miałam naprawdę ciężkie dni (i będą się one jeszcze ciągnąć) – sporo zaliczeń, kolokwiów, a po feriach ciężko jest wrócić do rzeczywistości. Korzystam też z tego, że mam wenę i chęci na naukę – im mniej zaległości sobie narobię, tym później powinno być łatwiej.

Zapraszam Was dziś na styczniowy projekt denko. Mam Wam do pokazania kilka ciekawych kosmetyków, tym razem skupiłam się na zużywaniu tylko i wyłącznie tych pielęgnacyjnych. Jesteście ciekawi, czy znalazły się wśród nich jakieś perełki? Chodźcie dalej!

Czytaj dalej

Uncategorized

PROJEKT DENKO | CZERWIEC 2017 | CIAŁA OBCE :O

18 lipca 2017
projekt denko blog czerwiec

Hej!
Dziś jest drugi dzień moich praktyk – mam nadzieję, że nauczę się podstawowych rzeczy, które ułatwią mi późniejszą pracę. Jestem z jednej strony podekscytowana i ciekawa, a z drugiej boję się, że z pewnymi rzeczami sobie nie poradzę, bo nie wszystko jest takie proste, na jakie wygląda 😛
Zapraszam Was dziś na projekt denko. Pokażę Wam, co udało mi się zużyć w czerwcu, a jak zwykle jest tego sporo – tym razem prym wiodą kosmetyki do ciała, ale znalazło się tu też coś z kolorówki. Jeśli ciekawią Was krótkie opisy kosmetyków i moja opinia na ich temat – zerknijcie niżej, na pewno znajdziecie coś, co Was zainteresuje 🙂 

PIERRE RENE PROFESSIONAL, PODKŁAD SKIN BALANCE COVER W ODCIENIU 20 CHAMPAGNE PAESE, PUDER RYŻOWY LOREAL, TUSZ DO RZĘS FALSE LASH WINGS

  • MAKIJAŻ

PIERRE RENE PROFESSIONAL, PODKŁAD SKIN BALANCE COVER W ODCIENIU 20 CHAMPAGNE

Jest to jeden z najjaśniejszych odcieni podkładów dostępnych w drogerii, nada się więc dla bledszych osób. Gama kolorystyczna jest dość szeroka, więc każdy znajdzie odpowiedni kolor dla siebie. To już moja druga, czy trzecie buteleczka, kupiłam ten podkład przypadkiem, na promocji, a stał się jednym z moich ulubionych 🙂 Ma naprawdę dobre krycie, nie ciemnieje i, przypudrowany dobrym pudrem, nie ściera się w ciągu dnia. Kiedy utrwalałam go ryżowym pudrem z Paese nie było na niego mocnych – mój makijaż wyglądał świetnie od rana, do wieczora. Nie zapycha, nie powoduje powstawania wyprysków czy zaskórników, nie ściera się. Po kilku godzinach może się lekko błyszczeć, ale nadal wygląda ładnie. Nie tworzy efektu maski i nie podkreśla rozszerzonych porów. Mój hit!

PAESE, PUDER RYŻOWY

W ubiegłym miesiącu niestety tak wyszło, że wykończyłam moje ulubione kosmetyki do makijażu twarzy. To jeden z nich – puder ryżowy, który utrwala makijaż tak dobrze, że nawet na mojej mieszanej cerze skłonnej do przetłuszczania się utrzymuje się on cały dzień, prawie w stanie nienaruszonym. Puder ten był bardzo drobno zmielony i nie odznaczał się na twarzy. Nie bielił, a po kilku minutach mat zamieniał się w satynę – nie było mowy o białej powłoczce na twarzy. Taki puder starczył mi na kilkanaście miesięcy stosowania. Cieszę się, że Paese zdecydowało się na zmianę opakowania – to nowe jest o wiele bardziej wygodne, a dodatkowo pozwala zaoszczędzić sporo produktu, bo nic nie sypie się wokół przy każdym jego otwarciu. Teraz kupiłam puder z Ecocery i nie umywa się do tego – pozostawia białe ślady na twarzy, wysusza, podkład brzydko po nim wygląda. Chyba czas wrócić do starego, dobrego ulubieńca.

LOREAL, TUSZ DO RZĘS FALSE LASH WINGS

To tusz, który kupiłam któregoś razu na promocji w Rossmannie po tym, jak blogerki dostały paczki od firmy z jego nowszą wersją (sculpt bodajże). Znudziły mi się Volume Million Lashes, po które sięgam regularnie, postanowiłam więc sięgnąć po coś nowego, ale od znanej mi już marki. Wybór padł na ten i w sumie nie jestem zawiedziona. Tusz na początku miał bardzo mokrą konsystencję, ale po kilkunastu dniach zgęstniał i było łatwiej go nakładać. Nie mogłam też przyzwyczaić się do nietuzinkowej szczoteczki, ale i ją po kilku próbach okiełznałam. Tusz głównie wydłużał rzęsy i pięknie je rozdzielał, o dużym pogrubieniu nie ma mowy. Jest trwały, ale czasem coś mi się osypało, szczególnie w kącikach – oczy często mi łzawią i jest to niestety nieuniknione. Zużyłam go w całości i myślę, że kiedyś jeszcze do niego wrócę – nauczyłam się z nim pracować i dawał wtedy naprawdę dobre efekty 😀

BANIA BABUSZKI AGAFII, MASKA DROŻDŻOWA DO WŁOSÓW I SKÓRY GŁOWY STYMULUJĄCA POROST PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW WAX Z ALOESEM INDIGO, OLEJEK ARGANOWY I MIGDAŁOWY

  • WŁOSY

RECEPTURY BABUSZKI AGAFII, MASKA DROŻDŻOWA DO WŁOSÓW I SKÓRY GŁOWY STYMULUJĄCA POROST

To maska, którą udało mi się w końcu zużyć – przyznam, że sporo czasu spędziła w zapasach, a później na półce z używanymi aktualnie kosmetykami. Na początku byłam do niej sceptycznie nastawiona – jest bardzo rzadka, myślałam, że nie przyniesie moim włosom nic dobrego. Aplikowana na skalp niestety obciążała moje włosy, więc postanowiłam wypróbować ją na długości. Okazała się być naprawdę ciekawym kosmetykiem – wygładzała włosy, nadawała im blasku i sprężystości bez jednoczesnego obciążania ich. Rzadka konsystencja wpłynęła jednak na jej wydajność – ciekła mi przez palce i przez to zużyłam ją w dość szybkim tempie – jak na moje zużywanie produktów do włosów. Pachniała ciasteczkami, ale po pewnym czasie ten zapach mnie drażnił, bo jest dość intensywny i utrzymywał się na włosach po umyciu nawet do kilku godzin. Kosztuje niewiele, więc jeszcze do niej wrócę!

PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW WAX Z ALOESEM

Maski Pilomax są jednymi z moich ulubionych – mimo tego, że nie są do końca naturalne, a ich składy nie wprawiają mnie w osłupienie coś sprawia, że moje kosmyki po ich zastosowaniu wyglądają tak, jak poszłabym do fryzjera. Są wygładzone, dociążone i lśniące, a przy tym lejące i gładkie przy dotykaniu. Maska ta nie była jednak taka, jak poprzednie – włosy nadal wyglądały na zadbane, ale nie tak, jak po użyciu choćby wersji z kawą. Może to wina aloesu, który w połączeniu choćby z lekką wilgocią może spowodować puszenie się włosów? Sama nie wiem, ale do tej wersji nie wrócę – wolę klasyczną lub do włosów farbowanych na ciemne kolory (choć moje są całkowicie naturalne :D).


INDIGO, OLEJEK ARGANOWY I MIGDAŁOWY

Olejek ten początkowo służył mi do pielęgnacji ciała, jednak zrezygnowałam z tej opcji i po kilku użyciach zaczęłam go stosować na włosy. Zapytacie pewnie dlaczego – otóż ma atomizer, którym wygodnie spryskuje się włosy i nie nakłada na nie za dużej ilości kosmetyku. Olejek zawierał nie tylko oleje, ale też syntetyczne emolienty, moim włosom jednak pasował i nie mogłam narzekać na jego działanie. Nakładałam go od ucha w dół przed myciem włosów, często na noc. Rano, po umyciu były miękkie, wygładzone i lśniące. Wykorzystałam go do ostatniej kropelki, ponieważ nie tylko dobrze działał, ale miał też piękny zapach – jak wszystkie kosmetyki Indigo. Polecam 🙂 Dla fanów błysku na ciele jest jeszcze wersja z mini brokatem, a raczej shimmerem, która nie tylko pielęgnuje skórę, ale również ją nabłyszcza.

 BALEA, ŻEL DO GOLENIA O ZAPACHU LODÓW WANILIOWO - CYTRYNOWYCH ISANA MED, KREM DO RĄK Z MOCZNIKIEM EVREE, KREM DO RĄK MAX REAPIR YOPE, MYDŁO DO RĄK ZIELONA HERBATA I MIĘTA BALEA, PIANKA DO MYCIA CIAŁA SWEET CAKE BALEA, ŻEL POD PRYSZNIC GRANAT I KWIAT WIŚNI

  • CIAŁO

 BALEA, ŻEL DO GOLENIA O ZAPACHU LODÓW WANILIOWO – CYTRYNOWYCH

 
Przyznam szczerze, że kiedyś moimi ulubionymi żelami do golenia były te z Gillette dla kobiet – wydajne, w dobrej cenie i o godnym pochwały działaniu. Kiedy pierwszy raz kupiłam żel z Balei – nie zmienię go już chyba na żaden inny. Kosztuje 1,15 EUR, ma identyczną objętość i wydajność. Jest gęsty i tworzy zbitą pianę, która w krótkim czasie zmiękcza nawet twarde włoski. Zapobiega podrażnieniom, otarciom i zacięciom, a niestety mam do tego skłonności. Mnogość wersji zapachowych i coraz to nowe edycje limitowane zachęcają do zakupu. Mam jeszcze kilka w zapasach i na pewno sięgnę po kolejne. Świetnie działają, pięknie pachną, są tanie jak barszcz – mi więcej nie potrzeba 😛
 

ISANA MED, KREM DO RĄK Z MOCZNIKIEM

 
Krem, który stosowałam na noc, zarówno do rąk, jak i do stóp. Zawiera średnie stężenie mocznika, ale jest ono na tyle wysokie, że radzi sobie z suchą skórą. Pachnie przyjemnie, w przeciwieństwie do niektórych preparatów do stóp. Bardzo dobrze nawilża i natłuszcza skórę, powoli się wchłania i pozostawia na niej ochronną warstwę. Jak dla mnie to idealny krem na chłodne, zimowe dni albo wietrzne lato – używany raz dziennie sprawia, że skóra w problematycznych miejscach staje się miękka i nie rogowacieje w tak szybkim tempie. Dostępny jest w Rossmannie za niewielkie pieniądze. Jeszcze do niego wrócę.

EVREE, KREM DO RĄK MAX REAPIR

Krem bardzo podobny do tego, o którym pisałam wyżej – i konsystencją i działaniem, chociaż nie jest ono aż tak intensywne. Ten krem też ma przyjemny zapach i również stosowałam go i na stopy, i na dłonie, by szybciej go zużyć. Jest droższy od poprzednika, ma też gorszy skład (chodzi mi tu o kontrowersyjne konserwanty), a skoro mogę kupić coś bardzo podobnego, a nawet lepszego i to taniej – nie waham się nawet chwili. Kupiłam go przez wzgląd na dużą popularność, ale raczej do niego nie wrócę. Nadaje się do stosowania i w dzień, i w nocy, ale ja wybierałam tylko drugą opcję, bo nie lubię stosować rano kremów, które pozostawiają tłustą warstwę.


YOPE, MYDŁO DO RĄK ZIELONA HERBATA I MIĘTA

Nie jest to moje pierwsze mydło Yope i na pewno nie ostatnie. Zapach zielona herbata i mięta pochodzi z nowszej kolekcji o udoskonalonej formule. Mam wrażliwe dłonie, które na mycie zwykłym mydłem reagują przesuszeniem. Yope nie robi mi krzywdy, wręcz przeciwnie, lekko pielęgnuje skórę podczas mycia. Zapach jest intensywny, długo utrzymuje się  na rękach. Ta wersja jest odświeżająca, rzeczywiście lekko herbaciana, moim zdaniem idealna na lato. Mydło nie pieni się zbyt mocno, ale wystarczy niewielka jego ilość (pół pompki), aby dokładnie oczyścić dłonie. Wrócę do tego zapachu, bo mi się podobał, aktualnie testuję inne warianty, które również przypadły mi do gustu 😀

BALEA, PIANKA DO MYCIA CIAŁA SWEET CAKE

Pianki do mycia ciała podbijają nasz rynek. Spopularyzowało je Rituals, później ruszyła Balea, a teraz widziałam je nawet w ofercie Dove czy Nivea. Zużyłam już kilka opakowań tych pianek i moim zdaniem są fajną odskocznią od tradycyjnych żeli. Nie wysuszają tak mocno, jak tradycyjna formuła, choć nie bazują na łagodnych detergentach. Pianki są gęste, ale niezbyt wydajne – może to moja wina, bo używam sporą ich ilość. Ładnie pachną, a ich przyjemna konsystencja umila każdy prysznic. Mam jeszcze 2 w zapasie i z przyjemnością je zużyję. Jak na Baleę przystało – nie są drogie – kosztują niecałe 2,50 EUR.

BALEA, ŻEL POD PRYSZNIC GRANAT I KWIAT WIŚNI

To kolejny kremowy żel Balei, który zużyłam. Specjalnie zostawiłam go sobie na koniec – to moja ostatnia sztuka i chciałam pożegnać się z tymi kosmetykami w jak najmilszych okolicznościach. Lubię te żele, ale muszę robić sobie od nich przerwy – niestety mocno wysuszają moją skórę, do tego stopnia, że codziennie muszę sięgać po balsamy i nie da się tego przeskoczyć w żaden sposób. Te kremowe nie wykazują aż ta silnego działania, ale nadal daleko im do delikatnych, bardziej naturalnych opcji. Ta wersja pachniała cudownie, za każdym razem zachwycałam się tym zapachem – mogłabym postawić ją na podium razem z tą o zapachu mango. Dobrze oczyszczał skórę, ale tak jak wspomniałam – przy okazji ją wysuszał. Na razie robię sobie od nich przerwę (trwa ona już miesiąc i da się to przeżyć :P), ale na pewno pojawią się one jeszcze w mojej kosmetyczce.

LA ROCHE POSAY, EFFACLAR ŻEL DO MYCIA TWARZY PURE MOIST, OPTIFREE PŁYN DO PIELĘGNACJI SOCZEWEK BEAUTY OIL, NAWILŻAJĄCO-DRENUJĄCY KREM POD OCZY NACOMI, MASŁO DO UST LOVE GRENADE KLARESA, MASKA PEEL OFF TERAPIA WZMACNIAJĄCA BIELENDA, MASKA WĘGLOWA OCZYSZCZAJĄCA CARBO DETOX LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE PRZECIWZMARSZCZKOWA Z MIŁORZĘBEM JAPOŃSKIM

  • TWARZ

 LA ROCHE POSAY, EFFACLAR ŻEL DO MYCIA TWARZY

Niejednokrotnie na blogu wspominałam, że nie lubię tego żelu i niezbyt dobrze sprawdza się on na mojej wrażliwej, skłonnej do podrażnień i odwodnienia skórze twarzy. Żel ten bazuje na SLES i niestety przyczynia się w moim przypadku do naruszenia bariery hdrolipidowej naskórka i szybszego parowania wody, co w konsekwencji prowadzi do wysuszenia i nadwrażliwości skóry na bodźce zewnętrzne. Jest inwazyjny, nie polecam go do codziennego stosowania – zużyłam go na spółkę z Mateuszem, używaliśmy go co kilka dni, by nie zaszkodzić naszym twarzom. Niektórym się sprawdza, ale ja niestety do tego grona nie należę. To jeden z nielicznych kosmetyków La Roche Posay, których nie lubię – niewiele takich do mnie trafiło.

PURE MOIST, OPTIFREE PŁYN DO PIELĘGNACJI SOCZEWEK

Kolejne opakowanie w kolejnym denku. Jak zwykle muszę wspomnieć, że to bardzo dobry płyn w przystępnej cenie. Pozwala cieszyć się dużym komfortem użytkowania soczewek nawet po kilkanaście godzin dziennie. Usuwa osady białkowe i inne zanieczyszczenia. To dobry kosmetyk.

BEAUTY OIL, NAWILŻAJĄCO-DRENUJĄCY KREM POD OCZY

Cóż… Czytając recenzję tego kremu spodziewałam się czegoś naprawdę super, a trochę się rozczarowałam. Krem nie jest zły, ale dla mnie na noc stanowczo za lekki, natomiast na dzień średnio się sprawdzał, bo pozostawiał na skórze film, po którym ślizgały się niektóre korektory. Nie zauważyłam większego nawilżenia, redukcji cieni, o likwidacji zmarszczek nie mówiąc. To po prostu średnio nawilżający krem, który dobrze sprawdzi się u osób bez większych problemów z tą okolicą. Znam kremy w podobnej cenie, które lepiej działały, a skutki ich stosowania były widoczne gołym okiem. Nie planuję do niego wrócić.

NACOMI, MASŁO DO UST LOVE GRENADE

Masełko, które kiedyś wrzuciłam do koszyka w Hebe, bo było na całkiem sporej promocji. Postanowiłam dać mu szansę, bo lubię kosmetyki tej marki i dobrze się u mnie sprawdzają. Masło miało naturalny, przyjazny dla skóry skład. Zawierało między innymi olej awokado i witaminę E, które pozytywnie wpływają na naskórek w obrębie warg. Stosowałam je dwa razy dziennie, rano i wieczorem, drugi raz kładąc grubszą warstwę – moje usta lubią nocną regenerację. Pozostawiało na ustach oleistą warstwę, która chroniła je przed zewnętrznymi czynnikami. To opakowanie starczyło mi na prawie 10 miesięcy używania, a kosztowało 10 zł… To mówi samo przez się 😛 Warto mieć choć jeden taki produkt do ust – zapachów jest sporo, więc każdy znajdzie coś dla siebie 😀

KLARESA, MASKA PEEL OFF TERAPIA WZMACNIAJĄCA

Kupiłam tę maskę kilka miesięcy temu, zużyłam ją i zapomniałam wyrzucić do denka. Pamiętam, że przypominała maski algowe i przyniosła przyjemne ukojenie mojej podrażnionej skórze. Ściągnęła się praktycznie w jednym kawałku, bezproblemowo. Nie wysuszyła ani nie spowodowała zaczerwienienia. Czy zauważyłam wzmocnienie? Po jednym razie to raczej nierealne, ale poprawa była widoczna – skóra wyglądała na świeższą i bardziej oczyszczoną. Raczej do tych masek nie wrócę, jeśli chodzi o algowe wolę coś o większej pojemności.


BIELENDA, MASKA WĘGLOWA OCZYSZCZAJĄCA CARBO DETOX

Słyszałam wiele negatywnych opinii na temat tych masek. Dziewczyny skarżyły się na to, że ciężko się zmywają, wchodzą w pory i nie przynoszą widocznych efektów. Sama testowałam wersję do cery tłustej, zanieczyszczonej, a moja mama do dojrzałej i obie jesteśmy zadowolone. Maska ma konsystencję podobną do glinki, ale jest jakby bardziej gumowa, elastyczna, nie kruszy się podczas zasychania. Nie podrażnia i nie powoduje zaognienia zmian. Wycisza skórę i dobrze oczyszcza pory. U mnie zadziałała na tyle dobrze, że za kilka tygodnie sięgnę po nią ponownie.

LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE PRZECIWZMARSZCZKOWA Z MIŁORZĘBEM JAPOŃSKIM

Z tego co pamiętam to już moja ostatnia maska w płachcie tej marki. Szczerze mówiąc, z siedmiu, które były w opakowaniu działaniem zaskoczyły mnie dwie – winogronowa i z acerolą. Reszta była średnia i ta należy do tego grona. Te maski nic nie robią na mojej twarzy, pozostawiają bardzo lepki film, który musze zmyć, bo źle się czuję, kiedy mam go na twarzy. Nie łagodzą podrażnień, nie koją, ani nie chłodzą. Może lekko nawilżają skórę, ale nie jest to spektakularny efekt. Raczej do nich nie wrócę, wolę zainwestować w azjatyki, których zastosowanie rzeczywiście przynosi jakieś skutki.
Znacie jakiś kosmetyk z tego denka? Co macie ochotę wypróbować?
Pozdrawiam 
Uncategorized

#FEBNAILS | JAK DBAM O DŁONIE I PAZNOKCIE?

5 lutego 2017

Cześć!

Jak wiecie, uwielbiam projekty, które pozwalają mi zapoznać się z nowymi osobami. Nie mogłam przejść więc obojętnie obok podobnej propozycji i tak na blogu ląduje dziś wpis, który zapoczątkowuje akcję #FebNails.
Przez kilka najbliższych niedziel, razem z Magdą, Natalią i Justyną będziemy oprowadzać Was po tematach związanych z naszymi paznokciami. Odkryjemy przed Wami tajniki naszej pielęgnacji, zaproponujemy ciekawą stylizację, wspomnimy o lakierach wartych uwagi. Jeśli jesteście kobietami, dla których piękno dłoni jest ważne – koniecznie śledźcie nas na blogach, a także mediach społecznościowych, aby nie przeoczyć żadnego tekstu 🙂

Przyznam
szczerze, że ostatnio nie mam zbyt wiele czasu dla moich dłoni, dlatego
skupiam się głównie na ich pielęgnacji, a malowanie paznokci odkładam
na większe wyjścia.
Uważam, że dłonie są wizytówką każdego człowieka,
dlatego powinniśmy o nie dbać. Teraz, zimą, są one narażone na wiele
niesprzyjających czynników zewnętrznych – suche powietrze, mrozy, ciągłe
skoki temperatury. Odbija się to negatywnie na ich stanie – w moim
przypadku objawia się to popękaną, szorstką skórą, zaniedbanymi skórkami
i suchymi paznokciami, które kruszą się przy najmniejszym, mechanicznym
urazie.

Staram
się temu przeciwdziałać suplementując się od wewnątrz, ale kosmetyki,
których używam w dużym stopniu pomagają mi walczyć z wyżej wymienionymi
problemami doraźnie. Opiszę Wam dziś kilka moich ulubionych sposobów na mocne paznokcie i nawilżone dłonie, a także przedstawię kilka ulubionych typów produktów, które zawsze staram się mieć w kosmetycznych zbiorach.

Na pierwszy ogień lecą olejki i oliwki. Wyżej wspominałam, że moje skórki przez mrozy cierpią katusze. Są twarde, grube, często się zadzierają, co czasem sprawia mi ból – tym bardziej, że mam kontakt z detergentami, a czasem nawet formaliną. Kiedy przypomnę sobie o tym, że powinnam coś z tym zrobić biorę się za oliwki i wsmarowuję je w całe paznokcie. Olej pozytywnie wpływa nie tylko na naszą skórę, ale też na paznokcie – stają się bardziej elastyczne, szybciej rosną, a także mają ładniejszy kolor. Moimi ulubionymi oliwkami są te z Indigo, a konkretniej zapach Matrioshka, a także nowość w mojej kosmetyczce – NC Nails i ich Summer Feeling. 

Na paznokcie staram się też nakładać sera, które pozytywnie wpłynęłyby na szybkość ich wzostu, a także twardość i elastyczność. Jednym z moich ulubionych, które aktualnie jest w użyciu to serum z mirrą z Indigo, które sprawia, że moje paznokcie, nawet te najbardziej zniszczone, rosną jak szalone, a do tego nabierają pięknego, zdrowego blasku. W składzie rzeczywiście znajduje się mirra, a na pierwszym miejscu występuje jeden z moich ulubionych olejków – jojoba. Serum aplikuję na płytkę, skórki i pod paznokieć za pomocą pędzelka i delikatnie je wmasowuję. Jeśli macie problem z płytką i wolny wzrostem – powinnyście się za nim obejrzeć 🙂

Masło Shea to broń na uporczywe problemy, które stale nawracają i nie chcę zniknąć pod wpływem lekkich, delikatnych preparatów. Sięgam po nie zawsze wtedy, kiedy narzekam na dużą suchość skóry dłoni. Nie wiem czy wiecie, ale dłonie, jako jedne z niewielu miejsc na naszym ciele nie posiadają gruczołów łojowych. Oznacza to, że łój nie jest w tej okolicy produkowany i wydzielany. Z czym się to wiąże? Z tym, że skóra dłoni starzeje się szybciej, ponieważ nie zawsze jest odpowiednio nawilżona. Powinno to zmotywować nas do przeciwdziałania prawom natury 😛

Masło Shea, tak jak pozostałe produkty Indigo (oprócz serum) jest perfumowane. Moje jest o zapachu słodkich owoców – Sunset Beach. Masło pod wpływem ciepła naszej skóry rozpuszcza się i zamienia w treściwy, gęsty olej, który wolno się wchłania. Stosuję je na dwa sposoby – na noc, jako kompres nawilżający lub wykonuję manicure masłem shea. Zabieg pozwala wzmacniać płytkę i nadaje jej blasku. Jedynym jego minusem jest fakt, że nie możemy od razu po jego wykonaniu pomalować pazurków, jednak ja jestem w stanie mu to wybaczyć. Jesteście ciekawi jak taki zabieg wykonać? Jak wyglądają paznokcie po jego kilkakrotnym odnowieniu? Może przygotuję post na ten temat?

Przedostatnim już produktem jest krem do rąk. Stosuję ich kilka, często zamiennie, a w każdej torebce znajduje się kolejna jego sztuka. Kiedy jestem w domu najczęściej sięgam jednak po dużą tubę od Indigo, chyba przez to, że ma szybki w użyciu aplikator – pompkę 😀 Richness Hand Cream jest lekki, a mimo tego dość tłusty. Dobrze nawilża skórę i sprawia, że po kilku użyciach jest ona przyjemna i miękka. Suche place znikają, a koloryt jest ładnie wyrównany. Czy zostawia po sobie tłusty film? Niestety tak, jednak nie jest on lepiący i uciążliwy. W dużym stopniu zależy to od tego, ile kremu na dłonie nałożymy.  Ma dobry skład, pachnie tak samo pięknie, jak i oliwka, a do tego jest nieziemsko wydajny. Chyba znalazłam kolejnego ulubieńca 😀

Na sam koniec wspomnę o odżywce, którą aktualnie posiadam. Zazwyczaj sięgam po te od Sally Hansen – nie uczulają mnie i rzeczywiście wzmacniają paznokcie. Ostatnio postanowiłam wypróbować coś, co ma wiele pozytywnych opinii w blogosferze. Czarna odżywka od Golden Rose – Black Diamond to bezbarwna odżywka dostosowana także do stosowania jako baza pod lakiery. Szybko schnie, daje wysoki połysk i nie wpływa negatywnie na trwałość lakieru. Wzmacnia paznokcie, ale nie przyspiesza ich wzrostu.

To by było na tyle. Jestem ciekawa jak Wy dbacie o swoje dłonie – przykładacie do tego wielką uwagę, czy jednak jest to dla Was drugorzędna sprawa? Zapraszam Was też na wpisy dziewczyn:

Znacie któryś z tych kosmetyków? Macie ciekawe sposoby na piękne dłonie i paznokcie?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

ULUBIEŃCY SIERPNIA | INDIGO | LILY LOLO

4 września 2016

Cześć!
Sierpień nie obfitował u mnie w makijażowe czy pielęgnacyjne nowości, ale postanowiłam wyciągnąć z mojej kosmetyczki coś, czego jeszcze nie używałam. Po dogłębnym testowaniu na urlopie, niekiedy w trudnych warunkach, wybrałam złotą trójkę sierpnia – znajdziecie tu dwie perełki do makijażu i jedną do pielęgnacji paznokci.
Jeśli macie ochotę przeczytać krótką opinię na temat serum Indigo z mirrą, różu Lily Lolo In the pink i szminki Lily Lolo – Temptation – zapraszam dalej!

INDIGO, SERUM OLEJOWE DO PAZNOKCI Z MIRRĄ

Sierpień był dla mnie miesiącem bez hybryd. Postanowiłam odbudować jakoś swoją naturalną płytkę, chociaż nie była ona mocno zniszczona, a jedynie osłabiona. Nie miałam ochoty bawi się w manicure japoński, który pochłania zdecydowanie więcej czasu, postanowiłam wrócić więc do regularnego olejowania paznokci i skórek. Do tego celu wybrałam olejek z mirrą z Indigo, który zapakowany jest w przepięknym, złotym opakowaniu z pędzelkiem.
Paznokcie smarowałam różnie – czasem tylko przed pójściem spać, czasem w ogóle. Zdarzały się dni, kiedy z oliwki korzystałam kilka razy. Po dwóch tygodniach moje paznokcie stały się wyraźnie twardsze, bardziej błyszczące, a wolny brzeg był o wiele bielszy. Skórki nie narastały tak szybko na płytkę i nie miałam problemów z ich zadzieraniem. To jeden z moich ulubionych gadżetów do pielęgnacji paznokci, myślę, że jest wart swojej ceny. Zużyję do końca, później dam paznokciom chwilę wytchnienia i na pewno do niej wrócę.

LILY LOLO, POMADKA DO UST W ODCIENIU TEMPTATION

Pomadkę dostałam przed wyjazdem od Lily Lolo – była jednym z trzech kosmetyków (o drugim będziecie mogli przeczytać trochę niżej), które otrzymałam do testów pod koniec lipca. Na początku zasmucił mnie fakt, że w opakowaniu kolor w ogóle nie przypominał chłodnego różu, o którym wspominał producent. Postanowiłam jednak dać jej szansę i zobaczyć, jak będzie wyglądała na moich mocno napigmentowanych utach. Okazało się, że jej kolor, to rzeczywiście chłodny róż, który wygląda jednak na tyle naturalnie, aby nosić go na co dzień – czy to na zakupy, czy na uczelnię. Pomadka jest bardzo kremowa, dobrze kryje i nie podkreśla suchych skórek. Jej wykończenie jest naturalne, lekko połyskujące. Nie ma drobinek. Znika z usta mniej więcej po 3 godzinach – kiedy nic nie jem. W innym wypadku blaknie znacznie szybciej, ale nie przeszkadza mi to, bo nie jest to pomadka zastygająca. Jeszcze w tym miesiącu na blogu pojawi się jej recenzja 🙂

LILY LOLO, PRASOWANY RÓŻ DO POLICZKÓW, IN THE PINK

Róże to jedne z moich ulubionych kosmetyków. Jestem świadoma tego, że czasem mogą skupiać uwagę na moich przebarwieniach na policzkach, ale wcale mi to nie przeszkadza. Róż od Lily Lolo ma naturalny kolor i łatwo jest nim zarumienić cerę. Całość wygląda niezwykle naturalnie, a moc, z jaką go widać, można oczywiście stopniować. Jedna warstwa daje dobrze widoczne, naturalne rumieńce, przy dwóch kolor mocno się odznacza. Jest zdecydowanie łatwiejszy w obsłudze niż sypkie róże mineralne – nie pyli, nie robi plam i nie jest tak mocno napigmentowany.
Wiem, że wiele osób narzeka na jego nieciekawy zapach – czuć go bezpośrednio z opakowania, natomiast po nałożeniu na policzkach nie jest w ogóle wyczuwalny.

Na zdjęciu niżej możecie zobaczyć swatche różu i szminki. Nie ingerowałam w tę fotografię, nie delikatnie ją rozjaśniłam. Nie nakładałam też na nią filtra, aby jak najdokładniej oddać kolory 🙂

Znacie moich ulubieńców? Co ciekawego wpadło Wam w oko w sierpniu? Może polecicie mi coś godnego przetestowania?
Pozdrawiam :*

PAZNOKCIE

WARSZTATY INDIGO, A MANICURE HYBRYDOWY W DOMOWYM ZACISZU

28 lipca 2016
Heeeejo! 😀
Cześć i czołem, dziewczyny! Która z nas nie chce mieć pięknych i zadbanych dłoni. Odkąd wkroczyłam w wiek nastoletni lubiłam malować paznokcie – chociażby odżywką, żeby ładnie błyszczały. Nie miałam z nimi większych problemów poza jednym – lubiły się często łamać, a przez tłustą płytkę lakiery nie utrzymywały się u mnie zbyt długo.
Kiedy byłam starsza i zaczęłam bardziej interesować się tematami urodowymi dowiedziałam się, że przed malowaniem tłustej płytki warto ją delikatnie zmatowić i potraktować odtłuszczaczem – efekty były widoczne od razu, ponieważ lakier zamiast trzymać się maksymalnie 2 dni, potrafił siedzieć na pazurkach nawet 5-6 (prawda, że to ogromna różnica?).
Zabawę z manicure hybrydowym rozpoczęłam na początku tego roku. Uczyłam się go sama korzystając z poradników na You Tubie. Czy byłam zadowolona z efektów? Średnio – kilka pierwszych prób skończyło się fiaskiem, później sam efekt nie do końca mnie zadowalał – bałam się malować lakierem przy skórkach, zapominałam o zabezpieczaniu wolnego brzegu paznokcia, ściąganie szło mi opornie.
Jadąc na Meet Beuty nie mogłam więc ominąć warsztatów paznokciowych – wiedziałam, że od profesjonalistów nauczę się o wiele więcej, niż z najlepszych filmików w internecie. Jesteście ciekawi, czy moja umiejętność nakładania i ściągania manicure hybrdowego wskoczyły na wyższy poziom? Czy warto wybrać się na warsztaty? Zapraszam!

Czytaj dalej