Wybrany tag

Annabelle Minerals

Uncategorized

MOJE NATURALNE PIĘKNO | KONKURS ZBLOGOWANI I ANNABELLE MINERALS

14 września 2016

Kiedy zobaczyłam na zblogowanych akcję z Annabelle Minerals wiedziałam, że nie będę mogła przejść obok niej obojętnie! Długo myślałam jak mam temat ugryźć – przecież konkurs nie polega na tym, żeby wypisać cechy produktu ze strony producenta i wstawić dwa zdjęcia…
O nie! Dla mnie konkurs był wyzwaniem. Postanowiłam w końcu stanąć z drugiej strony obiektywu – a dokładniej przed nim. Było to dla mnie nie lada wyczynem. Aparaty, sesje – to wszystko bardzo mnie stresuje i nie potrafię skupić się na tym, jak mam na samym zdjęciu wyglądać. Jeśli chcecie posłuchać moich wywodów na temat naturalnego piękna i makijażu mineralnego – zapraszam dalej. Ostrzegam – post będzie jak tasiemiec – jak każdy na tym blogu. Z tym wyjątkiem, że dzisiaj będę tu MODELKĄ, a to nie zdarza się zbyt często… Doceńcie to 😀

Kosmetyki mineralne odkryłam mniej więcej półtorej roku temu. Szukałam zdrowej alternatywy dla drogeryjnych produktów do makijażu. Jak wiecie – mam problemy ze skórą i tego nie ukrywam. Zaczerwienienia, trądzik, blizny, przebarwienia, rozszerzone pory, świecenie – mogłabym tak pisać i pisać, ale nie jestem tu po to, żeby skupiać się na swoich wadach.
Zawsze byłam osobą pewną siebie, niestety trądzik tę pewność siebie mocno zaburzył. Stałam się zamknięta w sobie. Pierwsze, o czym myślałam, kiedy pojawiałam się w towarzystwie to fakt, czy każdy zwraca uwagę na moje wielkie pryszcze na policzkach. Tak… Dokładnie tak o sobie myślałam, bez owijania w bawełnę, bez słodzenia.

Nie będę ukrywać faktu, że drogeryjne podkłady, których używam mi nie szkodzą. Mam jeden sprawdzony, do którego wracam od lat i nie powoduje to u mnie wysypu niedoskonałości. Szukałam jednak ideału, Świętego Graala, który nie tylko maskowałby to, co jest we mnie nieidealne, ale też to leczył.
Annabelle Minerals to marka rodzima i to dzięki temu mój pierwszy kontakt z minerałami oparł się na relacji z produktami tej firmy. Kupiłam próbki, zabrałam się do dzieła i co? Wcale nie było tak, jak mówiły dziewczyny na you tubie… Ach, zapomniałam… One nie miały krwiaków na policzkach, które przykryłaby tylko dłoń położona w tym miejscu.

Nie poddałam się jednak tak szybko i zaczęłam eksperymentować.
Aplikacja kilku cienkich warstw czy dwóch grubszych? A może ta na mokro? Podkłady, korektory, róże, pudry
– przyznam się, że moje pierwsze próby wcale nie były udane.
Ciągle
miałam wrażenie, że nie będę umiała ujarzmić sypkiej formuły
– bo jak
sypki produkt ma kryć tak, jak ten w formie kremu czy musu – przecież to
niezgodne z prawami logiki! Moja skóra się buntowała – mimo dobrego
nawilżania byłam jedną, wielką, chodzącą suchą skórką i przez to
rzuciłam minerały w kąt – nie wyglądałam w nich dobrze, bo moja skóra
nie była pod nie odpowiednio przygotowana.
Moim
zdaniem minerały są jak farba, a nasza skóra jest płótnem. Nawet
najzdolniejszy malarz z najlepszym sprzętem nie stworzy cudu na słabej
jakości bazie – nieodpowiednio zagruntowanej, krzywej i wyboistej. My
też powinniśmy najpierw zadbać o pielęgnację skóry, a dopiero później
dostosowywać do niej makijaż – w innym wypadku nasze starania spełzną na
niczym – to proste, choć na początku trudne do przyjęcia.
Ostatnie wakacje, a później wrzesień i październik były punktem kulminacyjnym. Pojawił się u mnie trądzik, jakiego jeszcze nigdy nie było. Bolała mnie cała skóra, a leczenie dermatologiczne działało skutecznie, ale wolno. Nadal malowałam się tym, co miałam, całkowicie zapominając o minerałach.
Kiedy na początku tego roku opadły mi ręce i nie wiedziałam już, jak mam działać – postanowiłam stworzyć zupełnie nowy plan pielęgnacji. Synergia naturalnych składników z aptecznymi formułami zaczęła działać, a ja z dnia na dzień coraz chętniej przeglądałam się w lustrze. W walce o piękną cerę pomogły mi też walczyć większe ilości wody i całkowite odstawienie nabiału.

Po maturze, kiedy miałam więcej czasu z podkulonym ogonem wróciłam do samotnych, porzuconych słoiczków. Umyłam wszystkie pędzle, trzymałam się planu pielęgnacji i…
Nie uwierzycie, jakież było moje zdziwienie!

Zaczęłam od nakładania podkładu w formie kryjącej – wydawało mi się, że to ona będzie dla mnie odpowiednia, ponieważ mam wiele zmian na policzkach – od przebarwień, po blizny włącznie. Okazało się jednak, że niekoniecznie dobrze współpracuje ona z moim sebum – podkład po kilku godzinach ważył się tak samo, jak te kupione w drogerii – a przecież nie na tym mi zależało.

Impasem w moim przypadku była zmiana formuły. Matująca ma delikatnie
mniejsze krycie, ale za to zdecydowanie mocniej wchłania sebum. W każdym
słoiczku znajdują się tylko 4 składniki – mika, która jest substancja
odbijającą światło
. Sprawia, że nasza skóra wygląda na gładszą, bardziej
jednolitą i zdrową. Dwutlenek cynku to związek, który jest naturalnym,
mineralnym filtrem UVA/UVB. To, że jest mineralny oznacza, że powinno
się go dopełniać, bo ściera się z naszej skóry pod wpływem „uszkodzeń”
mechanicznych – pocierania, dotyku a nawet podczas pocenia. Nie oznacza to jednak tego, że nie chroni – ja po prostu
wolę nałożyć pod spód filtr chemiczny, który da mi dodatkowy komfort.
Tlenek cynku matuje, ale nie tylko – działa też antyseptycznie (to działanie było wykorzystywane już w starożytności) i jest
mineralnym filtrem UV, podobnie jak jego poprzednik. Tlenki żelaza to
barwniki
, nieszkodliwe dla naszego zdrowia.

Pewnie ciekawi Was jak aplikuję minerały, żeby uzyskać dość mocne krycie i świetną trwałość. Otóż moją bazą są krem na dzień + filtr UV – zastygający i suchy w dotyku. Minerały niespecjalnie dobrze będą chciały rozprowadzać się po lepkiej skórze – będzie ciężej je równomiernie nałożyć i nie narobić sobie plam. Lepiej wybierać pod nie kremy o suchym wykończeniu. Na to nakładam puder bambusowy lub ryżowy – moja skóra jest wtedy jeszcze bardziej wygładzona i pędzel sunie po niej o wiele łatwiej. Czasem pomijam ten krok, ale wtedy widzę, że zaczynam się szybciej błyszczeć. To mój trik na przedłużenie trwałości makijażu.

Następnie biorę pędzel typu kabuki, maczam go w podkładzie i staram się to robić tak, żeby kosmetyk dotarł w każdy zakamarek mojego narzędzia pracy. Nadmiar otrzepuję na zakrętkę, końcówką pędzla stukam delikatnie o blat, żeby podkład osiadł na nim głębiej i nie pylił przy aplikacji. Jestem z grona tych osób, które nakładają trochę grubsze warstwy, ale nadal w granicach rozsądku – tak, aby nie przesadzić i nie nałożyć jednej, przez którą nie będzie przebijała mi tekstura skóry. Kolejnym krokiem jest punktowe nałożenie korektora na miejsca, które wymagają dokładniejszego przykrycia. Następnie dokładam jeszcze jedną warstwę podkładu – wtedy już naprawdę cieniutką – służy ona lepszemu rozblendowaniu korektora. Całość utrwalam pudrem, z którego korzystałam na samym początku.

Czy oprócz podkładu i korektora stosuję jeszcze jakieś kosmetyki od Annabelle Minerals? Na powiekę często aplikuję jasny, lekko połyskujący cień o wdzięcznej nazwie Vanilla. Na moje powieki działa jak podrasowany korektor – ujednolica ich koloryt, a w słońcu delikatnie się mieni – moje spojrzenie wygląda wtedy na świeższe i pełne blasku. Jako miłośniczka róży często nakładam delikatny Romantic, który jest moim ulubieńcem wszech czasów (na potrzeby tego posta dmuchałam nim w stronę obiektywu – ucierpiało chyba 25% produktu – jak żyć? :P). To delikatny, różowy odcień, który jest stworzony dla bladolicych. Mimo mocnej pigementacji raczej nie zrobicie sobie nim krzywdy. Drugim z moich ulubieńców jest zdecydowanie bardziej intensywny Rose, który wpada w tony różano-koralowe i idealnie sprawdza się przy lekkich makijażach – fajnie wygląda jako główny element skupiający na sobie uwagę 🙂

Skoro opisałam Wam to, jak ma się moja przygoda z minerałami, jak je nakładam, czym, co lubię i doceniam, warto byłoby odnieść się do głównego pytania konkursowego 
Dlaczego wybieram kosmetyki mineralne?
Zacznę od tych zalet, które znajdziemy w obietnicach producenta:
  • Minerały są kosmetykami, które nie wpływają negatywnie na moją skórę. Mogę bez obaw codziennie je stosować, a wyprysków czy zaskórników nie przybywa. Nie wysuszają też wrażliwej skóry. O podrażnieniach nie ma mowy. Zdarzało mi się to w przypadku długotrwałych podkładów typu longstay.

  • Można aplikować je na sucho i na mokro – zależnie od tego, jak wolicie i jaki efekt chcecie uzyskać. Aplikacja na mokro pozwala mi na znaczne zwiększenie krycia – szczególnie w przypadku korektora. Jeśli wolicie aplikację na sucho – taką ja wybieram częściej – a przeszkadza Wam efekt pudrowości i nie chcecie czekać kilkudziesięciu minut aż zniknie – wystarczy użyć specjalnego fixera lub hydrolatu. Oznacza to, że w praktyce w jednym kosmetyku mam dwa – sypki i w formie… hmmm… kremu.

  • Korektor, przez swoje antybakteryjne właściwości, przyspieszają gojenie się wyprysków. Szczególnie tych, które należą do kategorii ropnych wykwitów. Delikatnie je podsusza i sprawia, że są mniej bolesne. Nie swędzą, co pozwala uniknąć rozdrapania. To pomocne dla osób walczących z trądzikiem neuropatycznym – nie czuć = nie dotykam.

  • Skóra pomalowana kolorówką naturalną po prostu oddycha. Nic się nie lepi, nawet po kilku godzinach. W moim przypadku taki makijaż nie jest wyczuwalny – czuję się tak, jakbym cały dzień chodziła posmarowana tylko i wyłącznie lekkim kremem nawilżającym. Uważam to za ogromny plus – wraz z ochroną przeciwsłoneczną ta właściwość sprawia, że łój obecny w porach nie utlenia się i nie jest widoczny w postaci czarnych zaskórników otwartych.

  • Kosmetyki mineralne lekko kontrolują wydzielanie sebum, więc w przypadku cery, jaką ja posiadam pozwalają na przedłużenie trwałości makijażu. Żaden drogeryjny podkład nie wygląda na mojej twarzy tak dobrze, jak matujący Annabelle – oczywiście po całym dniu noszenia. Czasem mam lepsze, czasem gorsze dni, ale 7-8 godzin to dla niego pestka. Oczywiście po tak długim czasie moja skóra nie wygląda nieskazitelnie, ale przede wszystkim nie muszę mieć przy sobie pudru i bibułek matujących, a nadal czuję się komfortowo.
  • Minerały nie posiadają w swoim składzie konserwantów, PEGów i parabenów. Mnie te substancje nie uczulają, ale wiem, że wiele wrażliwców jest z tego powodu zadowolonych. Dodatkowo nie są testowane na zwierzętach i nie zawierają substancji pochodzenia zwierzęcego. Są odpowiednie dla wegan i wegetarian.

  • Kosmetyki mineralne są niezwykle wydajne. O ile podkład i puder jesteśmy w stanie zużyć w kilka miesięcy, tak korektor, róż czy cienie to kosmetyki niemal wieczne.  Będą nam służyć przez wiele lat, więc nawet jeśli szkoda Wam te kilkadziesiąt złotych na jeden z nich – rozłóżcie to na czas użytkowania – wtedy stosunek ceny do ilości wyda się Wam o wiele bardziej zasadny.

  • Wyżej wspomniałam, że mogą służyć nam kilka lat. Ale jak to? Przecież na słoiczkach jasno widnieje – rok po otwarciu. Nie dajcie się zmylić! Prawo nakłada na producentów obowiązek określenia czasu, w którym (po otwarciu) kosmetyk nadaje się do użytku. Minerały są bezpiecznie nawet wtedy, kiedy leżą kilkanaście miesięcy. Bez obaw można ich używać, nie zrobią nam krzywdy. Wiąże się to bezpośrednio z następnym punktem. Minerały nie mają terminu ważności, ponieważ…

  • … minerały składają się wyłącznie z substancji nieorganicznych – a właściwie nimi są. Jak powszechnie wiadomo, na materii nieożywionej nie mogą namnażać się żadne organizmy żywe – wirusy i bakterie też. Nawet jeśli przypadkowo wprowadzimy drobnoustroje do swoich kosmetyków – nie będą mogły tam bytować ani powielać swojej liczby przez brak pożywienia. Jasne – czasem trafi się im jakaś sucha skórka, więc w miarę możliwości powinniśmy codziennie korzystać z czystego pędzla. Nie dajmy się jednak zwariować 🙂 Pamiętajmy też o tlenku cynku – przy okazji składu wspominałam o jego antybakteryjnych właściwościach – w tym przypadku bardzo się przydają.

  • Minerały zawierają SPF na poziomie 15, chronią więc naszą skórę przed promieniowaniem słonecznym. Dla mnie jest to ochrona zbyt mała, ponieważ mam niski fototyp skóry i często pojawiają się u mnie poparzenia słoneczne. Uważam jednak, że dodatkowa ochrona zawsze się przydaje – lepiej ją mieć, niż nie. Co do SPF – nie zauważyłam, żeby minerały bieliły mnie na zdjęciach.

  • W ofercie marki znajdziemy mnogość wykończeń i odcieni. Od tych najjaśniejszych, po te dla osób o ciemnej karnacji. W końcu znalazłam podkład, którego nie muszę niczym rozjaśniać. Osoby jeszcze bledsze niż ja też będą zadowolone – gama cream jest tak jasna, że nawet ja wyglądam w niej jak córka młynarza 😀 Możemy wybierać pomiędzy podkładami matującymi, rozświetlającymi i kryjącymi. Jeśli chodzi o tonację, odnajdziemy gamy sunny, golden, natural i beige. W każdej gamie znajdziemy kilka odcieni o różnym stopniu jasności. Ostatnią nowością są korektory dopasowane do podkładów – cud, miód i orzeszki 😀

  • Przy okazji kolorów warto wspomnieć,że minerały po kontakcie z sebum nie ciemnieją! Nie straszne im zmiany pH podczas jego wydzielania, więc komfortowo nosi się je przez cały dzień. Bez obaw, że po powrocie do domu będziemy wyglądać jak cudowna pomarańczka 😛

  • Mimo tego, że wykończenie podkładu matującego, którego używam jest – MATOWE (odkrycie roku :P) – skóra nie wygląda płasko. Zawdzięczamy to obecności miki, która rozprasza światło. Dzięki temu nie muszę się rano gimnastykować – nie chcę wyglądać jak dziewczyna z maską na twarzy 😛 Przy minerałach nie muszę nic więcej robić.

Jakich produktów Annabelle Minerals użyłam do wykonania makijażu do tego posta?
-Podkładu Annabelle Minerls Natural Fairest w wersji matującej (próbka w słoiczku)
-Korektora  Annabelle Minerals – light + medium (próbki w woreczku)
-Pudru matującego Pretty Matt
-Różu Annabelle Minerals Romantic
-Cienia do powiek Vanilla
Lubicie minerały? Co sądzicie o tym konkursie? Podoba Wam się mój pomysł na konkursowy post? I na koniec – jak wypadłam jako modelka? 😛
Zapraszam Was na konkurs zorganizowany na platformie zblogowani.pl we współpracy z Annabelle Minerals. Do wygrania są kosmetyki AM, a także aparat i dwa tablety. Bierzcie udział – naprawdę warto!

zBLOGowani.pl

Pozdrawiam :*
Uncategorized

ŁUPY Z MEET BEAUTY | KIEDY JA TO WSZYSTKO ZUŻYJĘ? :O

19 maja 2016
Zdjęcie w tle pochodzi z bloga Ani – potejstronielustra.pl
Hej!
Wiem, że szał na posty z Meet Beauty już minął, ale przed maturą nie miałam kiedy pokazać Wam, co z konferencji przywiozłam. Po wyjściu ze stadionu czułam się jak prawdziwy buraczek cebulaczek – byłam obładowana torbami cięższymi ode mnie 😛 Dobrze, że nie musiałam wracać do Mateusza autobusem – nie wiem jak byśmy tę podróż przeżyli 😛 Jeśli jesteście ciekawi, co nam tak ciążyło – zapraszam dalej! Tylko ostrzegam – weźcie ze sobą kawę i ciastko, to może chwilę potrwać 😀

Na stanowisku Pilomax, oprócz badania skóry głowy każda z nas dostała paczkę wypełnioną po brzegi kosmetykami tej firmy. O ile ich szampon do codziennego stosowania niezbyt się u mnie sprawdził, to ich maski są lubiane przez moje włosy. Wszystkie maski są tymi o mniejszej pojemności, ale dla mnie to zaleta, a nie wada – brakowało mi czegoś, co mogłabym zabierać na kilkudniowe podróże. W mojej paczce znalazł się szampon Olamin Wax, który ma pomóc mi w znormalizowaniu mojej skóry głowy – na zbliżeniach okazało się, że jest ona lekko podrażniona i przesuszona. Jeśli chodzi o maski, od mojej torby zawędrowały Aloes Wax w dwóch egzemplarzach, ale jeden już oddałam, Arabica Wax, która podobno brzydko pachnie i odżywka regenerująca do włosów ciemnych i farbowanych na ciemne kolory.

Jedną z najlepszych, według mnie, paczek była ta od Annabelle Minerals. Dostałyśmy podkład matujący Golden Fair, puder rozświetlający, cień do powiek Vanilla i róż do policzków Rose. Trzy z tych kosmetyków niestety oddałam na rozdanie – podkład jest za ciemny, pudrów używam tylko matujących, ewentualnie satynowych, a róż po prostu mam 😛 Mam nadzieję, że którejś z Was posłużą lepiej, niż mi – nie lubię kiedy coś leży na półce i się marnuje.

Na warsztatach makijażowych Lirene miałyśmy okazję dowiedzieć wielu ciekawostek o makijażu, a także o kosmetycznych nowościach tej marki. Podkład No mask jest jednym z najbardziej zachwalanych podkładów na blogach – dla mnie niestety okazał się być kosmetykiem za ciemnym i też na pewno zorganizuję z nim rozdanie w roli głównej 😀 Kosmetykiem pielęgnacyjnym, jaki dostałyśmy w tym zestawie był albo żel micelarny, albo płyn dwufazowy, który ma powodować wzmocnienie rzęs i ja otrzymałam właśnie ten drugi produkt 🙂

Na stanowisku Glov każda z nas mogła z bliska przyjrzeć się tym magicznym rękawicom oraz poznać kolorowe nowości tej marki (które moim zdaniem wyglądały naprawdę uroczo :P). W misce z dobrociami czekały na nas mini rękawiczki na palec, które służą usuwaniu makijażu oka lub ust. Wiem, że dziewczyny, które miały wizytówki mogły wybrać sobie Glov On the Go, ale ja o wizytówkach nawet nie pomyślałam, a szkoda 😛 Teraz wiem, co muszę zabrać na kolejną edycję. Tego gadżetu jeszcze nie testowałam, ale jak już sprawdzę co i jak – na pewno coś o nim napiszę – czy to tutaj, czy na profilu na Facebooku.

W paczce od Bielendy znalazł się odżywczy balsam do ciała, który powędrował do mojej przybranej cioci. Nie miał zachwycającego składu, wiedziałam więc, że raczej zostanie u mnie na dnie szafy i nie będę z niego korzystać. Podkład matujący ma zdecydowanie za ciemny odcień, więc wrzucę go do kolejnej rozdaniowej niespodzianki. Z produktów ze zdjęcia zużyję tylko maskę peel off – tej nawilżająco – dotleniającej jeszcze nie miałam, ale inne z tej serii fajnie działały na moją skórę. Masełko do ust też się nie zmarnuje – na pewno wrzucę je do torby, bo jest w formie wygodnego sztyftu.

Od Palmersa dostałyśmy mini balsamy i 2 próbki. Ich stoisko było oblegane od samego rana, a ja z Zuzią wybrałam się tam praktycznie pod koniec całej konferencji. Było mi smutno, kiedy Zuzia dostała balsam na rozstępy, a mnie panie zbyły i nawet nie chciały porozmawiać ze mną o nowościach z olejem kokosowym i masłem Shea. Miałam o nich dobre zdanie, ale ich reputacja trochę zmalała – przynajmniej w moich oczach. Balsam kupiłam sama w Hebe – mam nadzieję, że sprawdzi się tak dobrze, jak go zachwalały.

Tołpa mnie niestety rozczarowała. Nie byłam na ich warsztatach, ale zrobiłam „wywiad środowiskowy” i wiem, że nie wszystkim dziewczynom się one podobały. Osoby, które nie uczestniczyły w zajęciach otrzymały tylko jeden, ale bardzo ciekawy, na pierwszy rzut oka, produkt – krem BB upiększający. Bardzo się cieszyłam, bo szukałam czegoś lżejszego na lato. Kiedy go użyłam nieprzyjemnie się zaskoczyłam i powiem tylko jedno – nie polecam tego kosmetyku. Jeśli chcecie, mogę przygotować na jego temat oddzielny wpis – poświęcę się i potestuję ten bubel jeszcze trochę czasu, żeby była ona choć trochę bardziej szczegółowa 😛

Stoisko Eveline też obadałam jako jedna z ostatnich dziewczyn i mimo szczerych chęci Pani konsultantki nic ciekawego już nie było. Balsam z chłodzącym efektem zużyję latem na newralgiczne partie ciała – brzuch, uda i pośladki. Tusz i ta brązowo-pomarańczowa szminka lądują w rozdaniu. Koralowo – różową pomadkę miałam już na ustach i przyznam, że świetnie będzie wyglądała w pełnym słońcu 😀

Warsztaty paznokciowe podobały mi się najbardziej, więc nie jesteście pewnie zdziwieni, że paczka z Indigo też. Nie spodziewałam się, że dostaniemy tak wielką ilość kosmetyków :O I to w przepięknej, złotej torbie, która niestety nie znalazła się na zdjęciu. Na samej górze widzicie zestaw lakierów w kolorach nude – mam niewiele podobnych osobników w swojej kosmetyczce, więc jestem podwójnie zadowolona 😀 Obok w woreczku znajdują się próbki z różnymi zapachami kremów do rąk – będę mogła wybrać te, które najbardziej przypadną mi do gustu. W kolejnym fioletowym woreczku znajdują się 3 próbki perfum, a obok nich balsam do ciała, krem do rąk oraz olejek w sprayu. Po prawej stronie zapachów do samochodu znajduje się oliwka do skórek z mirrą, a niżej krem do rąk „rybka”, polerka, dwie odżywki do paznokci i masło shea – które razem z polerką można wykorzystać do wykonania autorskiego manucire shea. Paczka bomba – wszystkie te kosmetyki będą przeze mnie używane z przyjemnością – mają świetne opakowania, pięknie pachną – oby jeszcze działanie było tak dobre, jak strona wizualna 😀

Paczka od Shwarzkopfa również przypadła mi do gustu. Znalazł się w niej lakier malinowy z Got2Be, który przejęła już moja mama – sama lakierów nie używam, więc nie wiem jak sprawdziłby się na długich włosach. Odżywki w sprayu Gliss Kur lubię i w ciągu kilku ostatnich lat raczej nie zdradzałam ich z kosmetykami innych marek. Wersji Ultimate Repair jeszcze nie używałam, bo jest to nowość na drogeryjnych półkach. Puder dodający objętości nie jest dla mnie nieznanym produktem – używam go przed imprezami, bo na co dzień raczej denerwowałby mnie ten efekt tępych włosów. Olejek na końce na pewno zużyję, bo po każdym myciu zabezpieczam je właśnie silikonowym serum , a maskę pożrą suche i rozjaśniane włosy mojej mamy 😀

Ostatnimi już zdobyczami są długopis – szminka, który robi furorę wśród moich znajomych 😀 Dalej mamy coś a’la błyszczyk w pomadce, czyli nowość Golden Rose Sheer Shine. Moja jest w kolorze brudnego różu – jest to dzienny nudziak i na pewno będzie lądowała na ustach wtedy, kiedy nie będę chciała podkreślać ust czymś bardziej wyrazistym. Jest to numerek 4. Lakier również jest jednym z nowszych kosmetyków tej marki – jest to seria Ice Chick, a ta ciemna śliwka to numerek 18. Częściej będę do niego wracać jesienną porą. 

Co przyciągnęło Waszą uwagę? Mnie najbardziej podobają się prezenty od Indigo i Annabelle Minerals. Szkoda tylko, że kolory i właściwości nie do końca mi odpowiadają :C
Pozdrawiam
Uncategorized

MINI ZAKUPY COCOLITA.PL {SEMILAC CATRICE GOLDEN ROSE}

13 kwietnia 2016

Hej!
U mnie mobilizacja w zużywaniu kosmetyków nadal stoi na wysokim poziomie i ostatnio naprawdę kupuję tylko to, co potrzebne 😀 Za tydzień zaczyna się promocja w Rossmannie, boję się więc, że może to się źle skończyć dla mojej silnej woli, chociaż przygotowałam sobie listę, żeby nie zgrzeszyć za bardzo 😛
Dzisiaj pokażę Wam moje mini zamówienie z drogerii internetowej Cocolita.pl. Skusiłam się tylko na 4 produkty, z których jeden wędruje od mojej mamy. Jesteście ciekawi co to takiego? Zapraszam dalej 😉

Manicure hybrydowy wykonuję nie tylko sobie, ale też mamie, babci i mojej sąsiadce 😛 Małe pojemności płynów potrzebnych do tego zabiegu szybko się skończył, sięgnęłam więc po ich większe wersje. Mowa tu o Acetonie i Cleanerze. Wybrałam 500 mililitrowe wersje – acetonu zużywam zdecydowanie więcej, ale niestety w dniu składania zamówienia butelka o litrowej pojemności nie była dostępna :C Oba kosztowały 15 złotych, więc jest to zdecydowanie bardziej ekonomiczny wybór.

Ostatnimi kosmetykami są dwa korektory, które, o dziwo, również kosztowały tyle samo – każdy z nich 15,90 zł. Moja mama wybrała korektor lżejszy, w pędzelku, czyli Golden Rose Liquid Concealer. Jest to numerek  01 – nie jest chyba najjaśniejszy z całej gamy, a szkoda – wędruje pod oczy, więc jaśniejszy kolor dodatkowo rozjaśniłby te okolice. Dla siebie wybrałam sławny już w blogosferze płynny kamuflaż z Catrice w kolorze 010 Porcellain. Na razie testuję go i na wypryski i pod oczy i przyznam, że jeszcze się nie zawiodłam, ale użyłam go dopiero 3 razy i nie chcę wydawać pochopnej opinii. Jego odcień jest delikatnie różowo – szarawy, ale dobrze dopasowuje się do mojej neutralnej, lekko wpadającej w żółć, karnacji 🙂

Nie obyło się również bez gratisów. Na pierwszy ogień chciałam pokazać Wam próbki – są to 4 kremy –  intensywnie nawilżający na noc od Vianka, lekki, rokitnikowy od Sylveco, krem pielęgnujący od Sylvfeco dla dzieci  i krem na noc od Biolaven. Nie miałam jeszcze tych kremów do twarzy, fajnie będzie się wiec z nimi zapoznać.

Kolejnym prezentem jest podkład matujący z Annabelle Minerals, niestety w zbyt ciemnym kolorze – na pewno oddam go komuś innemu. Dostałam również miniaturkę odżywki do rzęs Realash o pojemności 1 mililitra. Przyglądałam się jej składowi i z tego co pamiętam nie mam w nim bimatoprostu, jestem wiec ciekawa, czy sprawdzi się jako alternatywa dla mojej ulubionej Long 4 Lashes. Na zdjęciu widzicie jeszcze teatralnie gęste i długie rzęsy od MUA. Raczej nie odważę się i nie będę ich nosić ani na co dzień, ani na imprezy, ale fajnie nadadzą się do nauki nakładania – może w końcu posiądę tę umiejętność 😛

Ostatnią już rzeczą, którą chciałam Wam pokazać jest spiralka do wyczesywania brwi od Beauty Crew. podobno jest to marka zbliżona ceną i jakością do Hakuro, więc ciekawi mnie, jak się sprawdzi. Na pierwszy rzut oka wygląda solidnie i jestem pewna, że będzie mi służyła przez wiele miesięcy 😉
Też ograniczacie się z kosmetycznymi zakupami? Wolicie standardowe wizyty w drogerii, czy zamawianie kosmetyków przez internet?
Pozdrawiam :3