Wybrany tag

Evree

Uncategorized

PROJEKT DENKO | CZERWIEC 2017 | CIAŁA OBCE :O

18 lipca 2017
projekt denko blog czerwiec

Hej!
Dziś jest drugi dzień moich praktyk – mam nadzieję, że nauczę się podstawowych rzeczy, które ułatwią mi późniejszą pracę. Jestem z jednej strony podekscytowana i ciekawa, a z drugiej boję się, że z pewnymi rzeczami sobie nie poradzę, bo nie wszystko jest takie proste, na jakie wygląda 😛
Zapraszam Was dziś na projekt denko. Pokażę Wam, co udało mi się zużyć w czerwcu, a jak zwykle jest tego sporo – tym razem prym wiodą kosmetyki do ciała, ale znalazło się tu też coś z kolorówki. Jeśli ciekawią Was krótkie opisy kosmetyków i moja opinia na ich temat – zerknijcie niżej, na pewno znajdziecie coś, co Was zainteresuje 🙂 

PIERRE RENE PROFESSIONAL, PODKŁAD SKIN BALANCE COVER W ODCIENIU 20 CHAMPAGNE PAESE, PUDER RYŻOWY LOREAL, TUSZ DO RZĘS FALSE LASH WINGS

  • MAKIJAŻ

PIERRE RENE PROFESSIONAL, PODKŁAD SKIN BALANCE COVER W ODCIENIU 20 CHAMPAGNE

Jest to jeden z najjaśniejszych odcieni podkładów dostępnych w drogerii, nada się więc dla bledszych osób. Gama kolorystyczna jest dość szeroka, więc każdy znajdzie odpowiedni kolor dla siebie. To już moja druga, czy trzecie buteleczka, kupiłam ten podkład przypadkiem, na promocji, a stał się jednym z moich ulubionych 🙂 Ma naprawdę dobre krycie, nie ciemnieje i, przypudrowany dobrym pudrem, nie ściera się w ciągu dnia. Kiedy utrwalałam go ryżowym pudrem z Paese nie było na niego mocnych – mój makijaż wyglądał świetnie od rana, do wieczora. Nie zapycha, nie powoduje powstawania wyprysków czy zaskórników, nie ściera się. Po kilku godzinach może się lekko błyszczeć, ale nadal wygląda ładnie. Nie tworzy efektu maski i nie podkreśla rozszerzonych porów. Mój hit!

PAESE, PUDER RYŻOWY

W ubiegłym miesiącu niestety tak wyszło, że wykończyłam moje ulubione kosmetyki do makijażu twarzy. To jeden z nich – puder ryżowy, który utrwala makijaż tak dobrze, że nawet na mojej mieszanej cerze skłonnej do przetłuszczania się utrzymuje się on cały dzień, prawie w stanie nienaruszonym. Puder ten był bardzo drobno zmielony i nie odznaczał się na twarzy. Nie bielił, a po kilku minutach mat zamieniał się w satynę – nie było mowy o białej powłoczce na twarzy. Taki puder starczył mi na kilkanaście miesięcy stosowania. Cieszę się, że Paese zdecydowało się na zmianę opakowania – to nowe jest o wiele bardziej wygodne, a dodatkowo pozwala zaoszczędzić sporo produktu, bo nic nie sypie się wokół przy każdym jego otwarciu. Teraz kupiłam puder z Ecocery i nie umywa się do tego – pozostawia białe ślady na twarzy, wysusza, podkład brzydko po nim wygląda. Chyba czas wrócić do starego, dobrego ulubieńca.

LOREAL, TUSZ DO RZĘS FALSE LASH WINGS

To tusz, który kupiłam któregoś razu na promocji w Rossmannie po tym, jak blogerki dostały paczki od firmy z jego nowszą wersją (sculpt bodajże). Znudziły mi się Volume Million Lashes, po które sięgam regularnie, postanowiłam więc sięgnąć po coś nowego, ale od znanej mi już marki. Wybór padł na ten i w sumie nie jestem zawiedziona. Tusz na początku miał bardzo mokrą konsystencję, ale po kilkunastu dniach zgęstniał i było łatwiej go nakładać. Nie mogłam też przyzwyczaić się do nietuzinkowej szczoteczki, ale i ją po kilku próbach okiełznałam. Tusz głównie wydłużał rzęsy i pięknie je rozdzielał, o dużym pogrubieniu nie ma mowy. Jest trwały, ale czasem coś mi się osypało, szczególnie w kącikach – oczy często mi łzawią i jest to niestety nieuniknione. Zużyłam go w całości i myślę, że kiedyś jeszcze do niego wrócę – nauczyłam się z nim pracować i dawał wtedy naprawdę dobre efekty 😀

BANIA BABUSZKI AGAFII, MASKA DROŻDŻOWA DO WŁOSÓW I SKÓRY GŁOWY STYMULUJĄCA POROST PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW WAX Z ALOESEM INDIGO, OLEJEK ARGANOWY I MIGDAŁOWY

  • WŁOSY

RECEPTURY BABUSZKI AGAFII, MASKA DROŻDŻOWA DO WŁOSÓW I SKÓRY GŁOWY STYMULUJĄCA POROST

To maska, którą udało mi się w końcu zużyć – przyznam, że sporo czasu spędziła w zapasach, a później na półce z używanymi aktualnie kosmetykami. Na początku byłam do niej sceptycznie nastawiona – jest bardzo rzadka, myślałam, że nie przyniesie moim włosom nic dobrego. Aplikowana na skalp niestety obciążała moje włosy, więc postanowiłam wypróbować ją na długości. Okazała się być naprawdę ciekawym kosmetykiem – wygładzała włosy, nadawała im blasku i sprężystości bez jednoczesnego obciążania ich. Rzadka konsystencja wpłynęła jednak na jej wydajność – ciekła mi przez palce i przez to zużyłam ją w dość szybkim tempie – jak na moje zużywanie produktów do włosów. Pachniała ciasteczkami, ale po pewnym czasie ten zapach mnie drażnił, bo jest dość intensywny i utrzymywał się na włosach po umyciu nawet do kilku godzin. Kosztuje niewiele, więc jeszcze do niej wrócę!

PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW WAX Z ALOESEM

Maski Pilomax są jednymi z moich ulubionych – mimo tego, że nie są do końca naturalne, a ich składy nie wprawiają mnie w osłupienie coś sprawia, że moje kosmyki po ich zastosowaniu wyglądają tak, jak poszłabym do fryzjera. Są wygładzone, dociążone i lśniące, a przy tym lejące i gładkie przy dotykaniu. Maska ta nie była jednak taka, jak poprzednie – włosy nadal wyglądały na zadbane, ale nie tak, jak po użyciu choćby wersji z kawą. Może to wina aloesu, który w połączeniu choćby z lekką wilgocią może spowodować puszenie się włosów? Sama nie wiem, ale do tej wersji nie wrócę – wolę klasyczną lub do włosów farbowanych na ciemne kolory (choć moje są całkowicie naturalne :D).


INDIGO, OLEJEK ARGANOWY I MIGDAŁOWY

Olejek ten początkowo służył mi do pielęgnacji ciała, jednak zrezygnowałam z tej opcji i po kilku użyciach zaczęłam go stosować na włosy. Zapytacie pewnie dlaczego – otóż ma atomizer, którym wygodnie spryskuje się włosy i nie nakłada na nie za dużej ilości kosmetyku. Olejek zawierał nie tylko oleje, ale też syntetyczne emolienty, moim włosom jednak pasował i nie mogłam narzekać na jego działanie. Nakładałam go od ucha w dół przed myciem włosów, często na noc. Rano, po umyciu były miękkie, wygładzone i lśniące. Wykorzystałam go do ostatniej kropelki, ponieważ nie tylko dobrze działał, ale miał też piękny zapach – jak wszystkie kosmetyki Indigo. Polecam 🙂 Dla fanów błysku na ciele jest jeszcze wersja z mini brokatem, a raczej shimmerem, która nie tylko pielęgnuje skórę, ale również ją nabłyszcza.

 BALEA, ŻEL DO GOLENIA O ZAPACHU LODÓW WANILIOWO - CYTRYNOWYCH ISANA MED, KREM DO RĄK Z MOCZNIKIEM EVREE, KREM DO RĄK MAX REAPIR YOPE, MYDŁO DO RĄK ZIELONA HERBATA I MIĘTA BALEA, PIANKA DO MYCIA CIAŁA SWEET CAKE BALEA, ŻEL POD PRYSZNIC GRANAT I KWIAT WIŚNI

  • CIAŁO

 BALEA, ŻEL DO GOLENIA O ZAPACHU LODÓW WANILIOWO – CYTRYNOWYCH

 
Przyznam szczerze, że kiedyś moimi ulubionymi żelami do golenia były te z Gillette dla kobiet – wydajne, w dobrej cenie i o godnym pochwały działaniu. Kiedy pierwszy raz kupiłam żel z Balei – nie zmienię go już chyba na żaden inny. Kosztuje 1,15 EUR, ma identyczną objętość i wydajność. Jest gęsty i tworzy zbitą pianę, która w krótkim czasie zmiękcza nawet twarde włoski. Zapobiega podrażnieniom, otarciom i zacięciom, a niestety mam do tego skłonności. Mnogość wersji zapachowych i coraz to nowe edycje limitowane zachęcają do zakupu. Mam jeszcze kilka w zapasach i na pewno sięgnę po kolejne. Świetnie działają, pięknie pachną, są tanie jak barszcz – mi więcej nie potrzeba 😛
 

ISANA MED, KREM DO RĄK Z MOCZNIKIEM

 
Krem, który stosowałam na noc, zarówno do rąk, jak i do stóp. Zawiera średnie stężenie mocznika, ale jest ono na tyle wysokie, że radzi sobie z suchą skórą. Pachnie przyjemnie, w przeciwieństwie do niektórych preparatów do stóp. Bardzo dobrze nawilża i natłuszcza skórę, powoli się wchłania i pozostawia na niej ochronną warstwę. Jak dla mnie to idealny krem na chłodne, zimowe dni albo wietrzne lato – używany raz dziennie sprawia, że skóra w problematycznych miejscach staje się miękka i nie rogowacieje w tak szybkim tempie. Dostępny jest w Rossmannie za niewielkie pieniądze. Jeszcze do niego wrócę.

EVREE, KREM DO RĄK MAX REAPIR

Krem bardzo podobny do tego, o którym pisałam wyżej – i konsystencją i działaniem, chociaż nie jest ono aż tak intensywne. Ten krem też ma przyjemny zapach i również stosowałam go i na stopy, i na dłonie, by szybciej go zużyć. Jest droższy od poprzednika, ma też gorszy skład (chodzi mi tu o kontrowersyjne konserwanty), a skoro mogę kupić coś bardzo podobnego, a nawet lepszego i to taniej – nie waham się nawet chwili. Kupiłam go przez wzgląd na dużą popularność, ale raczej do niego nie wrócę. Nadaje się do stosowania i w dzień, i w nocy, ale ja wybierałam tylko drugą opcję, bo nie lubię stosować rano kremów, które pozostawiają tłustą warstwę.


YOPE, MYDŁO DO RĄK ZIELONA HERBATA I MIĘTA

Nie jest to moje pierwsze mydło Yope i na pewno nie ostatnie. Zapach zielona herbata i mięta pochodzi z nowszej kolekcji o udoskonalonej formule. Mam wrażliwe dłonie, które na mycie zwykłym mydłem reagują przesuszeniem. Yope nie robi mi krzywdy, wręcz przeciwnie, lekko pielęgnuje skórę podczas mycia. Zapach jest intensywny, długo utrzymuje się  na rękach. Ta wersja jest odświeżająca, rzeczywiście lekko herbaciana, moim zdaniem idealna na lato. Mydło nie pieni się zbyt mocno, ale wystarczy niewielka jego ilość (pół pompki), aby dokładnie oczyścić dłonie. Wrócę do tego zapachu, bo mi się podobał, aktualnie testuję inne warianty, które również przypadły mi do gustu 😀

BALEA, PIANKA DO MYCIA CIAŁA SWEET CAKE

Pianki do mycia ciała podbijają nasz rynek. Spopularyzowało je Rituals, później ruszyła Balea, a teraz widziałam je nawet w ofercie Dove czy Nivea. Zużyłam już kilka opakowań tych pianek i moim zdaniem są fajną odskocznią od tradycyjnych żeli. Nie wysuszają tak mocno, jak tradycyjna formuła, choć nie bazują na łagodnych detergentach. Pianki są gęste, ale niezbyt wydajne – może to moja wina, bo używam sporą ich ilość. Ładnie pachną, a ich przyjemna konsystencja umila każdy prysznic. Mam jeszcze 2 w zapasie i z przyjemnością je zużyję. Jak na Baleę przystało – nie są drogie – kosztują niecałe 2,50 EUR.

BALEA, ŻEL POD PRYSZNIC GRANAT I KWIAT WIŚNI

To kolejny kremowy żel Balei, który zużyłam. Specjalnie zostawiłam go sobie na koniec – to moja ostatnia sztuka i chciałam pożegnać się z tymi kosmetykami w jak najmilszych okolicznościach. Lubię te żele, ale muszę robić sobie od nich przerwy – niestety mocno wysuszają moją skórę, do tego stopnia, że codziennie muszę sięgać po balsamy i nie da się tego przeskoczyć w żaden sposób. Te kremowe nie wykazują aż ta silnego działania, ale nadal daleko im do delikatnych, bardziej naturalnych opcji. Ta wersja pachniała cudownie, za każdym razem zachwycałam się tym zapachem – mogłabym postawić ją na podium razem z tą o zapachu mango. Dobrze oczyszczał skórę, ale tak jak wspomniałam – przy okazji ją wysuszał. Na razie robię sobie od nich przerwę (trwa ona już miesiąc i da się to przeżyć :P), ale na pewno pojawią się one jeszcze w mojej kosmetyczce.

LA ROCHE POSAY, EFFACLAR ŻEL DO MYCIA TWARZY PURE MOIST, OPTIFREE PŁYN DO PIELĘGNACJI SOCZEWEK BEAUTY OIL, NAWILŻAJĄCO-DRENUJĄCY KREM POD OCZY NACOMI, MASŁO DO UST LOVE GRENADE KLARESA, MASKA PEEL OFF TERAPIA WZMACNIAJĄCA BIELENDA, MASKA WĘGLOWA OCZYSZCZAJĄCA CARBO DETOX LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE PRZECIWZMARSZCZKOWA Z MIŁORZĘBEM JAPOŃSKIM

  • TWARZ

 LA ROCHE POSAY, EFFACLAR ŻEL DO MYCIA TWARZY

Niejednokrotnie na blogu wspominałam, że nie lubię tego żelu i niezbyt dobrze sprawdza się on na mojej wrażliwej, skłonnej do podrażnień i odwodnienia skórze twarzy. Żel ten bazuje na SLES i niestety przyczynia się w moim przypadku do naruszenia bariery hdrolipidowej naskórka i szybszego parowania wody, co w konsekwencji prowadzi do wysuszenia i nadwrażliwości skóry na bodźce zewnętrzne. Jest inwazyjny, nie polecam go do codziennego stosowania – zużyłam go na spółkę z Mateuszem, używaliśmy go co kilka dni, by nie zaszkodzić naszym twarzom. Niektórym się sprawdza, ale ja niestety do tego grona nie należę. To jeden z nielicznych kosmetyków La Roche Posay, których nie lubię – niewiele takich do mnie trafiło.

PURE MOIST, OPTIFREE PŁYN DO PIELĘGNACJI SOCZEWEK

Kolejne opakowanie w kolejnym denku. Jak zwykle muszę wspomnieć, że to bardzo dobry płyn w przystępnej cenie. Pozwala cieszyć się dużym komfortem użytkowania soczewek nawet po kilkanaście godzin dziennie. Usuwa osady białkowe i inne zanieczyszczenia. To dobry kosmetyk.

BEAUTY OIL, NAWILŻAJĄCO-DRENUJĄCY KREM POD OCZY

Cóż… Czytając recenzję tego kremu spodziewałam się czegoś naprawdę super, a trochę się rozczarowałam. Krem nie jest zły, ale dla mnie na noc stanowczo za lekki, natomiast na dzień średnio się sprawdzał, bo pozostawiał na skórze film, po którym ślizgały się niektóre korektory. Nie zauważyłam większego nawilżenia, redukcji cieni, o likwidacji zmarszczek nie mówiąc. To po prostu średnio nawilżający krem, który dobrze sprawdzi się u osób bez większych problemów z tą okolicą. Znam kremy w podobnej cenie, które lepiej działały, a skutki ich stosowania były widoczne gołym okiem. Nie planuję do niego wrócić.

NACOMI, MASŁO DO UST LOVE GRENADE

Masełko, które kiedyś wrzuciłam do koszyka w Hebe, bo było na całkiem sporej promocji. Postanowiłam dać mu szansę, bo lubię kosmetyki tej marki i dobrze się u mnie sprawdzają. Masło miało naturalny, przyjazny dla skóry skład. Zawierało między innymi olej awokado i witaminę E, które pozytywnie wpływają na naskórek w obrębie warg. Stosowałam je dwa razy dziennie, rano i wieczorem, drugi raz kładąc grubszą warstwę – moje usta lubią nocną regenerację. Pozostawiało na ustach oleistą warstwę, która chroniła je przed zewnętrznymi czynnikami. To opakowanie starczyło mi na prawie 10 miesięcy używania, a kosztowało 10 zł… To mówi samo przez się 😛 Warto mieć choć jeden taki produkt do ust – zapachów jest sporo, więc każdy znajdzie coś dla siebie 😀

KLARESA, MASKA PEEL OFF TERAPIA WZMACNIAJĄCA

Kupiłam tę maskę kilka miesięcy temu, zużyłam ją i zapomniałam wyrzucić do denka. Pamiętam, że przypominała maski algowe i przyniosła przyjemne ukojenie mojej podrażnionej skórze. Ściągnęła się praktycznie w jednym kawałku, bezproblemowo. Nie wysuszyła ani nie spowodowała zaczerwienienia. Czy zauważyłam wzmocnienie? Po jednym razie to raczej nierealne, ale poprawa była widoczna – skóra wyglądała na świeższą i bardziej oczyszczoną. Raczej do tych masek nie wrócę, jeśli chodzi o algowe wolę coś o większej pojemności.


BIELENDA, MASKA WĘGLOWA OCZYSZCZAJĄCA CARBO DETOX

Słyszałam wiele negatywnych opinii na temat tych masek. Dziewczyny skarżyły się na to, że ciężko się zmywają, wchodzą w pory i nie przynoszą widocznych efektów. Sama testowałam wersję do cery tłustej, zanieczyszczonej, a moja mama do dojrzałej i obie jesteśmy zadowolone. Maska ma konsystencję podobną do glinki, ale jest jakby bardziej gumowa, elastyczna, nie kruszy się podczas zasychania. Nie podrażnia i nie powoduje zaognienia zmian. Wycisza skórę i dobrze oczyszcza pory. U mnie zadziałała na tyle dobrze, że za kilka tygodnie sięgnę po nią ponownie.

LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE PRZECIWZMARSZCZKOWA Z MIŁORZĘBEM JAPOŃSKIM

Z tego co pamiętam to już moja ostatnia maska w płachcie tej marki. Szczerze mówiąc, z siedmiu, które były w opakowaniu działaniem zaskoczyły mnie dwie – winogronowa i z acerolą. Reszta była średnia i ta należy do tego grona. Te maski nic nie robią na mojej twarzy, pozostawiają bardzo lepki film, który musze zmyć, bo źle się czuję, kiedy mam go na twarzy. Nie łagodzą podrażnień, nie koją, ani nie chłodzą. Może lekko nawilżają skórę, ale nie jest to spektakularny efekt. Raczej do nich nie wrócę, wolę zainwestować w azjatyki, których zastosowanie rzeczywiście przynosi jakieś skutki.
Znacie jakiś kosmetyk z tego denka? Co macie ochotę wypróbować?
Pozdrawiam 
Uncategorized

PROJEKT DENKO | W KOŃCU COŚ DO WŁOSÓW!

7 marca 2017

Hej!
W powietrzu czuć już wiosnę, a dzięki temu ja mam ochotę wstać z łóżka, co zimą nie zdarzało mi się praktycznie w ogóle 😛 [EDIT – wczorajsza pogoda była koszmarna, deszcz, chmury, niskie ciśnienie :C]. Nie jest jeszcze na tyle ciepło, żeby zmienić kurtkę zimową na wiosenną, ale same promienie słońca sprawiają, że nawet perspektywa całego dnia spędzonego na uczelni nie wydaje się być tak złowroga, jak mogłoby się to na początku wydawać.
Skoro mamy już marzec chciałam dziś zaprosić Was na kosmetyczny bilans – opowiem Wam o kosmetykach, które udało mi się zużyć w zeszłym miesiącu. Spodziewałam się, że będzie tego znacznie mniej, bo luty jest zazwyczaj miesiącem stagnacji. Na szczęście udało mi się zmobilizować i widzicie tego efekty 😀 Jeśli jesteście ciekawi, czy wśród pustych opakowań znajduje się pudełko po jakimś hicie lub bublu – przejdźcie do dalszej części wpisu 🙂



TWARZ:
Niedawno napisałam Wam o tym kosmetyku osobny post, jeśli go już czytaliście wiecie, że fajnie się u mnie sprawdziła. Dawno nie miałam tak dobrze nawilżającego toniku. Dodatkowo pozytywnie wpływał na elastyczność mojej skóry i pomagał w walce z przebarwieniami i nowo powstającymi wypryskami. Mimo tego, że różany hydrolat skończył się kilka tygodni temu już mi go brakuje. Na pewno do niego wrócę – jest pozytywnym zaskoczeniem. Dla tych efektów jestem nawet w stanie przeżyć różany zapach 😀

Krem, który stosuję wtedy, kiedy chcę odpocząć do Effaclaru Duo, a zależy mi na podtrzymaniu efektów, które daje. Bardziej, niż na wypryski, działa na przebarwienia i to głównie w tej kwestii zobaczyłam największą poprawę. Nie wysuszał mojej skóry, nie wzmagał nadmiernego przetłuszczania. Nie zapychał i dobrze sprawdzał się pod makijaż. Pewnie jeszcze nie raz do niego wrócę, chociaż nadal szukam jeszcze czegoś innego 😀

  • PURE MOISTURE, PŁYN DO SOCZEWEK
Kolejny kosmetyk, który już niejednokrotnie pojawił się w projektach denko. Bardzo go lubię i jeśli szukacie czegoś, co dobrze zadba o Wasze szkła kontaktowe i sprawi, że przez cały miesiąc będą komfortowe w noszeniu – powinniście postawić na dobry płyn do ich przechowywania. Często można go znaleźć w Super Pharmie na promocji – np. 2 w cenie 1 😀 Warto się wtedy za nim rozejrzeć 🙂

  • LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE ALOESOWA
Maski w płachcie są moimi ulubionymi jeśli chodzi o nawilżenie – jeśli chodzi o oczyszczające wolę sięgać po te zwykłe, w kremie. To przedostatnia maska z Lomi Lomi, która została mi z pudełeczka zawierającego płachtę na każdy dzień. Aloesowa lekko nawilżyła moją skórę i sprawiła, że była bardziej napięta. Niestety nie wywarła na mnie jakiegoś większego wrażenia – bardziej spodobała mi się ta z acerolą lub winogronem 🙂 Raczej nie sięgnę po nią ponownie.

  • EVREE, KREM DO TWARZY MAGIC ROSE
Krem, który kupiłam kilka miesięcy temu, kiedy był na nie największy „boom”, ale niestety nie przypadł on mojej skórze do gustu. Po kilku dniach regularnego stosowania zaczął mnie zapychać, a wypryski były później ciężkie do wyleczenia. Krem zużyłam w inny sposób – nakładałam go na szyję. Dobrze nawilżał, ale niezbyt szybko się wchłaniał. Nie pozostawiał tłustej warstwy. Podejrzewam, że u mnie lepiej sprawdziłaby się formuła 20+, która jest lżejsza, mimo tego, że przeznaczona do innego typu skóry niż normalna. Nie wrócę do tego produktu.

  • LIQCC, SERUM DO TWARZY Z WITAMINĄ C LIGHT
Próbki tego serum dostałam w paczce od Magdy z landofvanity.pl. Już wcześniej pisałam jej, że jestem zainteresowana kosmetykami tej firmy. Zużyłam już dwie próbki tego serum i przyznam, że choć nie ma idealnego składu, to mogłoby się u mnie dobrze sprawdzić. Ma oleistą konsystencję, więc stosowałabym je na noc, solo. Sera z witaminą C poprawiają kondycję mojej skóry i rozjaśniają przebarwienia w widoczny sposób. Nie wiem, czy sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie, bardziej kusi mnie chyba wersja z witaminą E 🙂



CIAŁO:

  • ALLPRESSAN FUSS SPECIAL, KREM DO STÓP W PIANCE Z 15% MOCZNIKIEM
Stopy to część ciała, którą traktuję po macoszemu (i pewnie nie jestem tu jedyna :P). Od czasu do czasu przypominam sobie o tym, że o nie też powinnam dbać i tak w moje ręce wpadł kosmetyk, po który wcześniej sięgała moja mama. Obie mamy problem z suchą skórą na stopach, moja zimą potrafi nawet pękać i rogowacieć i nie mówię tu o piętach, a okolicach kostek ;/ Ten krem w piance był bardzo lekki i szybko się wchłaniał, a przy tym bardzo dobrze nawilżał. Może nie pachniał najładniej, ale był skuteczny, dlatego za rok, zimą, kiedy stan moich stóp znów się pogorszy, pewnie będę o tym produkcie myślała.

WŁOSY:

  • PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW HENNA WAX NATUR CLASSIC
Maski Pilomaxu dobrze sprawdzają się na moich włosach, ale nie mogę stosować ich tak, jak zaleca producent – nie nakładam ich na skórę głowy, bo każda maska obciąża mi wtedy włosy i sprawia, że zaraz po myciu wyglądają one na nieświeże. Kończąc narzekanie – maska z henną wygładza moje włosy i sprawia, że są one lśniące i dociążone. Łuski zamykają się, a włosy wyglądają na zdrowie i w rzeczywistości takie są. To już moje drugie, czy trzecie opakowanie, na razie zużywam włosowe zapasy, ale myślę, że jeszcze do tej maski wrócę.

  • PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW ARABICA WAX COLOUR CARE
Kolejna maska Pilomaxu, tym razem do włosów farbowanych na kolory ciemne, z kawą. Mimo tego,  że włosów nie farbuję maska sprawdziła się podobnie, jak ta wyżej. czyli bardzo dobrze. Miała jednak mniej przyjemny zapach – jakby lekko sfermentowanych ziaren kawy, nie był on jednak uciążliwy i nie utrzymywał się zbyt długo na włosach. Łatwo było ją spienić i wmasować we włosy. Pogłębiała kolor moich naturalnych kosmyków, na świetle wyglądały o wiele ładniej, niż przed jej zastosowaniem.


Szampony Batiste jak na razie nie mają u mnie konkurencji, bardzo lubię ich używać, chociaż robię to niezwykle rzadko – tylko wtedy, kiedy naprawdę jestem do tego zmuszona. Na moich ciemnych włosach nie zawsze da się wyczesać biały proszek w 100%, ale nie rzuca się on na tyle w oczy, żebym czuła się komfortowo. Wersja Oriental jest jedną z moich 3 ulubionych – zaraz obok Eden i Cherry. Na pewno będę do tych szamponów, chociaż ostatnio znalazłam dla niego w Hebe sporą konkurencję – domyślacie się, o czym piszę? 😀
Duet Petal Fresh recenzowałam już kiedyś na blogu i dopiero teraz udało mi się zużyć odżywkę. Sprawdzała się ona u mnie całkiem dobrze, choć nie dociążała włosów tak, jak maska. Sięgałam po nią wtedy, kiedy miałam ochotę na coś, co nie obciąży moich cienkich, skłonnych do tego włosów. Nie mogłam stosować jej w wilgotne dni, bo trochę puszyła mi wtedy włosy i miałam fryzurę, jak to mawia moja mama, „aj lajk Szopen” xD Raczej do niej nie wrócę, nie mam czasu na skomplikowane zabiegi na włosy i wolę sięgnąć bo coś bardziej treściwego – maskę. 

INNE:

  • ARIL, ODŚWIEŻACZ POWIETRZA WINTER FOREST
To coś, czego zazwyczaj nie pokazuję w projektach denko, ale chcę wspomnieć o tym zapachu, bo jest po prostu piękny 😛 Słodka choinka, zamiast anielskich włosów wata cukrowa i śnieg gdzieś w tle 😀 Jeśli będziecie miały okazję – powąchajcie go – myślę, że pokaże się jeszcze w Biedronkach, bo ich popularne serie zawsze wracają na półki 🙂 
Znacie któryś z tych kosmetyków? Podobał Wam się post? Ja walczę z fantomem na Pierwszej Pomocy, a Wam życzę miłego dnia! 😀
Pozdrawiam :*
Uncategorized

WARSZAWSKIE ZAKUPY | Teraz mam szlaban – naprawdę :D

22 marca 2016
To nie brudne paznokcie, to zniszczenia po Semilacach :C Jednak hybrydy NeoNail lepiej się u mnie sprawdzają :C

Hej!
Tak tak, wiem… Obiecywałam sobie, że nie kupię już nic na zapas 😛 Jadąc do Bydgoszczy i Warszawy miałam w planach tylko zakup lakierów hybrydowych i akcesoriów to tego manicure, ale wiecie jak to jest – promocje kuszą 😀 Jeśli jesteście ciekawi, co ciekawego udało mi się kupić – zapraszam do czytania!
Na początek zakupy paznokciowe. W Rossmannie znalazłam sondę do ozdabiania paznokci za niecałe 9 złotych. Ostatnia sztuka leżała sama w szafie Wibo i szkoda było jej nie wziąć 😛 Jeszcze nie miałam okazji jej testować, ale myślę, że może fajnie sprawdzić się przy wykonywaniu kropeczek albo niezbyt skomplikowanych zdobień na pazurach.
W prawym górnym rogu możecie zobaczyć 2 efekty syrenki – kupione na stoisku NeoNail. Wybrałam zielony i niebiesko-fioletowy. Jak na razie używałam tylko drugiego rodzaju, ale na paznokciach prezentuje się naprawdę fajnie 😀 Mamie tak się spodobało, że pewnie na dwóch rodzajach się nie skończy. Pyłek kosztował 7 zł za sztukę. Na środku widać (a właściwie nie za bardzo) wzornik.

Klipsy do ściągania hybryd dorwałam w Hebe za 11 złotych – to nawet taniej niż w internecie – tu za 10 sztuk płacimy 22 zł, a cena regularna w drogeriach internetowych krąży w granicach 30 zł.

Najdroższymi z tej paczki okazały się oczywiście lakiery 😀 Po Semilacu (którego użyłam raz :C) zaczęły mi pękać i łamać się paznokcie, więc stwierdziłam, że nie będę inwestować w ich hybrydy. Na moich paznokciach zdecydowanie lepiej trzymają się te z NeoNail. Nie powodują zniszczeń, nie odpryskują, dobrze się trzymają. Miałam kupić dwa kolory, ale ostatecznie wybrałam jeszcze trzeci.
W mojej kolekcji brakowało koloru nude – Natural Beauty – wzięłam więc bardzo jasny, różowo-beżowy kolor, który jest w pełni kryjący. Drugim, również klasycznym lakierem jest krwista czerwień – Sexy Red. Trzeci lakier to podobno hit – jest to odcień odpowiadający kolorowi roku zaproponowanemu przez Pantone. Acapulco, bo o nim mowa to przepiękny, mleczny błękit z domieszką liliowego koloru. Lubię niebieskie paznokcie, więc nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Każdy z lakierów kosztował 27,90 zł, a ich pojemność to 6 mililitrów. 

Na Facebooku wspominałam Wam, że niestety dzień kobiet musiałam świętować sama – Mateusz pracował, a ja nie miałam jak do niego pojechać. Muszę jednak przyznać, że chociaż wiedziałam, co dostanę, to byłam w szoku 😀 Co prawda dołożyłam się trochę do tego upominku, bo Dzień Kobiet to nie urodziny, ale jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona. Mogę skreślić  z mojej whislisty jedną pozycję 😀
Standardowo mogłam wybrać sobie zestaw próbek, zdecydowałam się więc na róż z Sephory i perfumy – Liu Jo i Happy Moments od Tous. Wszystko było zapakowane w opakowanie prezentowe a w środku czekał na mnie zabawny liścik.

Główną sprawczynią całego zamieszania jest paletka Too Faced Chocolate Bon Bons. Odkąd zobaczyłam jej zdjęcie w zapowiedziach wiedziałam, że może być między nami miłość 😀 Zastanawiałam się nad tradycyjną, pierwszą wersją, ale wiele osób odradzało mi ją ze względu na gorszą formułę cieni. Już jej używałam i rzeczywiście jest fantastyczna! 😀 Może nawet uda mi się wykonać dla Was jakiś makijaż – najpierw muszę jednak się podszkolić, bo uważam, że mój level jest zbyt niski na publiczne pokazywanie efektów pracy 😛

Do Tigera poszłam tylko po mini pianki do kawy (8 zł), ale na półce znalazłam też gąbkę konjac. Słyszałam o nich wiele dobrego i postanowiłam wziąć jedną sztukę na próbę 😀 Nie była zbyt droga – kosztowała 10 złotych.

W Super Pharm zdecydowałam się na różany tonik do twarzy z Evree, o którym wiele już czytałam i mam nadzieję, że się u mnie sprawdzi. O żelu z Avene – Cleanace też krąży wiele pozytywnych opinii, więc wzięłam mniejszą, 200 mililitrową wersję. Oba kosmetyki udało mi się kupić na promocji -35%. Za tonik zapłaciłam około 13 złotych, a za żel 22.

Podczas dni Lifestyle w Super Pharmie Mateusz poświęcił się i pojechał kupić mi mój ulubiony krem Effaclar Duo [+] (w końcu udało mi się namówić go też na egzemplarz dla niego) i filtr przeciwsłoneczny Anthelios XL Żel – krem suchy w dotyku. Niestety wersja, którą mam obecnie, czyli w formie fluidu nie była dostępna, więc zdecydowałam się na ten. Za duet Mateusz zapłacił 62 złotych.

Ostatnim już zakupem był zestaw próbek kremów BB od Skin79. Firma znów uraczyła nas promocją, gdzie trzy7 mililitrowe opakowania zostały przecenione z 90 na 35 złotych. Przesyłka kosztowała 10 złotych. Dodatkowo dostałam kilka gratisów, które na pewno przetestuję 🙂


Któraś z rzeczy Wam się spodobała? Też macie tak, ze nie planujecie zakupów a potem „jakoś to samo tak wychodzi”? 😛
Pozdrawiam :3
Uncategorized

EVREE POWER FRUIT | ZABÓJCA SUCHYCH MIEJSC

1 marca 2016

Hej!
Nie wiem czy wiecie, ale od zeszłego roku jestem wielką fanką olejków. Lubię stosować je zarówno w pielęgnacji twarzy, jak i ciała – nic tak nie nawilża mojej odwodnionej skóry. Olejki pozwoliły mi pozbyć się problemu suchych łokci, kolan czy kostek. Te z Evree są dostępne na naszym rynku już jakiś czas – na pewno nie można nazwać ich nowością. Krążyło o nich wiele pozytywnych opinii, a ja nie umiałam przejść obojętnie obok tak fajnych opakowań. Tak spotkałam się z olejkiem Evree Power Fruit i dziś chciałam podzielić się z Wami opinią na jego temat. Zapraszam 😉

Nawilżający olejek do ciała Power Fruit
Evree ma dwufazową konsystencję
. Pierwsza z nich to połączenie olejków:
malinowego, winogronowego, jojoba, sezamowego oraz awokado. Druga faza
to czysty kwas hialuronowy. Dzięki połączeniu składników o tak silnym
działaniu nawilżającym, możliwe jest osiągnięcie efektu maksymalnego
nawilżenia. 

Olejek zapakowany jest w kartonowe pudełeczko, które może być trochę mylące. Na półce wygląda na bardzo duże, natomiast jest ono o wiele większe niż produkt, który się w nim znajduje. Ja nie dałam się jednak nabrać na ten chwyt marketingowy – 100 mililitrów to 100 mililitrów – wiem, czego się po takiej pojemności spodziewać. W kartoniku ukryta jest niewielka buteleczka z grafiką podobną do tej na kartonowym opakowaniu. Jest wykonana z grubego plastiku w żółtopomarańczowym kolorze. Zamykana jest na klik, który niestety, po zużyciu 2/3 olejku przestał szczelnie się zamykać i po przechyleniu olejek wydostawał się na zewnątrz.
Na kartoniku znajdziemy wszelkie przydatne informacje – obietnice producenta, odpowiedź na pytanie do jakiej skóry przeznaczony jest olejek, rezultaty jakich możemy oczekiwać, skład i datę przydatności do użytku.

Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil – olej ze słodkich
migdałów. Jest lekki, błyskawicznie się wchłania i pozostawia moją skórę napiętą. Działa w kilka chwil po aplikacji. Aqua (Water) – woda. Caprylic/Capric Triglyceride – emolient. Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil – olej z pestek winogron, również szybko się wchłania przez co skóra nie lepi się tak bardzo. Persea Gratissima (Avacado) Oil – olej z Avacado. Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil – olej sezamowy. Glycerin – gliceryna, czyli składnik nawilżający. Na skórze mojego ciała działa zdecydowanie lepiej niż na twarzy – dobrze nawilża i fajnie współgra z działaniem olejków. Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil – olej z pestek malin. Warto dodać, że może być stosowany jako naturalny filtr UV! Simmondsia Chinesis (Jojoba) Seed Oil – olej Jojoba – jeden z najlepiej działających u mnie olejków. Sodium Hyaluronate – kwas hialuronowy (jego sól), pomaga wiązać wodę w skórze, więc wpływa na jej nawilżenie. Tocopheryl Acetate – witamina E, jest przeciwutleniaczem, czyli powstrzymuje szkodliwe wolne rodniki. Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Chloride,  Disodium EDT, BHA, Parfum,  Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronella, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde.
 
FAZA GÓRNA

  • olejek malinowy
  • olejek jojoba
  • olejek avocado
  • olejek winogronowy
  • olejek sezamowy

FAZA DOLNA

  •  kwas hialuronowy
 
Skład może nie należy do tych najbardziej naturalnych, ale ja jestem z niego zadowolona. Przed konserwantami i substancjami zapachowymi znajduje się wiele drogocennych olejków, które zostały wymienione przez producenta – stanowią więc znaczną część tego kosmetyku. To samo tyczy się kwasu hialuronowego  – występuje  w składzie dość wysoko. Może usunęłabym tylko końcówkę składu, żeby wrażliwcy i alergicy nie musieli martwić się ewentualnymi podrażnieniami czy uczuleniami. 
 
Ogólnie w tej kwestii zadowolona – chciałabym, żeby więcej drogeryjnych kosmetyków miało podobne składniki w swoim wnętrzu 😉

Olejek stosowałam co dwa, trzy dni na całe ciało. Czasem, kiedy moja skora była bardziej przesuszona sięgałam po niego częściej, a kiedy ciało było nawilżone odstawiałam go na kilka dni. Byłam raczej regularna – nie zdarzały mi się długie okresy, w których bym go nie nakładała. Aplikowany z taką częstotliwością starczył mi na niewiele ponad 2 miesiące stosowania. Jestem zadowolona z wyniku – spodziewałam się, że skończy mi się o wiele szybciej..

Olejek był taki wydajny, ponieważ miał lekką konsystencję. Podobno jego dwufazowa formuła jest innowacyjna, ale ja spotykałam już kosmetyki o podobnych właściwościach. Dzięki temu, że olejek po wymieszaniu jest lekki łatwo pokryć równomiernie całe ciało niewielką jego ilością. Kolejnym plusem takiej konsystencji jest fakt, że nie pozostawia on na skórze bardzo tłustej, lepiącej się warstwy – skóra jest natłuszczona, ale po kilku chwilach można zakładać na siebie ubrania 😉
Jeśli chodzi o zapach – spodziewałam się czegoś owocowego, może delikatnie malinowego, ale olejek pachnie perfumami. Zapach jest jednak przyjemny, na skórze wyczuwalny przez kilkadziesiąt minut. Nie jest jednak mocny i drażniący.

Kosmetyki Evree dostępne są stacjonarnie w Rossmannie, Hebe, Super Pharm i Naturze oraz ich internetowych drogeriach (rossnet i e natura). Można je kupić także w kilku sklepach internetowych. Każdy może więc się im przyjrzeć z bliska przed zakupem.

Regularna cena olejku Power Fruit to 30 złotych. Uważam, że 100 mililitrów produktu powinno być choć trochę tańsze. Dla niektórych to cena nie do zaakceptowania i ze względu na to nie decydują się na ich zakup. Ja swój upolowałam na promocji w Rossmannie i zapłaciłam za niego 20 złotych. Kolejne egzemplarze też na pewno będę kupowała w niższej cenie.

Olejku Evree zaczęłam używać wtedy, kiedy moja skóra na ciele była naprawdę mocno przesuszona. Mrozy, ciągłe ogrzewanie i suche powietrze sprawiły, że skóra na łydkach, przedramionach i dekolcie była wysuszona, swędziała, a momentami nawet szczypała. Zwykłe kremy czy balsamy mi nie pomagały, postanowiłam więc wrócić do tego, co sprawdza się u mnie najlepiej. Sięgnęłam więc po nowość, o której dobre opinie krążyły na wielu blogach.
Olejek ma dwufazową formułę, wiec trzeba te warstwy połączyć przed każdym użyciem. Nie jest to kłopotliwe, ale trzeba wtedy pamiętać o dokładnym domknięciu opakowania – w innym przypadku kosmetyk może znaleźć się wszędzie – tylko nie w butelce. 
Jeśli chodzi o działanie – jest ono długotrwałe – skóra nawet na kilka dni po jest dobrze nawilżona i napięta, więc nie musiałam wcierać olejku codziennie. Sam rytuał był przyjemny – olejek gładko sunął po skórze i nie miałam problemów z jego równomiernym rozprowadzeniem. Po aplikacji szybko się wchłaniał i nie pozostawiał bardzo tłustej warstwy, której zresztą nie lubię. 
Od razu po aplikacji skora była bardziej napięta, myślę, że jest to spowodowane działaniem olejku ze słodkich migdałów. Przesuszenie znikło, nie było mowy o pieczeniu czy podrażnieniu. Jest to jeden z moich ulubionych drogeryjnych olejków 🙂

Tak, ale tym razem sięgnę po wersję Slim, która jest podobno jeszcze lepsza 😉 Na razie jednak zużywam zapasy z Alverde, więc na kolejną buteleczkę trochę poczekam 😛 Polecam 😀

Używałyście kosmetyków Evree? Jaki jest Waszym ulubionym?
Pozdrawiam :3