Wybrany tag

cień do powiek

KOLORÓWKA KOSMETYKI

LILY LOLO | CIEŃ PINK CHAMPAGNE | PRASOWANY RÓŻ – DUO NAKED PINK

16 września 2018
duo do policzków naked pink, cień pink champagne recenzja lilylolo costasy

Hej!

Kolorowe kosmetyki mineralne do makijażu są mi bliskie – nadal szukam idealnego podkładu, ale co do reszty – chyba mam już faworyta – to marka Lily Lolo. Mam od nich wiele produktów – począwszy od cieni, poprzez rozświetlacze, na różach kończąc. Od kilku lat używam ich w moim codziennym, porannym rytuale i jestem zadowolona z efektów jakie dają. Nie zapychają, są trwałe i przyjazne dla skóry.

Dziś pokażę Wam kolejne dwa – cień sypki Pink Champagne oraz duo do policzków Naked Pink. Czy któryś z nich już na wstępie Was zainteresował? Zapraszam na wpis!

Czytaj dalej

Uncategorized

ULUBIEŃCY PAŹDZIERNIKA I LISTOPADA | PRZEWAGA PIELĘGNACJI

18 grudnia 2016

Hej!

Z racji, że przez ostatnie dwa miesiące nie wspominałam nic na temat moich ulubieńców postanowiłam przygotować na dziś wpis nie o trzech, a o pięciu produktach. W zimowych miesiącach zdecydowanie więcej chęci mam na dbanie o ciało i skórę twarzy, niż na malowanie się – dlatego też w tym zestawieniu znalazły się aż cztery kosmetyki z tej kategorii, a jeden, to odkrycie z kolorówki, które zmieniło moje podejście do makijażu oka. Jesteście ciekawi, co wpadło do gromadki kosmetyków wartych polecenia? Zapraszam do dalszej części posta 🙂


MAKE ME BIO, BIO KREM POD OCZY Z WITAMINĄ E I EKSTRAKTEM Z OGÓRKA
Od kilku lat staram się używać kremów pod oczy. Myślę, że regularnie stosuję je około 1,5 roku i zauważyłam poprawę w stanie delikatnej skóry powiek. W moim przypadku jest ona z natury cienka, widać na niej żyłki, a pod okiem na pierwszy plan wybijają się cienie i zasinienia – niestety to geny, wiele zdziałać w kierunku ich likwidacji nie mogę.
Dość dużą uwagę przykładam do kremów, po które sięgam, a dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o kosmetyku, który ląduje w tych okolicach po porannym oczyszczaniu twarzy. Krem Make Me Bio ma bardzo lekką konsystencję, która szybko się wchłania, pozostawiając lekko lepką warstewkę. Nie podrażnia delikatnej skóry, świetnie nawilża i dobrze sprawdza się pod makijażem. Odświeża spojrzenie, a stosowany regularnie zmniejsza delikatnie opuchliznę. Co do cieni – zauważyłam minimalną poprawę, ale tak jak wspomniałam – w moim przypadku nie zlikwiduje ich nic. Wiele osób na wizażu pisało, że jest zbyt lekki – moim zdaniem daje nawilżenie na bardzo dobrym poziomie. Ma przyjazny skład i higieniczne opakowanie – koniecznie go wypróbujcie 🙂

LA ROCHE POSAY, ŻEL DO MYCIA TWARZY I CIAŁA, LIPIKAR SURGRAS
Mam wrażliwą skórę twarzy, która negatywnie reaguje na mocne oczyszczanie – zaczyna się łuszczyć, piecze, jest zaczerwieniona, a wypryski pojawiają się na niej o wiele częściej. Czytając bloga Mademoiselle Eve przeczytałam wpis o tym żelu i stwierdziłam, że może on być dla mnie idealnym zamiennikiem Effaclaru, który zrobił mi w przeszłości wiele szkód. 
Jest gęsty i wydajny, pachnie bardzo delikatnie i rzeczywiście nie podrażnia skóry. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdzieś dalej w składzie znajduje się SLES, ale dopóki ten żel nie wysusza mojej skóry mam zamiar go stosować. Duża butelka kosztowała 45 złotych, uważam, że to dobry stosunek ceny do pojemności. Jeśli macie problem z trądzikiem i szukacie żelu, który moglibyście stosować i do twarzy, i do całego ciała – zerknijcie na ten 🙂

PILOMAX, SZAMPON DO SKÓRY GŁOWY Z PROBLEMAMI, PIROCTONE OLAMINE
Kilka miesięcy temu miałam problem z łupieżem, który był wynikiem mocnego podrażnienia skóry głowy. Nadal nie wiem, co go spowodowało, wydaje mi się, że zmiana wody i szamponu, ale najważniejsze, że udało mi się zażegnać problem.
Żeby nie stosować mocno wysuszających szamponów zdecydowałam się wprowadzić do swojej pielęgnacji ten, który otrzymałam na ostatnim Meet Beauty. Stosuję go raz w tygodniu i nie dość, że świetnie oczyszcza skórę głowy i włosy, to jeszcze łagodzi wszystkie podrażnienia – po nim nic mnie nie swędzi, nie drapie, a włosy są dłużej świeższe. Jeśli spotkałyście się z problemem podobnym do mojego – zastanówcie się nad nim.

NACOMI, PEELING KORUNDOWY DO TWARZY WYGŁADZAJĄCY I PRZECIWTRĄDZIKOWY
Odkąd mam na twarzy mniej wyprysków wróciłam do mechanicznych peelingów, które mocniej ścierają naskórek. Raz w tygodniu stosuję taki mocniejszy peeling, aby pozbyć się martwego naskórka,  pomóc mojej skórze w zwalczaniu przebarwień i zaskórników, a także pomóc w lepszym krążeniu krwi. 

Oba te peelingi maja taką samą formułę, różnią się jednak delikatnie składem. Bazują na korundzie, czyli minerale złożonym ze związku glinu – bez obaw, jest on całkowicie bezpieczny dla naszego zdrowia. Peeling ma na początku formę żelu, który według producenta ma zmienić się w olejek, a moim zdaniem jest to jednak pianka pozostawiająca lekko tłustawą warstwę na skórze – nie tak jak olej, czy bogate serum, ale skóra nie jest skrzypiąca i czysta. Doskonale radzą sobie z suchymi skórkami i nie podrażniają mojej skóry. Nie powodują wysypu niedoskonałości czy powstawania większej ilości zaskórników. Nie polecam go dla osób z  bardzo delikatną skórą – czasem nawet mnie, weterana, potrafił delikatnie podrażnić – drobinki nie są ostre, ale ich działanie jest po prostu efektywne.

Ostatni już kosmetyk, o którym chciałam Wam wspomnieć, to hit z kolorówki, o którym pisałam we wstępie do tego wpisu. Niejednokrotnie pisałam, że zdecydowanie bardziej wolę podkreślać swoje usta, niż oczy, bo do makijażu tych drugich nie mam po prostu talentu (i wprawy :P). Dzięki cieniowi Smoky Brown, którego recenzję możecie znaleźć już na blogu (kliknijcie w tytuł tej sekcji 🙂 ), przekonałam się, że makijaż oka wcale nie musi zajmować dużo czasu. Cień ma piękny kolor – baza jest brązowa, dość ciepła, natomiast perła to coś na kształt stali i srebra – to połączenie wygląda na oku ciekawie i na tyle wielowymiarowo, że nie trzeba sięgać już po nic więcej. Ma świetną pigmentację, na bazie utrzymuje się cały dzień i nie podrażnia moich wrażliwych oczu. Do tego to minerał, ma świetny skład – niczego więcej nie chcę 😛

Znacie któregoś z moich ulubieńców? W Waszych zestawieniach znalazło się więcej pielęgnacji, czy kolorówki?
Pozdrawiam :*

PS Muszę Wam dzisiaj pokazać takie, a nie inne zdjęcia, bo po grupowe Wigilii połamała mi się karta pamięci :C Nie są takie złe, ale szału nie ma – wybaczcie, ale zależało mi na publikacji tego wpisu 😉
Uncategorized

ZAKOCHAJ SIĘ W JESIENI: POSTAW NA KOLORY! ♥

30 października 2016
Hej!
Ostatnio ciężko jest z moją regularnością w dodawaniu wpisów. Powiem szczerze, że zbliża się termin pierwszych kolokwiów, a do tego i mnie dopadła choroba – przez to nie wyrabiam się z odpisywaniem na komentarze i publikowaniem nowych postów :C Czuję się z tym źle, ale wiem, że mi też należy się chwila odpoczynku – mam nadzieję, że przez najbliższe tygodnie uda mi się w końcu doprowadzić to do ładu – jeśli jestem w blogowych sprawach na bieżąco – znacznie łatwiej jest mi to później wszystko „ogarnąć”.
Dziś chciałabym zaprosić Was na kolejny wpis z cyklu Zakochaj się w jesieni. Tym razem opowiem Wam o kilku kosmetykach, które towarzyszą mi w codziennym makijażu. Z góry zaznaczam, że nie będzie ich wiele – odkąd wróciłam na studia nie mam już tyle czasu, żeby o porankach eksperymentować z moim make-upem. Dodatkowo wprowadzam do swojej pielęgnacji i makijażu minimalizm – kroczę utartymi ścieżkami i tylko czasem zmieniam jakiś element 🙂 Jeśli jesteście ciekawi, co wpadło do mojego worka zatytułowanego „Make up essentials” – zapraszam na dalszą część wpisu 🙂

Tym razem zacznę z innej strony – od paznokci. Ostatnio rzadko sięgam po hybrydy – chyba zniechęca mnie fakt ich późniejszego ściągania 😛 Mam zamiar do nich wrócić w listopadzie, a taka kilkutygodniowa przerwa dobrze zrobiła moim pazurkom. Jesienią zazwyczaj sięgam po klasyczne odcienie, do których dorzucam jeszcze wszystkie ciemne kolory. Dziś mam Wam do pokazania dwa kolory lakierów od Essie – Watermelon i Fiji 🙂 Watermelon to nasycona, malinowa czerwień, która na paznokciach wygląda albo niezwykle elegancko, albo zadziornie – a wszystko zależy od tego, jaką stylizację mamy na sobie. Fiji jest jasnym, różowym lakierem nude, które jest nieco bardziej problematyczny w  nakładaniu – czasem ma tendencje do smużenia, ale jestem mu to w stanie wybaczyć. Często na paznokciach lądują u mnie jeszcze szarości, granaty i ponadczasowa czerń. Przygotujcie się – postaram się wstawiać tu jakieś paznokciowe stylizacje, ponieważ zawsze dostaję wiele miłych komentarzy pod zdjęciami na Instagramie – poczytałybyście takie mini wpisy tu, lub na Facebooku?
Po paznokciach przyszedł czas na twarz i zacznę od tego, z czym mam największy problem – oczy. Dzięki produktowi, o którym Wam ostatnio pisałam, polubiłam makijaż tej części mojego ciała 🙂 Mowa tu o cieniu duochrome Lily Lolo, czyli Smoky Brown. Dla takiego laika jak ja to super sposób na szybki makijaż oka – ten cień nałożony na powiekę samodzielnie potrafi „zrobić” cały makijaż. Lekko ciepła baza w połączeniu z chłodnym błyskiem drobinek wyglądanie niesamowicie  – niejednokrotnie podczas jego noszenia dostawałam pytania, czym pomalowałam powieki 🙂
Jesienią sięgam też częściej po eyelinery i moim numerem jeden w tej kategorii jest ten z Loreal, a dokładniej Super Liner Perfect Slim. Nigdy nie umiałam poradzić sobie z rysowaniem kresek, a dzięki jego cienkiej i niezwykle precyzyjnej końcówce w końcu, chociaż w podstawowym stopniu, udało mi się opanować tę sztukę. Jest trwały, jego odcień jest głęboki, ale ma jedną wadę – trzeba trzymać go do góry nogami, w innym wypadku, w najcieńszym miejscu końcówki może zabraknąć nam tuszu ;c

Jesienią rzadziej sięgam po rozświetlacze, a jeśli już je wybieram – zazwyczaj mam ochotę na coś, co daje bardziej subtelny efekt. W tym sezonie w mojej kosmetyczce króluje rozświetlacz w szampańskim odcieniu od Lily Lolo Champagne. Jest to rozświetlacz prasowany, dający delikatny, aczkolwiek zauważalny efekt. Jest idealny na co dzień, a przy nałożeniu kilku cienkich warstw nada się też na większe wyjścia. Lubię go za uniwersalny kolor, ponieważ dzięki temu pasuje do większości róży, które zazwyczaj stosuję. Świetnie nadaje się na podróże, ponieważ ma cieniutkie opakowanie i nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce.

Róże, to jeden z moich ulubionych elementów w makijażu. Lubię eksperymentować z ich odcieniami, chociaż moje ulubione krążą gdzieś w granicach róży – i chłodniejszych, i cieplejszych. Dzisiaj chciałam pokazać Wam coś, co było już w moich ulubieńcach, oraz miało 5 minut na blogu, czyli róż z Lily Lolo, a konkretnie odcień In the Pink. W opakowaniu wygląda na matowy, na skórze staje się jednak satynowy, przez co delikatnie odbija światło, a nasza twarz wygląda na rozpromienioną i zdrowszą. To bardzo neutralny odcień, dlatego tak często po niego sięgam. Dalej chciałam wspomnieć jeszcze o dwóch nowościach z Wibo, które udało mi się upolować na promocji w Rossmannie 🙂 Mowa tu o różach Ecstasy, a tak naprawdę o kolorach 1 i 2. Jedynka to podobno zamiennika Narsa Orgasm – to brzoskwiniowo – różowa propozycja, która mieni się na złoto i ożywia każdy, nawet najcięższy makijaż. Dwójka to natomiast truskawkowy odcień, który na swatchu wygląda bardziej ceglasto niż później na policzkach. Również ma w sobie małe drobinki, o których istnieniu przed zakupem niestety nie wiedziałam. Oba są bardzo mocno napigmentowane i za pierwszym razem zrobiłam sobie wielką krzywdę – miałam policzki jak ruska baba 😛 Nałożone w niewielkiej ilości wyglądają super, ale trzeba pamiętać, że samo otrzepanie pędzla niestety nie wystarcza 😛

Przechodzimy już do ostatniej, najbardziej interesującej dla mnie części tego wpisu 😀 Uwielbiam pomadki i mam ich zdecydowanie najwięcej, jeśli chodzi o kosmetyki kolorowe. Najpierw chciałam pokazać dwie konturówki, z których jedna jest tą, po którą sięgam niemal codziennie 🙂 Mowa tu o dwóch egzemplarzach Lovely Perfect Line, w odcieniach 1 i 2. Jedynka to nudziak, który w moim przypadku pasuje do wszystkich jasnych pomadek. To już moja druga sztuka i przyznam szczerze, że na pewno nie ostatnia. Dwójka to natomiast ciepły, intensywny róż, który, co prawda, nie pasuje do wszystkich fuksjowych pomadek, ale znalazłam dla niego kilka „do pary”. Konturówki są miękkie i miło się z nimi pracuje. Nie są najtrwalszymi konturówkami na świecie, ale nie podkreślają za to suchych skórek. Tak jak już wspomniałam – do jedynki będę wracać, to tak piękny odcień, że będzie pasował każdej z Was 🙂

Na deser zostawiłam cztery pomadki, po które ostatnimi czasy sięgam najczęściej. Pierwsza i ostatnia to Golden Rose. Obie matowe, z tym, że jedna jest płynna.  Obie są koloru lekko przybrudzonego różu, natomiast Velvet Matte 39 jest zdecydowanie jaśniejsza. Często używam jej w tygodniu, kiedy idę na zajęcia – nie rzuca się w oczy, a dzięki niej i konturówce moje usta wydają się być o wiele pełniejsze, niż są w rzeczywistości. Pomadka z drugiej serii, czyli Longstay Liquid Matte Lipstick 03 to odcień chłodniejszy, w pełni matowy, który zastyga na ustach i ma tendencje do lekkiego ich wysuszania. Kiedy pijemy i jemy lekkie rzeczy – jest nie do zdarcia. Z ust rusza się dopiero wtedy, kiedy sięgniemy po coś tłustego. To ciekawy, różowo-fioletowy odcień z różowym pyłkiem – dzięki temu pyłkowi pomadka zmienia swój kolor w zależności od tego, jakie światło na nią pada – to najbardziej mnie w niej ujęło. Kolejna propozycja to p2 i kremowa, miękka pomadka 080 Tell me a Tale. Ma błyszczące wykończenie, ale mi, miłośniczce matowych wersji mocno przypadło do gustu. Nie podkreśla suchych skórek, ale jednocześnie nie utrzymuje się na ustach przed długie godziny. Ma różowo-pomarańczowy kolor, który na swatchu wyszedł zdecydowanie bardziej rudy, niż ma się to w rzeczywistości. Można ją kupić w Polsce – między innymi w Hebe. Niestety tu jej cena jest zdecydowanie wyższa :C Ostatnia, mocniejsza sztuka to pomadka Rimmel Moisture Renew i kolor 360 As You Want Victoria. To fuksja w dosłownym tego słowa znaczeniu – na ustach wygląda niezwykle seksownie – to mój zamiennik klasycznej czerwieni. Mimo tego, że jest kremowa na ustach utrzymuje się całkiem długo, tym bardziej, że pigment mocno wpija się w usta i nie chce z nich później zejść.

Niżej możecie zobaczyć swatche kosmetyków, o których tu wspomniałam. Wiem, że nie ma ich wiele, może nie pokazałam też nic odkrywczego, ale wiem też, że większość z nas nie sięga po odważne propozycje na co dzień. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś ciekawego, o czym jeszcze nie czytaliście na innych blogach 🙂

Zapraszam Was też na posty dziewczyn, czyli:

Na co jesienią zwracacie większą uwagę podczas codziennego makijażu? Wolicie podkreślać oczy, czy usta? Czy któryś z tych kosmetyków był dla Was nowością?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

LILY LOLO | CIEŃ SYPKI SMOKY BROWN | JESIENNY IDEAŁ ♥

18 października 2016

Hejka!
Jeśli oglądacie mnie od dłuższego czasu wiecie, że nie jestem wielką fanką makijażu oka. Mam trudne powieki – z jednej strony są tłuste, z drugiej widać na nich każde załamanie – szczególnie w kącikach. Do tego dochodzi opadająca fałdka, która zakrywa praktycznie całą ruchomą powiekę i nawet misternie wykonany make-up jest u mnie niewidoczny.
Przez te trudności nie potrafię poradzić sobie ze skomplikowanymi makijażami, konturowaniem powiek, zaznaczaniem załamania itp. Staram się nad tym pracować, eksperymentuję, ale nie zawsze mi to wychodzi. Postanowiłam poszukać więc cieni o wielowymiarowych kolorach, które pięknie wyglądałby na powiece nawet solo. W ramach współpracy z Costasy i Lily Lolo mogłam wybrać co tylko sobie wymarzę, a że cienie mineralne są zazwyczaj złożone i różnobarwne – szkoda byłoby przepuścić taką okazję. Czy Smoky Brown spełnił moje oczekiwania? Czy makijaż oka stał się dla mnie przyjemną czynnością? O tym i o pełnej specyfikacji tego cienia przeczytacie w dalszej części posta 🙂

Obietnice producenta
  • Przepięknie połyskujący brązowoszary cień do powiek, idealny do
    uzyskania efektu „smoky eyes”. Jest to nasz najlepiej sprzedający się
    mineralny cień do powiek.

    • nie zawiera drażniących substancji chemicznych, nanocząsteczek,
      parabenów, tlenochlorku bizmutu, talku, sztucznych barwinków i
      konserwantów


    • bezzapachowy


    • naturalna i delikatna formuła


    • niezwykle nasycone i intensywne mineralne pigmenty


    • jedwabiście gładka i kremowa konsystencja



    • może być używany przez wegetarian i wegan
 
Opakowanie
Opakowanie cieni sypkich Lily Lolo to po prostu niewielka miniaturka słoiczka od podkładu. Bardzo podoba mi się ta konsekwencja w prowadzeniu wizerunku marki. Słoiczek jest zakręcany i raczej niema możliwości, żeby odkręcił się w podróży. Po odkręceniu naszym oczom ukazuje się zamykane sitko, które pozwala zaaplikować odpowiednią ilość produktu co minimalizuje pylenie, brudzenie się słoiczka i zużywanie zbyt dużej ilości, co może skończyć się plamami na powiece.
Słoiczek, z zawartością równą masie 3 gramów, zapakowany jest w biały kartonik z informacjami na temat składu oraz nazwy kosmetyku i odcienia. Oba są solidnie wykonane i bardzo dobrze mi służą.

Skład
MICA (mika, czyli minerał odbijający światło oraz wypełniacz) [+/- CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE)] (barwniki – tlenki żelaza i dwutlenek tytanu)

Jak sami widzicie – skład tego cienia jest bardzo prosty. Przyznam, że moje oczy nie przepadają za pełnym makijażem – zaraz mocno łzawią i wszystko wokół rozmazuje mi się tworząc nieestetyczne plamy. W przypadku cienia Lily Lolo łzawienie występowało tylko wtedy, kiedy miałam mocniej podrażnione oczy – na co dzień raczej mi nie dokuczało i mój makijaż mógł przetrwać cały dzień.

Pigmentacja
Nigdy nie miałam kontaktu z cieniami sypkimi, a przynajmniej takiego kontaktu nie pamiętam. Mam kilka palet cieni z różnych półek cenowych – do tych najtańszych, po takie dostępne w perfumeriach. Kiedy wykonywałam pierwszego swatcha tego cienia – mocno się zdziwiłam. Niewiele tak mocno wybijających się na gołej skórze występuje w mojej kolekcji. Wystarczy jego jedna, cieniutka warstwa aby był widoczny na powiece. Dołożenie drugiej sprawia, że cień nabiera głębi, staje się wielowymiarowy, a blask jest o wiele bardziej widoczny. Powiem krótko – to mi się podoba!
Wydajność / Trwałość
Zacznę od wydajności. Niejednokrotnie pisałam już na blogu, że wszystkie produkty mineralne są bardzo wydajne i ciężko jest je zużyć przed sugerowanych terminem przydatności po otwarciu. Z drugiej strony minerały są substancjami, w których nie mogą namnażać się bakterie, więc teoertycznie nie mają terminu ważności. Uważam, że bardzo ciężko jest taki kosmetyk zużyć – mi, osobie, która nie maluje oczu codziennie, zajmie to całe wieki 😛

Jeśli chodzi natomiast o trwałość  – wszystko zależy od tego, jaką bazę po ten cień zastosuję. Mam powieki tłuste, opadające, przez co cienie po kilku godzinach rolują się i zbierają się w załamaniach. Po nałożeniu Smoky Brown na gołą powiekę rolowanie nastąpiło dość szybko, jednak nie tak, jak w przypadku cieni drogeryjnych. Korektor, nawet przypudrowany też nie dawał mi odpowiedniej ochrony przed tym niechcianym zjawiskiem. Najdłużej cień trzymał się na bazie – zarówno drogeryjnej, jak i tej mineralnej z Lily Lolo. Śmiało mogę powiedzieć, że 6-8 godzin to była dla niego pestka, gdzie inne cienie potrafią znikać, lub zbierać się załamaniach już po 2-3 :C 

Obie kategorie oceniam na znaczy plus.


Dostępność
Produkty Lily Lolo dostępne są na stronie oficjalnego polskiego dystrybutora – Costasy oraz w showroomie w Warszawie. UWAGA – showroom am nowy adres – Lily Lolo przeniosło się na ulicę Ciołka 17.
Cena
Cena jednego cienia wynosi na stronie 36.90 zł. Jak za taką jakość jest to moim zdaniem odpowiednia kwota – o ile mogłam narzekać na cenę rozświetlacza czy różu – tutaj nie mam nic do zarzucenia. Odkąd poznałam się z tym cieniem jestem w stanie zapłacić tyle za kolejny – tym bardziej, że jest on tak wydajny, że bez przeszkód będę mogła używać go przez kilka najbliższych lat.

Moja opinia
Kontynuując współpracę z Costasy miałam problem – co wybrać. Widziałam, że dziewczyny skusiły się na palety, które notabene są jednymi z najdroższych kosmetyków na stronie. Wiedziałam też, że z takiej palety pożytku mieć nie będę – makijaż oka to dla mnie czarna magia, mam kilka palet a w ogóle nie mogę wykorzystać ich potencjału.
Słyszałam jednak wiele dobrego na temat pojedynczych, sypkich cieni i postanowiłam wypróbować je na własnej skórze. Nadal jestem w trakcie poszukiwań czegoś, co pozwoliłoby mi na szybki makijaż oka bez większych umiejętności. Przeczuwałam, że cienie mineralne mogą być odpowiedzią na moje wewnętrzne wołanie.
Dlaczego zdecydowałam się na odcień Smoky Brown? Przez producenta został on opisany jako odcień opalizujący, brązowo – srebrzysty, a dodatkowo – najlepiej się sprzedający. Lubię makijaże w odcieniach brązu, bo pozwalają one manipulować przy kolorze pomadek – a to właśnie je darzę największym uczuciem.
Cień pozytywnie zaskoczył mnie jakością wykonania. Ma krótki i treściwy skład – bez zbędnych polepszaczy i konserwantów, co minimalizuje ryzyko alergii. Zarówno na swatchu jak i na powiece wygląda niesamowicie – zależnie od tego pod jakim kątem na niego patrzymy. Kiedy nie pada na niego światło – wygląda jak zwykły, lekko ciepły brąz. Z drugiej stroni mieni się na kolor srebrzysty, chłodny, co sprawia wrażenie dwuwymiarowości i głębi. Cień nałożony solo wygląd atak, jakbym pozwoliła sobie na konturowanie powieki.
Dodatkowym jego atutem jest to, że nie zbiera się tak szybko w załamaniach – nawet na tłustych powiekach. Pięknie podkreśla niebieski odcień tęczówki. 
Łatwo się z nim pracuje, a przy nabraniu odpowiedniej ilości nie osypuje się i nie tworzy plam. Jego intensywność można stopniować poprzez dodawanie kolejnych, cieniutkich warstw. Jest idealny dla laików, bo wymaga jedynie lekkiego rozblendowania górnej granicy.
Podsumowując – jestem z tego cienia bardzo zadowolona. W końcu znalazłam coś, co sprawia, że moje oczy wyglądają na dobrze pomalowane, i to bez większego wysiłku! 😀 Moje wrażliwe oczy nie są przez niego podrażniane i nie łzawią, co zdarzało mi się w przypadku drogeryjnych odpowiedników. Kolor jest na tyle uniwersalny, że dopasuje się do każdego typu urody.

Czy kupię ponownie?
Tak! Mam ochotę na kolejne odcienie – jest ich na szczęście sporo i każdy znajdzie tam coś dla siebie. Będę polowała na jakiś bardzo chłodny brąz, ewentualnie szarość, bo wiele osób mówiło mi, że w takich odcieniach na powiece wyglądałabym jak „milion dolarów” :P.
Niżej znajdziecie zdjęcia na powiekach i swatche – bez żadnego filtra. Musicie mi przyznać rację – ten cień, to prawdziwy kameleon 🙂

Miałyście kontakt z cieniami sypkimi? Czy ich mineralne odpowiedniki Was zainteresowały? Co myślicie o tym kolorze?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

MOJE NATURALNE PIĘKNO | KONKURS ZBLOGOWANI I ANNABELLE MINERALS

14 września 2016

Kiedy zobaczyłam na zblogowanych akcję z Annabelle Minerals wiedziałam, że nie będę mogła przejść obok niej obojętnie! Długo myślałam jak mam temat ugryźć – przecież konkurs nie polega na tym, żeby wypisać cechy produktu ze strony producenta i wstawić dwa zdjęcia…
O nie! Dla mnie konkurs był wyzwaniem. Postanowiłam w końcu stanąć z drugiej strony obiektywu – a dokładniej przed nim. Było to dla mnie nie lada wyczynem. Aparaty, sesje – to wszystko bardzo mnie stresuje i nie potrafię skupić się na tym, jak mam na samym zdjęciu wyglądać. Jeśli chcecie posłuchać moich wywodów na temat naturalnego piękna i makijażu mineralnego – zapraszam dalej. Ostrzegam – post będzie jak tasiemiec – jak każdy na tym blogu. Z tym wyjątkiem, że dzisiaj będę tu MODELKĄ, a to nie zdarza się zbyt często… Doceńcie to 😀

Kosmetyki mineralne odkryłam mniej więcej półtorej roku temu. Szukałam zdrowej alternatywy dla drogeryjnych produktów do makijażu. Jak wiecie – mam problemy ze skórą i tego nie ukrywam. Zaczerwienienia, trądzik, blizny, przebarwienia, rozszerzone pory, świecenie – mogłabym tak pisać i pisać, ale nie jestem tu po to, żeby skupiać się na swoich wadach.
Zawsze byłam osobą pewną siebie, niestety trądzik tę pewność siebie mocno zaburzył. Stałam się zamknięta w sobie. Pierwsze, o czym myślałam, kiedy pojawiałam się w towarzystwie to fakt, czy każdy zwraca uwagę na moje wielkie pryszcze na policzkach. Tak… Dokładnie tak o sobie myślałam, bez owijania w bawełnę, bez słodzenia.

Nie będę ukrywać faktu, że drogeryjne podkłady, których używam mi nie szkodzą. Mam jeden sprawdzony, do którego wracam od lat i nie powoduje to u mnie wysypu niedoskonałości. Szukałam jednak ideału, Świętego Graala, który nie tylko maskowałby to, co jest we mnie nieidealne, ale też to leczył.
Annabelle Minerals to marka rodzima i to dzięki temu mój pierwszy kontakt z minerałami oparł się na relacji z produktami tej firmy. Kupiłam próbki, zabrałam się do dzieła i co? Wcale nie było tak, jak mówiły dziewczyny na you tubie… Ach, zapomniałam… One nie miały krwiaków na policzkach, które przykryłaby tylko dłoń położona w tym miejscu.

Nie poddałam się jednak tak szybko i zaczęłam eksperymentować.
Aplikacja kilku cienkich warstw czy dwóch grubszych? A może ta na mokro? Podkłady, korektory, róże, pudry
– przyznam się, że moje pierwsze próby wcale nie były udane.
Ciągle
miałam wrażenie, że nie będę umiała ujarzmić sypkiej formuły
– bo jak
sypki produkt ma kryć tak, jak ten w formie kremu czy musu – przecież to
niezgodne z prawami logiki! Moja skóra się buntowała – mimo dobrego
nawilżania byłam jedną, wielką, chodzącą suchą skórką i przez to
rzuciłam minerały w kąt – nie wyglądałam w nich dobrze, bo moja skóra
nie była pod nie odpowiednio przygotowana.
Moim
zdaniem minerały są jak farba, a nasza skóra jest płótnem. Nawet
najzdolniejszy malarz z najlepszym sprzętem nie stworzy cudu na słabej
jakości bazie – nieodpowiednio zagruntowanej, krzywej i wyboistej. My
też powinniśmy najpierw zadbać o pielęgnację skóry, a dopiero później
dostosowywać do niej makijaż – w innym wypadku nasze starania spełzną na
niczym – to proste, choć na początku trudne do przyjęcia.
Ostatnie wakacje, a później wrzesień i październik były punktem kulminacyjnym. Pojawił się u mnie trądzik, jakiego jeszcze nigdy nie było. Bolała mnie cała skóra, a leczenie dermatologiczne działało skutecznie, ale wolno. Nadal malowałam się tym, co miałam, całkowicie zapominając o minerałach.
Kiedy na początku tego roku opadły mi ręce i nie wiedziałam już, jak mam działać – postanowiłam stworzyć zupełnie nowy plan pielęgnacji. Synergia naturalnych składników z aptecznymi formułami zaczęła działać, a ja z dnia na dzień coraz chętniej przeglądałam się w lustrze. W walce o piękną cerę pomogły mi też walczyć większe ilości wody i całkowite odstawienie nabiału.

Po maturze, kiedy miałam więcej czasu z podkulonym ogonem wróciłam do samotnych, porzuconych słoiczków. Umyłam wszystkie pędzle, trzymałam się planu pielęgnacji i…
Nie uwierzycie, jakież było moje zdziwienie!

Zaczęłam od nakładania podkładu w formie kryjącej – wydawało mi się, że to ona będzie dla mnie odpowiednia, ponieważ mam wiele zmian na policzkach – od przebarwień, po blizny włącznie. Okazało się jednak, że niekoniecznie dobrze współpracuje ona z moim sebum – podkład po kilku godzinach ważył się tak samo, jak te kupione w drogerii – a przecież nie na tym mi zależało.

Impasem w moim przypadku była zmiana formuły. Matująca ma delikatnie
mniejsze krycie, ale za to zdecydowanie mocniej wchłania sebum. W każdym
słoiczku znajdują się tylko 4 składniki – mika, która jest substancja
odbijającą światło
. Sprawia, że nasza skóra wygląda na gładszą, bardziej
jednolitą i zdrową. Dwutlenek cynku to związek, który jest naturalnym,
mineralnym filtrem UVA/UVB. To, że jest mineralny oznacza, że powinno
się go dopełniać, bo ściera się z naszej skóry pod wpływem „uszkodzeń”
mechanicznych – pocierania, dotyku a nawet podczas pocenia. Nie oznacza to jednak tego, że nie chroni – ja po prostu
wolę nałożyć pod spód filtr chemiczny, który da mi dodatkowy komfort.
Tlenek cynku matuje, ale nie tylko – działa też antyseptycznie (to działanie było wykorzystywane już w starożytności) i jest
mineralnym filtrem UV, podobnie jak jego poprzednik. Tlenki żelaza to
barwniki
, nieszkodliwe dla naszego zdrowia.

Pewnie ciekawi Was jak aplikuję minerały, żeby uzyskać dość mocne krycie i świetną trwałość. Otóż moją bazą są krem na dzień + filtr UV – zastygający i suchy w dotyku. Minerały niespecjalnie dobrze będą chciały rozprowadzać się po lepkiej skórze – będzie ciężej je równomiernie nałożyć i nie narobić sobie plam. Lepiej wybierać pod nie kremy o suchym wykończeniu. Na to nakładam puder bambusowy lub ryżowy – moja skóra jest wtedy jeszcze bardziej wygładzona i pędzel sunie po niej o wiele łatwiej. Czasem pomijam ten krok, ale wtedy widzę, że zaczynam się szybciej błyszczeć. To mój trik na przedłużenie trwałości makijażu.

Następnie biorę pędzel typu kabuki, maczam go w podkładzie i staram się to robić tak, żeby kosmetyk dotarł w każdy zakamarek mojego narzędzia pracy. Nadmiar otrzepuję na zakrętkę, końcówką pędzla stukam delikatnie o blat, żeby podkład osiadł na nim głębiej i nie pylił przy aplikacji. Jestem z grona tych osób, które nakładają trochę grubsze warstwy, ale nadal w granicach rozsądku – tak, aby nie przesadzić i nie nałożyć jednej, przez którą nie będzie przebijała mi tekstura skóry. Kolejnym krokiem jest punktowe nałożenie korektora na miejsca, które wymagają dokładniejszego przykrycia. Następnie dokładam jeszcze jedną warstwę podkładu – wtedy już naprawdę cieniutką – służy ona lepszemu rozblendowaniu korektora. Całość utrwalam pudrem, z którego korzystałam na samym początku.

Czy oprócz podkładu i korektora stosuję jeszcze jakieś kosmetyki od Annabelle Minerals? Na powiekę często aplikuję jasny, lekko połyskujący cień o wdzięcznej nazwie Vanilla. Na moje powieki działa jak podrasowany korektor – ujednolica ich koloryt, a w słońcu delikatnie się mieni – moje spojrzenie wygląda wtedy na świeższe i pełne blasku. Jako miłośniczka róży często nakładam delikatny Romantic, który jest moim ulubieńcem wszech czasów (na potrzeby tego posta dmuchałam nim w stronę obiektywu – ucierpiało chyba 25% produktu – jak żyć? :P). To delikatny, różowy odcień, który jest stworzony dla bladolicych. Mimo mocnej pigementacji raczej nie zrobicie sobie nim krzywdy. Drugim z moich ulubieńców jest zdecydowanie bardziej intensywny Rose, który wpada w tony różano-koralowe i idealnie sprawdza się przy lekkich makijażach – fajnie wygląda jako główny element skupiający na sobie uwagę 🙂

Skoro opisałam Wam to, jak ma się moja przygoda z minerałami, jak je nakładam, czym, co lubię i doceniam, warto byłoby odnieść się do głównego pytania konkursowego 
Dlaczego wybieram kosmetyki mineralne?
Zacznę od tych zalet, które znajdziemy w obietnicach producenta:
  • Minerały są kosmetykami, które nie wpływają negatywnie na moją skórę. Mogę bez obaw codziennie je stosować, a wyprysków czy zaskórników nie przybywa. Nie wysuszają też wrażliwej skóry. O podrażnieniach nie ma mowy. Zdarzało mi się to w przypadku długotrwałych podkładów typu longstay.

  • Można aplikować je na sucho i na mokro – zależnie od tego, jak wolicie i jaki efekt chcecie uzyskać. Aplikacja na mokro pozwala mi na znaczne zwiększenie krycia – szczególnie w przypadku korektora. Jeśli wolicie aplikację na sucho – taką ja wybieram częściej – a przeszkadza Wam efekt pudrowości i nie chcecie czekać kilkudziesięciu minut aż zniknie – wystarczy użyć specjalnego fixera lub hydrolatu. Oznacza to, że w praktyce w jednym kosmetyku mam dwa – sypki i w formie… hmmm… kremu.

  • Korektor, przez swoje antybakteryjne właściwości, przyspieszają gojenie się wyprysków. Szczególnie tych, które należą do kategorii ropnych wykwitów. Delikatnie je podsusza i sprawia, że są mniej bolesne. Nie swędzą, co pozwala uniknąć rozdrapania. To pomocne dla osób walczących z trądzikiem neuropatycznym – nie czuć = nie dotykam.

  • Skóra pomalowana kolorówką naturalną po prostu oddycha. Nic się nie lepi, nawet po kilku godzinach. W moim przypadku taki makijaż nie jest wyczuwalny – czuję się tak, jakbym cały dzień chodziła posmarowana tylko i wyłącznie lekkim kremem nawilżającym. Uważam to za ogromny plus – wraz z ochroną przeciwsłoneczną ta właściwość sprawia, że łój obecny w porach nie utlenia się i nie jest widoczny w postaci czarnych zaskórników otwartych.

  • Kosmetyki mineralne lekko kontrolują wydzielanie sebum, więc w przypadku cery, jaką ja posiadam pozwalają na przedłużenie trwałości makijażu. Żaden drogeryjny podkład nie wygląda na mojej twarzy tak dobrze, jak matujący Annabelle – oczywiście po całym dniu noszenia. Czasem mam lepsze, czasem gorsze dni, ale 7-8 godzin to dla niego pestka. Oczywiście po tak długim czasie moja skóra nie wygląda nieskazitelnie, ale przede wszystkim nie muszę mieć przy sobie pudru i bibułek matujących, a nadal czuję się komfortowo.
  • Minerały nie posiadają w swoim składzie konserwantów, PEGów i parabenów. Mnie te substancje nie uczulają, ale wiem, że wiele wrażliwców jest z tego powodu zadowolonych. Dodatkowo nie są testowane na zwierzętach i nie zawierają substancji pochodzenia zwierzęcego. Są odpowiednie dla wegan i wegetarian.

  • Kosmetyki mineralne są niezwykle wydajne. O ile podkład i puder jesteśmy w stanie zużyć w kilka miesięcy, tak korektor, róż czy cienie to kosmetyki niemal wieczne.  Będą nam służyć przez wiele lat, więc nawet jeśli szkoda Wam te kilkadziesiąt złotych na jeden z nich – rozłóżcie to na czas użytkowania – wtedy stosunek ceny do ilości wyda się Wam o wiele bardziej zasadny.

  • Wyżej wspomniałam, że mogą służyć nam kilka lat. Ale jak to? Przecież na słoiczkach jasno widnieje – rok po otwarciu. Nie dajcie się zmylić! Prawo nakłada na producentów obowiązek określenia czasu, w którym (po otwarciu) kosmetyk nadaje się do użytku. Minerały są bezpiecznie nawet wtedy, kiedy leżą kilkanaście miesięcy. Bez obaw można ich używać, nie zrobią nam krzywdy. Wiąże się to bezpośrednio z następnym punktem. Minerały nie mają terminu ważności, ponieważ…

  • … minerały składają się wyłącznie z substancji nieorganicznych – a właściwie nimi są. Jak powszechnie wiadomo, na materii nieożywionej nie mogą namnażać się żadne organizmy żywe – wirusy i bakterie też. Nawet jeśli przypadkowo wprowadzimy drobnoustroje do swoich kosmetyków – nie będą mogły tam bytować ani powielać swojej liczby przez brak pożywienia. Jasne – czasem trafi się im jakaś sucha skórka, więc w miarę możliwości powinniśmy codziennie korzystać z czystego pędzla. Nie dajmy się jednak zwariować 🙂 Pamiętajmy też o tlenku cynku – przy okazji składu wspominałam o jego antybakteryjnych właściwościach – w tym przypadku bardzo się przydają.

  • Minerały zawierają SPF na poziomie 15, chronią więc naszą skórę przed promieniowaniem słonecznym. Dla mnie jest to ochrona zbyt mała, ponieważ mam niski fototyp skóry i często pojawiają się u mnie poparzenia słoneczne. Uważam jednak, że dodatkowa ochrona zawsze się przydaje – lepiej ją mieć, niż nie. Co do SPF – nie zauważyłam, żeby minerały bieliły mnie na zdjęciach.

  • W ofercie marki znajdziemy mnogość wykończeń i odcieni. Od tych najjaśniejszych, po te dla osób o ciemnej karnacji. W końcu znalazłam podkład, którego nie muszę niczym rozjaśniać. Osoby jeszcze bledsze niż ja też będą zadowolone – gama cream jest tak jasna, że nawet ja wyglądam w niej jak córka młynarza 😀 Możemy wybierać pomiędzy podkładami matującymi, rozświetlającymi i kryjącymi. Jeśli chodzi o tonację, odnajdziemy gamy sunny, golden, natural i beige. W każdej gamie znajdziemy kilka odcieni o różnym stopniu jasności. Ostatnią nowością są korektory dopasowane do podkładów – cud, miód i orzeszki 😀

  • Przy okazji kolorów warto wspomnieć,że minerały po kontakcie z sebum nie ciemnieją! Nie straszne im zmiany pH podczas jego wydzielania, więc komfortowo nosi się je przez cały dzień. Bez obaw, że po powrocie do domu będziemy wyglądać jak cudowna pomarańczka 😛

  • Mimo tego, że wykończenie podkładu matującego, którego używam jest – MATOWE (odkrycie roku :P) – skóra nie wygląda płasko. Zawdzięczamy to obecności miki, która rozprasza światło. Dzięki temu nie muszę się rano gimnastykować – nie chcę wyglądać jak dziewczyna z maską na twarzy 😛 Przy minerałach nie muszę nic więcej robić.

Jakich produktów Annabelle Minerals użyłam do wykonania makijażu do tego posta?
-Podkładu Annabelle Minerls Natural Fairest w wersji matującej (próbka w słoiczku)
-Korektora  Annabelle Minerals – light + medium (próbki w woreczku)
-Pudru matującego Pretty Matt
-Różu Annabelle Minerals Romantic
-Cienia do powiek Vanilla
Lubicie minerały? Co sądzicie o tym konkursie? Podoba Wam się mój pomysł na konkursowy post? I na koniec – jak wypadłam jako modelka? 😛
Zapraszam Was na konkurs zorganizowany na platformie zblogowani.pl we współpracy z Annabelle Minerals. Do wygrania są kosmetyki AM, a także aparat i dwa tablety. Bierzcie udział – naprawdę warto!

zBLOGowani.pl

Pozdrawiam :*