Wybrany tag

GlySkinCare

Uncategorized

PROJEKT DENKO | STYCZEŃ 2016 | BIORĘ SIĘ W GARŚĆ :P

21 lutego 2017

Hej!
Na tym blogu tak to już chyba jest, że projekt denko praktycznie zawsze pojawia się bardzo spóźniony 😛 Nawet wtedy, kiedy bardzo się staram coś mi nie wychodzi i na blogu ląduje on najwcześniej w połowie miesiąca. Nie oznacza to jednak tego, że jest gorszy 😛 Dzisiaj mam Wam do pokazania całkiem fajne kosmetyki, więc jeśli macie ochotę ze mną zostać – zapraszam dalej! Tylko proszę się nie przepychać 😛 

CIAŁO:

  • ŻELE POD PRYSZNIC BALEA, WANILIA I KOKOS ORAZ BRZOSKWINIA I LOTOS
Żele Balei lubię, choć nie są to najlepsze kosmetyki pod prysznic, z jakimi miałam do czynienia. Są przede wszystkim tanie, bo takie opakowanie kosztuje zaledwie 0,55 EUR. Zawsze, kiedy jestem w Niemczech wrzucam kilka do koszyka – moim zdaniem mają fajne opakowania, a do tego każdy z nich pięknie pachnie! 😀 Dobrze się pienią, ale nie są zbyt wydajne – może to przez ich średnio gęstą konsystencję (weźcie pod uwagę fakt, że ja używam bardzo dużo żelu na raz). Czy wysuszają skórę? W moim przypadku tak, na takim samym poziomie jak te z Isany, ale nie jest to bardzo uciążliwe – wystarczy balsamowanie ciała. Na pewno jeszcze do nich wrócę, ktoś musi testować kolejne edycje limitowane 😛
  • PŁYN DO HIGIENY INTYMNEJ FACELLE SENSITIVE
Staram się wybierać takie płyny do higieny intymnej, które nie podrażniają i Facelle jest właśnie jednym z nich. Jest delikatny i ma przyjazny dla wrażliwych okolic skład. Czasem myję nim też pędzle i w tym przypadku też dobrze się sprawdza. Przeszkadza mi  nim tylko opakowanie – moim zdaniem ciężko wydobyć jest przez nie odpowiednią ilość kosmetyku i często połowa z tego, co mam na dłoni ląduje w prysznicu. Mimo tej wady, będę do niego wracać.
  • PEELING CUKROWY WELLNESS & BEAUTY W WERSJI MANGO
Po pierwsze zaczynając opis tego kosmetyku muszę wspomnieć, że ma on niewiele wspólnego z peelingiem cukrowym, chociaż jego nazwa na to wskazuje. Bazuje na soli, więc osoby nie czytające składów mogą być rozczarowane. Jak przystało na peeling solny jest dość ostry i pozwala efektywnie usunąć martwy naskórek. Kryształki soli mają mniej regularny kształt, przez co są ostrzejsze od kryształków cukry, wolniej się także rozpuszczają. Po depilacji ten peeling powodował czasem lekkie pieczenie, ale przyznam, że go lubiłam. Miał ładny, owocowy zapach i zostawiał skórę gładką i natłuszczoną. Zawierał oleje, dlatego balsamowanie po prysznicu nie było już konieczne. Na razie nie zapowiada się, żebym kupiła kolejny słoiczek, ale kiedyś na pewno do niego wrócę. 

TWARZ:
Na temat tego kosmetyku napisałam osobną recenzję, dostałam go w ramach współpracy i użyłam tylko raz. Dlaczego? Ma w składzie rakotwórczy konserwant, który niestety kumuluje się w naszym organizmie. Wiem, że na coś trzeba umrzeć, ale ja już wolę na słodycze 😛 Nie polecam. Więcej go nie kupię i ostrzegam Was przed tym produktem. 
To już któreś z kolei opakowanie tego kosmetyku, które zużyłam. Bardzo lubię ten płyn micelarny, ponieważ nie jest drogi (ja kupuję dwupaki w Biedronce, po 22 złotych za  sztuki). Nie podrażnia moich oczu i dobrze radzi sobie ze zmyciem makijażu – i solo, i po zastosowaniu oleju. Miałam jeszcze zieloną wersję, do cery mieszanej, ale jest o wiele gorsza i zawiera alkohol, po którym piekły mnie oczy ;/ Będę do niego regularnie wracać.



  • MASKA DO TWARZY, BANIA AGAFII, DZIEGCIOWA, OCZYSZCZAJĄCA
Maska dziegciowa od Bani Agafii to jedna z moich ulubionych masek tego typu. Mimo tego, że jest na bazie glinki i dokładnie oczyszcza nasze pory, nie wysusza dodatkowo delikatnej i wrażliwej skóry. Ma ciekawy, naturalny skład, jest w formie wyciskanej, zakręcanej saszetki i starcza na dobrych kilka użyć. Jest tania, ale skuteczna i na pewno będę do niej wracać. Wolę ją od zwykłych glinek – nie muszę nic mieszać, dodawać, miksować, a moja skóra i tak jest oczyszczona i nawilżona 🙂
Na temat tego kremu pojawił się osobny post na blogu. Jest to jeden z moich ulubieńców, do których raz na jakiś czas wracam. Krem ma krótki, przyjazny dla skóry skład, bogatą konsystencję i świetnie nawilża i natłuszcza skórę wokół oczu. Zamknięty jest w małym słoiczku, na szczęście tak skonstruowanym, że nawet dłuższe paznokcie nie przeszkadzają w pobieraniu i późniejszej aplikacji tego kosmetyku. Polecam wszystkim młodszym dziewczynom, które nie mają jeszcze problemów z utratą jędrności skóry cz zmarszczkami w tych okolicach. Jest świetny!
  • MASKA DO TWARZY W PŁACHCIE OH K!, COCONUT WATER
Maskę tę dostałam w pakiecie trzech sztuk od Magdy z bloga Land of Vanity, kiedy wygrałam organizowane przez nią koreańskie rozdanie. Nie pokładałam w niej dużych nadziei, bo jak wiele azjatyckich kosmetyków nie zachwycała składem, ale całkiem dobrze poradziła sobie z nawilżeniem mojej skóry. Delikatnie ją ukoiła, sporo zaczerwienień lekko zbladło, a to już dla mnie spory plus. Dodatkowo przyjemnie pachniała kokosem, ale nie był to uciążliwy, nieprzyjemny zapach. Jestem pozytywnie zaskoczona, mam jeszcze jedną w zapasie i na pewno z przyjemnością ją zużyję. 

 

  • PODKŁAD PIERRE RENE, SKIN BALANCE COVER W ODCIENIU 20 CHAMPAGNE 
Na początku naszej znajomości niezbyt lubiłam się z tym podkładem, miałam wrażenie, że podkreśla wszystko to, co powinien zakryć. Później, kiedy zmieniłam pielęgnację mojej skóry i suche skórki zniknęły z mojej twarzy zaczął sprawdzać się świetnie! Dobrze kryje, jest jasny (choć nie tak jasny jak ja bym tego chciała :C) i nie zapycha mojej skóry. Wystarczy jedna warstwa, żeby przykryć nawet większe zaczerwienienia i wystarczy tylko punktowo nałożony korektor. Muszę napisać Wam na jego temat osobny post – jest tego warty 🙂 Drugie opakowanie mam już w użyciu! 😀
Moim zdaniem jeden z najlepszych, lekkich drogeryjnych podkładów o jasnym kolorze.  Mimo tego, że jest lejący i praktycznie niewyczuwalny na twarzy dość dobrze kryje. Niestety ma tendencję do ścierania się z brody i nosa, dlatego nie polecam go dla cer tłustych – w moim przypadku teraz, kiedy moja skóra nie przetłuszcza się już tak mocno utrzymuje się u mnie zdecydowanie dłużej. Może także podkreślać suche skórki. Na pewno nie jest to kosmetyk bez wad, ale ja lubię do niego wracać. Szkoda, że nie jest bardziej żółty – wtedy byłby dla mnie ideałem 😀
Znacie któryś kosmetyk z mojego denka? Zapraszam Was na rozdanie! Link znajdziecie w banerze na pasku bocznym 🙂
Pozdrawiam i życzę miłego wtorku!

Uncategorized

GLY SKIN CARE ANTIOXIDANT | INTENSE C SERUM | KOLEJNE NIEPOROZUMIENIE :C

31 sierpnia 2016

Cześć wszystkim!
Walka z przebarwieniami potrądzikowymi trwa u mnie w najlepsze. Irytuje mnie fakt, że nawet kiedy pozbędę się wyprysków i tak nie mogę marzyć o pięknej skórze :C  Ma ona skłonności do powstawania blizn, krwiaków i przebarwień. Te dolegliwości nie ograniczają się niestety tylko do skóry twarzy.
Twarz z trądzikiem wygląda na zmęczoną, często jest poszarzała, a rozszerzone pory na policzkach, skroniach i skrzydełkach nosa wcale nie dodają jej uroku. Uważam, że witamina C ma zbawienne działanie jeśli chodzi o poprawę kolorytu skóry i wpływ na przebarwienia. Z jej stosowaniem wiąże się też kilka niebezpieczeństw i warto być tego świadomym. Czy serum Gly Skin Care Intense C Serum z 7,5% zawartością kwasu askorbinowego sprawdziło się w moim przypadku? Zapraszam dalej 🙂

Opis produktu:
Intense
C Serum na przebarwienia zawiera 7,5% L-Ascorbic Acid – skoncentrowaną
formę witaminy C, która docierając do najgłębszych warstw skóry zapewnia
jej ochronę przed wolnymi rodnikami, zabezpieczając jednocześnie przed
szkodliwym działaniem promieniowania UVA i UVB. Nośnikami
skoncentrowanej witaminy C w preparacie są QuSomes®, cząsteczki które
umożliwiają lepszą penetrację kosmetyku w głąb skóry. 
Rodzaj cery: 
Wszystkie rodzaje cery. 
Korzyści: 
  • Efekt anti-aging 
  • Stymulacja syntezy kolagenu 
  • Ochrona skóry przed wolnymi rodnikami 
  • Minimalizuje szkody dokonane przez promieniowanie UVA/UVB 
  • Produkt stabilny (trwałość: 2 lata) 
  • Produkt gotowy do użycia
pH: 
3
Sposób użycia:
Umyj twarz Gentle Cleanser a następnie rozprowadź 5-6
kropli Intense C Serum na twarz, delikatnie wcierając kosmetyk w skórę.
Podczas stosowania kosmetyku może pojawić się uczucie ciepła na twarzy.
Preparat należy stosować na noc – samodzielnie lub pod krem nawilżający.
Preparat przechowywać w temperaturze pokojowej.

Myślałam, że serum będzie lekkie i nie pozostawi na mojej skórze żadnej warstwy – nie lubię się lepić. Okazało się, że produkt ma oleistą konsystencję i bardziej przypomina właśnie olej, a nie, np. kwas hialuronowy. Delikatnie wchłania się w skórę, ale nawet po dłuższym czasie pod palcami wyczuwalna jest satynowa warstwa. Serum z witaminą C nie jest przeznaczone do stosowania na dzień, więc nie przeszkadza mi to aż tak bardzo, jak mogłoby się na początku wydawać.

Serum, podobnie jak inne produkty GlySkinCare możecie znaleźć w aptekach, niektórych sklepach i drogeriach internetowych, a także w firmowym sklepie Diagnosis24.pl. Jego dostępność określam jako dobrą, chociaż mogłaby być jeszcze lepsza. Nigdy nie widziałam tych produktów stacjonarnie.
80 złotych za serum to naprawdę spora suma. Używałam już produktów innych firm, które były o wiele tańsze i dobrze sprawdzały się na mojej skórze. Moim zdaniem, po raz kolejny zresztą, jest ona za wysoka – gdyby była o połowę niższa na pewno więcej osób chętniej sięgałoby po te kosmetyki.

Produkty są tradycyjnie zapakowane w kartoniki – tym razem przeważa tu brąz i motywy cytryny. Na kartoniku znajdują się wszelkie potrzebne informacje – od składu po obietnice producenta i sposób użycia. Sama buteleczka zakończona jest zakręcaną, szklaną pipetką, którą łatwo wydobyć jest z niej produkt. Wykonana jest z ciemnego szkła, co ogranicza dostawanie się promieni słonecznych do środka i zmniejszenia skuteczności działania kosmetyku. Ma pojemność 30 mililitrów. Całość bardzo mi się podoba – jest prosto, estetycznie i schludnie.

Propylene glycol – glikol propylenowy, substancja nawilżająca.
Ascorbic Acid – kwas askorbinowy, czyli tytułowa witamina C. Jest silnym przeciwutleniaczem, czyli likwiduje wolne rodniki i zapobiega starzeniu się naszej skóry. Witamina C ma właściwości wybielające i rozjaśniające przebarwienia. Wyrównuje koloryt skóry i nadaje jej zdrowy wygląd. Łatwo i szybko można osiągnąć dobre efekty – szczególnie w kwestii rozświetlenia skóry. Polecana do wszystkich typów cery. Należy uważać na jej stosowanie podczas słonecznych miesięcy – może uwrażliwiać na promieniowanie UV.
Polyacrylamide – niebezpieczny konserwant, na jego stosowanie nałożone są ścisłe normy. Jego działanie kancerogenne zostało potwierdzone. Należy stosować go z rozwagą – odkłada się w organizmie i nie jest z niego usuwany.
C13 – 14 Isoparaffin – mieszanina węglowodorów, podchodna parafiny. Teoretycznie bezpieczna dla skóry, w praktyce może zapychać.
Laureth – 7 – emulgator, stabilny w niskim pH.
Lecitin – lecytyna, wpływa na poprawę nawilżenia skóry. Jest emulgatorem.
PEG – 12 Glyceryl Dimyristate –  emolient tłusty, tworzy na skórze warstwę okluzyjną. 
Ascorbyl Palmitate – estrowa pochodna kwasu askorbinowego, przeciwutleniacz.
Przyznam szczerze, że po tak wysokiej cenie spodziewałam się czegoś innego. Używałam serum łącznie przez 2 tygodnie, potem zagłębiłam się w skład – o izoparafinie wiedziałam, ale nie myślałam, że znajdę tu konserwant kancerogenny, który gromadzi się w organizmie :O Wiedziałam, że niektóre konserwanty są szkodliwe dla zdrowia, ale nie było mi wiadome, że niektóre z nich są rakotwórcze. Kiedy to spostrzegłam, przestałam stosować to serum. Zdrowie jest dla mnie najważniejsze.

Niestety nie jestem w stanie określić wydajności. Serum stosowałam przez 2 tygodnie, ale nie codziennie – naliczyłam 8 dni. Podejrzewam, że starczyłoby na około 3-4 miesiące, ale nie chcę sprawdzać tego na własnej skórze.

Nie wiem, czy mogę wypełnić akapit „moja opinia”. Czytałam o tym serum na kilku blogach i zawsze spotykałam się z pozytywnymi opiniami na jego temat. Wiem, że nie każda blogerka stara się analizować składy tak dokładnie jak ja, ale powinniśmy robić to chociażby dla swojego bezpieczeństwa.
Okazało się, że zaraz po witaminie C w serum znajduje się konserwant, który ma działanie kancerogenne. Nie to jest w tym składniku najgorsze. Niestety odkłada się on w organizmie i nie mam możliwości jego usunięcia. W dobie dbania o własne zdrowie nie powinniśmy narażać się na kontakt z takimi substancjami – eliminujmy coś, co nam szkodzi.
Otrzymałam ten produkt w ramach współpracy i przyznam szczerze – nie myślałam,  moje testy spełzną na niczym. Wzięłam go ze sobą do Niemiec, ale praktycznie w ogóle go nie używałam.

Nie. Jeśli chodzi o Was – sami musicie to przemyśleć. Wolę się nie narażać – moja skóra jest często podrażniona po stosowaniu retinoidów i wszelkie substancje wnikają w jej głąb w o wiele łatwiejszy sposób. Znam wiele godnych zamienników dla tego kosmetyku i będę stosowała właśnie je.

Co o tym sądzicie? Stosowałybyście taki kosmetyk, czy nie?
Pozdrawiam :*
Produkt dostałam w ramach współpracy od firmy Diagnosis, ale nie miało to wpływu na moją recenzję.
Uncategorized

GLY SKIN CARE | ARGAN ILLUMINATING DRY OIL FOR BODY & HAIR | ULUBIENIEC MOICH WAKACJI?

26 sierpnia 2016

Hej!
Wczoraj wieczorem wróciłam do domu – jakoś udało mi się przetrwać 21 godzinną podróż w autobusie pełnym  ludzi 😛 Wrzesień jest dla mnie ostatnim miesiącem wakacji, dlatego będę starała się jak najczęściej publikować wpisy i organizować wszystko tak, żeby blog nie wiał pustkami wtedy, kiedy wrócę na zajęcia. Mam nadzieję, że plany zdadzą egzamin, bo, przyznam szczerze, ostatnich kilka miesięcy mocno mnie rozleniwiły ;__;
Dzisiaj chciałam opowiedzieć Wam olejku, który dostałam od Diagnosis. Na pewno jest ona Wam znana, widziałam wiele blogerek, które z nimi współpracują. Czy Argan Illuminating dry oil for body & hair został moim ulubieńcem? Czy zdał egzamin? Czy rzeczywiście pięknie rozświetlał muśniętą skórę? A może pozytywnie wpłynął na kondycję moich włosów? – odpowiedzi na te pytania znajdziecie w dalszej części posta 🙂

Rozświetlający suchy olejek arganowy do ciała i włosów.
Nawilżająca,
delikatna formuła suchego olejku arganowego natychmiast się wchłania nie
pozostawiając na skórze tłustej warstwy. Obecny w składzie olejek
arganowy oraz witamina E nawilżają ciało pozostawiając je jedwabiście
miękkie w dotyku. Olejek arganowy stosowany na wilgotne lub suche włosy
pomoże wydobyć ich naturalne piękno i blask bez efektu obciążenia. Złote
drobinki pięknie rozświetlą Twoje ciało i włosy.
Korzyści:
  • Nawilża
  • Szybko się wchłania
  • Lekka formuła
  • Skóra pięknie rozświetlona
Sposób użycia
Wstrząśnij przed użyciem.
Ciało:
Spryskaj ciało suchym olejkiem arganowym a następnie wmasuj delikatnie w
skórę. Włosy: Rozetrzyj 1-2 porcje olejku arganowego w dłoniach, a
następnie wetrzyj we włosy. Produkt nie zawiera substancji zapachowych.
Produkt przebadany dermatologicznie.

Tak jak obiecuje producent – olejek ma naprawdę lekką konsystencję. Jest ona mocno wodnista, a produkt przypomina olej tylko przez to, że podczas smarowania wydaje nam się tłusty. Bardzo spodobał mi się ten fakt, ponieważ czasem się spieszę i szukam kosmetyków, które szybko się wchłaniają i nie brudzą ubrań.
Drobinki są niewielkie i niewyczuwalne pod palcami – przypominają mieniący się pyłek, a nie brokat i najłatwiej zaobserwować to po wstrząśnięciu opakowania. Pod względem konsystencji olejek od Gly Skin Care nie odbiega od tych, które miałam okazję używać.
Rzeczywiście jest to olejek suchy – nie pozostawia charakterystycznej tłustej warstewki i nie trzeba jej usuwać, np. ręcznikiem.

Opakowanie przypomina mi inne produkty z Gly Skin Care. Buteleczka ma charakterystyczny, obły kształt, a zakrętka przy atomizerze jest w kolorze srebrnym. Opakowanie wykonane jest z dość twardego plastiku, niepodatnego na odkształcenia czy pęknięcia. Etykiety są minimalistyczne, aczkolwiek ładnie się prezentują. Co najważniejsze – nawet pod wpływem tłuszczu napisy się nie ścierają.
Atomizer działa bez zarzutu i łatwo jest dzięki temu zaaplikować olejek wprost na ciało. Nie wydobywa się z niego mgiełka, więc aplikację na włosy warto poprzedzić tą na rękę – nawet producent zaleca takie działanie. W innym przypadku włosy mogą wyglądać nieestetycznie i zbijać się w strąki przez zbyt dużą ilość kosmetyku, które na nie trafiła.
Brązowa buteleczka ma 125 mililitrów i znajdziemy na niej obietnice producenta, skład i sposób użycia.
Cyclopentasiloxane – silikon, emolient suchy, który nie pozostawia na skórze lepkiej warstwy. Jest lotny, czyli samoistnie odparowuje ze skóry i włosów i nie trzeba zmywać go, np. silnymi detergentami. Silikon ten jest bezpieczny dla zdrowia, wykazuje czynności antystatyczne, czyli zapobiega elektryzowaniu się włosów. Zastosowany nawet w wysokim stężeniu nie przenika w głąb skóry, ponieważ jak inne silikony ma charakter lipofobowy i hydrofobowy, przez co nie wykazuje powinowactwa do struktur naskórka.
Diisopropyl Adipate – emolient suchy, pełni funkcję rozpuszczalnika dla substancji hydrofobowych (nie rozpuszczających się w wodzie).
Dimethicone – kolejny silikon lotny i emolient suchy. Wygładza skórę. Jest bezpieczny w takim samym stopniu jak wspomniany wyżej cyclopentasiloxane.
Octocrylene – filtr UV, znajduje się na liście bezpiecznych substancji fotoochronnych, jego maksymalne stężenie w kosmetyku wynosi 10%.
Decyl
Oleate
– emolient tłusty, tworzy na skórę warstwę okluzyjną, która zapobiega odparowywaniu wody i innych substancji.
Argania Spinosa Kernel Oil – olej arganowy, jeden z najbardziej znanych i popularnych olei. Wzmacnia włosy, skórę i paznokcie, chroni przed działaniem wiatru i słońca.
Tocopheryl Acetate – pochodna witaminy E, czyli silnego antyoksydantu. Hamuje procesy starzenia wywołane przez promieniowanie UV i wolne rodniki. Może wbudować się w strukturę naskórka, przez co wzmacnia jego funkcje obronne. Zapobiega odparowywaniu wody, łagodzi stany zapalne, wzmaga procesy regeneracji.
Mica – poprawia wygląd, daje efekt rozświetlonej skóry, wzmaga lśnienie włosów.
CI 77981 – dwutlenek tytanu, barwnik.
CI 77491 – tlenek żelaza, barwnik, mineralny filtr UV.
CI 77492 – tlenek żelaza żółty, barwnik.

Produkty Gly Skin Care dostępne są w aptekach i niektórych drogeriach internetowych, widziałam je np. w ofercie Cocolita.pl Znalazłam go też w ofercie sklepu internetowego Diagnosis24.pl. Moim zdaniem produkty te są o wiele lepiej dostępne niż miało to miejsce jeszcze kilka miesięcy temu.

Nie wiem, czy tylko ja tak mam i jestem odosobnionym przypadkiem, ale jeśli stosuję suche olejki na całe ciało, znikają one w zastraszająco szybkim tempie. Przy używaniu olejku raz na dwa – trzy dni zniknie z mojej półki w ciągu 1,5 miesiąca, co nie jest zbyt imponującym wynikiem. Wydajność określam jako średnią – inne kosmetyki z tej samej kategorii zużywałam tak samo szybko. Jeśli ograniczyłabym stosowanie tylko na włosy – służyłby mi dłużej, podobnie jak dwufazowe odżywki w sprayu.
Cena waha się w granicach 50 złotych, więc nie jest to najtańszy kosmetyk, z jakim miałam do czynienia. Dla porównania suchy olejek, o którym opowiadałam Wam kilka miesięcy temu w ulubieńcach kosztuje mniej więcej 35 złotych – różnica jest więc spora. Czy ten od Gly Skin Care jest lepszej jakości?

Olejek otrzymałam już dość dawno, ale przez mój wyjazd do Niemiec nie miałam jak go zrecenzować. Nie chciałam, żeby post był niechlujny, bo od razu zwrócilibyście na to uwagę. Napisałam do przedstawiciela, z którym jestem w regularnym kontakcie i bez problemów przełożyliśmy termin recenzji o ponad 2 tygodnie.
Pokładałam w tym olejku duże nadzieje – chciałam mieć w końcu jakiś kosmetyk, który ładnie rozświetli moją jasną skórę. Opalone mam tylko ręce – bo to je najczęściej odsłaniam – reszta skóry ma natomiast zimowy kolor (czytaj – biało-żółty :P). 
Aplikacja przebiega bezproblemowo. Łatwo jest go wsmarować w ciało a dzięki atomizerowi nie „pobierzemy” zbyt dużej jego ilości. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy, która jest cechą rozpoznawczą tradycyjnych olei. 
Jak zadziałał na moją skórę olejek, który otrzymałam od Diagnosis? Średnio :C Od razu po aplikacji skóra wygląda ładnie, na dobrze nawilżoną i wygładzoną. Niestety potrzebuje ona zdecydowania mocniejszego nawilżenia – na drugi dzień efekty, jakie daje mi ten olejek po prostu znikają. Moim zdaniem jest to wina składu – na samym jego początku mamy kilka silikonów, które po kilku godzinach samoistnie odparowują ze skóry.
Na włosach sprawdza się o wiele lepiej – nie obciąża ich, ale nie zauważyłam też wzrostu nawilżenia. Cieszy mnie jednak fakt, że nie są w gorszej kondycji, bo chlorowana woda z basenu, słońce i sól morska dały im się mocno we znaki. Po aplikacji włosy wyglądają na mocniejsze, zdrowsze i bardziej lśniące. 
Na koniec – jak sprawa ma się z drobinkami, które miały pięknie rozświetlać? SŁABO. Są one widoczne pod światło, kiedy spryskamy ciało produktem, ale po rozsmarowaniu niewiele ich w moim przypadku zostaje – praktycznie tak, jakbym nie stosowała czegoś, co ma sprawić, że moja skóra będzie się pięknie mienić. Na włosach efekt mamy podobny – nie zauważyłam, żeby drobinki na nich osiadały i jeszcze mocniej odbijały światło.
Podsumowując – jestem z tego produktu średnio zadowolona. Nie zrobił mi krzywdy, ale też mnie nie zachwycił, a jego cena jest dość wysoka. Myślałam, że zdobędę kolejnego ulubieńca moich wakacji, okazało się natomiast, że otrzymałam produkt, który niedostatecznie nawilża moją skórę. Na włosach sprawdził się o wiele lepiej, ale niestety drobinki, które powinny rozświetlać i być widoczne – znikają. Wydaje mi się, że może to być skutkiem zbyt małej ich ilości. Przed wyjazdem odstawiłam produkt do szafki, aby pyłek opadł na dno. Okazało się, że warstwa ma może 2-3 milimetry, nie dziwne więc, że po wymieszaniu jest on widoczny tylko w butelce.

BEZ LAMPY BŁYSKOWEJ

Nie. Inne produkty tej firmy znacznie bardziej przypadły mi do gustu. Zachęcona pozytywnymi opiniami na kilku blogach skusiłam się na ten olejek nie patrząc nawet na skład – może gdybym to sprawdziła nie dotknęłoby mnie uczucie rozczarowania. Moim zdaniem nie spełnia od podstawowej funkcji – nie rozświetla. Gdyby to robił nie miałabym mu za złe, że słabiej nawilża – byłby dodatkiem do balsamów, który aplikowałabym przed wieczornym wyjściem.

Z LAMPĄ

Co sądzicie o tym olejku? Myślicie, że mógłby przypaść Wam do gustu?
Pozdrawiam!

Produkt otrzymałam do testów od Diagnosis, ale nie wpłynęło to na moją opinię. Jest ona rzetelna i poparta kilkutygodniowym używaniem kosmetyku.
Uncategorized

PROJEKT DENKO | MAJ 2016 | ZNÓW JESTEM W FORMIE :P

17 czerwca 2016
Hejka!
Projekty denko są jednym z moch ulubionych rodzajów postów. Lubię czytać na blogach mini recenzje kosmetyków, które zostały zużyte przez dziewczyny – wtedy wiem, czy warto zwrócić na coś uwagę, czy lepiej sobie ten produkt odpuścić. Wiem też, że te posty cieszą się dość dużą popularnością na moim blogu, dlatego dzisiaj chętnie przychodzę do Was z kolejnym. Tym razem opiszę Wam pokrótce kosmetyki, które udało mi się zużyć w maju. Zapraszam z kawą albo herbatą – troche się tu tego znalazło 😉

WŁOSY:
  • L’BIOTICA, MASKA DO WŁOSÓW BIOVAX, KERATYNA + JEDWAB
 Jedna z nielicznych masek proteinowych, którą miałam w swoich zbiorach. Używałam jej średnio raz na tydzień, czasem na półtorej – zależnie od tego, czego potrzebowały moje włosy. Była zamknięta w szczelnym słoiczku, dzięki temu mogłam zabierać ją na podróże bez obaw, że coś wyleje mi się do walizki. Dobrze dociążała i odżywiała moje włosy. Sprawiała, że były miękkie i lśniące. Jedna z moich ulubionych masek z tej serii 🙂 Wydaje mi się, że jeszcze kiedyś do niej wrócę.
  • MARION, SERUM 7 EFEKTÓW Z OLEJEK ARGANOWYM
Nie wymagam wiele od ser silikonowych – mają dobrze zabezpieczać końcówki, nie sklejać ich i nie prowadzić do tego, że będą obciążone. To sprawdzało się idealnie i żałuję, że musiałam je wyrzucić. Kilka miesięcy temu minął termin jego ważności, ale nie zmieniło swoich właściwości, więc używałam go dalej. Teraz mam nowy produkt tego typu, więc postanowiłam zacząć używanie nowości. Mimo tego, że takie sera zużywa się bardzo wolno – będę o nim pamiętać ze względu na nietłustą konsystencję i bardzo przyjemny zapach, który długo utrzymywał się na moich włosach.
  • ALTERRA, SZAMPON DO WŁOSÓW DODAJĄCY OBJĘTOŚCI PAPAJA I BAMBUS
Szampony Alterry stosuję zamiennie i bardzo je lubię. Mam nawet kilka w zapasie, bo obłowiłam się na promocji dwa za 10 złotych 😛 ten jest jednym z moich ulubionych ze względu na swój piękny zapach – przypomina mi on pomarańczową oranżadkę z dzieciństwa 😛 Dobrze doczyszcza włosy, zmywa nawet oleje, nie podrażnia skalpu i nie plącze włosów. Mimo naturalnego składu dobrze się pieni. Jest tani i wydajny. Więcej po szamponie nie oczekuję 🙂 Na pewno będę do niego wracać 🙂
  • KALLOS ALGAE
Maski z Kallosa się kocha, albo nienawidzi. U jednych działają naprawdę dobrze, u innych włosy wyglądają lepiej po użyciu samego szamponu. Moje włosy piją wszystko jak popadnie, a ta maska wyjątkowo im się spodobała. Obojętnie- czy trzymałam ją 2 minuty, czy 30 – po wczesaniu dawała niesamowite efekty – lśniące i gładkie włosy, które w słońcu mieniły się na milion kolorów.  Litrowe opakowanie starcza na wieki (chyba że używacie go na spółkę z mamą – moja ma krótkie włosy, a pochłonęła jej więcej, niż ja :P). Polecam! Algi rzeczywiście występują w składzie, nie jest to tylko chwyt marketingowy.

CIAŁO:
  • BEBEAUTY, PŁYN DO KĄPIELI MALINOWA PANNA COTTA
Płyn, który wlewałam do wanny w celu wytworzenia piany. Tani, wydajny. Pianę jak miał robić, tak robił i to dość obficie. Miał ładny zapach, ale szkoda, że nie był on zbyt intensywny :C Lubię te płyny z Biedronki i pewnie jeszcze do nich wrócę 😀 To była jakaś edycja limitowana, ale z tego co się orientuję są też inne warianty dostępne w regularnej sprzedaży.
  • DOVE, ŻEL POD PRYSZNIC CARING PROTECTION
Chyba moja ulubiona wersja żeli Dove. Ma przyjemny, lekki zapach i bardzo bogatą konsystencję – na tyle, że pod koniec ciężko jest wycisnąć ją z opakowania. I to jest właśnie jedyny minus tego kosmetyku – przy małej ilości ciężko wydobyć go z butelki. Nawilża skórę, dobrze ją oczyszcza, nie podrażnia. Będę do niego wracać przed długi, długo czas 🙂 
  • FA, ANTYPERSPURANT FRESH & DRY – LOTUS FLOWER
Nie przepadam za antyperspirantami Fa, ale moja mama ostatnio kupiła dwa na promocji i musiałyśmy je zużyć. Nie są złe, ale jakoś nie odpowiadają mi ich zapachy – większość z nich jest mydlana, a ja wolę świeże nuty zapachowe. Chronić chronił – delikatnie, ale ja dużych problemów z nadmierną potliwością nie mam. Sama raczej do niego nie wrócę – to przeciętniak. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi antyperspiranty Rexony i Garniera.
  • BATH & BODY WORKS, ŻEL POD PRYSZNIC WINTER CANDY APPLE
W tamtym miesiącu pisałam Wam o balsamie tej marki, teraz przyszedł czas na kolejne kosmetyki. Żel pod prysznic ma większą pojemność (około 260 mililitrów), ale podobne opakowanie zamykane na klik, które pod prysznicem sprawdza się naprawdę dobrze. Sam producent obiecuje wybitnie pielęgnujące właściwości, a w rzeczywistości ten produkt to zwykły żel – takie możemy znaleźć nawet w Rossmannie. Jest gęsty, wydajny, dobrze się pieni, ale ma zbyt wysoką cenę jak na taką pojemność. Jedyne co go wyróżnia to intensywny zapach. Raczej nie kupię ponownie – na promocji będę wolała wybrać mydełko albo balsam. ZAWIERA SLES.
  • BATH & BODY WORKS, ANTYBAKTERYJNE MYDŁO W ŻELU SNOW KISSED BERRY
Mydełko, które moja familia zużyła w tempie ekspresowym. Pachniało tak pięknie, a zapach długo utrzymywał się na dłoniach – częsty był wyczuwalny nawet po wysmarowaniu rąk kremem. Mydło miało bardzo gęstą, żelową konsystencję  i zawierało w sobie delikatne drobinki. Pompka działała bez zarzutu – nie zacinała się, dawkowała odpowiednią ilość kosmetyku – po prostu wygodnie się z niej korzystało. Mydło miało jeden, dla mnie duży minus – moje dłonie mocno wysuszało i bez dobrze nawilżającego kremu by się nie obeszło. Mimo to pomyślę nad jego ponownym zakupem.
  • FARMONA, MUS DO CIAŁA TUTTI FRUTTI, BRZOSKWINIA I MANGO
Kosmetyk, który kilka razy podkradałam mamie i postanowiłam napisać chociaż kilka zdań na jego temat. Pamiętacie, jak w oddzielnej recenzji chwaliłam Farmonę za masełka do ciała z tej serii? Ten mus nie był już tak dobry ;C Miał gorszy skład,rzadszą konsystencję i nie był już tak bogaty, jak jego poprzednicy. Jest po prostu słabszy i więcej go nie kupimy. 
  • L’BIOTICA, ZŁUSZCZAJĄCA MASECZKA DO STÓP W SKARPETKACH
 Cały wywód muszę rozpocząć tak: NIGDY WIĘCEJ ZŁUSZCZAJĄCYCH SKARPETEK! :O Zastosowałam je tak jak producent przykazał – trzymałam na stopach mniej niż 90 minut, zdjęłam i czekałam na efekty. W tym czasie chodziłam w trampkach i starałam się nie wystawiać stóp na działanie promieni słonecznych. Czekałam tak 10 dni, potem 15, skóra była sucha, pękała, ale w ogóle nie mogła się złuszczyć, a pumeksu przecież użyć nie mogłam. Co gorsza więcej naskórka złuszczało mi się na zewnętrznej, górnej stronie stopy. Cały proces trwał 3 tygodnie, a na koniec i tak miałam takie same pięty, jak na początku. Nie mam problemów z nadmiernym rogowaceniem pięt i takie zabiegi chyba sobie odpuszczę. Nie przynoszą zadowalających efektów, a muszę czekać 3 tygodnie na to, żeby wyjść w sandałkach. Ja jestem na nie i żałuję, że produkt nie sprawdził się u mnie tak, jak u większości dziewczyn.


TWARZ
  • SYLVECO, RUMIANKOWY ŻEL DO TWARZY
Mój hit i ulubieniec w porannej pielęgnacji. Jest delikatny i ma krótki, przyjazny dla skóry skład. Zawiera kwas salicylowy. Ma poprawiać wygląd skóry trądzikowej i przyspieszać gojenie się wyprysków. Zgadzam się z tym drugim – podczas jego stosowania niedoskonałości rzeczywiście goiły się szybciej, Muszę wspomnieć, że niektóre osoby może wysuszać, spotkałam się już w internecie z podobnymi spostrzeżeniami. W moim przypadku nic złego się na szczęście nie działo.
  • GLY SKIN CARE, TONIK DO TWARZY
Nie spodziewałam się wiele po tym toniku, natomiast ostatecznie zużyłam go z przyjemnością i zastanawiam się, czy przypadkiem do niego nie wrócić. Ma krótki skład, zawiera alkohol, więc niektórym nie będzie to odpowiadało. Ekstrakt z cytryny działa wybielająco i po kilku miesiącach stosowania dało się zauważyć jego rozjaśniające działanie. Toni był lekki i dobrze odświeżał skórę nie pozostawiając na niej lepkiej warstwy. Nie miał zapachu. Aplikator działał dobrze nawet wtedy, kiedy w butelce znajdowało się niewiele kosmetyku. Osobiście polecam 😉
  • SYLVECO, ŁAGODZĄCY KREM POD OCZY
Krem, który wystarczył mi na pół roku stosowania, ledwie udało mi się zużyć go do cna przed końcem okresu przydatności do stosowania po otwarciu.Przez 4 pierwsze miesiące stosowałam go zarówno rano, jak i wieczorem, przez ostatnie dwa lądował natomiast na powiekach tylko przed rannym makijażem. Dość dobrze nawilżał, a był przy tym bardzo lekki. Szybko się wchłaniał i czuć było po jego zastosowaniu lekko oleistą mgiełkę. Pod koniec nie działał już tak dobrze jak na samym początku, ale winą obarczam tu zbyt długi czas stosowania tego samego kosmetyku. Spodobało mi się jego wygodne opakowanie air less. Pomyślę nad jego ponownym zakupem. 
  • SYLVECO, OCZYSZCZAJĄCY PEELING DO TWARZY
Peeling, który też starczył mi na długie miesiące stosowania. Sięgałam po niego raz w tygodniu aby pozbyć się suchych skórek z mojej buzi. Może nie miał idealnego zapachu, ale dobrze spełniał swoje zadanie. Małe i delikatne na pozór drobinki korundu dokładnie ścierały martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką i ładnie nawilżoną. Po zastosowaniu peelingu wyczuwalna była lekka warstwa okluzyjna, ale jeśli ktoś nie lubi takiego efektu łatwo było usunąć ją tonikiem labo płynem micelarnym. Chyba znalazłam coś lepszego, ale może jeszcze do niego wrócę, bo jest bardziej delikatni i kremowy niż jego następca.
  • PERFECTA, BALSAM DO UST SOFT LIPS, GRANAT O JAGODA
Nie będę się kryć. Do zakupu zachęcił mnie design opakowania – balsam wygląda jak kostka lodu i przyciąga uwagę. Opakowanie nie jest jednak pozbawione wad – kiedyś samo otworzyło mi się w torebce i cały balsam znalazł się w jej wnętrzu, brudząc wszystko, co popadnie. Co do działania – jest to naprawdę lekka wazelinka o słodkim zapachu, która nadaje się tylko do stosowania w ciągu dnia – na noc będzie zdecydowanie zbyt słaba. Zużyłam już jedno opakowanie, teraz używam jeszcze dwóch i więcej po nie nie sięgnę. Zawierają filtr przenikający, a ja staram się je z jej pielęgnacji wyeliminować.

Znacie któregoś z moich ulubieńców? Jak Wam poszło zużywanie kosmetyków w maju?
Pozdrawiam :*
Na samym końcu chciałam bardzo podziękować Magdzie z bloga optymistyczne-dni.blogspot.com. Zainspirowałam ją do stworzenia wpisu o blogach, które lubi i czyta i to właśnie moja strona znalazła się w jej personalnym rankingu.
Drugą osobą jest też Karolina z bloga swiatkosmetykoholiczki.blogspot.com. Ona z kolei doceniła moje głębokie analizowanie składów, za co bardzo jej dziękuję, bo wymaga to ode mnie naprawdę dużego nakładu pracy.
Dziękuję dziewczyny! :*
Uncategorized

GLY SKIN CARE | GLY MIST | TONIK DO TWARZY | Cytryna zadziałała?

24 marca 2016

Cześć!
Ile blogerek starało się wklepać Wam do głowy, że tonizowanie to ważna część pielęgnacji – zarówno tej porannej jak i wieczornej? Ja zrewolucjonizuję te poglądy! Aaa może jednak nie… 😛 Jak reszta dziewczyn uważam, że toniki są nam w życiu potrzebne – głównie dlatego, że po myciu twarzy przywracają naszej skórze naturalne, lekko kwaśne pH, przez co jest jej zdecydowanie łatwiej odnowić barierę obronną, chroniącą nas przed drobnoustrojami i zanieczyszczeniami. A chroniona skóra, to skóra szczęśliwa – pamiętajcie o tym!
Dzisiaj postanowiłam napisać recenzję toniku Gly Mist od GlySkinCare – pochodzącego z tej samej serii, co emulsja z kwasem glikolowym, o której mogliście przeczytać już na blogu. Jeśli jesteście ciekawi, co mam do powiedzenia na jego temat – zapraszam! 🙂

Orzeźwiający tonik do twarzy zalecany do stosowania rano i wieczorem w
celu oczyszczenia, odświeżenia oraz przywrócenia naturalnego odczynu
skórze.

Rodzaj cery: 
Wszystkie rodzaje cery.

Korzyści: 

  • Odświeża i orzeźwia
  • Oczyszcza
  • Przywraca naturalne pH
Sposób użycia:
Przemyj twarz tonikiem Gly Mist, pozostaw do
wyschnięcia, a następnie nałóż odpowiedni krem. Produkt nie zawiera
substancji zapachowych.
Toniku używam regularnie od ponad trzech tygodni. W tamtym tygodniu zrobiłam sobie od niego 5 dniową przerwę – wyjeżdżałam i potrzebowałam czegoś w mniejszej butelce. Przez ten okresu czasu ubyło mi niewiele produktu – jeśli miałabym pokazać Wam to na butelce, to zużycie kończy się mniej więcej na napisach pod GlySkinCare – moim zdaniem jest niewielkie.
Dzięki sprawnie działającemu atomizerowi tonik jest bardzo wydajny – na pewno starczy mi na dobre 3-4 miesiące częstego używania.
Design całej serii produktów GlySkinCare utrzymany w fioletowych tonach. Opakowanie toniku jest bardzo podobne do tego od emulsji. Jest półprzeźroczyste, więc łatwo nam monitorować to, ile kosmetyku już zużyłyśmy. Cała szata graficzna buteleczki jest minimalistyczna, a na jej odwrocie umieszczone są najważniejsze informacje – skład, sposób użycia i przewidywane efekty. Opakowanie ma pojemność 200 mililitrów, więc jest to dość standardowa ilość jak na tonik.

AQUA (Woda), CITRUS LIMON FRUIT EXTRACT (Ekstrakt z cytryny – zawiera dużą dawkę witaminy C, która rozjaśnia i rozświetla skórę. Jedno dodatkowo jednym z najlepszych przeciwutleniaczy, więc likwiduje wolne rodniki powodujące starzenie skóry. Delikatnie złuszcza naskórek. Szczególnie przydatny w pielęgnacji skóry zanieczyszczonej), PROPYLENE GLYCOL (Glikol propylenowy – substancja nawilżająca), ALCOHOL DENAT. (Alkohol. Może wysuszać, tutaj prawdopodobnie został umieszczony jako konserwant.), SODIUM CHLORIDE (Chlorek sodu, może podrażniać wrażliwców), IMIDAZOLIDINYL UREA (Pochodna mocznika, nawilża), GLYCOLIC ACID (Kwas glikolowy – eksofiliuje martwy naskórek), METHYLPARABEN (Paraben metylowy, może uczulać), PROPYLPARABEN (Paraben propylowy).
Skład jest całkiem niezły – gdyby nie parabeny nie mogłabym się przyczepić. Wiem, że zawsze mówię, że staram się unikać alkoholu – nigdy go jednak w 100% nie wyeliminowałam, bo znajduje się on w maściach na trądzik. Zdaję sobie sprawę z tego, że przez jego obecność tonik może podrażniać albo wysuszać, u mnie jednak to wysuszanie jest minimalne, a podrażnienia występują tylko wtedy, kiedy przeholuję ze złuszczaniem.  Pamiętajcie, że alkohol wzmacnia działanie składników aktywnych i czasem warto dać mu zielone światło – po prostu używajmy takich produktów z mniejszą częstotliwością. Do pozostałej części składu jestem pozytywnie nastawiona, bo te składniki mnie nie uczulają 😛 Plus za ekstrakt z cytryna na drugim miejscu w składzie.
Tonik jest przeźroczysty i konsystencja przypomina wodę i inne tego typu kosmetyki. Szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze – moment po aplikacji można nałożyć na niego krem bez ryzyka, że się zroluje lub stanie się  z nim coś złego.

Produkty GlySkinCare dostępne są w aptekach oraz niektórych sklepach internetowych. Warto szukać ich także w sklepie Diagnosis, chociaż obecnie nie jest dostępny na stronie.

Cena tego toniku nie jest zbyt wysoka. Za wydajny produkt o pojemności 200 mililitrów zapłacimy od 20 do 30 złotych – zależnie od sklepu internetowego.

Wybierając produkty od Diagnosis (bo dostałam ten tonik w ramach testów) chciałam zdecydować się na coś, co pozwoliłoby mi uzupełnić kurację retinoidami. Jak wiecie, mam problem z przebarwieniami, a nie potrzebowałam kolejnej emulsji z kwasem czy serum z witaminą C – te produkty już posiadam. Wiem, że w codziennej pielęgnacji twarzy tonik jest bardzo ważnym kosmetykiem. Zaryzykowałam i wybrałam Gly Mist.
Kiedy paczka do mnie trafiła i obejrzałam produkt z każdej strony trochę obawiałam się jego stosowania – głównie ze względu na skład. Postanowiłam jednak dać mu szansę i okazało się, że wcale nie wysusza tak, jak myślałam, że będzie. Owszem – tonik lekko wysusza skórę, choć w moim przypadku może ciężko określić na jaką skalę – i tak zrzucam skórę jak WONSZ 😀
W połączeniu z kuracją złuszczającą tonik daje świetne efekty – rzeczywiście przebarwienia szybciej bledną a koloryt skóry jest wyrównany. Efekty mogliście podziwiać w ostatniej trądzikowej aktualizacji. 
Czy go polecam? Tak, szczególnie dla osób o cerze tłustej lub mieszanej, poszarzałej zanieczyszczonej. Takich, które chcą wzmocnić działanie ulubionego serum z witaminą C albo latem odpocząć od kwasów. Dla osób ze skórą normalną też będzie okej – szczególnie wtedy, kiedy chcą wyrównać jej koloryt. Nie polecam go natomiast osobom przyjmującym Izotek – na pewno bardzo podrażniałby skórę.

Rzadko dwa razy wracam do tego samego toniku, a tego będę używać wieki, więc nie wiem 😛 Jego działanie mi się podoba, więc pewnie kiedyś sobie o nim przypomnę i wtedy sięgnę po niego ponownie.

Lubicie toniki z antyoksydantami? Dyskwalifikujecie produkt, jeśli ma niezbyt lubiany przez społeczność składnik, np. SLES lub alkohol? Co sądzicie o tym toniku?
Pozdrawiam :3
Dziękuję firmie Diagnosis za możliwość
przetestowania produktu. Fakt, że otrzymałam produkt za darmo nie
wpłynął na moją opinię na jego temat.