Wybrany tag

Bath & Body Works

Uncategorized

ULUBIEŃCY STYCZNIA 2017 | BATH & BODY WORKS | MY SECRET | LOREAL

8 lutego 2017

Cześć!
Wolne rozleniwia człowieka! 😛 Jedyne, do czego mam ostatnio głowę to sprzątanie i czytanie – na bloga ostatnio prawie nie zaglądam, ale dziś wstałam z przeświadczeniem, że mi się uda – i chyba coś z tego wyszło, skoro widzicie ten post 😛 Postaram się też poodwiedzać Wasze blogi i odpowiedzieć na komentarze – znów trochę mi się tego uzbierało, a ja tak bardzo nie lubię zaległości ;__;
Luty zdążył już na dobre się rozpanoszyć, wypadałoby więc napisać kilka słów na temat ulubieńców zeszłego miesiąca. Standardowo, zapraszam Was na moją opinię na temat trzech kosmetyków, po które najczęściej sięgałam na początku tego roku. Wspomnę o rozświetlaczu My Secret, tuszu Loreal i mgiełce Bath & Body Works. Zapraszam dalej! 😀

  • ROZŚWIETLACZ MY SECRET, FACE ILLUMINATOR POWDER, PRINCESS DREAM
Do niedawna rozświetlaczem, po który najczęściej sięgałam był Gold Highlighter z Lovely. Teraz zamieniłam go na szampański rozświetlacz z Lily Lolo i ten z My Secret. Po pierwszy sięgam wtedy, kiedy mam ochotę na delikatniejsze rozświetlenie,  natomiast Princess Dream to jeden z najpiękniejszych, stosunkowo tanich kosmetyków tego typu, które widziałam. Na dłoni wygląda niepozornie, natomiast na szczycie kości jarzmowych i nosie daje cudowny blask. Rzeczywiście jest to tafla, nie znajdziemy w nim drobinek. Odcień opisałabym jako beżowo-złoty, więcej jest w nim jednak ciepłych odcieni. Moim zdaniem doskonale sprawdzi się zarówno w dziennych, jak i wieczorowych makijażach, bo efekt, jaki można nim uzyskać zależy do tego, ile go na skórę nałożymy.

  • TUSZ DO RZĘS LOREAL, VOLUME MILLION LASHES SO COUTURE
To tusz, do którego wracam, to moje trzecie lub czwarte opakowanie. Lepszego jeszcze nie znalazłam, a tej kwestii jestem wymagająca – mam krótkie i proste rzęsy, które bez odpowiedniego „dopalacza” wyglądają nijako i praktycznie ich nie widać. So Couture to tusz, który od razu po otwarciu ma przyjemną, lekko musowatą konsystencję. Malowanie nim rzęs to czysta przyjemność – wystarczy kilka dokładniejszych pociągnięć i wyglądają one o niebo lepiej. Tusz podkręca, pogrubia i lekko wydłuża rzęsy. Ma przyjemny zapach. Nie podrażnia oczu, ale ciężko jest go zmyć – przy demakijażu sięgam po olejek, żeby nie trzeć i dodatkowo nie osłabiać rzęs. Niestety zawiera alkohol, dlatego staram się używać go naprzemiennie z innymi maskarami.


  • MGIEŁKA DO CIAŁA BATH & BODY WORKS, TWILIGHT WOODS
Rzadko wspominam Wam o zapachach, bo w tej kwestii jestem niezdecydowana, a mój nos całkowicie jeszcze nie dojrzał. Moje gusta co nie raz się zmieniają i choć mam już swoje ulubione zapachy stale poszukuję czegoś, co wywrze na mnie ogromne wrażenie. Jestem fanką słodkich, owocowych lub lekko kwiatowych zapachów, w mojej kolekcji brakuje czegoś typowo zimowego, co mogłabym nosić również na wieczorne wyjścia. W obawie przed kupowaniem w ciemno drogich perfum postanowiłam sięgnąć wpierw po mgiełkę, która będzie delikatniejsza i nie odstraszy mnie od tej kategorii zapachów. Wybrałam Twilight Woods od BBW. Jest to zapach słodki, nieco tajemniczy. Porzeczka, mandarynka, nektarynka, mimoza, cyprys, wanilia, wiciokrzew, kokos i frezja – mam wymieniać dalej? 😛 Jak na mgiełkę jest to bardzo złożony zapach, który rozwija się jak perfumy. Trzyma się blisko skóry, a najdłużej na ubraniach, ale nie mam mu nic do zarzucenia, jeśli chodzi o trwałość. Sięgam po ten zapach bardzo często – ma w sobie coś magicznego, co kusi i przyciąga 😀 A mój nos, widocznie lubi takie dziwne połączenia 😀 
Znacie któregoś z moich ulubieńców? Po co Wy sięgałyście najczęściej w ubiegłym miesiącu?
Pozdrawiam :*

Uncategorized

PROJEKT DENKO | MAJ 2016 | ZNÓW JESTEM W FORMIE :P

17 czerwca 2016
Hejka!
Projekty denko są jednym z moch ulubionych rodzajów postów. Lubię czytać na blogach mini recenzje kosmetyków, które zostały zużyte przez dziewczyny – wtedy wiem, czy warto zwrócić na coś uwagę, czy lepiej sobie ten produkt odpuścić. Wiem też, że te posty cieszą się dość dużą popularnością na moim blogu, dlatego dzisiaj chętnie przychodzę do Was z kolejnym. Tym razem opiszę Wam pokrótce kosmetyki, które udało mi się zużyć w maju. Zapraszam z kawą albo herbatą – troche się tu tego znalazło 😉

WŁOSY:
  • L’BIOTICA, MASKA DO WŁOSÓW BIOVAX, KERATYNA + JEDWAB
 Jedna z nielicznych masek proteinowych, którą miałam w swoich zbiorach. Używałam jej średnio raz na tydzień, czasem na półtorej – zależnie od tego, czego potrzebowały moje włosy. Była zamknięta w szczelnym słoiczku, dzięki temu mogłam zabierać ją na podróże bez obaw, że coś wyleje mi się do walizki. Dobrze dociążała i odżywiała moje włosy. Sprawiała, że były miękkie i lśniące. Jedna z moich ulubionych masek z tej serii 🙂 Wydaje mi się, że jeszcze kiedyś do niej wrócę.
  • MARION, SERUM 7 EFEKTÓW Z OLEJEK ARGANOWYM
Nie wymagam wiele od ser silikonowych – mają dobrze zabezpieczać końcówki, nie sklejać ich i nie prowadzić do tego, że będą obciążone. To sprawdzało się idealnie i żałuję, że musiałam je wyrzucić. Kilka miesięcy temu minął termin jego ważności, ale nie zmieniło swoich właściwości, więc używałam go dalej. Teraz mam nowy produkt tego typu, więc postanowiłam zacząć używanie nowości. Mimo tego, że takie sera zużywa się bardzo wolno – będę o nim pamiętać ze względu na nietłustą konsystencję i bardzo przyjemny zapach, który długo utrzymywał się na moich włosach.
  • ALTERRA, SZAMPON DO WŁOSÓW DODAJĄCY OBJĘTOŚCI PAPAJA I BAMBUS
Szampony Alterry stosuję zamiennie i bardzo je lubię. Mam nawet kilka w zapasie, bo obłowiłam się na promocji dwa za 10 złotych 😛 ten jest jednym z moich ulubionych ze względu na swój piękny zapach – przypomina mi on pomarańczową oranżadkę z dzieciństwa 😛 Dobrze doczyszcza włosy, zmywa nawet oleje, nie podrażnia skalpu i nie plącze włosów. Mimo naturalnego składu dobrze się pieni. Jest tani i wydajny. Więcej po szamponie nie oczekuję 🙂 Na pewno będę do niego wracać 🙂
  • KALLOS ALGAE
Maski z Kallosa się kocha, albo nienawidzi. U jednych działają naprawdę dobrze, u innych włosy wyglądają lepiej po użyciu samego szamponu. Moje włosy piją wszystko jak popadnie, a ta maska wyjątkowo im się spodobała. Obojętnie- czy trzymałam ją 2 minuty, czy 30 – po wczesaniu dawała niesamowite efekty – lśniące i gładkie włosy, które w słońcu mieniły się na milion kolorów.  Litrowe opakowanie starcza na wieki (chyba że używacie go na spółkę z mamą – moja ma krótkie włosy, a pochłonęła jej więcej, niż ja :P). Polecam! Algi rzeczywiście występują w składzie, nie jest to tylko chwyt marketingowy.

CIAŁO:
  • BEBEAUTY, PŁYN DO KĄPIELI MALINOWA PANNA COTTA
Płyn, który wlewałam do wanny w celu wytworzenia piany. Tani, wydajny. Pianę jak miał robić, tak robił i to dość obficie. Miał ładny zapach, ale szkoda, że nie był on zbyt intensywny :C Lubię te płyny z Biedronki i pewnie jeszcze do nich wrócę 😀 To była jakaś edycja limitowana, ale z tego co się orientuję są też inne warianty dostępne w regularnej sprzedaży.
  • DOVE, ŻEL POD PRYSZNIC CARING PROTECTION
Chyba moja ulubiona wersja żeli Dove. Ma przyjemny, lekki zapach i bardzo bogatą konsystencję – na tyle, że pod koniec ciężko jest wycisnąć ją z opakowania. I to jest właśnie jedyny minus tego kosmetyku – przy małej ilości ciężko wydobyć go z butelki. Nawilża skórę, dobrze ją oczyszcza, nie podrażnia. Będę do niego wracać przed długi, długo czas 🙂 
  • FA, ANTYPERSPURANT FRESH & DRY – LOTUS FLOWER
Nie przepadam za antyperspirantami Fa, ale moja mama ostatnio kupiła dwa na promocji i musiałyśmy je zużyć. Nie są złe, ale jakoś nie odpowiadają mi ich zapachy – większość z nich jest mydlana, a ja wolę świeże nuty zapachowe. Chronić chronił – delikatnie, ale ja dużych problemów z nadmierną potliwością nie mam. Sama raczej do niego nie wrócę – to przeciętniak. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi antyperspiranty Rexony i Garniera.
  • BATH & BODY WORKS, ŻEL POD PRYSZNIC WINTER CANDY APPLE
W tamtym miesiącu pisałam Wam o balsamie tej marki, teraz przyszedł czas na kolejne kosmetyki. Żel pod prysznic ma większą pojemność (około 260 mililitrów), ale podobne opakowanie zamykane na klik, które pod prysznicem sprawdza się naprawdę dobrze. Sam producent obiecuje wybitnie pielęgnujące właściwości, a w rzeczywistości ten produkt to zwykły żel – takie możemy znaleźć nawet w Rossmannie. Jest gęsty, wydajny, dobrze się pieni, ale ma zbyt wysoką cenę jak na taką pojemność. Jedyne co go wyróżnia to intensywny zapach. Raczej nie kupię ponownie – na promocji będę wolała wybrać mydełko albo balsam. ZAWIERA SLES.
  • BATH & BODY WORKS, ANTYBAKTERYJNE MYDŁO W ŻELU SNOW KISSED BERRY
Mydełko, które moja familia zużyła w tempie ekspresowym. Pachniało tak pięknie, a zapach długo utrzymywał się na dłoniach – częsty był wyczuwalny nawet po wysmarowaniu rąk kremem. Mydło miało bardzo gęstą, żelową konsystencję  i zawierało w sobie delikatne drobinki. Pompka działała bez zarzutu – nie zacinała się, dawkowała odpowiednią ilość kosmetyku – po prostu wygodnie się z niej korzystało. Mydło miało jeden, dla mnie duży minus – moje dłonie mocno wysuszało i bez dobrze nawilżającego kremu by się nie obeszło. Mimo to pomyślę nad jego ponownym zakupem.
  • FARMONA, MUS DO CIAŁA TUTTI FRUTTI, BRZOSKWINIA I MANGO
Kosmetyk, który kilka razy podkradałam mamie i postanowiłam napisać chociaż kilka zdań na jego temat. Pamiętacie, jak w oddzielnej recenzji chwaliłam Farmonę za masełka do ciała z tej serii? Ten mus nie był już tak dobry ;C Miał gorszy skład,rzadszą konsystencję i nie był już tak bogaty, jak jego poprzednicy. Jest po prostu słabszy i więcej go nie kupimy. 
  • L’BIOTICA, ZŁUSZCZAJĄCA MASECZKA DO STÓP W SKARPETKACH
 Cały wywód muszę rozpocząć tak: NIGDY WIĘCEJ ZŁUSZCZAJĄCYCH SKARPETEK! :O Zastosowałam je tak jak producent przykazał – trzymałam na stopach mniej niż 90 minut, zdjęłam i czekałam na efekty. W tym czasie chodziłam w trampkach i starałam się nie wystawiać stóp na działanie promieni słonecznych. Czekałam tak 10 dni, potem 15, skóra była sucha, pękała, ale w ogóle nie mogła się złuszczyć, a pumeksu przecież użyć nie mogłam. Co gorsza więcej naskórka złuszczało mi się na zewnętrznej, górnej stronie stopy. Cały proces trwał 3 tygodnie, a na koniec i tak miałam takie same pięty, jak na początku. Nie mam problemów z nadmiernym rogowaceniem pięt i takie zabiegi chyba sobie odpuszczę. Nie przynoszą zadowalających efektów, a muszę czekać 3 tygodnie na to, żeby wyjść w sandałkach. Ja jestem na nie i żałuję, że produkt nie sprawdził się u mnie tak, jak u większości dziewczyn.


TWARZ
  • SYLVECO, RUMIANKOWY ŻEL DO TWARZY
Mój hit i ulubieniec w porannej pielęgnacji. Jest delikatny i ma krótki, przyjazny dla skóry skład. Zawiera kwas salicylowy. Ma poprawiać wygląd skóry trądzikowej i przyspieszać gojenie się wyprysków. Zgadzam się z tym drugim – podczas jego stosowania niedoskonałości rzeczywiście goiły się szybciej, Muszę wspomnieć, że niektóre osoby może wysuszać, spotkałam się już w internecie z podobnymi spostrzeżeniami. W moim przypadku nic złego się na szczęście nie działo.
  • GLY SKIN CARE, TONIK DO TWARZY
Nie spodziewałam się wiele po tym toniku, natomiast ostatecznie zużyłam go z przyjemnością i zastanawiam się, czy przypadkiem do niego nie wrócić. Ma krótki skład, zawiera alkohol, więc niektórym nie będzie to odpowiadało. Ekstrakt z cytryny działa wybielająco i po kilku miesiącach stosowania dało się zauważyć jego rozjaśniające działanie. Toni był lekki i dobrze odświeżał skórę nie pozostawiając na niej lepkiej warstwy. Nie miał zapachu. Aplikator działał dobrze nawet wtedy, kiedy w butelce znajdowało się niewiele kosmetyku. Osobiście polecam 😉
  • SYLVECO, ŁAGODZĄCY KREM POD OCZY
Krem, który wystarczył mi na pół roku stosowania, ledwie udało mi się zużyć go do cna przed końcem okresu przydatności do stosowania po otwarciu.Przez 4 pierwsze miesiące stosowałam go zarówno rano, jak i wieczorem, przez ostatnie dwa lądował natomiast na powiekach tylko przed rannym makijażem. Dość dobrze nawilżał, a był przy tym bardzo lekki. Szybko się wchłaniał i czuć było po jego zastosowaniu lekko oleistą mgiełkę. Pod koniec nie działał już tak dobrze jak na samym początku, ale winą obarczam tu zbyt długi czas stosowania tego samego kosmetyku. Spodobało mi się jego wygodne opakowanie air less. Pomyślę nad jego ponownym zakupem. 
  • SYLVECO, OCZYSZCZAJĄCY PEELING DO TWARZY
Peeling, który też starczył mi na długie miesiące stosowania. Sięgałam po niego raz w tygodniu aby pozbyć się suchych skórek z mojej buzi. Może nie miał idealnego zapachu, ale dobrze spełniał swoje zadanie. Małe i delikatne na pozór drobinki korundu dokładnie ścierały martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką i ładnie nawilżoną. Po zastosowaniu peelingu wyczuwalna była lekka warstwa okluzyjna, ale jeśli ktoś nie lubi takiego efektu łatwo było usunąć ją tonikiem labo płynem micelarnym. Chyba znalazłam coś lepszego, ale może jeszcze do niego wrócę, bo jest bardziej delikatni i kremowy niż jego następca.
  • PERFECTA, BALSAM DO UST SOFT LIPS, GRANAT O JAGODA
Nie będę się kryć. Do zakupu zachęcił mnie design opakowania – balsam wygląda jak kostka lodu i przyciąga uwagę. Opakowanie nie jest jednak pozbawione wad – kiedyś samo otworzyło mi się w torebce i cały balsam znalazł się w jej wnętrzu, brudząc wszystko, co popadnie. Co do działania – jest to naprawdę lekka wazelinka o słodkim zapachu, która nadaje się tylko do stosowania w ciągu dnia – na noc będzie zdecydowanie zbyt słaba. Zużyłam już jedno opakowanie, teraz używam jeszcze dwóch i więcej po nie nie sięgnę. Zawierają filtr przenikający, a ja staram się je z jej pielęgnacji wyeliminować.

Znacie któregoś z moich ulubieńców? Jak Wam poszło zużywanie kosmetyków w maju?
Pozdrawiam :*
Na samym końcu chciałam bardzo podziękować Magdzie z bloga optymistyczne-dni.blogspot.com. Zainspirowałam ją do stworzenia wpisu o blogach, które lubi i czyta i to właśnie moja strona znalazła się w jej personalnym rankingu.
Drugą osobą jest też Karolina z bloga swiatkosmetykoholiczki.blogspot.com. Ona z kolei doceniła moje głębokie analizowanie składów, za co bardzo jej dziękuję, bo wymaga to ode mnie naprawdę dużego nakładu pracy.
Dziękuję dziewczyny! :*
Uncategorized

PROJEKT DENKO | KWIECIEŃ 2016 | LEPIEJ PÓŹNO, NIŻ WCALE :P

26 maja 2016
Hej!
Jak zwykle spóźniona Naczi postanowiła w końcu wyrzucić puste opakowania po kosmetykach, które zbierała przez cały kwiecień. Stwierdziła, że nie może pozwolić sobie na zbyt długie trzymanie ich w szafie, bo na pewno ma to negatywny wpływ na Feng Shui i energię przekazywaną ludziom przez otoczenie, w którym przebywają. Po chwili zastanowienia sięgnęła po aparat, ułożyła pustaki w miłą dla oka kompozycję i wykonała kilka ujęć, które poprzedzone były poprawianiem każdego pudełka o milimetr, bo „przecież jest nierówno”. Słońce nie chciało z nią współpracować, kolano, na którym się opierała odmówiło posłuszeństwa, a aparat oszukał, że się zepsuł. A efekty? Możecie zobaczyć je niżej.
Komu taka książka przypadłaby do gustu? 😛 Życie blogerki jest takie trudne – weny często brak, a pisać i robić zdjęcia trzeba. Z przymrużeniem oka potraktujcie ten przydługi wstęp i szybko przejdźcie do bardziej merytorycznej części tego wpisu 😛 Zapraszam 🙂

WŁOSY

  • L’BIOTICA, BIOVAX, SERUM A+E
Serum, które udało mi się zużyć do cna i bardzo miło je wspominam. Zamknięte jest w szczelną buteleczkę o pojemności 15 mililitrów, która jest niewielka i dobrze sprawdza się podczas podróży. Aplikator działa bez zarzutu i do pewnego stopnia można nim „dawkować” odpowiednią ilość kosmetyku. Serum aplikowałam na końce po każdym myciu włosów. Nie sklejało ich, nie powodowało strączkowania. Końce wyglądały na zadbane i bardzo ładnie lśniły. Mogłam nie ścinać ich nawet 6 miesięcy, a nadal były w dobrej kondycji. Uważam, że jest to produkt godny polecenia ze względu na wydajność, dobre działanie i dość niską cenę. Nie wiem, czy kiedyś do niego wrócę, bo takie sera zużywam bardzo wolno, a mam kilka nowych do przetestowania na oku. Jak będę szukała czegoś sprawdzonego, to na pewno się nad nim zastanowię. Ma jeden minus – lekko mydlany zapach  – mi nie do końca odpowiadał, wolę ładniej pachnące kosmetyki 😛
  • ALTERRA, SZAMPON DO WŁOSÓW WYPADAJĄCYCH I OSŁABIONYCH Z KOFEINĄ
Szampony z Alterry bardzo lubię i używam ich praktycznie od początku mojej przygody z bardziej przemyślaną ich pielęgnacją. Wersja kofeinowa nie należy do moich ulubionych ze względu na średni zapach, ale działaniem przypomina swoich braci z tej samej serii. Mimo tego, że ma delikatny skład dobrze oczyszcza włosy i domywa nawet oleje.  Nie plącze mi włosów, nie wysusza ich, po jego zastosowaniu nawet bez nakładania odżywki czy maski są lśniące, ale jednak niedostatecznie dociążone. Na pewno będę jeszcze do tych szamponów wracać 😛 Mam 4 w zapasie i muszę je zużyć, bo ta ilość zaczęła mnie przerastać 😛

TWARZ

  • SYLVECO, HIBISKUSOWY TONIK DO TWARZY
Produkt, który trafił to worka z moimi ulubionymi kosmetykami. Ma przyjazny dla skóry skład (chociaż alkohol benzylowy może uczulać nieliczne osoby) i łagodzi jej napięcie spowodowane stosowaniem mocniej oczyszczających żeli do twarzy. Na początku nie mogłam przyzwyczaić się do jego żelowej konsystencji, ale po kilku dniach nie miałam z tym większych problemów. U niektórych pozostawia po aplikacji lepką warstwę, u mnie natomiast wchłania się praktycznie w 100%. Delikatnie nawilżał moją skórę, a wyciąg z aloesu wspomagał rozjaśnianie blizn. Jeszcze go u mnie zobaczycie.
  • SYLVECO, LIPOWY PŁYN MICELARNY
Płyny micelarne to produkty, bez których nie wyobrażam sobie codziennego demakijażu. Dobrze radzą sobie nawet z mocniejszym makijażem, a przy tym nie obciążają mojej skłonnej do zapychania skóry. Z tym nie było inaczej – nieźle radził sobie z podkładami, szminkami i produktami do oczu. Ciężko było mi nim zmyć tylko jeden tusz – So Couture od Loreal Paris. Nie wiem, czy jeszcze do niego wrócę, bo za tę samą cenę mogę mieć dwa razy większą butelkę mojego ulubionego, różowego Garniera. Miał krótki i dobry skład – jeszcze się nad nim zastanowię – być może będzie dla mnie fajną odskocznią od drogeryjnych kosmetyków tego typu.

  • MISSHA, PERFECT COVER, KREM BB
Próbki dostałam od kochanej pinklipstickmua.blogspot.com. Nadal szukam kremu BB, który odpowiadałby mi zarówno właściwościami jak i kolorem. Ten ze zdjęcia to jeden z najjaśniejszych odcieni – 13. Jest to rzeczywiście kolor bardzo blady, lekko wpadający w róż – te tony będą bardziej lub mniej widoczne, zależnie od tego jaki pigment macie w skórze. Mnie niestety zapychał i myślę, że jest to wina parafiny, którą ma w składzie. Kolor bardzo mi się podobał, ale mógłby być choć trochę żółtszy. Na pewno nie kupię pełnowymiarowego opakowania, bo kosmetyk po prostu jest nie dla mnie ;C Pomyślę też nad tym, jak oddać resztę próbek, które mi zostały – może akurat któraś z Was znajdzie coś dla siebie? Śledźcie mojego Facebooka, niedługo powinno się tam coś pojawić 😉
  • LA ROCHE POSAY, ANTHELIOS XL ULTRA FLUIDE, SPF 50+
Nie ma co ukrywać – to mój ulubiony filtr do twarzy. Używam go od roku i nie mam mu praktycznie nic do zarzucenia oprócz jednego małego minusa, który nie u każdego może się pojawić. Filtr ma lejącą się konsystencję, biały kolor i jest produktem wydajnym. Nie bieli. Łatwo rozprowadza się go na twarzy dzięki lekkiej konsystencji. Skóra po jego zastosowaniu nie lepi się, ale jest lekko tłusta. Jest jednym z filtrów, które bardzo dobrze chronią nas przed promieniowaniem zarówno UVB, jak  UVA. Nie zapycha i nie powoduje powstawania nowych wyprysków. Moja mieszana skóra niestety po jego zastosowaniu zaczyna mocniej wyświecać się w okolicy nosa i brody, ale dzieje się to dopiero po kilku godzinach i bibułki matujące rozwiązują sprawę. Aktualnie mam inny krem tej marki, ale do tego na pewno wrócę 🙂
  • TAMI, OCZYSZCZAJĄCE PŁATKI DO TWARZY Z ALOESEM

Kupiłam je w Biedronce z zamiarem wykorzystywania w ciągu dnia, kiedy chciałabym pozbyć się podkładu, ale nie mogłabym pozwolić sobie na umycie buzi żelem ze względu na soczewki.  W tej roli sprawdzały się nad wyraz dobrze, choć do dokładnego zmycia makijażu musiałam zużyć 3-4 płatki. Miały w sobie dużo płynu, a jego skład nie był tak zły, jak mogłoby się to wydawać – rzeczywiście dość wysoko występował w nim sok z aloesu i, o ile się nie mylę, ekstrakt z ogórka. Twarz po ich użyciu była odświeżona i lekko ukojona. Płatki, mim tego, że stały na półce, były zawsze lekko chłodniejsze od otoczenia co potęgowało pozytywne efekty. Być może jeszcze po nie sięgnę, o ostatnio zauważyłam je w Rossmannie 🙂
  • CARMEX, BALSAM DO UST W SŁOICZKU
Nie miałam jeszcze innych wersji Carmexa, ale słyszałam, że ta jest najlepsza – nie dziwię się, bo w moim przypadku (jak dotąd) jest to najlepiej nawilżający produkt do ust. Aktualnie stosuję sztyft Blistex i nie jestem z niego aż tak zadowolona. Kiedy nakładałam Carmex rano i wieczorem praktycznie nie miałam problemu z jakimkolwiek przesuszeniem, pękaniem czy pierzchnięciem. Idealnie przygotowywał moje usta pod matowe pomadki, które, notabene, uwielbiam. Ma w swoim składzie lanolinę, która bardzo pozytywnie wpływa na kondycję warg. Kamfora może przynosić uczucie lekkiego chłodzenia – warto o tym wspomnieć, bo nie każda z nas to lubi. Na pewno jeszcze do tej wersji wrócę – najpierw jednak zobaczę, jak zadziała u mnie sztyft o zapachu granatu 😉
  • LOREAL, PODKŁAD TRUE MATCH N1 IVORY

Jest to mój wieloletni ulubieniec, który w mojej kosmetyczce przebywa od dobrych kilku lat. To ostatnia buteleczka w starej formule, teraz używam tej nowej. Ma satynowo-matowe wykończenie. Na mojej mieszanej cerze utrzymuje się dość długo, ale lekko ściera się w okolicach nosa i brody. Ma średnie krycie, ale można je lekko stopniować dokładając kolejne warstwy. Zapraszam Was na jego recenzję – tam znajdziecie więcej informacji na temat tego podkładu. Na pewno będę kupowała go ponownie, bo to praktycznie jedyny podkład, który pasuje mi kolorem.

CIAŁO

  • BATH AND BODY WORKS, BALSAM VANILLA BEAN NOEL
To jeden z moich pierwszych kosmetyków BBW. Balsam kupiłam na świątecznej promocji za 20 złotych – ciężko było mi przejść obok niego obojętnie. Może nie miał spektakularnych właściwości nawilżających, ani najlepszego składu, ale bardzo przyjemnie mi się go używało. Był lekki, szybko się wchłaniał i cuuuudownie pachniał. Bardzo słodko – lekko waniliowo. Sam zapach bardzo przypominał mi świecę Yankee Candle – Cotton Candy. Długo utrzymywał się i na skórze, i na ubraniach. Myślę, że kiedyś jeszcze do niego wrócę, ale na pewno poczekam na promocje – moim zdaniem ten balsam nie jest wart więcej, niż za niego zapłaciłam.
Lubicie czytać projekty denko? Co ciekawego zużyłyście w zeszłym miesiącu?

Pozdrawiam! Wszystkim mamom życzę wszystkiego najlepszego!
Uncategorized

ZNOWU ZAKUPY | HAUL IKEA | BATH & BODY WORKS | NATURA | BERSHKA

4 lutego 2016

Hej!
Ostatnio zarzekałam się, że nic już nie kupię, bo mam wszystko, co mi potrzeba 😛 W weekend postanowiłam jednak odwiedzić Mateusza i wyszło jak wyszło – zawsze się tak kończą nasze wspólne wypady do stoicy 😛 Nie ma tego wiele, ale jeśli jesteście ciekawi, na co tym razem się skusiłam – zapraszam dalej 😛

Zestaw aplikacyjny do maseczek – czekał u Mateusza na odbiór. W moim Hebe niestety nie był dostępny, a kiedy kupiłam glinki potrzebowałam też narzędzi do ich rozrobienia. Chciałam coś niewielkiego i przeznaczonego tylko do tego celu. Zestaw kosztował 15 złotych i zawiera w sobie niewielką miseczkę, szpatułkę, syntetyczny pędzelek i miarki w trzech rozmiarach. Już miałam okazję przygotowywać w nim maseczkę i przyznam, że fajnie się sprawdza 🙂
Podkład Pierre Rene Skin Balance w kolorze 020 Champagne – mój romans z podkładem Loreal True Match trwa od dawna i postanowiłam poszukać czegoś, co byłoby jego fajnym zamiennikiem. Opinie o podkładzie Pierre Rene czytałam na wielu blogach i w większości były pozytywne. Ostatnio mam większy problem z przebarwieniami, więc postanowiłam go wypróbować. Odcień jest delikatnie za ciemny, ale przy dobrym roztarciu nie stwarza to większych problemów. Na pewno jego recenzja pojawi się na blogu. Akurat trafiłam na promocję -40% na tą markę w Naturze i zapłaciłam 18 złotych. 
Świeca Sinnlig kokosowa – tej wersji jeszcze nie miałam, więc wrzuciłam ją do koszyka. Jest to mniejsza wersja tych świec, kosztowała mniej więcej 4 złotych. Mam nadzieję, że będę ją czuć, bo jak na razie tylko dwa zapachy były na tyle intensywne – waniliowa i poziomkowa.

Tejn , sztuczna owcza skóra – mam zawsze ciemno w pokoju i brakowało mi jasnego tła, na którym mogłabym robić zdjęcia. Ta narzutka sprawdza się w tej roli świetnie, zresztą widziałam takie jej wykorzystanie na wielu blogach. Kosztowała  50 złotych i jest dość duża – spokojnie zmieszczą się na niej nawet większe produkty.

Balsam do ciała BBW, Vanilla Bean Noel – w weekend obowiązywała promocja na kolekcję świąteczną, na której żele i balsamy kosztowały 20 złotych, a mydełka 10. Zawsze chciałam wypróbować kosmetyki Bath & Body Works, ale ich ceny były dla mnie nie do przyjęcia. Balsam ma piękny, słodki zapach, ale jego skład nie zachwyca ;/ Na pewno nie wydałabym na taki produkt 60 złotych.
Żel pod prysznic Winter Candy Apple – zapach tego żelu jest słodki, jabłkowy, bardzo przyjemny. Niestety żele te zawierają SLES, więc prawdopodobnie będzie wysuszał moją wrażliwą skórę.
Mydełko w żelu Snow Kissed Berry – mydełko ma zapach słodkich owoców i staje się bardziej intensywny po spienieniu. Również zawiera SLES, ale ciężko znaleźć mydło w  płynie, które by go nie zawierało. Zużyję je z przyjemnością.

Ostatnią już rzeczą jest kurtka upolowana w Bershce na dziale z promocjami. Była przeceniona z 240 zł na 80. Lubię parki, ta jets krótsza, ale nadal ciepła i wygodna. Może na największe mrozy nie będzie wystarczająco ciepła, ale w tym roku już się takie nie zapowiadają.  Ma bardzo miły, futrzany kaptur, a podszewka jest pikowana. Myślałam, że rozmiar L będzie na mnie za duży, ale po zmierzeniu okazało się, że M-ka miałaby za krótkie rękawy :c Na szczęście ma ściągacze w pasie i łatwo jest zmniejszyć jej obwód.

Lubicie spontaniczne zakupy? Ja chyba zrobię sobie detoks 😛
Pozdrawiam i życzę, żeby pączki poszły… tam gdzie chcecie 😀