Wybrany tag

Golden Rose

Uncategorized

#LETNICZAS | KOSMETYCZNE NIEZBĘDNIKI 2017 | BEZ JAKICH KOSMETYKÓW LATO NIE MOGŁOBY ISTNIEĆ?

21 czerwca 2017
letniczas kosmetyczne niezbędniki kosmetyki na wakacje

 Hej!
Mimo tego, że ostatnio w ogóle nie mam głowy do zdjęć ani bloga chciałabym zaprosić Was na krótki i przyjemny wpis z serii #letniczas. To już ostatni post w tym cyklu, ale nie przejmujcie się – tematu lata nie zamierzam odpuszczać – w końcu to moja ulubiona pora roku, a za kilka tygodni znów będę miała więcej czasu, by tworzyć dla Was inspirujące treści.
Jeśli śledzicie mnie od dłuższego czasu to wiecie, że w tamtym roku przygotowałam post o podobnej tematyce – też pisałam i moich letnich niezbędnikach. Tamte nadal są aktualne i regulenie korzystam z tego typu kosmetyków, dziś jednak chciałabym pokazać Wam coś nowego. Jesteście ciekawe? Zapraszam!
letniczas kosmetyczne niezbędniki kosmetyki na wakacje 2

pomadki płynne matowe, golden rose longstay liquis lipstic, matowe pomadki dr irena eris provoke

BLASK SŁOŃCA I MAT NA USTACH

Matowe pomadki nadal podbijają rynek, sama jestem ich wierną fanką i pewnie jeszcze przez długi czas ta moda dla mnie nie minie. Nie straszne im upały, pot i zimne napoje – trzymają się na ustach wiele godzin i sprawiają, że makijaż wygląda schludnie i nienagannie. Matowe szminki w mocnych, żywych kolorach potrafią ożywić nawet najbardziej nudny makijaż – wystarczy dołożyć cienką warstwę podkładu, trochę rozświetlacza i musnąć rzęsy tuszem – efekt świeżego makijażu gotowy. Jeśli chodzi o mnie latem najchętniej sięgam po fuksję i róże, ale coraz bardziej przekonuję się też do klasycznej czerwieni. Jeśli miałabym Wam polecić konkretny rodzaj szminek – moimi ostatnimi ulubieńcami są te z Ireny Eris. Pomadki Longstay Liquid Lipstic z Golden Rose maja świetne kolory i są najtrwalszymi pomadkami w mojej kolekcji, ale nie do końca odpowiada mi ich formuła. Mam teraz pod nie specjalną bazę i będę ją testować – może dzięki niej będą bardziej komfortowe w noszeniu.
pomadki matowe płynne, golden rose longstay liquid lipstick

filtry uvb uva uv, la roche posay cicaplast, la roche posay anthelios xl żel krem suchy w dotyku

OPALANIE JEST PASSE, CHCĘ BYĆ BLADA JAK GEJSZA! 

Nigdy nie lubiłam się opalać, bo zawsze, mimo stosowania filtrów spalałam się na raka. Odkąd stosuję mocniej działające kosmetyki do twarzy – czy to na bazie kwasów, czy retinoidy, z filtrami nie rozstaję się przez okrągły rok. Mimo tego najczęściej sięgam po nie latem – najwięcej czasu spędzam wtedy na słońce, a nadmierna ekspozycja grozi nie tylko poparzeniem, czy powstaniem przebarwień, ale też rakiem skóry (rak = nowotwór pochodzenia nabłonkowego). O fototypach i opalaniu pisałam Wam w pierwszym poście z tej serii, więc jeśli go jeszcze nie widziałyście – koniecznie tam wpadnijcie – to prawdziwa kopalnia wiedzy. Aktualnie do twarzy używam żel-kremu suchego w dotyku od La Roche Posay, niedługo zmienię go na Cicaplast.  Bardzo lubię też Anthelios XL Ultra Fluid, który ma lekką, oleistą konsystencję. Filtry to coś, bez czego nie wybieram się na zewnątrz, zawsze wybieram te z SPF 50+.

perfumy na lato, lekkie perfumy, dziewczęce zapachy, versace bright crystal, marc jacobs daisy eau so fresh

LEKKIE, OWOCOWE PERFUMY

Lekkie zapachy towarzyszą mi przez cały rok, natomiast latem najczęściej sięgam po te owocowe, rześkie, czasem lekko kwiatowe. Nie mam dużego arsenału perfum, ale ostatnio te szeregi zasiliła propozycja od Marca Jacobsa –  Daisy eau so fresh. Jest to zapach, lekki, ale ma otulająca bazę. Słyszałam, że te perfumy są nietrwałe i słabi utrzymuje się na ciele, natomiast na mojej skórze rozwijają się i są wyczuwalne przez długie godziny. To połączenie maliny, gruszki, liczi, zielonych nut, a także kwiatu jabłoni, róży, cedru i śliwki. Drugą propozycją jest stały bywalec, którego pokazywałam już na blogu – Versace Bright Crystal. Jak na razie to najpiękniejsze perfumy, jakie kiedykolwiek miałam, idealnie wpasowały się w mój gust. Są cukierkowe, lekko kwaśne, będą pasowały większości młodych kobiet. Na początku zaskakują lodowym połączeniem yuzu i granatu, ich serce to piwonia, lotos i magolia, a bazę stanowią piżmo ambra i cedr. To idealne propozycje na letnie dni pełne wrażeń 😉 Znacie te zapachy?

żel aloesowy gorvita, żel aloesowy holika holika

 ZIELONO MI, KIEDY CIĘ WIDZĘ!

Aloes funkcjonuje w mojej pielęgnacji od roku. Jest to magiczny składnik, który świetnie sprawdza się w pielęgnacji ciała, skóry i włosów. Łagodzi ukąszenia i użądlenia, a także oparzenia posłoneczne. Wpływa na gojenie się ranek i przyspiesza znikanie wyprysków – zawiera w sobie kwas salicylowy. Żelem, po który sięgam w tej chwili jest ten z Gorvity – to już końcówka i chcę go zużyć. Kupiłam go nie mając odpowiedniej wiedzy na temat takich kosmetyków i na dzień dzisiejszy nie zadowala mnie skład, dlatego do niego nie wrócę. Wybrałam aloes z Holika Holika, który poleciły mi dziewczyny – mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie – wygląda świetnie – oby i działanie takie było! 😀

żel aloesowy holika holika, żel aloesowy gorvita

woda termalna uriage, izotoniczna woda termalna, woda termalna bez osuszania

 

RAJSKA MGIEŁKA

Woda termalna potrafi schłodzić skórę i dostarczyć jej niezbędnych minerałów. Trzymana w lodówce będzie świetna do spryskiwania twarzy w ciągu dnia. Jest dobrą bazą pod glinki i maski zastygające, a także do ich zraszania po aplikacji. Woda termalna przynosi ukojenie podczas oparzeń czy podrażnień. Dlaczego zawsze sięgam po tę z Uriage? Na promocji ma przystępną cenę, występuje w  3 formatach – mi to torebki, midi, czyli 150 ml – najlepsza do używania na co dzień i maxi – bodajże 300 mililitrów, przydaje się wtedy, kiedy cała rodzinka jest miłośnikiem tego specyfiku. Dodatkowo nie trzeba jej osuszać, ponieważ jest izotoniczna w stosunku do płynów międzykomórkowych naszej skóry. Przy mojej trądzikowej skórze działa cuda – kiedy coś swędzi lub mam suche, zaczerwienione czy podrażnione obszary – zmniejsza w tych miejscach reaktywność i sprawia, że zapominam o ich dotykaniu.

rozświetlacz Lily Lolo Champagne Illuminator, rozświetlacz My secret Princess dream

SHINE BRIGHT LIKE A DIAMOND… ALE TYLKO TAM, GDZIE TRZEBA 😛

Jeszcze kilka lat temu rozświetlacze nie były popularne, a przecięty zjadacz chleba nie wiedział, że takie kosmetyki istnieją. Sama byłam przeciwna rozświetlaniu cery mieszanej, czyli takiej, jakiej jestem posiadaczką. Teraz nie wyobrażam sobie makijażu bez odrobiny kontrolowanego błysku – moja twarz wygląda zdrowiej i promienniej, a mat, który szerzy się na pozostałej części nie jest tak płaski i mocno widoczny. Rozświetlaczy nie polecam tylko osobom z kaszką lub wypryskami w miejscu, w którym chcecie je zaaplikować – niestety rozświetlenie będzie przyciągało do nich wzrok i zwracało na nie uwagę. Aktualnie moimi ulubionymi kosmetykami z tej kategorii są rozświetlacz Lily Lolo Champagne Illuminator i My Secret – Princess Dream.
Zapraszam Was na blogi pozostałych dziewczyn!:

Podoba Wam się taki typ wpisu? Jak mija Wam czerwiec? 
Pozdrawiam i do zobaczenia :* Pewnie nadal będę się tu rzadko pojawiać, ale obiecuję poprawę 😛
Uncategorized

ULUBIEŃCY LUTEGO | GOLDEN ROSE | PAESE | TISSERAND

17 marca 2017

Hej!
W końcu mamy weekend! Ja jestem z siebie dumna, bo w marcu, tak jak sobie założyłam, mimo kolokwiów i zaliczeń udaje mi się publikować posty we wtorki, piątki i niedziele! Jak widać, wszystko się da, wystarczyła tylko lepsza organizacja 😀
Kolokwium z anatomii nie poszło mi wcale tak źle, jak myślałam, jest nawet lepiej niż postawiona poprzeczka, dlatego od wczoraj mam dobry humor. Do tego słoneczna pogoda nadal się utrzymuje i w białostockim powietrzu czuć już wiosnę. 
Znając życie, następnych kilka tygodni zleci mi tak, że nie będę o nich pamiętać, więc uraczę Was dziś postem o ulubieńcach lutego – tradycyjnie będą to 3 kosmetyki – tym razem dwa kolorowe i jeden pielęgnacyjny. Jeśli jesteście ciekawi, jakie perełki znalazłam wśród produktów Paese, Golden Rose i Tisserand – zapraszam do dalszej części wpisu 🙂 

  • PAESE PUDER RYŻOWY MATUJĄCY

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu byłam osobą ze skórą mieszaną w kierunku tłustej, której strefa T po kilku godzinach świeciła się jak choinka przy Ratuszu w przeciętnym polskim miasteczku 😛 Teraz udało mi się zapanować nad produkcją sebum, owszem, nadal lekko święcę się w wyżej wymienionych miejscach, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, bo nie wpływa to negatywnie na jakość makijażu w ciągu dnia (a przynajmniej nie tak, jak kiedyś :P). 
Puder Paese pozwala mi dodatkowo utrzymać skórę w ryzach, przez co make-up dosłownie od rana do wieczora trzyma mi się w dobrym stanie. Puder ryżowy nie zapycha mojej skóry i jej nie wysusza, ale staram się dbać o jej nawilżenie podczas stosowania kosmetyków pielęgnacyjnych. Jest drobno zmielony, dlatego pudrowy efekt nie rzuca się aż tak mocno w oczy. Dobrze utrwala makijaż, dlatego może być stosowany zarówno na co dzień, jak i większe wyjścia. Puder w ciągu dnia absorbuje sebum, dlatego z czasem pudrowy, matowy efekt ustępuje lekkiemu błyskowi. Mam to opakowanie już prawie  8 miesięcy, w pudełku została mi nadal 1/3 kosmetyku. Matowi mocniej i na dłużej od pudru bambusowego. Polecam!

  • TISSERAND TEA TREE ESSENTIAL OIL ROLLER BALL

Od kilku miesięcy staram się łączyć naturalną pielęgnację z tą apteczną czy dermatologiczną i uważam, że daje to u mnie najlepsze efekty. Wtedy, kiedy nie używam maści z antybiotykiem staram się działać na wypryski innymi sposobami. Jednym z nich jest właśnie olejek z drzewa herbacianego. Wcześniej używałam zwykłego z apteki i mimo tego, że szybko usuwał niedoskonałości byłam w stosunku do niego sceptycznie nastawiona, bo  wysuszał to miejsce i na następny dzień nawet po przykryciu makijażem nie wyglądało dobrze.
Olejek z Tisserand kupiłam w TkMaxxie. Bazuje na oleju jojoba, który jest bezpieczny do stosowania w przypadku cery trądzikowej, posiada w składzie także olejek z drzewa herbacianego i inne olejki eteryczne, które działają na niedoskonałości jak magiczna różdżka! Bardzo lubię ten roller, stosuję go kilka razy w tygodniu. Pomaga zwalczać wypryski, nie wysusza skóry i jest przyjemny w użyciu. Mój hit!

  • GOLDEN ROSE LONGSTAY LIQUID LIPSTICK W KOLORZE 03

Niedawno w ulubieńcach pokazywałam Wam tę pomadkę, ale w „trupim” kolorze 10, w poprzednim miesiącu na moje usta często trafiała żywsza wersja, która przez niektórych uznawana jest za dzienny, delikatny kolor. Niestety w moim przypadku kolor nie jest tak delikatny, jak mogłoby się to wydawać, może przez to, że mam jasną skórę.
Na moich dość ciemnych ustach ten kolor wpada w fioletowy róż, wygląda na nich ładnie i uniwersalnie, pasuje do wielu makijaży. Jest chłodny, przez co optycznie wybiela zęby. Co jest ciekawe – w pomadce tej znajduje się różowy shimmer, który jest tak drobno zmielony, że nie da się wydzielić w nim pojedynczych drobinek. Po pomalowaniu ust widać go tylko na słońcu, jest to bardzo ciekawy efekt i chyba głównie przez wzgląd na tę cechę tak polubiłam tę pomadkę. Na ustach trzyma się bardzo długo, ale jednocześnie trochę je wysusza. Nie nakładam jej często, a na pewno nie codziennie – wtedy mogłaby mocno pogorszyć stan moich warg. Na imprezę z przyjaciółmi czy wieczorny wypad do kina jest jednak idealna – tylko coś bardzo tłustego jest w stanie ruszyć ją z ust 🙂

Mam nadzieję, że chociaż jeden z tych kosmetyków jest dla Was nowością – dla mnie pozytywnym zaskoczeniem był olejek z Tisserand – nigdy o nim nie słyszałam, dlatego nie oczekiwałam zbyt wiele. Bardzo się jednak co do niego myliłam 🙂 Puder Paese i szminkę Golden Rose kojarzyłam z innych blogów, więc wiedziałam, co brałam 😛
Wyniki rozdania pojawią się w niedzielę – muszę na spokojnie przejrzeć Wasze zgłoszenia, żeby nie oszukać i siebie i Was 😛
Który ulubieniec spodobał Wam się najbardziej? Jakie macie plany na weekend?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

#FEBNAILS | JAK DBAM O DŁONIE I PAZNOKCIE?

5 lutego 2017

Cześć!

Jak wiecie, uwielbiam projekty, które pozwalają mi zapoznać się z nowymi osobami. Nie mogłam przejść więc obojętnie obok podobnej propozycji i tak na blogu ląduje dziś wpis, który zapoczątkowuje akcję #FebNails.
Przez kilka najbliższych niedziel, razem z Magdą, Natalią i Justyną będziemy oprowadzać Was po tematach związanych z naszymi paznokciami. Odkryjemy przed Wami tajniki naszej pielęgnacji, zaproponujemy ciekawą stylizację, wspomnimy o lakierach wartych uwagi. Jeśli jesteście kobietami, dla których piękno dłoni jest ważne – koniecznie śledźcie nas na blogach, a także mediach społecznościowych, aby nie przeoczyć żadnego tekstu 🙂

Przyznam
szczerze, że ostatnio nie mam zbyt wiele czasu dla moich dłoni, dlatego
skupiam się głównie na ich pielęgnacji, a malowanie paznokci odkładam
na większe wyjścia.
Uważam, że dłonie są wizytówką każdego człowieka,
dlatego powinniśmy o nie dbać. Teraz, zimą, są one narażone na wiele
niesprzyjających czynników zewnętrznych – suche powietrze, mrozy, ciągłe
skoki temperatury. Odbija się to negatywnie na ich stanie – w moim
przypadku objawia się to popękaną, szorstką skórą, zaniedbanymi skórkami
i suchymi paznokciami, które kruszą się przy najmniejszym, mechanicznym
urazie.

Staram
się temu przeciwdziałać suplementując się od wewnątrz, ale kosmetyki,
których używam w dużym stopniu pomagają mi walczyć z wyżej wymienionymi
problemami doraźnie. Opiszę Wam dziś kilka moich ulubionych sposobów na mocne paznokcie i nawilżone dłonie, a także przedstawię kilka ulubionych typów produktów, które zawsze staram się mieć w kosmetycznych zbiorach.

Na pierwszy ogień lecą olejki i oliwki. Wyżej wspominałam, że moje skórki przez mrozy cierpią katusze. Są twarde, grube, często się zadzierają, co czasem sprawia mi ból – tym bardziej, że mam kontakt z detergentami, a czasem nawet formaliną. Kiedy przypomnę sobie o tym, że powinnam coś z tym zrobić biorę się za oliwki i wsmarowuję je w całe paznokcie. Olej pozytywnie wpływa nie tylko na naszą skórę, ale też na paznokcie – stają się bardziej elastyczne, szybciej rosną, a także mają ładniejszy kolor. Moimi ulubionymi oliwkami są te z Indigo, a konkretniej zapach Matrioshka, a także nowość w mojej kosmetyczce – NC Nails i ich Summer Feeling. 

Na paznokcie staram się też nakładać sera, które pozytywnie wpłynęłyby na szybkość ich wzostu, a także twardość i elastyczność. Jednym z moich ulubionych, które aktualnie jest w użyciu to serum z mirrą z Indigo, które sprawia, że moje paznokcie, nawet te najbardziej zniszczone, rosną jak szalone, a do tego nabierają pięknego, zdrowego blasku. W składzie rzeczywiście znajduje się mirra, a na pierwszym miejscu występuje jeden z moich ulubionych olejków – jojoba. Serum aplikuję na płytkę, skórki i pod paznokieć za pomocą pędzelka i delikatnie je wmasowuję. Jeśli macie problem z płytką i wolny wzrostem – powinnyście się za nim obejrzeć 🙂

Masło Shea to broń na uporczywe problemy, które stale nawracają i nie chcę zniknąć pod wpływem lekkich, delikatnych preparatów. Sięgam po nie zawsze wtedy, kiedy narzekam na dużą suchość skóry dłoni. Nie wiem czy wiecie, ale dłonie, jako jedne z niewielu miejsc na naszym ciele nie posiadają gruczołów łojowych. Oznacza to, że łój nie jest w tej okolicy produkowany i wydzielany. Z czym się to wiąże? Z tym, że skóra dłoni starzeje się szybciej, ponieważ nie zawsze jest odpowiednio nawilżona. Powinno to zmotywować nas do przeciwdziałania prawom natury 😛

Masło Shea, tak jak pozostałe produkty Indigo (oprócz serum) jest perfumowane. Moje jest o zapachu słodkich owoców – Sunset Beach. Masło pod wpływem ciepła naszej skóry rozpuszcza się i zamienia w treściwy, gęsty olej, który wolno się wchłania. Stosuję je na dwa sposoby – na noc, jako kompres nawilżający lub wykonuję manicure masłem shea. Zabieg pozwala wzmacniać płytkę i nadaje jej blasku. Jedynym jego minusem jest fakt, że nie możemy od razu po jego wykonaniu pomalować pazurków, jednak ja jestem w stanie mu to wybaczyć. Jesteście ciekawi jak taki zabieg wykonać? Jak wyglądają paznokcie po jego kilkakrotnym odnowieniu? Może przygotuję post na ten temat?

Przedostatnim już produktem jest krem do rąk. Stosuję ich kilka, często zamiennie, a w każdej torebce znajduje się kolejna jego sztuka. Kiedy jestem w domu najczęściej sięgam jednak po dużą tubę od Indigo, chyba przez to, że ma szybki w użyciu aplikator – pompkę 😀 Richness Hand Cream jest lekki, a mimo tego dość tłusty. Dobrze nawilża skórę i sprawia, że po kilku użyciach jest ona przyjemna i miękka. Suche place znikają, a koloryt jest ładnie wyrównany. Czy zostawia po sobie tłusty film? Niestety tak, jednak nie jest on lepiący i uciążliwy. W dużym stopniu zależy to od tego, ile kremu na dłonie nałożymy.  Ma dobry skład, pachnie tak samo pięknie, jak i oliwka, a do tego jest nieziemsko wydajny. Chyba znalazłam kolejnego ulubieńca 😀

Na sam koniec wspomnę o odżywce, którą aktualnie posiadam. Zazwyczaj sięgam po te od Sally Hansen – nie uczulają mnie i rzeczywiście wzmacniają paznokcie. Ostatnio postanowiłam wypróbować coś, co ma wiele pozytywnych opinii w blogosferze. Czarna odżywka od Golden Rose – Black Diamond to bezbarwna odżywka dostosowana także do stosowania jako baza pod lakiery. Szybko schnie, daje wysoki połysk i nie wpływa negatywnie na trwałość lakieru. Wzmacnia paznokcie, ale nie przyspiesza ich wzrostu.

To by było na tyle. Jestem ciekawa jak Wy dbacie o swoje dłonie – przykładacie do tego wielką uwagę, czy jednak jest to dla Was drugorzędna sprawa? Zapraszam Was też na wpisy dziewczyn:

Znacie któryś z tych kosmetyków? Macie ciekawe sposoby na piękne dłonie i paznokcie?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

ULUBIEŃCY GRUDNIA | GOLDEN ROSE | MAKE ME BIO | NACOMI

6 stycznia 2017

 
Hej!

Pierwsze, styczniowe koty są już za płotem, postanowiłam więc odświeżyć nieco bloga i dodać dzisiaj nowy wpis 😛 Żeby po raz kolejny nie być spóźnioną, zaraz po zdjęciowym podsumowaniu grudnia opowiem Wam o ulubieńcach, czyli kosmetykach, które towarzyszyły mi w ubiegłym miesiącu. Jak zwykle będzie przeważała pielęgnacja, ale chyba jestem już z tego znana. Jeśli szukacie kosmetyków odpowiednich na chłodne, zimowe miesiące, coś z dawką nawilżenia, pięknym zapachem, a także coś o interesującej barwie – koniecznie przejdźcie do dalszej części wpisu 😀



GOLDEN ROSE, LONGSTAY LIQUID MATTE LIPSTICK W ODCIENIU 10
Mam tę pomadkę już od kilku miesięcy, jej zdobycie sprawiło Mateuszowi wiele trudu, a ja, po zobaczeniu jej na żywo… nie mogłam wyobrazić sobie jak będę nosić na ustach coś w tak trupim kolorze 😛 Zniesmaczona wrzuciłam ją na dno kosmetyczki i zastanawiałam się, skąd ten szał na szare, blade kolory na ustach. Przeleżała tak całe lato, jesień, w końcu sięgnęłam po nią zimą i się zakochałam!
Jestem z natury bladą, choć nie białą osobą, a wiele z Was porównuje mnie do Królewny Śnieżki. Stąd też częściej sięgałam po wyraziste barwy podkreślające moją jasną karnację. Stwierdziłam, że zaryzykuję i wyjdę w tej pomadce do ludzi – najwyżej wezmą mnie za ducha, albo stwierdzą, że jestem chora lub niedotleniona 😛 

Umiejętnie nałożona, w niewielkiej ilości oraz z dopasowanym do niej makijażem (zwykle stawiam wtedy na mocniej podkreślone brwi i róż na policzkach, zostawiając gołe powieki i rzęsy lekko przykryte tuszem) potrafi pięknie wyglądać. Nawet moi rodzice stwierdzili, że takie kolory mogą pasować i mi 😛 Do tego jest trwała i nie wysusza usta aż tak, jak na początku mi się wydawało.

MAKE ME BIO, WODA RÓŻANA
Nie jestem fanką różanych zapachów ani kosmetyków, ale postanowiłam dać szansę wodzie różanej. Słynie z dobroczynnych właściwości. Jeśli chodzi o korzystny wpływ na cerę trądzikową – działa antybakteryjnie, przez co przyspiesza gojenie się zmian trądzikowych oraz zmniejsza rumień, z którym mam problemy szczególnie zimą. Stosowałam ja również na włosy, pod olej i przyznam, że świetnie sprawdzała się w roli humektantu, czyli nawilżacza. 
Make Me Bio postawiło na naturę i w składzie nie znajdziemy nic oprócz wspomnianego w tytule hydrolatu. Podoba mi się zdecydowanie bardziej niż tonik z Evree – mniej dodatków – mniejsze ryzyko uczulenia i wzmocnione działanie. Polecam ją do wszystkich typów cery 🙂

NACOMI, BALSAM DO UST LOVE GRENADE Z OLEJEM AWOKADO
Moje usta rzadko pękają, mają natomiast skłonność do pierzchnięcia i lekkiego wysuszania się. Zimą, kiedy na delikatną skórę warg działa i mróz, i suche, ciepłe powietrze znad kaloryfera tworzy się na nich skorupka, a suche skórki przeszkadzają malowaniu i wyglądają nieestetycznie. Dzięki temu masełku, które bazuje na  maśle kakaowym i oleju z awokado oraz miodzie mogę zapomnieć o tym problemie. Dobrze nawilża, można je stosować pod pomadki, a zwarta konsystencja sprawia, że jest niezwykle wydajne. Wybrałam owocowy zapach granatu – jest słodki, ale nie mdły i mogę je stosować zarówno latem jak i zimą. Kosztuje niewiele, pochodzi z Polski – więcej mi nie potrzeba 🙂
Znacie któryś z tych kosmetyków? Co zapadło Wam w pamięć spośród Waszych zbiorów?

Pozdrawiam i życzę Wam miłego weekendu!
Uncategorized

ZAKOCHAJ SIĘ W JESIENI: POSTAW NA KOLORY! ♥

30 października 2016
Hej!
Ostatnio ciężko jest z moją regularnością w dodawaniu wpisów. Powiem szczerze, że zbliża się termin pierwszych kolokwiów, a do tego i mnie dopadła choroba – przez to nie wyrabiam się z odpisywaniem na komentarze i publikowaniem nowych postów :C Czuję się z tym źle, ale wiem, że mi też należy się chwila odpoczynku – mam nadzieję, że przez najbliższe tygodnie uda mi się w końcu doprowadzić to do ładu – jeśli jestem w blogowych sprawach na bieżąco – znacznie łatwiej jest mi to później wszystko „ogarnąć”.
Dziś chciałabym zaprosić Was na kolejny wpis z cyklu Zakochaj się w jesieni. Tym razem opowiem Wam o kilku kosmetykach, które towarzyszą mi w codziennym makijażu. Z góry zaznaczam, że nie będzie ich wiele – odkąd wróciłam na studia nie mam już tyle czasu, żeby o porankach eksperymentować z moim make-upem. Dodatkowo wprowadzam do swojej pielęgnacji i makijażu minimalizm – kroczę utartymi ścieżkami i tylko czasem zmieniam jakiś element 🙂 Jeśli jesteście ciekawi, co wpadło do mojego worka zatytułowanego „Make up essentials” – zapraszam na dalszą część wpisu 🙂

Tym razem zacznę z innej strony – od paznokci. Ostatnio rzadko sięgam po hybrydy – chyba zniechęca mnie fakt ich późniejszego ściągania 😛 Mam zamiar do nich wrócić w listopadzie, a taka kilkutygodniowa przerwa dobrze zrobiła moim pazurkom. Jesienią zazwyczaj sięgam po klasyczne odcienie, do których dorzucam jeszcze wszystkie ciemne kolory. Dziś mam Wam do pokazania dwa kolory lakierów od Essie – Watermelon i Fiji 🙂 Watermelon to nasycona, malinowa czerwień, która na paznokciach wygląda albo niezwykle elegancko, albo zadziornie – a wszystko zależy od tego, jaką stylizację mamy na sobie. Fiji jest jasnym, różowym lakierem nude, które jest nieco bardziej problematyczny w  nakładaniu – czasem ma tendencje do smużenia, ale jestem mu to w stanie wybaczyć. Często na paznokciach lądują u mnie jeszcze szarości, granaty i ponadczasowa czerń. Przygotujcie się – postaram się wstawiać tu jakieś paznokciowe stylizacje, ponieważ zawsze dostaję wiele miłych komentarzy pod zdjęciami na Instagramie – poczytałybyście takie mini wpisy tu, lub na Facebooku?
Po paznokciach przyszedł czas na twarz i zacznę od tego, z czym mam największy problem – oczy. Dzięki produktowi, o którym Wam ostatnio pisałam, polubiłam makijaż tej części mojego ciała 🙂 Mowa tu o cieniu duochrome Lily Lolo, czyli Smoky Brown. Dla takiego laika jak ja to super sposób na szybki makijaż oka – ten cień nałożony na powiekę samodzielnie potrafi „zrobić” cały makijaż. Lekko ciepła baza w połączeniu z chłodnym błyskiem drobinek wyglądanie niesamowicie  – niejednokrotnie podczas jego noszenia dostawałam pytania, czym pomalowałam powieki 🙂
Jesienią sięgam też częściej po eyelinery i moim numerem jeden w tej kategorii jest ten z Loreal, a dokładniej Super Liner Perfect Slim. Nigdy nie umiałam poradzić sobie z rysowaniem kresek, a dzięki jego cienkiej i niezwykle precyzyjnej końcówce w końcu, chociaż w podstawowym stopniu, udało mi się opanować tę sztukę. Jest trwały, jego odcień jest głęboki, ale ma jedną wadę – trzeba trzymać go do góry nogami, w innym wypadku, w najcieńszym miejscu końcówki może zabraknąć nam tuszu ;c

Jesienią rzadziej sięgam po rozświetlacze, a jeśli już je wybieram – zazwyczaj mam ochotę na coś, co daje bardziej subtelny efekt. W tym sezonie w mojej kosmetyczce króluje rozświetlacz w szampańskim odcieniu od Lily Lolo Champagne. Jest to rozświetlacz prasowany, dający delikatny, aczkolwiek zauważalny efekt. Jest idealny na co dzień, a przy nałożeniu kilku cienkich warstw nada się też na większe wyjścia. Lubię go za uniwersalny kolor, ponieważ dzięki temu pasuje do większości róży, które zazwyczaj stosuję. Świetnie nadaje się na podróże, ponieważ ma cieniutkie opakowanie i nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce.

Róże, to jeden z moich ulubionych elementów w makijażu. Lubię eksperymentować z ich odcieniami, chociaż moje ulubione krążą gdzieś w granicach róży – i chłodniejszych, i cieplejszych. Dzisiaj chciałam pokazać Wam coś, co było już w moich ulubieńcach, oraz miało 5 minut na blogu, czyli róż z Lily Lolo, a konkretnie odcień In the Pink. W opakowaniu wygląda na matowy, na skórze staje się jednak satynowy, przez co delikatnie odbija światło, a nasza twarz wygląda na rozpromienioną i zdrowszą. To bardzo neutralny odcień, dlatego tak często po niego sięgam. Dalej chciałam wspomnieć jeszcze o dwóch nowościach z Wibo, które udało mi się upolować na promocji w Rossmannie 🙂 Mowa tu o różach Ecstasy, a tak naprawdę o kolorach 1 i 2. Jedynka to podobno zamiennika Narsa Orgasm – to brzoskwiniowo – różowa propozycja, która mieni się na złoto i ożywia każdy, nawet najcięższy makijaż. Dwójka to natomiast truskawkowy odcień, który na swatchu wygląda bardziej ceglasto niż później na policzkach. Również ma w sobie małe drobinki, o których istnieniu przed zakupem niestety nie wiedziałam. Oba są bardzo mocno napigmentowane i za pierwszym razem zrobiłam sobie wielką krzywdę – miałam policzki jak ruska baba 😛 Nałożone w niewielkiej ilości wyglądają super, ale trzeba pamiętać, że samo otrzepanie pędzla niestety nie wystarcza 😛

Przechodzimy już do ostatniej, najbardziej interesującej dla mnie części tego wpisu 😀 Uwielbiam pomadki i mam ich zdecydowanie najwięcej, jeśli chodzi o kosmetyki kolorowe. Najpierw chciałam pokazać dwie konturówki, z których jedna jest tą, po którą sięgam niemal codziennie 🙂 Mowa tu o dwóch egzemplarzach Lovely Perfect Line, w odcieniach 1 i 2. Jedynka to nudziak, który w moim przypadku pasuje do wszystkich jasnych pomadek. To już moja druga sztuka i przyznam szczerze, że na pewno nie ostatnia. Dwójka to natomiast ciepły, intensywny róż, który, co prawda, nie pasuje do wszystkich fuksjowych pomadek, ale znalazłam dla niego kilka „do pary”. Konturówki są miękkie i miło się z nimi pracuje. Nie są najtrwalszymi konturówkami na świecie, ale nie podkreślają za to suchych skórek. Tak jak już wspomniałam – do jedynki będę wracać, to tak piękny odcień, że będzie pasował każdej z Was 🙂

Na deser zostawiłam cztery pomadki, po które ostatnimi czasy sięgam najczęściej. Pierwsza i ostatnia to Golden Rose. Obie matowe, z tym, że jedna jest płynna.  Obie są koloru lekko przybrudzonego różu, natomiast Velvet Matte 39 jest zdecydowanie jaśniejsza. Często używam jej w tygodniu, kiedy idę na zajęcia – nie rzuca się w oczy, a dzięki niej i konturówce moje usta wydają się być o wiele pełniejsze, niż są w rzeczywistości. Pomadka z drugiej serii, czyli Longstay Liquid Matte Lipstick 03 to odcień chłodniejszy, w pełni matowy, który zastyga na ustach i ma tendencje do lekkiego ich wysuszania. Kiedy pijemy i jemy lekkie rzeczy – jest nie do zdarcia. Z ust rusza się dopiero wtedy, kiedy sięgniemy po coś tłustego. To ciekawy, różowo-fioletowy odcień z różowym pyłkiem – dzięki temu pyłkowi pomadka zmienia swój kolor w zależności od tego, jakie światło na nią pada – to najbardziej mnie w niej ujęło. Kolejna propozycja to p2 i kremowa, miękka pomadka 080 Tell me a Tale. Ma błyszczące wykończenie, ale mi, miłośniczce matowych wersji mocno przypadło do gustu. Nie podkreśla suchych skórek, ale jednocześnie nie utrzymuje się na ustach przed długie godziny. Ma różowo-pomarańczowy kolor, który na swatchu wyszedł zdecydowanie bardziej rudy, niż ma się to w rzeczywistości. Można ją kupić w Polsce – między innymi w Hebe. Niestety tu jej cena jest zdecydowanie wyższa :C Ostatnia, mocniejsza sztuka to pomadka Rimmel Moisture Renew i kolor 360 As You Want Victoria. To fuksja w dosłownym tego słowa znaczeniu – na ustach wygląda niezwykle seksownie – to mój zamiennik klasycznej czerwieni. Mimo tego, że jest kremowa na ustach utrzymuje się całkiem długo, tym bardziej, że pigment mocno wpija się w usta i nie chce z nich później zejść.

Niżej możecie zobaczyć swatche kosmetyków, o których tu wspomniałam. Wiem, że nie ma ich wiele, może nie pokazałam też nic odkrywczego, ale wiem też, że większość z nas nie sięga po odważne propozycje na co dzień. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś ciekawego, o czym jeszcze nie czytaliście na innych blogach 🙂

Zapraszam Was też na posty dziewczyn, czyli:

Na co jesienią zwracacie większą uwagę podczas codziennego makijażu? Wolicie podkreślać oczy, czy usta? Czy któryś z tych kosmetyków był dla Was nowością?
Pozdrawiam :*