Wybrany tag

ciało

Uncategorized

MOLPHARMA | MAZIDŁA KONOPNE | CZY ZNALAZŁAM DLA NICH ZASTOSOWANIE W MOJEJ PIELĘGNACJI?

1 września 2016

Hej!
Kilka dni temu pisałam Wam o duecie konopnym do włosów tej marki, teraz natomiast chciałam skrobnąć kilka słów na temat konopnych mazideł do ciała – regenerującego i rozgrzewającego. Nie spodziewałam się, że otrzymam te kosmetyki – byłam pewna, że w paczce znajdę tylko szampon i balsam do pielęgnacji włosów.
Skoro już je dostałam, postanowiłam sprawdzić, czy znajdę dla nich zastosowanie w mojej pielęgnacji ciała. Jesteście ciekawi, czy coś wymyśliłam? Jeśli tak, zapraszam do dalszej części wpisu 🙂

Mazidło rozgrzewające:

Olej konopny pozyskiwany z nasion konopi siewnych (Cannabis Sativa)
zawiera substancje biologicznie czynne o właściwościach
przeciwzapalnych, regenerujących, gojących, przeciwwirusowych i
antyseptycznych. Jest jednym z najbogatszych żródeł Nienasyconych Kwasów
Tłuszczowych (NNKT) będących budulcem błon komórkowych. Oprócz kwasu
gamma- linolenowego zawiera kwasy Omega3 i Omega6 w stosunku 3:1 co jest
najbardziej optymalną proporcją dla organizmu ludzkiego. jako jedyny
zawiera CBD kannabidiol- substancję o właściwościach przeciwzapalnych
oraz liczne witaminy (A, B1, B2, B6, C, E) Jest żródłem dużej ilości
substancji mineralnych jak wapń, sód, fosfor, magnez, potas, żelazo,
mangan, cynk, krzem czy platyna. Zawarte substancje dodatkowe jak
cynamon, lawenda, olej eukaliptusowy działają rozgrzewająco,
regenerująco i relaksująco.Preparat nie wywołuje podrażnień i przykrego
zaczerwienienia skóry. Przyjemne rozgrzewające uczucie pozostaje na
długo po zastosowaniu i przynosi ulgę. Ma bardzo korzystny wpływ na
krążenie krwi w tkankach podskórnych. Bardzo przyjemny zapach. Testowany
dermatologicznie. Nie brudzi i nie lepi się
Mazidło regenerujące:
Mazidło jest bogate w olej konopny, który jest bogaty w nienasycone
kwasy tłuszczowe, witaminy A, B1, B2, B6, C i E, fitynę, kwas
kanabidiolowy. Jest źródłem dużej ilości substancji mineralnych: wapń,
sód, fosfor,magnez, potas, żelazo, mangan, cynk, krzem, platyna. Chroni
skórę przed wysuszaniem i przedwczesnym powstawaniem zmarszczek.
Zawrtość oleju konopnego wynosi 10%, dzięki czemu wykazuje działanie
regenerujące i relaksujące. Idealne do odnowy i regeneracji skóry
łuszczącej, suchej i wrażliwej. Nie wywołuje podrażnień i przykrego
zaczerwienienia skóry. Dodatkowo celu optymalnego efektu regeneracji
zawiera masło Shea i D-Panthenol. Przyjemne uczucie pozostaje na długo
po zastosowaniu i przynosi ulgę.Testowany dermatologicznie. Nie
perfumowany.
Oba kosmetyki mają przyjemną, łatwą do rozprowadzenia konsystencję. Rzeczywiście po wmasowaniu w ciało nic się nie lepi. Są barwy biało-beżowej, chociaż na zdjęciach ich kolor wygląda praktycznie jak biały. Mazidło regenerujące ma bardziej treściwą konsystencję niż regenerujące, ale nadal są one lekkie. Szybko się wchłaniają.
Tak jak wspominałam ostatnio, produkty Molpharmy dostępne są na ich stronie, która aktualnie jest w przebudowie (EDIT – JUŻ DZIAŁA). Kosmetyki znajdziecie także w aptekach – zarówno stacjonarnych, jak i internetowych.

Cena mazideł nie jest zbyt wysoka – za regenerujące zapłacimy około 19 złotych, natomiast za rozgrzewające – nieco więcej, bo niecałe 23 zł.  Z uwagi na to, że nie smarujemy całego ciała tymi specyfikami – są one wydajne.
Opakowania są bardzo podobne do siebie – grafiki są takie same, projekt też, różnią się one jedynie kolorem. Mazidła zapakowane są w białe, zakręcane słoiczki o pojemności 100 mililitrów (dostępne są też większe pudełka). Regeneracyjne ma etykiety w kolorze zielonym, a rozgrzewające – czerwonym. Jest jeszcze wersja chłodząca – niebiesko – granatowa. Każda zakrętka zabezpieczona jest sreberkiem, na którym widać każdą próbę odklejenia – mamy pewność, że nie kupimy zaczętego kosmetyku. Moim zdaniem jest top wygodny sposób przechowywania tego typu kosmetyków, chociaż design nie kładzie na kolana ;P

Składy obu mazideł nie są najbardziej naturalne na świecie, natomiast ja nie mogę im niczego zarzucić. Zawierają co prawda potencjalne alergeny w postaci PEG-ów, czy substancji zapachowych, ale mnie te składniki jeszcze nigdy nie uczuliły. Oprócz oleju konopnego zawierają ciekawe ekstrakty – z Casii, rozmarynu, papryki – jak wiecie, ekstrakty mają pozytywne działanie zarówno na skórę, jak i tkanki znajdujące się pod nią.
Chcecie, abym przeanalizowała składy tych mazideł dokładniej? Nie są to kosmetyki typowo pielęgnacyjne, a raczej lecznicze, więc nie wiem, czy jest sens, ale chętnie nadrobię zaległości na Waszą prośbę 🙂 Niestety pochłania to sporo czasu, którego nadwyżki aktualnie nie posiadam :C

Sama mazideł używałam tylko kilkakrotnie, a potem oddałam je komuś, komu bardziej się przydadzą – mojej babci. Cierpi ona na bóle stawowe, a działanie rozgrzewające pozwala choć na chwilę zapomnieć o bólu.
Rozgrzewające mazidło rzeczywiście rozgrzewa, ale bez niekomfortowego uczucia palenia lub pieczenia. Szybko się wchłania i przynosi ulgę w bólach stawowych – mam problemy ze stawem kolanowym i masaż taką maścią potrafił przynieść mi ulgę. Nie pozostawia ani lepkiej, ani tłustej warstwy. Jest wydajne, pachnie kamforą połączoną  z czymś słodkim – jest to zapach bardzo podobny do maści końskiej.
Mazidło konopne regenerujące polecane jest do skóry z problemami – egzemą, łuszczycą itp. Nie mam problemów ze skórą oprócz AZS powracającego zimą w okolicach kostek i łokci – nie stosowałabym jednak tego mazidła na te partie, ponieważ wysoko w składzie ma alkohol, który mógłby podrażniać skórę pokrytą mikrorankami, a to z kolei powodowałoby ból i dyskomfort. Nie odważyłabym się też nałożyć produktu na całe ciało w celu jego nawilżenia – niestety zapach jest podobny jak w przypadku mazidła rozgrzewającego i nie do końca mi to odpowiada :c

Nie – mazidła nie wpisują się w moje potrzeby, ale nie uważam, że są bublami i złymi produktami. U mojej babci sprawdzają się naprawdę dobrze – w szczególności to, które rozgrzewa. Ich cena nie jest zbyt wysoka, więc jeśli macie problemy z bólem stawów i szukacie zamiennika dla maści końskiej czy amolu – mogę je Wam polecić 🙂

Co myślicie o tego typu produktach? Sądzicie, że mogą pomóc w różnych dolegliwościach?
Pozdrawiam :*

Uncategorized

GLY SKIN CARE | ARGAN ILLUMINATING DRY OIL FOR BODY & HAIR | ULUBIENIEC MOICH WAKACJI?

26 sierpnia 2016

Hej!
Wczoraj wieczorem wróciłam do domu – jakoś udało mi się przetrwać 21 godzinną podróż w autobusie pełnym  ludzi 😛 Wrzesień jest dla mnie ostatnim miesiącem wakacji, dlatego będę starała się jak najczęściej publikować wpisy i organizować wszystko tak, żeby blog nie wiał pustkami wtedy, kiedy wrócę na zajęcia. Mam nadzieję, że plany zdadzą egzamin, bo, przyznam szczerze, ostatnich kilka miesięcy mocno mnie rozleniwiły ;__;
Dzisiaj chciałam opowiedzieć Wam olejku, który dostałam od Diagnosis. Na pewno jest ona Wam znana, widziałam wiele blogerek, które z nimi współpracują. Czy Argan Illuminating dry oil for body & hair został moim ulubieńcem? Czy zdał egzamin? Czy rzeczywiście pięknie rozświetlał muśniętą skórę? A może pozytywnie wpłynął na kondycję moich włosów? – odpowiedzi na te pytania znajdziecie w dalszej części posta 🙂

Rozświetlający suchy olejek arganowy do ciała i włosów.
Nawilżająca,
delikatna formuła suchego olejku arganowego natychmiast się wchłania nie
pozostawiając na skórze tłustej warstwy. Obecny w składzie olejek
arganowy oraz witamina E nawilżają ciało pozostawiając je jedwabiście
miękkie w dotyku. Olejek arganowy stosowany na wilgotne lub suche włosy
pomoże wydobyć ich naturalne piękno i blask bez efektu obciążenia. Złote
drobinki pięknie rozświetlą Twoje ciało i włosy.
Korzyści:
  • Nawilża
  • Szybko się wchłania
  • Lekka formuła
  • Skóra pięknie rozświetlona
Sposób użycia
Wstrząśnij przed użyciem.
Ciało:
Spryskaj ciało suchym olejkiem arganowym a następnie wmasuj delikatnie w
skórę. Włosy: Rozetrzyj 1-2 porcje olejku arganowego w dłoniach, a
następnie wetrzyj we włosy. Produkt nie zawiera substancji zapachowych.
Produkt przebadany dermatologicznie.

Tak jak obiecuje producent – olejek ma naprawdę lekką konsystencję. Jest ona mocno wodnista, a produkt przypomina olej tylko przez to, że podczas smarowania wydaje nam się tłusty. Bardzo spodobał mi się ten fakt, ponieważ czasem się spieszę i szukam kosmetyków, które szybko się wchłaniają i nie brudzą ubrań.
Drobinki są niewielkie i niewyczuwalne pod palcami – przypominają mieniący się pyłek, a nie brokat i najłatwiej zaobserwować to po wstrząśnięciu opakowania. Pod względem konsystencji olejek od Gly Skin Care nie odbiega od tych, które miałam okazję używać.
Rzeczywiście jest to olejek suchy – nie pozostawia charakterystycznej tłustej warstewki i nie trzeba jej usuwać, np. ręcznikiem.

Opakowanie przypomina mi inne produkty z Gly Skin Care. Buteleczka ma charakterystyczny, obły kształt, a zakrętka przy atomizerze jest w kolorze srebrnym. Opakowanie wykonane jest z dość twardego plastiku, niepodatnego na odkształcenia czy pęknięcia. Etykiety są minimalistyczne, aczkolwiek ładnie się prezentują. Co najważniejsze – nawet pod wpływem tłuszczu napisy się nie ścierają.
Atomizer działa bez zarzutu i łatwo jest dzięki temu zaaplikować olejek wprost na ciało. Nie wydobywa się z niego mgiełka, więc aplikację na włosy warto poprzedzić tą na rękę – nawet producent zaleca takie działanie. W innym przypadku włosy mogą wyglądać nieestetycznie i zbijać się w strąki przez zbyt dużą ilość kosmetyku, które na nie trafiła.
Brązowa buteleczka ma 125 mililitrów i znajdziemy na niej obietnice producenta, skład i sposób użycia.
Cyclopentasiloxane – silikon, emolient suchy, który nie pozostawia na skórze lepkiej warstwy. Jest lotny, czyli samoistnie odparowuje ze skóry i włosów i nie trzeba zmywać go, np. silnymi detergentami. Silikon ten jest bezpieczny dla zdrowia, wykazuje czynności antystatyczne, czyli zapobiega elektryzowaniu się włosów. Zastosowany nawet w wysokim stężeniu nie przenika w głąb skóry, ponieważ jak inne silikony ma charakter lipofobowy i hydrofobowy, przez co nie wykazuje powinowactwa do struktur naskórka.
Diisopropyl Adipate – emolient suchy, pełni funkcję rozpuszczalnika dla substancji hydrofobowych (nie rozpuszczających się w wodzie).
Dimethicone – kolejny silikon lotny i emolient suchy. Wygładza skórę. Jest bezpieczny w takim samym stopniu jak wspomniany wyżej cyclopentasiloxane.
Octocrylene – filtr UV, znajduje się na liście bezpiecznych substancji fotoochronnych, jego maksymalne stężenie w kosmetyku wynosi 10%.
Decyl
Oleate
– emolient tłusty, tworzy na skórę warstwę okluzyjną, która zapobiega odparowywaniu wody i innych substancji.
Argania Spinosa Kernel Oil – olej arganowy, jeden z najbardziej znanych i popularnych olei. Wzmacnia włosy, skórę i paznokcie, chroni przed działaniem wiatru i słońca.
Tocopheryl Acetate – pochodna witaminy E, czyli silnego antyoksydantu. Hamuje procesy starzenia wywołane przez promieniowanie UV i wolne rodniki. Może wbudować się w strukturę naskórka, przez co wzmacnia jego funkcje obronne. Zapobiega odparowywaniu wody, łagodzi stany zapalne, wzmaga procesy regeneracji.
Mica – poprawia wygląd, daje efekt rozświetlonej skóry, wzmaga lśnienie włosów.
CI 77981 – dwutlenek tytanu, barwnik.
CI 77491 – tlenek żelaza, barwnik, mineralny filtr UV.
CI 77492 – tlenek żelaza żółty, barwnik.

Produkty Gly Skin Care dostępne są w aptekach i niektórych drogeriach internetowych, widziałam je np. w ofercie Cocolita.pl Znalazłam go też w ofercie sklepu internetowego Diagnosis24.pl. Moim zdaniem produkty te są o wiele lepiej dostępne niż miało to miejsce jeszcze kilka miesięcy temu.

Nie wiem, czy tylko ja tak mam i jestem odosobnionym przypadkiem, ale jeśli stosuję suche olejki na całe ciało, znikają one w zastraszająco szybkim tempie. Przy używaniu olejku raz na dwa – trzy dni zniknie z mojej półki w ciągu 1,5 miesiąca, co nie jest zbyt imponującym wynikiem. Wydajność określam jako średnią – inne kosmetyki z tej samej kategorii zużywałam tak samo szybko. Jeśli ograniczyłabym stosowanie tylko na włosy – służyłby mi dłużej, podobnie jak dwufazowe odżywki w sprayu.
Cena waha się w granicach 50 złotych, więc nie jest to najtańszy kosmetyk, z jakim miałam do czynienia. Dla porównania suchy olejek, o którym opowiadałam Wam kilka miesięcy temu w ulubieńcach kosztuje mniej więcej 35 złotych – różnica jest więc spora. Czy ten od Gly Skin Care jest lepszej jakości?

Olejek otrzymałam już dość dawno, ale przez mój wyjazd do Niemiec nie miałam jak go zrecenzować. Nie chciałam, żeby post był niechlujny, bo od razu zwrócilibyście na to uwagę. Napisałam do przedstawiciela, z którym jestem w regularnym kontakcie i bez problemów przełożyliśmy termin recenzji o ponad 2 tygodnie.
Pokładałam w tym olejku duże nadzieje – chciałam mieć w końcu jakiś kosmetyk, który ładnie rozświetli moją jasną skórę. Opalone mam tylko ręce – bo to je najczęściej odsłaniam – reszta skóry ma natomiast zimowy kolor (czytaj – biało-żółty :P). 
Aplikacja przebiega bezproblemowo. Łatwo jest go wsmarować w ciało a dzięki atomizerowi nie „pobierzemy” zbyt dużej jego ilości. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy, która jest cechą rozpoznawczą tradycyjnych olei. 
Jak zadziałał na moją skórę olejek, który otrzymałam od Diagnosis? Średnio :C Od razu po aplikacji skóra wygląda ładnie, na dobrze nawilżoną i wygładzoną. Niestety potrzebuje ona zdecydowania mocniejszego nawilżenia – na drugi dzień efekty, jakie daje mi ten olejek po prostu znikają. Moim zdaniem jest to wina składu – na samym jego początku mamy kilka silikonów, które po kilku godzinach samoistnie odparowują ze skóry.
Na włosach sprawdza się o wiele lepiej – nie obciąża ich, ale nie zauważyłam też wzrostu nawilżenia. Cieszy mnie jednak fakt, że nie są w gorszej kondycji, bo chlorowana woda z basenu, słońce i sól morska dały im się mocno we znaki. Po aplikacji włosy wyglądają na mocniejsze, zdrowsze i bardziej lśniące. 
Na koniec – jak sprawa ma się z drobinkami, które miały pięknie rozświetlać? SŁABO. Są one widoczne pod światło, kiedy spryskamy ciało produktem, ale po rozsmarowaniu niewiele ich w moim przypadku zostaje – praktycznie tak, jakbym nie stosowała czegoś, co ma sprawić, że moja skóra będzie się pięknie mienić. Na włosach efekt mamy podobny – nie zauważyłam, żeby drobinki na nich osiadały i jeszcze mocniej odbijały światło.
Podsumowując – jestem z tego produktu średnio zadowolona. Nie zrobił mi krzywdy, ale też mnie nie zachwycił, a jego cena jest dość wysoka. Myślałam, że zdobędę kolejnego ulubieńca moich wakacji, okazało się natomiast, że otrzymałam produkt, który niedostatecznie nawilża moją skórę. Na włosach sprawdził się o wiele lepiej, ale niestety drobinki, które powinny rozświetlać i być widoczne – znikają. Wydaje mi się, że może to być skutkiem zbyt małej ich ilości. Przed wyjazdem odstawiłam produkt do szafki, aby pyłek opadł na dno. Okazało się, że warstwa ma może 2-3 milimetry, nie dziwne więc, że po wymieszaniu jest on widoczny tylko w butelce.

BEZ LAMPY BŁYSKOWEJ

Nie. Inne produkty tej firmy znacznie bardziej przypadły mi do gustu. Zachęcona pozytywnymi opiniami na kilku blogach skusiłam się na ten olejek nie patrząc nawet na skład – może gdybym to sprawdziła nie dotknęłoby mnie uczucie rozczarowania. Moim zdaniem nie spełnia od podstawowej funkcji – nie rozświetla. Gdyby to robił nie miałabym mu za złe, że słabiej nawilża – byłby dodatkiem do balsamów, który aplikowałabym przed wieczornym wyjściem.

Z LAMPĄ

Co sądzicie o tym olejku? Myślicie, że mógłby przypaść Wam do gustu?
Pozdrawiam!

Produkt otrzymałam do testów od Diagnosis, ale nie wpłynęło to na moją opinię. Jest ona rzetelna i poparta kilkutygodniowym używaniem kosmetyku.
Uncategorized

PROJEKT DENKO | KWIECIEŃ 2016 | LEPIEJ PÓŹNO, NIŻ WCALE :P

26 maja 2016
Hej!
Jak zwykle spóźniona Naczi postanowiła w końcu wyrzucić puste opakowania po kosmetykach, które zbierała przez cały kwiecień. Stwierdziła, że nie może pozwolić sobie na zbyt długie trzymanie ich w szafie, bo na pewno ma to negatywny wpływ na Feng Shui i energię przekazywaną ludziom przez otoczenie, w którym przebywają. Po chwili zastanowienia sięgnęła po aparat, ułożyła pustaki w miłą dla oka kompozycję i wykonała kilka ujęć, które poprzedzone były poprawianiem każdego pudełka o milimetr, bo „przecież jest nierówno”. Słońce nie chciało z nią współpracować, kolano, na którym się opierała odmówiło posłuszeństwa, a aparat oszukał, że się zepsuł. A efekty? Możecie zobaczyć je niżej.
Komu taka książka przypadłaby do gustu? 😛 Życie blogerki jest takie trudne – weny często brak, a pisać i robić zdjęcia trzeba. Z przymrużeniem oka potraktujcie ten przydługi wstęp i szybko przejdźcie do bardziej merytorycznej części tego wpisu 😛 Zapraszam 🙂

WŁOSY

  • L’BIOTICA, BIOVAX, SERUM A+E
Serum, które udało mi się zużyć do cna i bardzo miło je wspominam. Zamknięte jest w szczelną buteleczkę o pojemności 15 mililitrów, która jest niewielka i dobrze sprawdza się podczas podróży. Aplikator działa bez zarzutu i do pewnego stopnia można nim „dawkować” odpowiednią ilość kosmetyku. Serum aplikowałam na końce po każdym myciu włosów. Nie sklejało ich, nie powodowało strączkowania. Końce wyglądały na zadbane i bardzo ładnie lśniły. Mogłam nie ścinać ich nawet 6 miesięcy, a nadal były w dobrej kondycji. Uważam, że jest to produkt godny polecenia ze względu na wydajność, dobre działanie i dość niską cenę. Nie wiem, czy kiedyś do niego wrócę, bo takie sera zużywam bardzo wolno, a mam kilka nowych do przetestowania na oku. Jak będę szukała czegoś sprawdzonego, to na pewno się nad nim zastanowię. Ma jeden minus – lekko mydlany zapach  – mi nie do końca odpowiadał, wolę ładniej pachnące kosmetyki 😛
  • ALTERRA, SZAMPON DO WŁOSÓW WYPADAJĄCYCH I OSŁABIONYCH Z KOFEINĄ
Szampony z Alterry bardzo lubię i używam ich praktycznie od początku mojej przygody z bardziej przemyślaną ich pielęgnacją. Wersja kofeinowa nie należy do moich ulubionych ze względu na średni zapach, ale działaniem przypomina swoich braci z tej samej serii. Mimo tego, że ma delikatny skład dobrze oczyszcza włosy i domywa nawet oleje.  Nie plącze mi włosów, nie wysusza ich, po jego zastosowaniu nawet bez nakładania odżywki czy maski są lśniące, ale jednak niedostatecznie dociążone. Na pewno będę jeszcze do tych szamponów wracać 😛 Mam 4 w zapasie i muszę je zużyć, bo ta ilość zaczęła mnie przerastać 😛

TWARZ

  • SYLVECO, HIBISKUSOWY TONIK DO TWARZY
Produkt, który trafił to worka z moimi ulubionymi kosmetykami. Ma przyjazny dla skóry skład (chociaż alkohol benzylowy może uczulać nieliczne osoby) i łagodzi jej napięcie spowodowane stosowaniem mocniej oczyszczających żeli do twarzy. Na początku nie mogłam przyzwyczaić się do jego żelowej konsystencji, ale po kilku dniach nie miałam z tym większych problemów. U niektórych pozostawia po aplikacji lepką warstwę, u mnie natomiast wchłania się praktycznie w 100%. Delikatnie nawilżał moją skórę, a wyciąg z aloesu wspomagał rozjaśnianie blizn. Jeszcze go u mnie zobaczycie.
  • SYLVECO, LIPOWY PŁYN MICELARNY
Płyny micelarne to produkty, bez których nie wyobrażam sobie codziennego demakijażu. Dobrze radzą sobie nawet z mocniejszym makijażem, a przy tym nie obciążają mojej skłonnej do zapychania skóry. Z tym nie było inaczej – nieźle radził sobie z podkładami, szminkami i produktami do oczu. Ciężko było mi nim zmyć tylko jeden tusz – So Couture od Loreal Paris. Nie wiem, czy jeszcze do niego wrócę, bo za tę samą cenę mogę mieć dwa razy większą butelkę mojego ulubionego, różowego Garniera. Miał krótki i dobry skład – jeszcze się nad nim zastanowię – być może będzie dla mnie fajną odskocznią od drogeryjnych kosmetyków tego typu.

  • MISSHA, PERFECT COVER, KREM BB
Próbki dostałam od kochanej pinklipstickmua.blogspot.com. Nadal szukam kremu BB, który odpowiadałby mi zarówno właściwościami jak i kolorem. Ten ze zdjęcia to jeden z najjaśniejszych odcieni – 13. Jest to rzeczywiście kolor bardzo blady, lekko wpadający w róż – te tony będą bardziej lub mniej widoczne, zależnie od tego jaki pigment macie w skórze. Mnie niestety zapychał i myślę, że jest to wina parafiny, którą ma w składzie. Kolor bardzo mi się podobał, ale mógłby być choć trochę żółtszy. Na pewno nie kupię pełnowymiarowego opakowania, bo kosmetyk po prostu jest nie dla mnie ;C Pomyślę też nad tym, jak oddać resztę próbek, które mi zostały – może akurat któraś z Was znajdzie coś dla siebie? Śledźcie mojego Facebooka, niedługo powinno się tam coś pojawić 😉
  • LA ROCHE POSAY, ANTHELIOS XL ULTRA FLUIDE, SPF 50+
Nie ma co ukrywać – to mój ulubiony filtr do twarzy. Używam go od roku i nie mam mu praktycznie nic do zarzucenia oprócz jednego małego minusa, który nie u każdego może się pojawić. Filtr ma lejącą się konsystencję, biały kolor i jest produktem wydajnym. Nie bieli. Łatwo rozprowadza się go na twarzy dzięki lekkiej konsystencji. Skóra po jego zastosowaniu nie lepi się, ale jest lekko tłusta. Jest jednym z filtrów, które bardzo dobrze chronią nas przed promieniowaniem zarówno UVB, jak  UVA. Nie zapycha i nie powoduje powstawania nowych wyprysków. Moja mieszana skóra niestety po jego zastosowaniu zaczyna mocniej wyświecać się w okolicy nosa i brody, ale dzieje się to dopiero po kilku godzinach i bibułki matujące rozwiązują sprawę. Aktualnie mam inny krem tej marki, ale do tego na pewno wrócę 🙂
  • TAMI, OCZYSZCZAJĄCE PŁATKI DO TWARZY Z ALOESEM

Kupiłam je w Biedronce z zamiarem wykorzystywania w ciągu dnia, kiedy chciałabym pozbyć się podkładu, ale nie mogłabym pozwolić sobie na umycie buzi żelem ze względu na soczewki.  W tej roli sprawdzały się nad wyraz dobrze, choć do dokładnego zmycia makijażu musiałam zużyć 3-4 płatki. Miały w sobie dużo płynu, a jego skład nie był tak zły, jak mogłoby się to wydawać – rzeczywiście dość wysoko występował w nim sok z aloesu i, o ile się nie mylę, ekstrakt z ogórka. Twarz po ich użyciu była odświeżona i lekko ukojona. Płatki, mim tego, że stały na półce, były zawsze lekko chłodniejsze od otoczenia co potęgowało pozytywne efekty. Być może jeszcze po nie sięgnę, o ostatnio zauważyłam je w Rossmannie 🙂
  • CARMEX, BALSAM DO UST W SŁOICZKU
Nie miałam jeszcze innych wersji Carmexa, ale słyszałam, że ta jest najlepsza – nie dziwię się, bo w moim przypadku (jak dotąd) jest to najlepiej nawilżający produkt do ust. Aktualnie stosuję sztyft Blistex i nie jestem z niego aż tak zadowolona. Kiedy nakładałam Carmex rano i wieczorem praktycznie nie miałam problemu z jakimkolwiek przesuszeniem, pękaniem czy pierzchnięciem. Idealnie przygotowywał moje usta pod matowe pomadki, które, notabene, uwielbiam. Ma w swoim składzie lanolinę, która bardzo pozytywnie wpływa na kondycję warg. Kamfora może przynosić uczucie lekkiego chłodzenia – warto o tym wspomnieć, bo nie każda z nas to lubi. Na pewno jeszcze do tej wersji wrócę – najpierw jednak zobaczę, jak zadziała u mnie sztyft o zapachu granatu 😉
  • LOREAL, PODKŁAD TRUE MATCH N1 IVORY

Jest to mój wieloletni ulubieniec, który w mojej kosmetyczce przebywa od dobrych kilku lat. To ostatnia buteleczka w starej formule, teraz używam tej nowej. Ma satynowo-matowe wykończenie. Na mojej mieszanej cerze utrzymuje się dość długo, ale lekko ściera się w okolicach nosa i brody. Ma średnie krycie, ale można je lekko stopniować dokładając kolejne warstwy. Zapraszam Was na jego recenzję – tam znajdziecie więcej informacji na temat tego podkładu. Na pewno będę kupowała go ponownie, bo to praktycznie jedyny podkład, który pasuje mi kolorem.

CIAŁO

  • BATH AND BODY WORKS, BALSAM VANILLA BEAN NOEL
To jeden z moich pierwszych kosmetyków BBW. Balsam kupiłam na świątecznej promocji za 20 złotych – ciężko było mi przejść obok niego obojętnie. Może nie miał spektakularnych właściwości nawilżających, ani najlepszego składu, ale bardzo przyjemnie mi się go używało. Był lekki, szybko się wchłaniał i cuuuudownie pachniał. Bardzo słodko – lekko waniliowo. Sam zapach bardzo przypominał mi świecę Yankee Candle – Cotton Candy. Długo utrzymywał się i na skórze, i na ubraniach. Myślę, że kiedyś jeszcze do niego wrócę, ale na pewno poczekam na promocje – moim zdaniem ten balsam nie jest wart więcej, niż za niego zapłaciłam.
Lubicie czytać projekty denko? Co ciekawego zużyłyście w zeszłym miesiącu?

Pozdrawiam! Wszystkim mamom życzę wszystkiego najlepszego!
Uncategorized

PROJEKT DENKO | Grudniowa mobilizacja i porządki w kosmetykach!

14 stycznia 2016
Hej dziewczyny!
Jestem z siebie dumna – w grudniu udało mi się wykończyć praktycznie wszystkie otwarte kosmetyki 😀 Niedługo będę mogła przejść do nowości i już nie mogę się niektórych doczekać. Do działania zmobilizowały mnie chyba przedświąteczne porządki – przez puste opakowania nie zamykała mi się szafka, a jak wiecie, nie wygląda to zbyt estetycznie. Postanowiłam więc raz dwa zużyć to, co zaplanowałam, zrobić zdjęcia i pozbyć się niepotrzebnych śmieci. Jesteście ciekawi, co znalazło się w dzisiejszym projekcie denko? Zapraszam dalej 🙂 

CIAŁO:

  • ŻEL POD PRYSZNIC, DOVE PURELY PAMPERING, PISTACJA I KWIAT MAGNOLII

Jak wiecie od niedawna stałam się fanką żeli Dove. Nie wysuszają one mojej podatnej na to skóry, pięknie pachną, są kremowe i dobrze się pienią. Na początku obawiałam się, że ta wersja zapachowa nie do końca się u mnie sprawdzi – lubię pistacje, ale sam zapach żelu wydawał mi się odrobinę dziwny. Po kilku użyciach zmieniłam zdanie i moja opinia uległa zmianie. Zapach był słodki, czuć było te lekko słonawe pistacje. Otulał i sprawiał, że kąpiel była naprawdę odprężająca. Na zimę – jak znalazł. Kupię ponownie.

  • ŻEL POD PRYSZNIC, OCEANIA AROMATIC, LEMON ENERGY

Używałam tego żelu jako płynu do kąpieli. Dawał fajną piankę i ładnie pachniał a do tego był tani i ogólnie dostępny – pochodzi z Biedronki. Nie wyróżniał się może niczym szczególnym i pewnie do niego nie wrócę, bo jednak płyny do kąpieli bardziej się pienią i zazwyczaj mają intensywniejsze zapachy.

  • ŻEL POD PRYSZNIC, ORIGINAL SOURCE, WIŚNIA I POKRZYWA

Limitowana, halloweenowa edycja żelu Original Source. Lubię ich używać ze względu na intensywne i pobudzające aromaty. Ten tutaj zostawił u mnie Mateusz, więc nie zużyłam całego opakowania sama. Zapach był dziwny, coś mi przypominał, ale nie jestem w stanie stwierdzić co 😀 Miał lejącą konsystencję jak każdy żel tej marki. Fajna odmiana raz na jakiś czas. Na pewno kupię jeszcze inne wersje zapachowe.

  • OLEJEK DO CIAŁA, BABYDREAM FUR MAMA

Był to pierwszy olejek, po który sięgnęłam po dłuższej przerwie w olejowaniu ciała. Zdałam sobie sprawę, że działa to na nią zdecydowanie lepiej niż wszelkiego rodzaju balsamy. Skład tego kosmetyku bardzo mi się spodobał, a do tego zapach odpowiadał mi zdecydowanie bardziej niż wersji dla malutkich dzieci. Olejek świetnie nawilżał ciało, stosowałam go co 2 dni i nie musiałam się martwić suchą skórą na łydkach czy innych partiach ciała najbardziej narażonych na wysuszanie. Jego cena jest rewelacyjna i na pewno do niego wrócę.

  • PŁYN DO HIGIENY INTYMNEJ, LACTACYD SENSITIVE

Jeden z moich ulubionych płynów do higieny stref intymnych. Dobrze oczyszcza, ale nie podrażnia przy tym delikatnej skóry. Pisałam o nim już wiele razy, więc na pewno wiecie, że kupię go ponownie 🙂

  • MASŁO DO CIAŁA, FARMONA TUTTI FRUTTI, KIWI I KARAMBOLA

Masełko, które miałam okazję testować już na własnej skórze, tym razem zużyła mama. Jak wspomniałam wyżej, w paragrafie z olejkiem do ciała, zimą stawiam na najbardziej nawilżająco-natłuszczające produkty. Masłem musiałabym smarować się codziennie, a nie jest to moja najbardziej ulubiona czynność i pewnie często bym z niej rezygnowała ryzykując przy tym gorszym stanem skóry. Latem chętnie do nich wrócę, teraz poziom nawilżenia jaki dają mnie nie zadowala.

WŁOSY:
  • MASKA DO WŁOSÓW, KALLOS ALGAE
Maska bardzo przypadła do gustu mojej mamie – sama nie byłabym w stanie wykończyć jej w tak krótkim czasie. Litrowe opakowanie kosztuje mniej więcej 15 złotych, a jakość w stosunku do ceny to, w moim przypadku, prawdziwa bajka. Dzięki tej maseczce moje włosy były pięknie wygładzone, lśniące i dociążone. Nie przyspieszała ich przetłuszczania, ale nigdy nie kładłam jej od nasady aż po końce. Zapach na początku nie do końca mi odpowiadał, ale się do niego przyzwyczaiłam. W ruch poszło kolejne opakowanie. Warto dodać, że w składzie naprawdę występuje ekstrakty z alg i glonów, więc nie jest to tylko chwyt marketingowy. Dla mocno zniszczonych włosów może okazać się niewystarczająca, ale myślę, że na włosach  średnioporowatych może fajnie zadziałać 🙂
  • SZAMPON DO WŁOSÓW, ALTERRA, MORELA I PSZENICA
Szampony Alterry stosuję zamiennie i praktycznie nie zauważyłam między nimi różnic. Ta wersja jednak ostatnio mnie trochę zawiodła. Wydaje mi się, że czasami powodowała u mnie delikatny łupież. Wątpię, że był od spowodowany niedokładnym spłukaniem szamponu, a odżywek czy masek na skalp nie nakładam. Na razie nie będę wracać do tej wersji – mam jeszcze wiele innych do wyboru 😀
TWARZ:
  • PIANKA DO TWARZY, HIMALAYA HERBALS, NEEM Z MIODLĄ INDYJSKĄ
Kosmetyk ten znalazłam w Hebe i zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłam go kupić. Jak wiecie, byłam rozczarowana pianką z Nivei, ta natomiast sprawowała się już zdecydowanie lepiej. Nie zawierała silnych detergentów, ale nie była też od nich w pełni wolna -w składzie można było znaleźć ALS, który powodował na mojej skórze delikatny efekt ściągnięcia. Jedna pompka tej pianki wystarczyła na dokładne oczyszczenie twarzy, Produkt miał bardzo ładny zapach. Nie wiem czy do niej wrócę – mam jeszcze wiele innych żeli do przetestowania na swojej liście i rzadko powielam się w tej kwestii 🙂
  • KREM DO TWARZY, EFFACLAR DUO [+]
To krem, który rzeczywiście wspomaga moją walkę z trądzikiem. Po wakacyjnej przerwie zdecydowałam się do niego wrócić i uważam, że jest to dobra decyzja. Razem z produktami od dermatologa walczy z przebarwieniami, grudkami i małymi wypryskami. Nie jest cudotwórcą, ale jego działanie jest widoczne. Bardzo fajnie sprawdza się pod makijażem, bo delikatnie matuje i utrzymuje w ryzach moją strefę T. Mam w zapasach jeszcze jedno opakowanie – zużyję je i pewnie odpocznę od niego, żeby moja skóra za bardzo się nie przyzwyczaiła 🙂
  • TUSZ DO RZĘS, LOREAL VOLUME MILLION LASHES
Cała seria tych tuszy to moi faworyci w tej kategorii. Wiodą prym już od kilku lat i raczej nie zastąpię ich innym produktem. Czasem testuję coś nowego, ale kiedy nie wiem po co sięgnąć, wracam do sprawdzonego ulubieńca. Złota i fioletowa wersja to moi faworyci i praktycznie zawsze można znaleźć je w mojej kosmetyczce 🙂 Kupię ponownie 😀
  • KREM POD OCZY, DERMEDIC, HYDRAIN HIALURO
Bardzo fajny krem pod oczy, który dobrze nawilżał. Sprawdził się zdecydowanie lepiej niż poprzedni, o którym pisałam. Miał lekką, szybko wchłaniającą się konsystencję i nie powodował, że korektor utrzymywał się w okolicach oczu krócej lub zbierał się w załamaniach. Na razie szukam czegoś bardziej treściwego, ale latem powinien zdać egzamin i zastanowię się nad powrotem do tego kosmetyku.
  • SERUM, BIELENDA PROFEESIONAL, SUPER POWER MEZO SERUM Z 10% KWASE MIGDAŁOWYM

Kolejny produkt do twarzy, który świetnie się u mnie sprawdził. To kosmetyk, który aplikowałam nocą pod olejki. Wspomagał walkę z przebarwieniami, delikatnie złuszczał naskórek i sprawiał, że moja skóra stała się bardziej promienna i napięta. Krostki znikały z mojej twarzy szybciej, nawet wtedy, kiedy miałam przerwę od maści. Teraz stosuję inny produkt, ale do tego z Bielendy wrócę na pewno. Mój drogeryjny hit.

  • POMADKA OCHRONNA DO UST, BALEA, ARBUZ
Pomadka za grosze o wspaniałym zapachu i smaku. Skład też był fajny i używałam jej z przyjemnością. Smarowałam nią usta w ciągu dnia, stałą na moim biurku żebym o niej nie zapominała. Kiedy będę w DM po raz kolejny na pewno wezmę jeszcze inne smaki, bo ta pomadka bardzo fajnie nawilżała usta 🙂
  • MASEŁKO DO UST, NIVEA, JAGODA
Powiem tak – te masełka znudziły się i mnie i moim ustom ;/ Nie nawilżają już jak na początku i raczej do nich nie wrócę. Brakuje mi w nich smaku, a zapach też nie należy do najintensywniejszych. Wiem, że mają wielu zwolenników, mnie pierwsze, karmelowe opakowanie też kupiło, ale w tym momencie to już chyba za dużo. Nie kupię ponownie. 
  • ZIAJA, OCZYSZCZANIE LIŚCIE MANUKA, PASTA GŁĘBOKO OCZYSZCZAJĄCA PRZECIW ZASKÓRNIKOM
To już moje drugie opakowanie tego produktu i przyznam, że jestem z niego bardzo zadowolona. Jest to peeling mechaniczny więc nie mogłam go stosować, kiedy miałam na twarzy wypryski, ale kiedy się zagoiły wracałam do niego regularnie, raz w tygodniu. Pozbywał się suchych skórek i delikatnie oczyszczał, ale nie oznaczało to całkowitego pozbycia się zaskórników. Nie mniej były one mniej widoczne, a cera wyglądała na mniej zanieczyszczoną. Na 100% wrócę do tego produktu.
  • ZIAJA, MASECZKI DO TWARZY, NAWILŻAJĄCA I OCZYSZCZAJĄCA
To jedne z najtańszych i najlepiej sprawdzających się na mojej skórze maseczek. Nawilżająca naprawdę sprawia, że skóra jest bardziej błyszcząca, rozjaśniona, nawilżona. Ozzyszczająca pomaga w szybszym gojeniu wyprysków, ale nie są to spektakularne efekty. Regularnie do nich wracam, bo dzięki nim moja skóra wizualnie wygląda zdecydowanie lepiej. 
  • MASKA W PŁATKU, BIELENDA, SUPER POWER MEZO MASKA
Używałam jej pierwszy raz, więc nie wiem do końca, czy jest warta swojej wyższej ceny 😛 Po przeleżeniu z bawełnianym płatkiem nasączonym płynem około 20 minut moja skóra była delikatnie rozjaśniona i mocniej napięta. Raczej do niej wrócę, jeśli uda mi się ją upolować na promocji i przetestować razem z innymi produktami z tej serii.
  • PŁATKI KOSMETYCZNE, CAREA
To moje ulubione płatki do demakijażu. Nie rozwarstwiają się, są mięciutkie i nie zostawiają zbyt dużej ilości pyłku.  Nic dodać, nic ująć. Polecam 😀
  • ŚWIECA, IKEA, SINNLIG, LODY WANILIOWE
To jedna z dwóch wersji zapachowych świeczek z Ikei, którą rzeczywiście czuję podczas palenia. Może zapach nie zabija intensywnością, ale jest przyjemny, otulający o bardzo słodki. Po jej odpaleniu od razu poprawia mi się nastrój. Na pewno będę do niej wracać 🙂
Któryś z tych produktów jest Wam znany? Jak Wam poszło zużywanie produktów w grudniu?
Pozdrawiam :3
Uncategorized

ULUBIEŃCY PAŹDZIERNIKA | BOURJOIS | BABYDREAM | ZIAJA | Pielęgnacja znowu górą

8 listopada 2015

Kolejny miesiąc za nami, czas więc na nowych ulubieńców. Tym razem baczniej przyglądałam się swoim poczynaniom pielęgnacyjnym i makijażowym, by wybrać kosmetyki, które starałam się wykorzystać w 100%. Nie było to trudne zadanie, ponieważ dzięki Waszym blogom i opiniom rzadko trafiam na buble.  Znów w tym małym zbiorze przeważa pielęgnacja, ale nie ukrywajmy – ja poświęcam jej zdecydowanie więcej czasu niż samemu makijażowi. Dziś porozmawiamy o olejku Babydream fur mama, paście Ziaja Liście Manuka i pomadce Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze 10 Don’t pink of it. Zapraszam!

BABYDREAM FUR MAMA, OLEJEK DO CIAŁA

Jesienią i zimą moja skóra na ciele robi się jeszcze bardziej sucha niż jest zazwyczaj. Muszę wtedy sięgnąć po ciężką artylerię pielęgnacyjną jaką są w moim przypadku olejki. Tym razem nie widziałam na jaki się zdecydować, sięgnęłam więc po klasykę. Olejki Babydream są znane, mają szerokie zastosowanie i bardzo dobre składy. Do tego są tanie i mają dość dużą pojemność.
Wersja, którą widzicie na zdjęciu przeznaczona jest do pielęgnacji kobiet w trakcie i po ciąży. Ja w tym stanie nie jestem, ale zapach odpowiadał mi bardziej niż wariantu dla dzieciaków. Olejkiem masowałam wilgotne ciało po kąpieli i wcierałam go ręcznikiem, dzięki czemu ominęłam nielubiany przez wiele osób problem z lepkim filmem i klejącym się ciałem. Najbardziej spodobało mi się w nim to, że moja skóra nawet kilka dni po aplikacji nadal była dobrze nawilżona, co świadczy o jego długofalowym działaniu.

ZIAJA, OCZYSZCZANIE LIŚCIE MANUKA PASTA DO GŁĘBOKIEGO OCZYSZCZANIA TWARZY PRZECIW ZASKÓRNIKOM

To moje drugie opakowanie tej pasty. Stosuję ją tylko wtedy, kiedy na mojej skórze nie ma już aktywnych wyprysków, bo jest to peeling mechaniczny. Doskonale oczyszcza moją skórę, likwiduje suche skórki i powoduje, że zaskórniki są mniej widoczne, choć nie znikają do końca. Powoduje uczucie delikatnego ściągnięcia, ale nie jest to na tyle nieprzyjemne, żebym miała zrezygnować z jej stosowania. Przecież i tak chwilę po aplikacji i zmyciu produktu nakładam na twarz tonik i krem. Stosuję ją raz, maksymalnie dwa razy w tygodniu. Problem suchych skórek naprawdę się zmniejszył.

BOURJOIS, ROUGE EDITION VELVET W ODCIENIU 10 DON’T PINK OF IT

Pomadka, której prawdziwego koloru nie potrafię oddać na zdjęciach. Tutaj wygląda jak przytłumiona, ceglasta czerwień, a w rzeczywistości jest to nudziak zbliżony do koloru moich ust. Pięknie na nich wygląda, długo się utrzymuje, nie wysusza ich zanadto. Ładnie się zjada i dobrze wygląda gdy schodzi z ust. Dzięki temu kolorowi można je delikatnie powiększyć, optycznie wyglądają na pełniejsze. Mój jesienny hit, lądował na ustach już wiele razy i w listopadzie również nie zamierzam rzucić tej szminki w kąt.

Znacie? Lubicie? A może macie coś, co mogłybyście mi polecić?
Pozdrawiam cieplutko :3
PS Może ktoś byłby chętny na gościnne wpisy? Myślałam też nad tym, żeby pod koniec miesiąca nagradzać moich obserwatorów i robić linkowe party, w których polecałabym Wasze blogi. Dobry pomysł czy nie? Pamiętajcie, pozycjonowanie jest baardzo ważne 😛 Koniecznie dajcie znać, co o tym sądzicie 😉