Wybrany tag

cienie do powiek

KOLORÓWKA KOSMETYKI

LILY LOLO | ROZŚWIETLACZ PRASOWANY ROSE | PALETY CIENI PRASOWANYCH PURE INDULGENCE I SWEET NOTHINGS

10 grudnia 2017
Hej!
Dawno nie recenzowałam Wam kosmetyków Lily Lolo, ale nie oznacza to, że nie miałam z nimi kontaktu. Ostatnio do testów wybrałam sobie nowości – rozświetlacz prasowany  Rose Illuminator oraz dwie palety cieni prasowanych – ciepłą Pure Indulgence i nieco chłodniejszą Sweet Nothings. Ostatnio coraz częściej sięgam po makijaż mineralny – czy te produkty przypadły mi do gustu? Zapraszam na wpis o tej trójce! 🙂
LILY LOLO | ROZŚWIETLACZ PRASOWANY ROSE | PALETY CIENI PRASOWANYCH PURE INDULGENCE I SWEET NOTHINGS 2

Czytaj dalej

KOLORÓWKA KOSMETYKI

MAKEUP REVOLUTION | PRZEGLĄD KOSMETYKÓW KOLOROWYCH

4 września 2017
Cześć!
Choćbym nie wiem, jak się starała, zawsze będą mnie interesowały kosmetyczne nowości. Kiedyś wystarczyła mi ich garstka, teraz samo testowanie potrafi sprawić mi ogromną przyjemność. Jeśli chodzi o kolorówkę – pozwalam sobie czasem zaszaleć – nowa szminka czy cienie dają okazję do kolejnych eksperymentów i rozwijania umiejętności. Niejednokrotnie bywa tak, że dzięki zabawie znajduję kosmetyk, który jest perełką – zawsze żałuję wtedy, że wcześniej na niego nie wpadłam. Dziś chciałabym pokazać Wam zawartość paczki od Makeup Revolution – będzie kolorowo i błyszcząco – musicie uwierzyć mi na słowo! Zapraszam!

Czytaj dalej

Uncategorized

LILY LOLO | PALETA CIENI PEDAL TO THE METAL | CHŁODNE CUDO!

4 lutego 2017

Hej!
Czy Wam też czas leci tak, że nie rozróżniacie dni tygodnia? Ja ani się obejrzałam, a straciłam już tydzień ferii :O Jak tak dalej pójdzie to nawet nie zdążę się polenić i zaraz trzeba będzie wracać na zajęcia 😛 Nadal nie znam swojej oceny z egzaminu, ale jestem dobrej myśli [ZALICZONY :P]. Kolokwia wszystkie zaliczone, więc nowy semestr można zacząć z czystą kartą! Oby tak dalej! 😀
Dziś porozmawiamy sobie na temat cudeńka, które towarzyszy mi ostatnio w każdej – krótszej, czy dłuższej podróży. To małe puzderko kryje w sobie 8 cudownych cieni bardzo dobrej jakości. Naturalnych, mineralnych, w neutralnych, bądź lekko chłodnych odcieniach. Jesteście gotowi na pełną recenzję? Jeśli tak, koniecznie chodźcie dalej – tam znajdziecie więcej szczegółów na temat jednej z dwóch najnowszych palet Lily Lolo. Mowa tu o Pedal to the Metal.

Obietnice producenta

Pora dodać swojemu spojrzeniu wyjątkowego magnetyzmu! Paletka
Pedal to the Metal przyciąga 8 doskonale napigmentowanym odcieniami,
wśród których znajdują się też przepiękne metaliczne kolory. To za ich
sprawą paletka jest idealna do stworzenia intensywnych i kusząco
połyskujących makijaży.

Cienie znajdują się w eleganckiej kasetce z lusterkiem, do której dołączony jest podwójny aplikator.

W skład paletki Pedal To The Metal wchodzą następujące cienie:

Photo Finish – matowy, kremowy beż
Fuelled – połyskujący, beż z drobinkami
Pole Position – matowy, delikatny brąz
Silver Bullet – połyskujący, srebro z drobinkami
Gold Medal – połyskujący, jasne złoto
Carbon – matowy, ciemny szary
Hook Up – matowy, jasny beż
Black Zinc – matowy, stonowana czerń

  • łagodna, naturalna formuła
  • lekka, jedwabista konsystencja
  • nie zawierają substancji zapachowych ani talku
  • łatwe do blendowania
  • wyjątkowo trwałe
  • odpowiednie dla wegan
  • 8 g

Opakowanie
Palety prasowanych cieni od Lily Lolo są niewielkich rozmiarów. Dzięki temu idealnie sprawdzą się w mini kosmetyczkach i na wszelkiego rodzaju wyjazdach. Każdy z cieni ma masę 1 grama, co uważam za dość standardową wielkość. Kasetka zaopatrzona jest w pacynkę (z której ja nie korzystam, wolę pędzle) i duże lusterko, zajmujące praktycznie całą wewnętrzną stronę wieczka. Paleta zamykana jest na zatrzask, mało prawdopodobne jest to, że mogłaby sama się otworzyć. Opakowanie jest solidne i nie mam mu nic do zarzucenia. Na spodniej stronie znajdziemy nazwy cieni, ich gramaturę i datę ważności po otwarciu kosmetyku. Całość zapakowana jest w biały kartonik.

Skład
MICA (Mika, minerał, odbija światło i wygładza), SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL (Olej jojoba, jeden z moich ulubionych, ma skład podobny do naszego sebum), ARGANIA SPINOSA
(ARGAN) KERNEL OIL
(Olej arganowy, przedstawiany jako jeden z najbardziej drogocennych olejków), PUNICA GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL (Olej z pestek granatu), TOCOPHEROL (Witamina E, nazywana witaminą młodości, wspomaga procesy regeneracyjne),
HELIANTHUS ANNUUS SEED OIL
(Olej z pestek słonecznika, na pewno doskonale Wam znany), SODIUM HYALURONATE (Hialuronian sodu, ma właściwości nawilżające), ERYNGIUM MARITIMUM
CALLUS CULTURE FILTRATE
(Filtrat z tkanki bliznowatej roślinnej zawierający komórki macierzyste) [+/- CALCIUM ALUMINUM BOROSILICATE, TIN OXIDE,
SILICA, CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492
(IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE), CI 77007(ULTRAMARINES), CI 77742
(MANGANESE VIOLET)]
(Barwniki).

Jak widzicie, skład w przypadku tych cieni jest tak samo dobry, jak pozostałych kosmetyków marki Lily Lolo. Podoba mi się tak duża zawartość olejków, dzięki temu cienie są kremowe, a na oku i palcu wyglądają nie na matowe, a satynowe (oprócz tych metalicznych i z drobinkami oczywiście :P). Cienie mnie nie uczulają i nie powodują wzmożonej produkcji łez, co niejednokrotnie miało już w moim przypadku miejsce. Ta rubryka na plus! 😀

Pigmentacja
Każdy z tych kolorów jest dobrze napigmentowany, nawet te najjaśniejsze odcienie są dobrze widoczne na skórze. Przez to, że są bardziej kremowe, niż suche ich pigment nie zanika przy blendowaniu. Jeśli chodzi o odcienie perłowe – nie ukrywam, że pracuje się z nimi przyjemniej, ale zdarza się to zazwyczaj przy każdej palecie, więc i w tym przypadku nie mam z tym problemu.
Jeśli miałabym znaleźć tu jakiś minus – ostatni cień. Miał być czarny, w opakowaniu też tak wygląda, natomiast na oku i palcu – bardziej przypomina ciemny brąz 😛 Niżej znajdziecie mój opis wszystkich cieni z palety.
Photo Finish – matowy kolor ecru, świetnie sprawdza się jako rozjaśniacz całej powieki, pod łuk brwiowy i nałożony w wewnętrzny kącik.
Fuelled – metaliczne połączenie srebra i złota, jest neutralnym cieniem, dość jasnym, podoba mi się nałożony na całą powiekę – rozjaśnia i dodaje blasku spojrzeniu. Rzadko spotykany kolor.
Pole Position – matowy, nieco brudny brąz z niewielką domieszką karmelu. Często ląduje u mnie w załamaniu.
Silver Bullet – srebro z drobinkami, ciekawie wygląda nakładany na mokro, mocno połyskuje.
Gold Medal – jasne złoto, nieprzełamane żadną inną nutą – nie ma tu srebra czy wszędobylskiej miedzi. Czasem nakładam go na powiekę solo – daje wtedy ciekawy efekt.
Carbon – matowy, grafitowy cień. Ciekawy odcień, nieoczywisty, zmienia się w odbiorze w zależności od oświetlenia.
Hook Up – matowy, jasny, beżowo-różowy kolor, idealny na co dzień na całą powiekę, nie ściąga na siebie uwagi, a ładnie podkreśla niebieskie tęczówki.
Black Zinc – czerń połączona z brązem. Na palcu wygląda jaśniej niż na powiece, w opakowaniu to praktycznie czarny cień. [EDIT – na palcu Mateusza rzeczywiście jest czarny, to ze mną jest coś nie tak :P].
Trwałość
Testowałam te cienie na bazie Lily Lolo, ponieważ i tak nie ruszam się bez niej – mam tłuste powieki i bez odpowiedniego przygotowania cienie nie chcą się na niej trzymać. Trwałość jest dobra, cienie wytrzymują w stanie nienaruszonym kilka godzin, później lekko zbierają się w załamaniach, a kolory lekko bledną. Nie maja tak dobrej trwałości jak sypie cienie mineralne, ale byłam na to przygotowana. Jeśli miałabym porównać ich trwałość do tej cieni innej marki – napisałabym bez wahania Too Faced. Moim zdaniem jest to wysoka nota 🙂

Dostępność

Paleta cieni dostępna jest w kilku drogeriach internetowych a także na stronie polskiego dystrybutora – Costasy. Stacjonarnie możecie obejrzeć ją w Warszawie na ulicy Ciołka. Znajduje się tam showroom marki, więc jeśli nie wiecie, na którą z 4 dostępnych do tej pory wersji się zdecydować – odpowiedzi powinnyście szukać właśnie w tym miejscu.

Cena
8 prasowanych cieni mineralnych w niewielkiej kasetce kosztuje 120.50 zł. Moim zdaniem to cena dość standardowa, jeśli miałabym porównywać te cienie z tymi dostępnymi w naszych perfumeriach typu Sephora czy Douglas. W porównaniu do pozostałych kosmetyków Lily Lolo cena palety nie wydaje mi się być wysoka – tym bardziej, że cienie są świetnej jakości i nie uczulają. O ile w przypadku mgiełki mogłabym się kłócić, tak w tym przypadku uważam, że nie mam na co narzekać 🙂

Moja opinia
Przyznam szczerze, że palety cieni Lily Lolo od dawna za mną chodziły. Nie mogłam odnaleźć jednak takiej, która ujęłaby mnie za serce – kolorystyka nie za bardzo mi odpowiadała, a ja nie lubię być w posiadaniu rzeczy, które nie do końca mi się podobają. Postanowiłam poczekać i teraz stwierdzam, że dobrze zrobiłam, nie wrzucając do koszyka żadnej z dwóch poprzednich wersji.
W paletach cieni szukam przede wszystkim neutralnych odcieni. Jestem studentką, na co dzień nie sięgam po mocny makijaż, a jeśli już – podkreślam raczej swoje usta, nie oczy. Brązy trochę mi się przejadły, a słyszałam od wielu osób, że pięknie wyglądałabym w chłodnych odcieniach – podkreśliłyby niebieski odcień moich oczu.
Kiedy Pedal to the Metal zawitała wśród dostępnych produktów na stronie Costasy, a ja miałam możliwość kontynuowania naszej współpracy – nie wahałam się. Wiedziałam, że z całej czwórki palet ta podoba mi się najbardziej. Działała na mnie jak magnes odkąd ją zobaczyłam – wiedziałam, że będzie między nami chemia! 😀
Cienie są miękkie, kremowe, raczej nie mają tendencji do osypywania się, choć dużo w tej kwestii zależy od pędzelka, jakiego w danej chwili używam. Cienie nie podrażniają moich delikatnych oczu, dość długo się trzymają, a efekt, jaki można nimi uzyskać jesteśmy w stanie stopniować. 
Kasetka jest niewielka dlatego chętnie zabieram tego gagatka na wspólne podróże. Wcześniej jego miejsce zajmowała czekoladka Too Faced, denerwował mnie jednak jej rozmiar – zajmowała w kosmetyczce naprawdę sporo miejsca. Tu tego problemu nie mam i chwała jej za to! 😀
Jeśli miałabym podsumować odcienie – moim zdaniem są dobrze do siebie dobrane, a przez to, że jak na osiem cieni jest to dość szeroka gama – można z jej pomocą stworzyć wiele oryginalnych makijaży. Minusem jest jednak ich rozmieszczenie w palecie – irytuje mnie fakt, że nie są ułożone od najjaśniejszego do najciemniejszego – wprowadza to wrażenie dezorganizacji i chaosu, a część osób może pomyśleć, że te cienie pasują do siebie jak pantofle do dresu 😛
Nie mniej jednak Pedal to the Metal trafiła w mój czuły punkt i bardzo lubię jej używać. Cieszę się, że zdecydowałam się właśnie na nią. Palety w ciepłych odcieniach są piękne, sama chciałabym jakąś mieć, ale chyba nie do końca dobrze czuję się w pomarańczowych odcieniach. Polecam ją każdej kobiecie lubiącej stonowane kolory i takiej, która wprowadza w swoje życie kosmetyczny minimalizm – jest niewielka, ale samowystarczalna, za co wiele osób będzie ją cenić.
Czy kupię ponownie?
Na razie zachwycam się tą, ale mam nadzieję, że Lily Lolo będzie wprowadzało kolejne warianty! Czekam na kolejne chłodniejsze palety, ta wyszła im świetnie!

Co sądzicie o Pedal to the Metal? Wolicie chłodne, czy ciepłe odcienie na powiekach?
Pozdrawiam i życzę miłego weekendu :*

Uncategorized

[ULUBIEŃCY] Ulubieńcy listopada :3

8 grudnia 2014
Hejo!
Mimo, że listopad już troszkę za nami chciałam was zaprosić na ulubieńców listopada. Nie ma zbyt wiele tych produktów, ale jakichś szczególnych odkryć kosmetycznych w tym miesiącu nie miałam 😀 Zaraz uciekam na zajęcia, więc nie będę przedłużać, bo raczej nie chcę się spóźnić na biologię – jeszcze bym przypadkiem egzaminu w styczni nie zdała xD Jeśli jesteście ciekawi co ostatnio gościło w mojej kosmetyczce najczęściej – zapraszam do czytania :3

Pierwszym kosmetykiem, którego najczęściej używałam jest paleta od Makeup Revolution – Iconic 3. Znajdziemy w niej bardzo neutralne kolory – i na dzień i na wieczór. Ja na zajęcia nie maluję oczu, ale często gdy gdzieś wychodzę dołączam ten krok do swojego makijażu. Tą palekę cenię sobie za jakoś wykonania i łatwość pracy z nią – cienie łatwo się blendują, nie znikają, na bazie (niestety mam tłustą i opadającą powiekę :C) trzymają się cały dzień. Cena też jest zaskakująco fajna, bo paletka kosztuje tylko 20 złotych, a w promocjach, które organizują internetowe drogerie można ją zgarnąć nawet za 15 złotych. Jej jedynym minusem może być opakowanie, które dość szybko się rysuje. Ne jest to jednak jakiś tandetny plastik – przwoziłam ją z domu, raz mi upadła a z cieniami nadal nic złego się nie dzieje.

Kolejnym ulubieńcem jest mascara Volume Milion Lashes So Couture. Ma fajną sulikonową i dość małą szczoteczkę, która idealnie rozczesuje nawet najmniejsze rzęsy. Dzieki temu tuszowi moje oczy nie łzawią – nie uczula mnie jak niektóre. Szczoteczka na szczęście nie jest twarda i nie powoduje u mnie bolesnego jęczmienia na powiekach. Tusz wolno zasycha, nie pozostawia grudek i nie skleja rzęs. Dodatkowo ładnie, pudrowo pachnie.

Ostatnimi kosmetykami o których chciałam wspomnieć są dwa produkty do ust – jeden to Masełko do ust jagoda od Nivea, a drugi to szminka Maybelline ColorSenstational o numerze 103 – Iridiscent Rose Diamonds. Pierwszy produkt lubię ze względu na jego pielęgnujące właściwości i świetny zapach. Jak na razie są to moje ulubione produkty w kwestii dbania o piękny uśmiech. Szminkę wybierałam najczęściej ze wzlędu na jej nautralny odcień i naturalny wygląd – idealny na uczelnię czy codzienne zajęcia.

Mam nadzieję, że post Wam się podobał i że Wy również znalazłyście swoich listopadowych ulubieńców. Ja uciekam na autobus a Wam życzę miłego popołudnia i do zobaczenia jutro :3
Jest w tym gronie któryś z Waszych ulubieńców? Miałyście okazję testować któryś z tych produktów?
Pozdawiam :3
Uncategorized

Prezent za zaliczone kolokwium *.*

1 grudnia 2014

Hej Hej Hej!
Dzisiaj jestem tutaj dosłownie na chwileczkę, bo:
  1. Źle się czuję
  2. Chce mi się spać
  3. Dużo nauki
  4. Kolokwia gonią
Mam nadzieję, że wybaczycie mi fakt, że posty pojawiają sie naprawdę rzadko :C Chciałabym wyłuskać z doby jeszcze kilka cennych godzin, ale zimowa aura temu nie dopisuje i tylko pogarsza mi i samopoczucie i stan zdrowia :C
Jak wiecie, gdyż juz o tym fakcie wspominałam, udało mi się zaliczyć kolokwium z genetyki. To prawdziwy kolos w dosłownym tego słowa znaczeniu. Trzeba było znać najmniejsze szczegóły, w innym wypadku, jeśli strzela się tak samo „celnie” jak ja, pożegnać z zaliczeniem tego testu ( a jak ja strzelam, to wybieram dwie możliwości – jedna jest dobra, druga zła – strzelam w tą złą xD ).

Podsumowując, w internetowym indeksie – USOS, będzie 3+ (wyższego wyniku nie było :P) i jestem z tego niesamowicie zadowolona 😀 Dzięki temu dostałam coś, co sobie wcześniej upatrzyłam. Mateusz zafundował mi kasetkę magnetyczną Inglota i 2 wkłady 😀

Jeden to przyjemny, jasny, szampański kolor idealny do rozświetlenia spojrzenia ( Shine 110 ), a drugi ciemny brąz, idealnie pasujący do zewnętrznego kącika ( Peral 423 ). Jestem z niego bardzo zadowolona, bo zapamiętał, co mu mówiłam 😀 Takiego mężczyzny to tylko ze świecą szukać 😀

Niżej możecie zobaczyć zdjęcia tych cieni, z góry Was przepraszam, bo zamponiałam sfotografować swatchy 😀 Naprawię się jednak przy pisaniu recenzji na ich temat 😀


Co sądzicie o cieniach od Inglota? Macie tam swoje ulubione, czy jednak nie przypadły Wam do gustu?
Pozdrowionka :3