Wybrany tag

haul

Uncategorized

HAUL KOSMETYCZNY | DM | LUSH

26 września 2016

Hej!
Znowu narobiłam sobie trochę zaległości z postami, ale po ostatnich przeżyciach na uczelni musiałam poukładać sobie plan działania, pomyśleć, czego mi jeszcze brakuje, co powinnam kupić i zacząć powoli się pakować 😛 Przeprowadzka oficjalnie odbędzie się pod koniec przyszłego tygodnia – mogłabym zostać już w Białymstoku, ale stwierdziłam, że nawet 5 dni w rodzinnym domu, to sporo czasu – tym bardziej, że później będę pojawiać się tu dość rzadko.
Z Niemiec wróciłam już ponad 1,5 miesiąca temu, a nadal nie pokazałam Wam, jakie kosmetyki udało mi się kupić i przywieźć. Dziś na blogu możecie zobaczyć moje wakacyjne zakupy z DM i Lusha! Zapraszam 🙂

Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałam podczas wizyty w drogerii były żele z Balei. Moja skóra nie przepada za wersjami z SLS/SLeS, ale kiedy stosuję je zamiennie z czymś delikatniejszym ich wysuszające działanie nie jest już tak widoczne. Bardzo lubię je za to, że fajnie się pienią, są tanie (55 centów za jeden :O) i mają cudowne zapachy. Wybrałam wersje o zapachu mango, kwiatowo-brzoskwiniowym oraz waniliowo-kokosowym.

Żel z marakują oraz szampon o owocowym zapachu kosztowały dokładnie tyle samo, co żele, o których wspominałam wyżej. Szampon kupiłam przypadkiem – nie spojrzałam na napis, a szukałam czegoś z nowej, limitowanej edycji. Nie zawiera silikonów, więc zużyję go jako produkt do mycia ciała. Żel w tubie był nieco droższy, ale nadal można powiedzieć, że tani jak barszcz – 0,95 EUR. Ma ciekawy zapach – pomarańczowo-waniliowy, który idealnie wpisuje się zarówno w letnie, jak i jesienne klimaty.

Nowością były dla mnie pianki do mycia ciała. Kupiłam obie – niestety jak na razie dostępne są tylko te dwie wersje zapachowe. Zielona to energetyzujący, owocowy zapach – sama nazwa nam o tym mówi, w końcu Fresh&Fruity zobowiązuje 😛 Ta, znajdująca się niżej to Hawaian Dream, o zapachu kwiatowo-kokosowym, chociaż kokos nie jest tu zbyt mocno wyczuwalny. Używałam obu, niesamowicie przypadły mi do gustu i żałuję, że nie kupiłam ich nieco więcej 😛 Koszt jednej to 1,95 EUR – w porównaniu do pianek Rituals (na które miałam ochotę, ale ich cena nie różni się wiele od tej, za którą są dostępne w Polsce) są naprawdę tanie. Mam nadzieję, że kiedyś tata przywiezie mi zapas 😛

Kolejnymi kosmetykami są żele do golenia. Moim zdaniem są one totalnym must have jeśli chodzi o zakupy w DM. Są niesamowicie wydajne, mają aksamitną konsystencję, zmieniają się w gęstą pianę, a do tego cudownie pachną. Cena jednej buteleczki to tylko 1.15 EUR. Żałuję, że nie znalazłam innych ciekawych zapachów – miałam już wersję mango i chciałam wypróbować coś nowego. Ostatecznie wybrałam wersję Coconut Kiss, a przy drugiej wizycie dobrałam tą z nowej kolekcji. Ma zapach waniliowo – cytrynowego loda. Wafelki też w tym czuć 😛

Balsamy do rąk w takiej formie, jaką widzicie na zdjęciu, to codzienne wyposażenie mojego biurka. Często zapominam o ich kremowaniu, a kiedy taka butla stoi gdzieś niedaleko książek czy komputera prawdopodobieństwo, że z niej skorzystam jest o wiele wyższe 😀 Krem ma zapach arbuzowej lemoniady i lekką konsystencję, która szybko się wchłania. Kosztował 1,75 EUR. Za maseczkami z drogerii nie przepadam, ale skusiłam się na jedną z Neutrogeny. Nie jest ona dostępna w Polsce, a ma naprawdę fajny skład. Używałam jej już raz i muszę przyznać, że dobrze radzi sobie z zaskórnikami, a przez to, że ma w składzie mentol świetnie odświeża nawet zmęczoną i poszarzałą skórę. Kosztowała 3,75 EUR.

Jak wiecie, jestem maniaczką kosmetyków do ust – zarówno tych pielęgnacyjnych, jak i do makijażu. Pomadki Balea już miałam i wiem, że najlepiej sprawdza się u mnie ich standardowa wersja. Z tego co pamiętam bazują na olejku rycynowym i muszę przyznać, że do nawilżania w ciągu dnia sprawdzają się doskonale. Wybrałam wersję melonową, którą już znam – nie dość, że pięknie pachnie, to jeszcze słodko smakuje. Druga jest dla mnie nowością, ale noszę ją już w torebce i miałam okazję użyć jej kilka razy. Mint Kiss to propozycja dla fanów słodkiej mięty – pachnie (ale niestety nie smakuje) jak oryginalne Tic Taci 😀 Jeśli ktoś nie lubi uczucia chłodzenia – pomadka tego nie zapewnia. Każda z nich kosztowała 0,85 EUR.

Będąc przy końcu zmagań z zakupami z DM chciałam pokazać Wam 2 rzeczy do paznokci. Pierwszą z nich są naklejki z Essence, które mają pomóc z stylizacji naszych paznokci. Manicure ma być dzięki nim odlotowy, bardziej zwariowany, a dodatkowo – świetnie wykonany. W paczce mieści się 30 naklejek, po 10 z każdego rodzaju. Kosztowały 0,95 EUR. Obok leżą separatory z Ebelin. Skusiłam się na nie, ponieważ nie były one tradycyjnie – jako jeden pasek. Każda para jest inna, jedno opakowanie to 12 par separatorów. Są bardzo wygodne i pasują dla wielu osób. Nie były też drogie – zapłaciłam za nie 1,45 EUR.

Ostatnią trójką z DM, jest trójka kolorówkowa. Wszystkie znalazły się na mojej mini liście i nie były zakupione z przypadku. Pierwszym z tych kosmetyków jest korektor, a raczej kamuflaż z Alverde. Chciałam mieć jakiś „zdrowszy” zamiennik korektora w słoiczku z Catrice, a ten wydawał mi się być jego godnym następcą. Do tego ma o wiele jaśniejszy kolor. Ja wybrałam odcień 02, ponieważ miał bardziej żółte tonu niż „jedynka”. Kosztował 2,95 EUR. 
Następnym korektorem, sławnym na YT i blogach jest korektor z gąbeczką Maybelline Instant Anti Age. Wybrałam odcień Light, który był bardziej żółty od Fair, niestety jest on dla mnie lekko za ciemny pod oczy. Podoba mi się jego konsystencja i poziom krycia, ale będę musiała go czymś rozjaśniać, a jeśli to nie zda egzaminu – oddam go mojej mamie, która ma ciemniejszą skórę niż ja. Był najdroższym kosmetykiem kupionym w DM – zapłaciłam za niego 8,95 EUR
W tym zestawieniu nie mogło też zabraknąć szminki. Ostatnio przerzuciłam się z mocnych kolorów n a te bardziej nude i szukałam czegoś ciekawego, co mogłabym nosić nawet wtedy, kiedy wybieram się na uczelnię. Padło na P2 Full Shine Lipstick w odcieniu 080 Tell me a Tale. To brudny róż, który na zdjęciu wygląda o wiele bardziej pomarańczowo-brązowo niż w rzeczywistości. W Niemczech te szminki są o wiele tańsze niż w Polsce. Ta kosztowała 2,25 EUR.

KAMUFLAŻ ALVERDE | KOREKTOR MAYBELLINE ] SZMINKA P2

Ostatnią, ale nie mniej ciekawą częścią zakupów jest ta z Lusha. Dopiero w tym roku dowiedziałam się, że jest in dostępny stacjonarnie w Niemczech – szkoda, bo w tamte wakacje też mogłabym kupić sobie coś ciekawego :C Zaczęłam od klasyków i skusiłam się na pięknie pachnącego Comfortera, który starczył mi na 4 cudowne kąpiele – kosztował 6,95 EUR i ważył 200 gramów
Nie wiedziałam co mam kupić, sięgnęłam więc po dwie dość znane maski dla cery zanieczyszczonej. Ta wyżej to Mask of Magnaminty (8,95 EUR za 85 gramów) – gęsta, zielona maska z grudkami o zapachu czekoladek „After Eight” – moja skóra naprawdę ją polubiła i wiem, że będę do niej wracać ♥. Ta niżej to maska-czyścik Dark Angels. Wygląda jak ziemia połączona z węglem, pachnie tak samo, ale działa świetnie – po kąpieli w gorącej wannie, kiedy pory lekko się otworzą działa jak magnes na zanieczyszczenia. Niestety brudzi wszystko wokoło – zużyję z przyjemnością, ale następnym razem spróbuję czegoś nowego. Kosztowała 9,95 EUR za 100 gramów. Maski trzeba zużyć w ciągu 3 miesięcy, moje mają termin do końca października, ale trzymam je w lodówce, więc będę używała ich znacznie dłużej.

Co ciekawego z moich zakupów wpadło Wam w oko? Lubicie oglądać haule z rzeczami, które nie są tak łatwo dostępne w Polsce?
PS Blog zmienia szablon. Musieliśmy przywrócić ustawienia fabryczne, żeby zacząć od zera. Mam nadzieję, że do końca tygodnia uda nam się wprowadzić każdą nowość. Nie przestraszcie się i komentujcie jak zawsze 😛

Od października startujemy z nowym HARMONOGRAMEM 😀
Pozdrawiam :*
Uncategorized

HAUL COCOLITA | HAKURO | REAL TECHNIQUES | SLEEK | NAJEL

29 czerwca 2016

Cześć!
Na moim blogu dawno nie pojawił się żaden haul – głównie dlatego, że staram się minimalizować moje zapasy – robię to już kilka miesięcy, piszę Wam potężne denka, a końca i tak nie widać 😛 Z tego też powodu staram się nie odwiedzać drogerii ani nie buszować po sklepach internetowych – takie okazje kuszą, a ja nie chcę zamawiać tira przed ponowną przeprowadzką na studia 😛 Jeśli jesteście jednak ciekawi, jakie dobroci udało mi się kupić w czerwcu na stronie cocolita.pl – zapraszam do dalszej części posta 🙂

Zacznę od tego, co możecie zobaczyć tylko na pierwszym zdjęciu znajdującym się w tym poście. Bardzo lubię wykonywać makijaż gąbeczkami – jest to dla mnie najbardziej higieniczny sposób nakładania podkładu, korektora, a nawet sypkiego pudru. Nigdy nie wykroczyłam poza drogeryjny poziom – moimi pierwszymi były jajka z Ebelin, później próbowałam tych z Hebe, ale z marnym skutkiem (Ebelin były znacznie lepsze i… tańsze :P). Ostatnio głośno zrobiło się na youtubie o gąbeczce do makijażu z H&M – ją też przetestowałam i rzeczywiście jest najlepszą z tanich gąbeczek. Zapragnęłam czegoś więcej, a że nie maluję się tyle często, żeby sięgnąć po oryginalny Beauty Blender wybrałam Real Techniques. W cocolicie trafiłam  na świetną promocję. Gąbeczki w dwupaku kosztowały 41.90, co moim zdaniem jest naprawdę niską cenę. Używałam ich już kilka razy i muszę przyznać, że znacznie różnią się jakością od tańszych odpowiedników.
Drugim produktem, tym razem pielęgnacyjnym, jest mydło Aleppo z firmy Najel. Moje Aleppo z błotem z Morza Martwego jest już na wykończeniu, dlatego postanowiłam kupić kolejną kostkę. Postanowiłam wrócić do wariantu z olejem z czarnuszki, który ma wpływać pozytywnie na kondycję skóry trądzikowej. Nawet jeśli nie lubicie używać mydeł w pielęgnacji twarzy warto sięgnąć po nie podczas mycia pędzli. Aleppo jest niekwestionowanym zwycięzcą, jeśli chodzi o dopranie nawet największych brudasków. Całkiem spora kostka (100 gramów) kosztowała 13,90 zł.

Gratisem, który dostałam od drogerii w ramach prezentu do zamówienia jest paletka, którą możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej. To słynna Sleek – Storm, która swego czasu była hitem blogosfery. Z racji tego, że mam już wystarczającą ilość paletek do makijażu – przeznaczę ją na rozdanie 🙂

Głównym celem tego zamówienia były pędzle do makijażu. Od dawna marzyły mi się narzędzia do makijażu od Zoevy, ale jak na razie nie jest to moja półka cenowa – nie pracuję, nie zarabiam – nie będę naciągać rodziców 😛 Zdecydowałam się wziąć dobre, stare i sprawdzone już Hakuro. Jeśli chodzi o pędzle do twarzy wybrałam:
  • H50 – jako pędzel do nakładania podkładu i pudru.
  • H54 – jako pędzel do nakładania pudru i podkładu mineralnego
  • H14 – jako pędzel do nakładania rozświetlacza i bronzera
  • H24 – jako pędzel do nakładania różu
Używałam już każdej sztuki, każdą prałam i nie mam im nic do zarzucenia. Jestem prawie pewna, że tak jak pozostałe, które mam już w swojej kolekcji prawie 3 lata, będą mi dobrze służyć.

W swojej kosmetyczce miałam tylko 4 pędzelki do oczu, postanowiłam więc poszerzyć kolekcję, żeby móc czasem zmalować coś sensownego 😛 Wybrałam modele:
  • H79 – jako pędzel do blendowania cieni polecany przez RLM – to już moja druga sztuka
  • H74 – jako pędzel do blednowania cieni – moim zdaniem sprawdza się jeszcze lepiej niż tej wyżej
  • H76 – malutki pędzel ołówkowy do bardziej precyzyjnych czynności

Jak widzicie – tym razem skupiłam się na akcesoriach i udało mi się nie kupić kolejnych, niepotrzebnych kosmetyków. Przyznam, że było ciężko, ale na pewno nie jest to rzecz niemożliwa do zrealizowania. Jak zawsze polecam drogerię cocolita – mają fajne promocje, rabaty (mi to zamówienie udało się kupić 10% taniej) i spory asortyment. W ich ofercie są też kosmetyki naturalne oraz azjatyckie, za co bardzo ich cenię.

Co sądzicie o moim zamówieniu? Mam jeszcze pytanie – jakie dzienne kolory szminek M.A.C. są godne polecenia? Takie, które nie wpadają w brązy i beże 😉 Z góry dziękuję 🙂
Pozdrawiam:*
Uncategorized

ŁUPY Z MEET BEAUTY | KIEDY JA TO WSZYSTKO ZUŻYJĘ? :O

19 maja 2016
Zdjęcie w tle pochodzi z bloga Ani – potejstronielustra.pl
Hej!
Wiem, że szał na posty z Meet Beauty już minął, ale przed maturą nie miałam kiedy pokazać Wam, co z konferencji przywiozłam. Po wyjściu ze stadionu czułam się jak prawdziwy buraczek cebulaczek – byłam obładowana torbami cięższymi ode mnie 😛 Dobrze, że nie musiałam wracać do Mateusza autobusem – nie wiem jak byśmy tę podróż przeżyli 😛 Jeśli jesteście ciekawi, co nam tak ciążyło – zapraszam dalej! Tylko ostrzegam – weźcie ze sobą kawę i ciastko, to może chwilę potrwać 😀

Na stanowisku Pilomax, oprócz badania skóry głowy każda z nas dostała paczkę wypełnioną po brzegi kosmetykami tej firmy. O ile ich szampon do codziennego stosowania niezbyt się u mnie sprawdził, to ich maski są lubiane przez moje włosy. Wszystkie maski są tymi o mniejszej pojemności, ale dla mnie to zaleta, a nie wada – brakowało mi czegoś, co mogłabym zabierać na kilkudniowe podróże. W mojej paczce znalazł się szampon Olamin Wax, który ma pomóc mi w znormalizowaniu mojej skóry głowy – na zbliżeniach okazało się, że jest ona lekko podrażniona i przesuszona. Jeśli chodzi o maski, od mojej torby zawędrowały Aloes Wax w dwóch egzemplarzach, ale jeden już oddałam, Arabica Wax, która podobno brzydko pachnie i odżywka regenerująca do włosów ciemnych i farbowanych na ciemne kolory.

Jedną z najlepszych, według mnie, paczek była ta od Annabelle Minerals. Dostałyśmy podkład matujący Golden Fair, puder rozświetlający, cień do powiek Vanilla i róż do policzków Rose. Trzy z tych kosmetyków niestety oddałam na rozdanie – podkład jest za ciemny, pudrów używam tylko matujących, ewentualnie satynowych, a róż po prostu mam 😛 Mam nadzieję, że którejś z Was posłużą lepiej, niż mi – nie lubię kiedy coś leży na półce i się marnuje.

Na warsztatach makijażowych Lirene miałyśmy okazję dowiedzieć wielu ciekawostek o makijażu, a także o kosmetycznych nowościach tej marki. Podkład No mask jest jednym z najbardziej zachwalanych podkładów na blogach – dla mnie niestety okazał się być kosmetykiem za ciemnym i też na pewno zorganizuję z nim rozdanie w roli głównej 😀 Kosmetykiem pielęgnacyjnym, jaki dostałyśmy w tym zestawie był albo żel micelarny, albo płyn dwufazowy, który ma powodować wzmocnienie rzęs i ja otrzymałam właśnie ten drugi produkt 🙂

Na stanowisku Glov każda z nas mogła z bliska przyjrzeć się tym magicznym rękawicom oraz poznać kolorowe nowości tej marki (które moim zdaniem wyglądały naprawdę uroczo :P). W misce z dobrociami czekały na nas mini rękawiczki na palec, które służą usuwaniu makijażu oka lub ust. Wiem, że dziewczyny, które miały wizytówki mogły wybrać sobie Glov On the Go, ale ja o wizytówkach nawet nie pomyślałam, a szkoda 😛 Teraz wiem, co muszę zabrać na kolejną edycję. Tego gadżetu jeszcze nie testowałam, ale jak już sprawdzę co i jak – na pewno coś o nim napiszę – czy to tutaj, czy na profilu na Facebooku.

W paczce od Bielendy znalazł się odżywczy balsam do ciała, który powędrował do mojej przybranej cioci. Nie miał zachwycającego składu, wiedziałam więc, że raczej zostanie u mnie na dnie szafy i nie będę z niego korzystać. Podkład matujący ma zdecydowanie za ciemny odcień, więc wrzucę go do kolejnej rozdaniowej niespodzianki. Z produktów ze zdjęcia zużyję tylko maskę peel off – tej nawilżająco – dotleniającej jeszcze nie miałam, ale inne z tej serii fajnie działały na moją skórę. Masełko do ust też się nie zmarnuje – na pewno wrzucę je do torby, bo jest w formie wygodnego sztyftu.

Od Palmersa dostałyśmy mini balsamy i 2 próbki. Ich stoisko było oblegane od samego rana, a ja z Zuzią wybrałam się tam praktycznie pod koniec całej konferencji. Było mi smutno, kiedy Zuzia dostała balsam na rozstępy, a mnie panie zbyły i nawet nie chciały porozmawiać ze mną o nowościach z olejem kokosowym i masłem Shea. Miałam o nich dobre zdanie, ale ich reputacja trochę zmalała – przynajmniej w moich oczach. Balsam kupiłam sama w Hebe – mam nadzieję, że sprawdzi się tak dobrze, jak go zachwalały.

Tołpa mnie niestety rozczarowała. Nie byłam na ich warsztatach, ale zrobiłam „wywiad środowiskowy” i wiem, że nie wszystkim dziewczynom się one podobały. Osoby, które nie uczestniczyły w zajęciach otrzymały tylko jeden, ale bardzo ciekawy, na pierwszy rzut oka, produkt – krem BB upiększający. Bardzo się cieszyłam, bo szukałam czegoś lżejszego na lato. Kiedy go użyłam nieprzyjemnie się zaskoczyłam i powiem tylko jedno – nie polecam tego kosmetyku. Jeśli chcecie, mogę przygotować na jego temat oddzielny wpis – poświęcę się i potestuję ten bubel jeszcze trochę czasu, żeby była ona choć trochę bardziej szczegółowa 😛

Stoisko Eveline też obadałam jako jedna z ostatnich dziewczyn i mimo szczerych chęci Pani konsultantki nic ciekawego już nie było. Balsam z chłodzącym efektem zużyję latem na newralgiczne partie ciała – brzuch, uda i pośladki. Tusz i ta brązowo-pomarańczowa szminka lądują w rozdaniu. Koralowo – różową pomadkę miałam już na ustach i przyznam, że świetnie będzie wyglądała w pełnym słońcu 😀

Warsztaty paznokciowe podobały mi się najbardziej, więc nie jesteście pewnie zdziwieni, że paczka z Indigo też. Nie spodziewałam się, że dostaniemy tak wielką ilość kosmetyków :O I to w przepięknej, złotej torbie, która niestety nie znalazła się na zdjęciu. Na samej górze widzicie zestaw lakierów w kolorach nude – mam niewiele podobnych osobników w swojej kosmetyczce, więc jestem podwójnie zadowolona 😀 Obok w woreczku znajdują się próbki z różnymi zapachami kremów do rąk – będę mogła wybrać te, które najbardziej przypadną mi do gustu. W kolejnym fioletowym woreczku znajdują się 3 próbki perfum, a obok nich balsam do ciała, krem do rąk oraz olejek w sprayu. Po prawej stronie zapachów do samochodu znajduje się oliwka do skórek z mirrą, a niżej krem do rąk „rybka”, polerka, dwie odżywki do paznokci i masło shea – które razem z polerką można wykorzystać do wykonania autorskiego manucire shea. Paczka bomba – wszystkie te kosmetyki będą przeze mnie używane z przyjemnością – mają świetne opakowania, pięknie pachną – oby jeszcze działanie było tak dobre, jak strona wizualna 😀

Paczka od Shwarzkopfa również przypadła mi do gustu. Znalazł się w niej lakier malinowy z Got2Be, który przejęła już moja mama – sama lakierów nie używam, więc nie wiem jak sprawdziłby się na długich włosach. Odżywki w sprayu Gliss Kur lubię i w ciągu kilku ostatnich lat raczej nie zdradzałam ich z kosmetykami innych marek. Wersji Ultimate Repair jeszcze nie używałam, bo jest to nowość na drogeryjnych półkach. Puder dodający objętości nie jest dla mnie nieznanym produktem – używam go przed imprezami, bo na co dzień raczej denerwowałby mnie ten efekt tępych włosów. Olejek na końce na pewno zużyję, bo po każdym myciu zabezpieczam je właśnie silikonowym serum , a maskę pożrą suche i rozjaśniane włosy mojej mamy 😀

Ostatnimi już zdobyczami są długopis – szminka, który robi furorę wśród moich znajomych 😀 Dalej mamy coś a’la błyszczyk w pomadce, czyli nowość Golden Rose Sheer Shine. Moja jest w kolorze brudnego różu – jest to dzienny nudziak i na pewno będzie lądowała na ustach wtedy, kiedy nie będę chciała podkreślać ust czymś bardziej wyrazistym. Jest to numerek 4. Lakier również jest jednym z nowszych kosmetyków tej marki – jest to seria Ice Chick, a ta ciemna śliwka to numerek 18. Częściej będę do niego wracać jesienną porą. 

Co przyciągnęło Waszą uwagę? Mnie najbardziej podobają się prezenty od Indigo i Annabelle Minerals. Szkoda tylko, że kolory i właściwości nie do końca mi odpowiadają :C
Pozdrawiam
Uncategorized

PROMOCJA -49% ROSSMANN | HAUL | CO MNIE ZIRYTOWAŁO? | NA CO WARTO UWAŻAĆ?

9 maja 2016

Cześć!
Promocja w Rossmannie dobiega już końca (na szczęście nasze i naszych portfeli :P), więc dzisiaj chciałabym pokazać Wam co mi udało się kupić. Na samym początku przygotowałam sobie listę na pierwsze dwa tygodnie. Co do ostatniego – nie byłam pewna co chciałabym wrzucić do koszyka, dałam więc sobie wolną rękę. Jeśli jesteście ciekawi, czy trzymałam się swojego planu, czy może tym razem (tak samo jak w listopadzie :P) emocje mnie poniosły – zapraszam dalej 😛

TYDZIEŃ PIERWSZY – TWARZ
Miało być szaleństwo, ale niestety mi nie wyszło 😛 Kilka dni przed promocją udałam się do drogerii w celu poszukania zamiennika dla mojego Loreal True Match N1 – chciałam w końcu przetestować coś nowego – używanie jednego podkładu od kilku lat może się znudzić – uwierzcie 😛 Niestety, mimo usilnych prób nie znalazłam niczego w tak jasnym odcieniu (który teraz jest dla mnie odrobinę za ciemny :C). Owszem, w szafach Rimmela znalazłam podkłady, które były jasne, ale niestety miały różowe tony, a mi bardziej pasują podkłady w neutralnych, może lekko żółtych odcieniach.
Jeśli chodzi o samą promocję, wybrałam się na nią pierwszego dnia na samo otwarcie – 9.10 byłam już na miejscu 😛 Szafy były już oblężone, ale na szczęście wzięłam to co chciałam i szybko uciekłam do kasy. W moim koszyku znalazł się jeden z moich ulubionych korektorów pod oczy – Loreal True Match w odcieniu 1 Ivory (18 złotych). Moją zachcianką w tym tygodniu była nowa paletka do konturowania twarzy na mokro – Loreal Infallible Sculpt, za którą zapłaciłam aż 38,50 zł. To chyba mój najdroższy zakup z całej promocji. Chciałam ją jednak wypróbować, a wiele blogerek wypowiadało się o niej w samych superlatywach – miałam już okazję jej używać i przyznam, że jestem nią pozytywnie zaskoczona. Zdaję sobie jednak sprawę, że do najtańszych nie należy i wiele dziewczyn z tego powodu ją skreśli. Jak już wybadam ją na każdy możliwy sposób na pewno przygotuję dla Was jej recenzję. Ostatnim już, i najtańszym zakupem był bibułki matujące z Wibo, które kosztowały tylko 3,40 zł i również były produktem objętym promocją -49%.

TYDZIEŃ DRUGI – OCZY 
Jeśli chodzi o oczy również kupiłam tylko to, co zaplanowałam. Ten tydzień zdominowały produkty Loreala 😛 Moim chciejstwem był tusz – to wszystko przez Paulinę z bloga redttights.blogspot.com – to przez jej recenzję nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Mowa tutaj o Loreal False Lash Wings. Maskara kosztowała 32,97 zł. Postanowiłam wypróbować również nowość do brwi Brow Artist Sculpt, o której na razie jest u nas dość cicho – oglądałam jej recenzje na zagranicznym Youtubie i przyznam, że mocno mnie zaciekawiła. Maskara do brwi kosztowała 24,50 zł. Ostatnim produktem, jaki znalazł się u mnie w koszyku jest eyeliner, również z Loreala. Wybrałam wersję czarną – Super Liner Perfect Slim. Kresek rysować nie umiem, eyelinerami w kałamarzu często robię sobie grube linie, które przy mojej budowie oka nie są wskazane. Postanowiłam wybrać więc coś w pisaku z bardzo cienką końcówką i padło na Super Liner. Używałam go kilka razy i jestem zadowolona. Po raz pierwszy udało mi się narysować tak cienką linię, która miała za zadanie optyczne zagęszczenie linii rzęs. Jeśli będzie wydajny i nie zaschnie zbyt szybko na pewno stanie się moim ulubieńcem, do którego będę stale wracać. Kosztował 18,50 zł.

TYDZIEŃ TRZECI – USTA I PAZNOKCIE

W tym wypadku pozwoliłam sobie na totalną dowolność. Pojechałam do Rossmanna nieco później, kręciłam się przy szafach pół godziny i, uwaga uwaga, nic ciekawego nie znalazłam. Oprócz kredek do ust, które chciałam wypróbować szukałam jeszcze szminek w ciekawych kolorach. nic nie przyciągnęło mojej uwagi :C Chciałam kupić kolejne Rouge Edition Velvet od Bourjois, ale stwierdziłam,  że to za drogi biznes – tym bardziej, że to bardziej zachcianka niż potrzeba. Postanowiłam więc nie kupować nic na siłę i pozostałam przy trzech produktach z kolorówki. Pierwszym z nich jest szminka Wibo Juicy Colour, która znalazła się w rozdaniowej paczce. Kosztowała 5,85 zł. Dla siebie wybrałam dwie pomadki w kredce – fuksję Astor Soft Sensation 013 Magic Magenta (14,50 zł) i róż Rimmel 110 Make me Blush (14,40 zł).

Z balsamów do ust wybrałam Blistex w wersji mango i pomarańcza, który kosztował mniej więcej 5,50 i zł i Carmex o smaku Granatu – za który zapłaciłam mniej więcej tyle samo.

Jeśli chodzi o paznokcie do koszyka wpadł tylko niezawodny żel do skórek z Sally Hansen – Instant Cuticle Remover. Zapłaciłam za niego mniej więcej 11 złotych. 
CO MNIE ZIRYTOWAŁO?
Tłumy, otwierające wszystko kobiety, wyrywanie sobie produktów z rąk i ciągła walka o ostatnie sztuki. Wiem, że to normalne, bo na każdej takiej promocji dzieje się to samo, ale kiedy kobieta otwiera wszystkie tusze z droższych szaf (nie po jednej sztuce z każdego rodzaju, dosłownie wszystkie), a ja proszę o zwrócenie jej przez pracownicę i nic się w tym kierunku nie dzieje – człowiek traci wiarę w człowieka 😛 Większość szminek była ponapoczynana, wymaziana, połamana – jakby przez półki przeszedł tajfun… Czy nie można po prostu wziąć tego co się chce i kulturalnie ten kosmetyk kupić? Bez przepychania się łokciami i otwierania wszystkiego po kolei? Sama nie wiem – nawet świetnie wyglądające i dobrze ubrane kobiety zachowywały się w Rossmannie jak, za przeproszeniem, stado bydła…
NA CO WARTO UWAŻAĆ?
Na politykę podwyższania cen przez Rossmann. Zdarza się to najczęściej przy produktach, które sprzedają się w większej ilości – pomadek matowych z Bourjois, tuszy i podkładów Loreala, paletek Wibo. Ceny w internetowej drogerii Rossmanna podskoczyły już na starcie, ja niestety nie miałam wyboru i cen nie mogłam w żaden sposób porównać, bo w okolicy mam tylko jeden Rossmann i to oddalony ode mnie o dobre 25 kilometrów. Ceny skoczyły do góry nawet o 5-6 złotych, co moim zdaniem jest po prostu robieniem z klientów głupiej masy. To jawne oszustwo i moim zdaniem takie „czarne interesy” nie powinny mieć miejsca – nie lepiej zrobić promocję -40% a zostawić przy tym te same ceny, które były dzień przed jej rozpoczęciem? Wiem, że Rossmann zwracał pieniądze jeśli udowodniło się im, że podnieśli ceny, ale jak ja miałam to zrobić? Fotografować szafy tydzień przed? 😛 Nie wiem 😛
Udało Wam się upolować to, co chciałyście na promocji w Rossmannie? Co sądzicie o polityce podnoszenia cen? Jak oceniacie zachowanie klientek?
Pozdrawiam 😉
Uncategorized

MINI ZAKUPY COCOLITA.PL {SEMILAC CATRICE GOLDEN ROSE}

13 kwietnia 2016

Hej!
U mnie mobilizacja w zużywaniu kosmetyków nadal stoi na wysokim poziomie i ostatnio naprawdę kupuję tylko to, co potrzebne 😀 Za tydzień zaczyna się promocja w Rossmannie, boję się więc, że może to się źle skończyć dla mojej silnej woli, chociaż przygotowałam sobie listę, żeby nie zgrzeszyć za bardzo 😛
Dzisiaj pokażę Wam moje mini zamówienie z drogerii internetowej Cocolita.pl. Skusiłam się tylko na 4 produkty, z których jeden wędruje od mojej mamy. Jesteście ciekawi co to takiego? Zapraszam dalej 😉

Manicure hybrydowy wykonuję nie tylko sobie, ale też mamie, babci i mojej sąsiadce 😛 Małe pojemności płynów potrzebnych do tego zabiegu szybko się skończył, sięgnęłam więc po ich większe wersje. Mowa tu o Acetonie i Cleanerze. Wybrałam 500 mililitrowe wersje – acetonu zużywam zdecydowanie więcej, ale niestety w dniu składania zamówienia butelka o litrowej pojemności nie była dostępna :C Oba kosztowały 15 złotych, więc jest to zdecydowanie bardziej ekonomiczny wybór.

Ostatnimi kosmetykami są dwa korektory, które, o dziwo, również kosztowały tyle samo – każdy z nich 15,90 zł. Moja mama wybrała korektor lżejszy, w pędzelku, czyli Golden Rose Liquid Concealer. Jest to numerek  01 – nie jest chyba najjaśniejszy z całej gamy, a szkoda – wędruje pod oczy, więc jaśniejszy kolor dodatkowo rozjaśniłby te okolice. Dla siebie wybrałam sławny już w blogosferze płynny kamuflaż z Catrice w kolorze 010 Porcellain. Na razie testuję go i na wypryski i pod oczy i przyznam, że jeszcze się nie zawiodłam, ale użyłam go dopiero 3 razy i nie chcę wydawać pochopnej opinii. Jego odcień jest delikatnie różowo – szarawy, ale dobrze dopasowuje się do mojej neutralnej, lekko wpadającej w żółć, karnacji 🙂

Nie obyło się również bez gratisów. Na pierwszy ogień chciałam pokazać Wam próbki – są to 4 kremy –  intensywnie nawilżający na noc od Vianka, lekki, rokitnikowy od Sylveco, krem pielęgnujący od Sylvfeco dla dzieci  i krem na noc od Biolaven. Nie miałam jeszcze tych kremów do twarzy, fajnie będzie się wiec z nimi zapoznać.

Kolejnym prezentem jest podkład matujący z Annabelle Minerals, niestety w zbyt ciemnym kolorze – na pewno oddam go komuś innemu. Dostałam również miniaturkę odżywki do rzęs Realash o pojemności 1 mililitra. Przyglądałam się jej składowi i z tego co pamiętam nie mam w nim bimatoprostu, jestem wiec ciekawa, czy sprawdzi się jako alternatywa dla mojej ulubionej Long 4 Lashes. Na zdjęciu widzicie jeszcze teatralnie gęste i długie rzęsy od MUA. Raczej nie odważę się i nie będę ich nosić ani na co dzień, ani na imprezy, ale fajnie nadadzą się do nauki nakładania – może w końcu posiądę tę umiejętność 😛

Ostatnią już rzeczą, którą chciałam Wam pokazać jest spiralka do wyczesywania brwi od Beauty Crew. podobno jest to marka zbliżona ceną i jakością do Hakuro, więc ciekawi mnie, jak się sprawdzi. Na pierwszy rzut oka wygląda solidnie i jestem pewna, że będzie mi służyła przez wiele miesięcy 😉
Też ograniczacie się z kosmetycznymi zakupami? Wolicie standardowe wizyty w drogerii, czy zamawianie kosmetyków przez internet?
Pozdrawiam :3