Wybrany tag

Essie

Uncategorized

ZAKOCHAJ SIĘ W JESIENI: POSTAW NA KOLORY! ♥

30 października 2016
Hej!
Ostatnio ciężko jest z moją regularnością w dodawaniu wpisów. Powiem szczerze, że zbliża się termin pierwszych kolokwiów, a do tego i mnie dopadła choroba – przez to nie wyrabiam się z odpisywaniem na komentarze i publikowaniem nowych postów :C Czuję się z tym źle, ale wiem, że mi też należy się chwila odpoczynku – mam nadzieję, że przez najbliższe tygodnie uda mi się w końcu doprowadzić to do ładu – jeśli jestem w blogowych sprawach na bieżąco – znacznie łatwiej jest mi to później wszystko „ogarnąć”.
Dziś chciałabym zaprosić Was na kolejny wpis z cyklu Zakochaj się w jesieni. Tym razem opowiem Wam o kilku kosmetykach, które towarzyszą mi w codziennym makijażu. Z góry zaznaczam, że nie będzie ich wiele – odkąd wróciłam na studia nie mam już tyle czasu, żeby o porankach eksperymentować z moim make-upem. Dodatkowo wprowadzam do swojej pielęgnacji i makijażu minimalizm – kroczę utartymi ścieżkami i tylko czasem zmieniam jakiś element 🙂 Jeśli jesteście ciekawi, co wpadło do mojego worka zatytułowanego „Make up essentials” – zapraszam na dalszą część wpisu 🙂

Tym razem zacznę z innej strony – od paznokci. Ostatnio rzadko sięgam po hybrydy – chyba zniechęca mnie fakt ich późniejszego ściągania 😛 Mam zamiar do nich wrócić w listopadzie, a taka kilkutygodniowa przerwa dobrze zrobiła moim pazurkom. Jesienią zazwyczaj sięgam po klasyczne odcienie, do których dorzucam jeszcze wszystkie ciemne kolory. Dziś mam Wam do pokazania dwa kolory lakierów od Essie – Watermelon i Fiji 🙂 Watermelon to nasycona, malinowa czerwień, która na paznokciach wygląda albo niezwykle elegancko, albo zadziornie – a wszystko zależy od tego, jaką stylizację mamy na sobie. Fiji jest jasnym, różowym lakierem nude, które jest nieco bardziej problematyczny w  nakładaniu – czasem ma tendencje do smużenia, ale jestem mu to w stanie wybaczyć. Często na paznokciach lądują u mnie jeszcze szarości, granaty i ponadczasowa czerń. Przygotujcie się – postaram się wstawiać tu jakieś paznokciowe stylizacje, ponieważ zawsze dostaję wiele miłych komentarzy pod zdjęciami na Instagramie – poczytałybyście takie mini wpisy tu, lub na Facebooku?
Po paznokciach przyszedł czas na twarz i zacznę od tego, z czym mam największy problem – oczy. Dzięki produktowi, o którym Wam ostatnio pisałam, polubiłam makijaż tej części mojego ciała 🙂 Mowa tu o cieniu duochrome Lily Lolo, czyli Smoky Brown. Dla takiego laika jak ja to super sposób na szybki makijaż oka – ten cień nałożony na powiekę samodzielnie potrafi „zrobić” cały makijaż. Lekko ciepła baza w połączeniu z chłodnym błyskiem drobinek wyglądanie niesamowicie  – niejednokrotnie podczas jego noszenia dostawałam pytania, czym pomalowałam powieki 🙂
Jesienią sięgam też częściej po eyelinery i moim numerem jeden w tej kategorii jest ten z Loreal, a dokładniej Super Liner Perfect Slim. Nigdy nie umiałam poradzić sobie z rysowaniem kresek, a dzięki jego cienkiej i niezwykle precyzyjnej końcówce w końcu, chociaż w podstawowym stopniu, udało mi się opanować tę sztukę. Jest trwały, jego odcień jest głęboki, ale ma jedną wadę – trzeba trzymać go do góry nogami, w innym wypadku, w najcieńszym miejscu końcówki może zabraknąć nam tuszu ;c

Jesienią rzadziej sięgam po rozświetlacze, a jeśli już je wybieram – zazwyczaj mam ochotę na coś, co daje bardziej subtelny efekt. W tym sezonie w mojej kosmetyczce króluje rozświetlacz w szampańskim odcieniu od Lily Lolo Champagne. Jest to rozświetlacz prasowany, dający delikatny, aczkolwiek zauważalny efekt. Jest idealny na co dzień, a przy nałożeniu kilku cienkich warstw nada się też na większe wyjścia. Lubię go za uniwersalny kolor, ponieważ dzięki temu pasuje do większości róży, które zazwyczaj stosuję. Świetnie nadaje się na podróże, ponieważ ma cieniutkie opakowanie i nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce.

Róże, to jeden z moich ulubionych elementów w makijażu. Lubię eksperymentować z ich odcieniami, chociaż moje ulubione krążą gdzieś w granicach róży – i chłodniejszych, i cieplejszych. Dzisiaj chciałam pokazać Wam coś, co było już w moich ulubieńcach, oraz miało 5 minut na blogu, czyli róż z Lily Lolo, a konkretnie odcień In the Pink. W opakowaniu wygląda na matowy, na skórze staje się jednak satynowy, przez co delikatnie odbija światło, a nasza twarz wygląda na rozpromienioną i zdrowszą. To bardzo neutralny odcień, dlatego tak często po niego sięgam. Dalej chciałam wspomnieć jeszcze o dwóch nowościach z Wibo, które udało mi się upolować na promocji w Rossmannie 🙂 Mowa tu o różach Ecstasy, a tak naprawdę o kolorach 1 i 2. Jedynka to podobno zamiennika Narsa Orgasm – to brzoskwiniowo – różowa propozycja, która mieni się na złoto i ożywia każdy, nawet najcięższy makijaż. Dwójka to natomiast truskawkowy odcień, który na swatchu wygląda bardziej ceglasto niż później na policzkach. Również ma w sobie małe drobinki, o których istnieniu przed zakupem niestety nie wiedziałam. Oba są bardzo mocno napigmentowane i za pierwszym razem zrobiłam sobie wielką krzywdę – miałam policzki jak ruska baba 😛 Nałożone w niewielkiej ilości wyglądają super, ale trzeba pamiętać, że samo otrzepanie pędzla niestety nie wystarcza 😛

Przechodzimy już do ostatniej, najbardziej interesującej dla mnie części tego wpisu 😀 Uwielbiam pomadki i mam ich zdecydowanie najwięcej, jeśli chodzi o kosmetyki kolorowe. Najpierw chciałam pokazać dwie konturówki, z których jedna jest tą, po którą sięgam niemal codziennie 🙂 Mowa tu o dwóch egzemplarzach Lovely Perfect Line, w odcieniach 1 i 2. Jedynka to nudziak, który w moim przypadku pasuje do wszystkich jasnych pomadek. To już moja druga sztuka i przyznam szczerze, że na pewno nie ostatnia. Dwójka to natomiast ciepły, intensywny róż, który, co prawda, nie pasuje do wszystkich fuksjowych pomadek, ale znalazłam dla niego kilka „do pary”. Konturówki są miękkie i miło się z nimi pracuje. Nie są najtrwalszymi konturówkami na świecie, ale nie podkreślają za to suchych skórek. Tak jak już wspomniałam – do jedynki będę wracać, to tak piękny odcień, że będzie pasował każdej z Was 🙂

Na deser zostawiłam cztery pomadki, po które ostatnimi czasy sięgam najczęściej. Pierwsza i ostatnia to Golden Rose. Obie matowe, z tym, że jedna jest płynna.  Obie są koloru lekko przybrudzonego różu, natomiast Velvet Matte 39 jest zdecydowanie jaśniejsza. Często używam jej w tygodniu, kiedy idę na zajęcia – nie rzuca się w oczy, a dzięki niej i konturówce moje usta wydają się być o wiele pełniejsze, niż są w rzeczywistości. Pomadka z drugiej serii, czyli Longstay Liquid Matte Lipstick 03 to odcień chłodniejszy, w pełni matowy, który zastyga na ustach i ma tendencje do lekkiego ich wysuszania. Kiedy pijemy i jemy lekkie rzeczy – jest nie do zdarcia. Z ust rusza się dopiero wtedy, kiedy sięgniemy po coś tłustego. To ciekawy, różowo-fioletowy odcień z różowym pyłkiem – dzięki temu pyłkowi pomadka zmienia swój kolor w zależności od tego, jakie światło na nią pada – to najbardziej mnie w niej ujęło. Kolejna propozycja to p2 i kremowa, miękka pomadka 080 Tell me a Tale. Ma błyszczące wykończenie, ale mi, miłośniczce matowych wersji mocno przypadło do gustu. Nie podkreśla suchych skórek, ale jednocześnie nie utrzymuje się na ustach przed długie godziny. Ma różowo-pomarańczowy kolor, który na swatchu wyszedł zdecydowanie bardziej rudy, niż ma się to w rzeczywistości. Można ją kupić w Polsce – między innymi w Hebe. Niestety tu jej cena jest zdecydowanie wyższa :C Ostatnia, mocniejsza sztuka to pomadka Rimmel Moisture Renew i kolor 360 As You Want Victoria. To fuksja w dosłownym tego słowa znaczeniu – na ustach wygląda niezwykle seksownie – to mój zamiennik klasycznej czerwieni. Mimo tego, że jest kremowa na ustach utrzymuje się całkiem długo, tym bardziej, że pigment mocno wpija się w usta i nie chce z nich później zejść.

Niżej możecie zobaczyć swatche kosmetyków, o których tu wspomniałam. Wiem, że nie ma ich wiele, może nie pokazałam też nic odkrywczego, ale wiem też, że większość z nas nie sięga po odważne propozycje na co dzień. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś ciekawego, o czym jeszcze nie czytaliście na innych blogach 🙂

Zapraszam Was też na posty dziewczyn, czyli:

Na co jesienią zwracacie większą uwagę podczas codziennego makijażu? Wolicie podkreślać oczy, czy usta? Czy któryś z tych kosmetyków był dla Was nowością?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

Kosmetyczni ulubieńcy kwietnia ’15

4 maja 2015

Hej!
Ja jestem już w Bydgoszczy, dziś ostatni dzień laby i jutro wracam do uniwersyteckiej rzeczywistości. Z moim nosem i gardłem, ale też samopoczuciem jest już zdecydowanie lepiej, więc jest to kolejny powód do radości 😀 Majowy weekend niestety minął mi zbyt szybko, zanim się obejrzę będę musiała pisać maturę, a w ogóle nie czuję się do niej przygotowana. Muszę się przyznać bez bicia, przeleniuchowałam cały rok i teraz bardzo tego żałuję, bo wystarczyło minimum wysiłku co kilka dni i byłabym na wymarzonej medycynie. Pozostało mi tylko pluć sobie w głowę i układać plan nauki na następny rok. Łatwo się nie poddam 😛

Przechodząc jednak do tematu posta chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć o moich kwietniowych rewelacjach kosmetykowych i w tym miesiącu ulubieńców mam naprawdę niewielu, bo tylko trzech. Nie chciałam wybierać nic na siłę, a pokazywać Wam produkty, o których mówiłam ostatnio jest troszeczkę bez sensu 😀 Powiem Wam więc tylko o 3 perełkach, ale za to takich, które towarzyszyły mi naprawdę często. Zapraszam do czytania!

1. Dove, Suflet do włosów oxygen & moisture

Maskę tą kupiłam jakoś w okolicach świąt wielkanocnych i zaczęłam używać zaraz po wyniesieniu ze sklepu. Pierwsze co przypadło mi do gustu (oprócz opakowania, które wygląda bardzo elegancko :P) po uniesieniu wieczka to cudowny zapach, który na moich włosach utrzymuje się nawet do następnego dnia po myciu. Moja czupryna bardzo polubiła tę maskę, jest po niej lśniąca, gładka,nic się nie strączkuje. Suflet ma lekką konsystencję i jest jakby napakowany bąbelkami powietrza 😀 To powoduje, że nie obciąża moich cieniutkich włosów. Jesli miałabym się do czegoś przyczepić to tylko do wydajności – produkt nie jest jakoś super wydajny, trzeba go sporo użyć, ale mimo tego pewnie wrócę do tego kosmetyku gdy już mi się skończy i znów znajdę go w promocji 😀 

2.  Balmi, miętowe masełko do ust w kostce

Bardzo lubię używać produkty do ust i mam ich naprawdę wiele (staram się teraz je wykańczać, bo wolałabym kupić w końcu coś nowego), ale w ostatnim miesiącu na moich ustach królowało balmi. Wybrałam te o zapachu miętowym, bo liczyłam na delikatne szczypanie i mrowienie i się nie przeliczyłam 😀 Balsamik bardzo dobrze nawilża, moje ust są po nim napięte i na długi czas czuję ulgę. Efekt chłodzenia w produktach do ust lubię, mam wtedy wrażenie, że moje wargi wyglądają na pełniejsze 😀 Kostkę wrzuam zawsze do torby i korzystam w razie potrzeby. Jeśli macie na nie ochotę, to szukajcie w Super Pharm. Często są na ten kosmetyk promocje, ja kupiłam za 13 zł, a moja koleżanka już za 10 😀 Warto więc się rozglądać 😀

3. Essie, lakier do paznokci w kolorze Under where?

Jest to lakier, który gościł na moich paznokciach najczęściej, jeśli brać pod uwagę poprzedni miesiac. W końcu udało mi się znaleźć lakier Essie, który trzyma się u mnie na paznokciach dłużej niż zwykłe, drogeryjne produkty 😀 Na zdjeciu wyżej widzicie moje paznokcie po 6 dniach od malowania 😀 Lakier ma piękny, wiosenny kolor, szybko wysycha, nie smuży, dobrze maluje się nim paznokcie. Jak same widzicie utrzymuje się też bardzo dobrze. Nie jestem jakąś wielką fanką lakierów z Essie, bo znam wiele zamienników, które są tańsze i mają podobne właściwości. Ten jednak nie był drogi, bo zamówiłam go przez internet przy okazji kosmetycznych zakupów i zapłaciłam 10 zł 😀 Jedyne co mi pozostało to go polecić! 😛

Jacy są Wasi ulubieńcy kwietnia? Spodobał Wam się któryś produkt z tych, o których opowiadałam ja?
Pozdrawiam :3

Uncategorized

Lakieromaniaczką nie jestem, ale … – moja kolekcja lakierów do paznokci

28 września 2014
Cześć 😀
   Dzisiaj miał być post o mieszkaniu, ewentualnie o kolejnym produkcie z serii Ziaja – Oczyszczanie. Liście Manuka, ale dogorywam i nie mam ochoty wymyślać nie wiadomo czego :C Dlatego zdecydowałam się na prosty, ale, mam nadzieję, ciekawy post, który pozwoli Wam się dowiedzieć troszeczkę nowości o mojej kolekcji kosmetyków.
   Tym razem przyszła pora na lakiery do paznokci. Nie mam ich jakoś bardzo dużo, ale zdaję sobie sprawę, że nie jest to też zbiór należący do najmniejszych i najbardziej skromnych. Wszystkie produkty, które posiadam staram się używać, bo nie chcę, żeby coś niepotrzebnie zajmowało tak cenne miejsce 😛 
   Lakiery zawsze miałam na spółkę z mamą – raz kupowała je jedna, kolejnym razem druga. Czasami popadałyśmy w jakąś euforię, czy zakupowy szał i skutkiem tego była dwa razy większa kolekcja. Teraz, w związku z przerowadzką musiałam się nimi podzielić i wybrałam te, które uważam za moje ulubione. Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam do dalszego czytania :3

   Wszystkie moje lakiery i odżywki do paznokci trzymam w kuferku, który dostałam od mamy. Bardzo mi się podoaba, mimo tego, że jest podrapany przez moje koteły i zniszczony biegiem czasu. Jest klimatyczny i pasuje do mojego nowego mieszkania, staje się jego ładną ozdobą – z mojego punktu widzenia 😛

   Staram się mieć wszystko ładnie poukładane i trzymać moje szpargały w ryzach. Czasem się to nie udaje, ale wtedy robię porządki i wszystko wraca do normy. Pokażę Wam teraz każdy produkt z osobna, zaspokajając tym samym ciekawość 😀 Mam nadzieję, że będzie się Wam podobało 😀
   Na pierwszy ogień idą odżywki i preparat do usuwania skórek – wszytskie od Sally Hansen. Od lewej jest to serym – Nailgrowth Miracle Serum, które jest preparatem do wcierania w skórki i płytkę paznokcia. Ma stymulować jej wzrost i wzmacniać ją od zewnątrz. W środku stoi moja ukochana Maximum Growth – przyspiesza wzrost paznokcia a do tego go wzmacnia i to w krótkim czasie. Z prawej strony natomiast uplasował się Instant Cuticle Remover – żel do usuwania skórek, który podobno jest świetny, ale ja go jeszcze nie testowałam 😛
   Ostatnią odżywką jest Continous Treatment – Hardening, którą mam już od dawna. Pomogła mi wzmocnić paznokcie i zahodować je do prawie wymarzonej długości (a raczej połowy tej długości, ale ja z takimi długimi paznokciami nie potrafiłabym normalnie funkcjonować :P). Niestety już mi się kończy :C Niedługo pewnie pojawi się jej recenzja.

   Tym razem dwa lakiery z Manhattan. Pierwszy z nich to holograficzny lakier, który mieni się na czarno – turkusowo. Wolę go używać z innym lakierem, na jeden lub dwa paznokcie i wtedy prezentuje się świetnie. Pochodzi on z edycji Loutus Effect, a jego numer to  4. Nazwa natomiast – The Ballad of Blue. Drugi brat to typowy, tranparentny nudziak. Ten z kolei to lakier z serii Quick Dry i muszę przyznać, że naprawdę dość szybko wysycha. Idealnie nadaje się do french manicure, czy wtedy, kiedy nie możemy mieć pomalowanych paznokci na jaskrawe czy ciemne kolory. Jego numrek to 11B.

   Kolejny jest jedynak z Miss Spoty w kolorze czarnym. Jego numerek to 20. Nie przepadam za nim – smuży, ciężko się nim maluje a do tego nie spełnia obietnic w 100% – nie utrzymuje się 7 dni. U mnie odpryski i wytarcia na końcówkach widać już na dzień po malowaniu. Nie jestem z niego zadowolona, ale kiedy czasem korzystam z niego w celu pomalowania pojedynczych paznokci. 

  Te tutaj, z Astora, też nie są moimi największymi ulubieńcami. Kobaltowy jest przyjemny i łatwo się nim maluje, natomiast brzoskwinka sprawia więcej problemów. Pierwszy to numer 228 – First Act, a drugi nie ma nazwy, tylko sam numerek i jest to 138.

   Pastele z Maybelline zrobiły na mnie dobre wrażenie 😀 I nadal się ono utrzymuje. Długo pozostają w nienaruszonym stanie, pięknie wglądają na paznokciach i szybko się nimi maluje. Rozbielony niebieski to  numer 610 – Ceramic Blue, a liliowy, jak sama nazwa wskazuje to 240 – Lilac Charm.

   Jeden z kolegów wyżej, to bohater wczorajszego posta – zachwalałam go i nadal podtrzymuję swoje zdanie. Jeszcze przebywa na moich paznokciach 😛 Oba pochodzą z firmy MUA i są to kolejno: Amaretto Crush i Bold Blue. Oba są warte uwagi.

   Mój jedyny Essie, który jeszcze nadaje się do użytku to numer 242 – Where’s my chauffeur. Jest to błękit połączony z miętą i wcale nie jest tak jasny jak mogłoby się wydawać. Oczekiwałam po nim troszkę więcej i zawiodłam się, że urzymuje się na pazokciach tyle samo, ile lakiery duże od niego tańsze. Do tego bardzo długo schnie, bąbelkuje nawet przy cienkiej warstwie i często mi odpryskuje. Nie wiem, czy to ferelny model, czy po prostu ja nie umiem go urzytkować 😛

   Tutaj natmiast, dwa preparaty, które nie są lakierami do paznokci.  Jeden to matowy Top Coat z NYC, który utrzymuje efekt matu około dwóch dni a potem stopniowo się nabłyszcza. Drugi z kolei to preparat do usuwania skórek z WIBO, który jednak z moimi skórkami robił naprawdę niewiele, chociaż muszę przyznać, że łatwiej mi się je po nim odsuwało patyczkiem z drzewa różanego.

   Tutaj widzicie lakiery piaskowe z Lovely. Mają bardzo fajną fakturę, pięknie się prezentują na paznokciach, szybko schną, ale niestety strasznie ciężko się je zmywa. Błękit ze srebrem to numer 3, natomiast czerwień ze złotem do 5.  Bardzo je lubię i często stosuję jako urozmaicenie i ozdobienie zwykłego manicure, chociaż można je też stosować solo.

   Teraz przyszła kolej na największą kolekcję z moich lakierów. Wszystkie pochodzą z WIBO, ale są z różnych serii. Cenię je sobie za łatwą dostępność, dobrą jakoś i przyzwoite ceny. Podzieliłam je na dwie (przypadkowe) grupy, aby łatwiej było mi je opisać.

    Pierwszy to fluo top coat. Stosuję go normalnie na każdy lakier, bo nadaje naprawdę ładny połysk i przedłuża trwałość lakieru. Położony na samą płytkę niweluje jej żółtawe zabarwienie a do tego świeci w świetle ultrafioletowym 😀 Drugi w kolejce jest piaskowy lakier z serii Candy Shop o numerku 4. Pięknie wygląda na paznokciach, ma liliowy, nasycony odcień. Łatwo się go zmywa i utrzymuje się około 4 dni. Trzeci to Last & Shine Lacquer o numerku 3. Jest to ciężki do określenia kolor – troszkę ceglasty, ale jednak nie pomarańczowy. Brązowy też nie jest, więc nie wiem jak mam go opisać 😛 Następny to marchwekowo-różowo-czerwony lakier, któremu nadano numerek 299. Świetnie prezetuje się w słońcu i przy opalonej skórze, czyli latem. Ostatni z tej 5 to butelkowa zieleń, jak dla mnie idealnie jesienny kolor. Jego numer to 390. Dwa ostatnie pochodzą z seri Express Growth.

   Trzy pierwsze lakiery pochodzą z niedawno dostępnej serii Celebrity Nails Lacquer. Bardzo podobają mi się ich opakowania. Dzięki kolorom zakrętek łatwo je znaleźć i nie trzeba grzebać we wszystkich lakierach aby wybrać ten odpowiedni. Pierwszy z nich to soczysta pomarańczka o nazwie Neon style i numerze 1. Ciemna czerwień nosi nazwę So classy i jest to numer 5, natomiast mięta to Pastel Love i jest to numer 7. Wszystkie mają drobinki i łatwo się rozprowadzają. U mnie utrzymują się nawet do 5 dni i jest to jak dla mnie naprawdę długo. Przedostatni to ładny buraczkowy kolor ze złotymi refleksami. Świetnie prezetuje się przy bladej skórze i wygląda naprawdę elegancko i klasycznie. Jego numer to 169. Pochodzi z serii Express Growth. Ostatni już z dzisiejszych bohaterów to piękny top coat (jeden z moich ulubionych). Są to kawałeczki złotej folii zatopione w matowym lakierze. Świetnie wygląda i prezetuje się ekstrawagancko. Pasuje zrówno do ciemnych jak i jasnych lakierów podkładowych. Pochodzi z serii Wow effect – matte glitters i jest to numer 1.
   To by było na tyle. Jak mówiłam, moja kolekcja może nie jest imponująca, ale troszkę się tego zebrało 😀 Jutro postaram się zrobić Wam zdjęcia mieszkania, żeby już dłużej nie zżerała Was ciekawość.
Co sądzicie o mojej kolekcji? Macie któryś z tych lakierów?
Podzdrawiam i buziaczki :3

Uncategorized

Zakupy studniówkowe część 2 :3

22 grudnia 2013

Po pierwsze tak, wiem, ten post miał się pojawić jutro, a znalazł się tu tydzień później xD Po drugie, pierwszej części nie ma, bo jak na razie chcę zostawić w tajemnicy jaką będę miała na sobie sukienkę 😛 Mogę tylko ogólnie streścić, że będzie krótka i czarna :3
Chcę zaprezentować tutaj moje ostatnie zakupy ze strony kosmetykizameryki.pl Jak już wspomniałam wcześniej drogeria ta jest świetna i myślę, że zostanę jej wierna przez długi długi czas 😀

Pierwszą rzeczą z listy, może nie do końca studniówkowej, jest mój pierwszy Tangle Teezer. Jak na razie jestem z niego zachwycona, zapłaciła, za niego niecałe 35 złotych, więc wcale nie tak drogo 😀 Pierwszy raz w życiu mogłam rozczesać mokre włosy bez ich bolesnego (:C) wyrywania 😀 Miałam mieć tą w wersji niebiesko różowej, ale niestety nie zdążyłam z zakupem :C Zadowalam się więc klasyczną czernią.
Tym razem już coś konkretnego z mojej Prom Wish Listy – czerwony lakier Essie w kolorze Snap Happy. Moim zdaniem jest śliczny, bardzo klasyczny i zawsze modny. Zdecydowałam się na dodatki w kolorze czerwonym, więc lakier też musi taki być ^^ Ma gruby pędzelek, ale nie miałam go okazji jeszcze testować. Mam nadzieję, że będzie tak trwały jak inne lakiery z tej firmy. Za ten lakier zapłaciłam 12 złotych.

Ostatnimi produktami są dwie szminki z Miss Sporty. Są to różne odcienie czerwieni o numerach 055 Dream i 058 Malaga. Ten pierwszy należy do bardziej klasycznych odcieni, wpada w delikatne bordo, natomiast drugi ma krwistoczerwoną barwę, nie omieszkam stwierdzić, że to czerwień z nutką pomarańczy. Swatche można zobaczyć na dole. Zobaczymy jak szybko będą się zjadały i jak będą prezentować się na ustach. Dodam tylko ze mają piękny arbuzowy zapach. Kosztowały niecałe 5 złotych.

Pozdrawiam wszystkich i życzę Wesołych Świąt spędzonych w rodzinnym gronie. Buziaczki :*

Uncategorized

Kosmetyki z Ameryki ^^

18 listopada 2013
Dzisiaj zapowiedź moich niedawnych zakupów, na razie tylko zdjęcia a potem większy opis 😀
Będę powoli testowała wszystko i wydawała opinie na temat każdego z kosmetyków.
Wspomnę tylko, że produkty zamawiałam w internecie ze strony kosmetykizameryki.pl i zapłaciłam za każdą z nich o wiele mniej, niż w stacjonarnej drogerii. Pojawiają się tu marki takie jak Loreal, Essie, NYC, Manhattan, Sally Hansen, Astor czy Miss Sporty. Jutro uzupełnię post o ceny każdej rzeczy ;3

PS Dodam tylko, że umieram na przeziębienie vol 2. Nie wiem jak dożyję do matury ;C
By Naczi