Browsing Category

Uncategorized

Uncategorized

PROJEKT DENKO | LIPIEC 2017

7 sierpnia 2017
projekt denko lipiec 2017 elfnaczi

Cześć!
Wakacje to czas, w którym dni mijają mi tak szybko, że ciężko mi stwierdzić, który mamy dzisiaj 😛 Lipiec przeleciał mi przez palce – końcówka sesji, chwila oddechu i praktyki – było intensywnie, ale jakże produktywnie – nauczyłam się wielu nowych rzeczy, poznałam inspirujących ludzi – cenię takie momenty i staram się stwarzać ku nim jak najwięcej okazji.
Dziś na blogu poopowiadam Wam o kilku zużytych w lipcu kosmetykach. Nie było tego dużo, ale znalazło się tu kilka perełek, a także kosmetyków, do których lubię wracać. Jesteście ciekawi, co dobiło dna? Czy warto zaopatrzyć się w jakiś kosmetyk z tej listy? Zapraszam!

ISANA, OLEJEK POD PRYSZNIC Z NATURALNYMI OLEJAMI I WITAMINĄ E GARNIER, ANTYPERSPIRANT NEO FRESH BLOSSOM ALVERDE, RELAX PFLEGEOL WILDROSE SANDDORN | RELAKSUJĄCY OLEJEK Z DZIKIEJ RÓŻY I ROKITNIKA  NIVEA, ŻEL POD PRYSZNIC CARE & STARFRUIT O ZAPACHU KARAMBOLI
  • CIAŁO

ISANA, OLEJEK POD PRYSZNIC Z NATURALNYMI OLEJAMI I WITAMINĄ E

Kiedyś używałam tego olejku tak, jak zaleca producent, czyli pod prysznic, ale wolę jednak rozwiązania, które raczę mnie pięknymi zapachami – nawet kosztem tego, że muszę po nich nabalsamować ciało. Po produkt ten sięgam jednak regularnie – służy mi od dłuższego czasu jako produkt do mycia pędzli. Szybko i dokładnie usuwa wszelkie zanieczyszczania w postaci podkładu, pudru, szminek czy cieni do powiek. Domywa pędzle zarówno z włosia syntetycznego, jak i naturalnego. Brud na gąbeczkach typu Beauty Blender też nie jest mu straszny 😀 Nie powoduje, że włosie robi się sztywne, czy zaczyna się kruszyć, a to dla mnie ważny aspekt. Jest tani i na pewno jeszcze do niego wrócę ♥ To mój ulubiony kosmetyk do czyszczenia przyrządów do makijażu.

GARNIER, ANTYPERSPIRANT NEO FRESH BLOSSOM

Jeden z moich ulubionych antyperspirantów. Co nie raz do nich wracam – lubię ten aplikator i intensywne, owocowe zapachy, które długo się utrzymują, ale nie wchodzą w kooperację z perfumami, które aktualnie noszę. Minusem dla niektórych z Was będzie to, że zawiera sól aluminium. Niewątpliwą zaletą jest fakt, że wysoko w składzie występuje olej kokosowy, który działa antybakteryjnie i neutralizuje podrażnienia. Nie pocę się mocno, a są dni, kiedy ten antyperspirant niestety nie daje rady. Wydaje mi się, że wersja w kremie ma lepsze działanie i jest po prostu skuteczniejsza. Zużyłam dwa czy trzy opakowania i nie wiem, czy jeszcze po niego sięgnę.

ALVERDE, RELAX PFLEGEOL WILDROSE SANDDORN | RELAKSUJĄCY OLEJEK Z DZIKIEJ RÓŻY I ROKITNIKA

Alverde to marka często porównywana do Alterry, która jest dostępna w polskich Rossmannach. Olejek stał u mnie już półtorej roku i w końcu postanowiłam wziąć się za jego zużywanie. Jest to produkt odpowiedni dla wegan, ma przyjazny dla skory skład. Używałam go na kilka sposobów – służył mi do rozpuszczania makijażu jako pierwszy etap wieczornego oczyszczania twarzy, stosowałam go do ciała i olejowania włosów. W każdym z tych trzech sposobów dobrze się sprawdził i nie mogłam na niego narzekać. 100 mililitrową buteleczkę zużyłam z przyjemnością, teraz testuję inną wersję, której nazwy teraz nie pamiętam 😛 Podoba mi się opakowanie z pompką, która może nie działa idealnie (wylewa się wokół niej trochę oleju), ale pozwala zaoszczędzić sporą ilość produktu. Zapach był dość mocny, ale szybko się ulatniał, w ogóle nie przypominał mi róży. Dobrze się wchłaniał, nie zapychał i nie powodował szybszego przetłuszczania się włosów. Do tego nie był drogi. Polecam. Niżej wstawiam skład 🙂
Helianthus Annuus Seed Oil*, Glycine Soja Oil*, Vitis Vinifera Seed Oil,
Olea Europaea Fruit Oil*, Parfum**, Prunus Amygdalus Dulcis Oil,
Simmondsia Chinensis Seed Oil*, Rosa Canina Fruit Oil*, Hippophae
Rhamnoides Oil*, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Geraniol**,
Citronellol**, Limonene**, Linalool**, Citral**.

NIVEA, ŻEL POD PRYSZNIC CARE & STARFRUIT O ZAPACHU KARAMBOLI

Jeśli chodzi o drogeryjne żele pod prysznic to jestem fanką tych z Isany, Alterry oraz Dove. Reszta ma całkiem ładne zapachy, ale wysuszają mnie tak samo, jak najtańsze z Isany, więc rzadko po nie sięgam. Temu nie mogłam się jednak oprzeć – uwielbiam zapach karamboli w kosmetykach. Ten żel był bardziej kremowy od standardowych, nazwałabym go bardziej mleczkiem, niż żelem. Pięknie pachniał – orzeźwiająco, owocowo, to aromat idealny na lato – pobudzający zmysły. Żel pod koniec stosowania trochę mnie wysuszał, głównie przez fakt, iż zawierał SLS. To jedyna wersja zapachowa z Nivei, do której lubię wracać. Może nie jest to ideał, ale żele mają przede wszystkim myć i ładnie pachnieć – ten oba założenia spełnia 😛 Pewnie wrócę ponownie.

NATURALIS, WIESIOŁKOWY TONIK DO TWARZY SELFIE PROJECT, PŁYN MICELARNY DO SKÓRY MŁODEJ Z NIEDOSKONAŁOŚCIAMI BIELENDA, MASKA DO TWARZY BLUE DETOX DETOX & NAWILŻANIE  NACOMI, ARGANOWY KREM POD OCZY Z OLEJEM Z PESTEK WINOGRON

  • TWARZ

NATURALIS, WIESIOŁKOWY TONIK DO TWARZY

To tonik, który znalazłam kilka miesięcy temu w pudełku Liferia. Sceptycznie do niego podeszłam – szata graficzna nie zachęca, więc moje pierwsze wrażenie było takie sobie. Ostatecznie okazało się, że to dobry kosmetyk, który nie podrażnia skóry twarzy i rzeczywiście dobrze ją tonizuje. Po użyciu moja twarz zawsze była ukojona i mniej reaktywna, a także ściągnięta, a głównie na tym zależy mi kiedy sięgam po tonik. Miał przyjemny zapach, skład również należał do tych lepszych, ale nadal nie można nazwać go naturalnym hitem. To średniak, miło mi się go używało, ale raczej do niego nie wrócę. Lubię testować nowe toniki i rzadko w mojej kosmetyczce ląduje po raz drugi taka sama sztuka.

SELFIE PROJECT, PŁYN MICELARNY DO SKÓRY MŁODEJ Z NIEDOSKONAŁOŚCIAMI

W kwestii demakijażu mam już kilka ulubionych produktów, ale lubię szukać nowych hitów, dlatego nie zamykam się na nowości, które do mnie trafiają. Płyn z Selfie Project dostałam na spotkaniu blogerek, które odbyło się w lutym. Miał dłużej poczekać na swoją kolej, ale niestety upuściłam go i pękła plastikowa zatyczka – nie chciałam zostawiać kosmetyku, który ma kontakt z powietrzem w zapasach, więc postanowiłam jak najszybciej go zużyć. To, co jest niewątpliwym jego plusem to fakt, że zawiera sok z aloesu oraz cynk, które pozytywnie wpływają na skórę trądzikową. Podsuszają zmiany, przyspieszają ich gojenie i normalizują wydzielanie sebum. Płyn miał miły, świeży zapach, który dobrze mi się kojarzył. Ze zmywaniem makijażu twarzy radził sobie dobrze, natomiast oczy były dla niego problemem. Niestety potrafił mnie podrażnić o podszczypywać, dlatego już do niego nie wrócę. Może dla osób z mniej wrażliwą skórą, szczególnie powiek, się sprawdzi. A może po prostu jestem na niego za stara? 😛

BIELENDA, MASKA DO TWARZY BLUE DETOX DETOX & NAWILŻANIE

Maskę tę opisywałam Wam pokrótce na Instagramie. U mnie ta seria metaliczna jak na razie średnio się sprawdza. Owszem, maska wygląda super, ale samo działanie jest średnie i nie zaskakuje niczym pozytywnym. Mam skórę mieszaną i odwodnioną, więc od masek wymagam dobrego nawilżania bez zapychania skóry. Ta maska niestety nie nawilżała w znaczącym stopniu, choć było ono lekko widoczne. Po jej zmyciu skóra była ściągnięta  i lekko zaczerwieniona, co niestety często mi się zdarza. Znam lepsze maski i do tej raczej nie wrócę. Mam jeszcze dwie w zapasie – złotą i srebrną i najpewniej na tym moja przygoda z tą serią się skończy.

NACOMI, ARGANOWY KREM POD OCZY Z OLEJEM Z PESTEK WINOGRON

Ten krem to mój ulubieniec na noc. Ma treściwą, dość tłustą konsystencję, a nałożony grubszą warstwą sprawia, że skóra w tej delikatnej i wrażliwej okolicy jest nawilżona i ukojona. Nie podrażnia i nie powoduje łzawienia, jest praktycznie bezzapachowy. Skład określiłabym mianem bardzo naturalnego i przyjaznego dla skóry, co w stosunku do ceny tego produktu jest świetnym osiągnięciem.  Dość dobrze się wchłania. Nie zauważyłam spektakularnego działania na cienie pod oczami. Może słoiczek nie jest najbardziej higieniczną i wygodną formą opakowania dla kremu pod oczy, ale ja się  już do niego przyzwyczaiłam. Szukam dla niego godnego zamiennika. Kiedyś na pewno wrócę.

  • RECENZJĘ ARGANOWEGO KREMU POD OCZY ZNAJDZIECIE tutaj.

ECO LABORATORIE, SZAMPON NORMALIZUJĄCY DO WŁOSÓW PRZETŁUSZCZAJĄCYCH SIĘ

  • WŁOSY

ECO LABORATORIE, SZAMPON NORMALIZUJĄCY DO WŁOSÓW PRZETŁUSZCZAJĄCYCH SIĘ

To jeden z moich pierwszych szamponów bez SLS/SLES i ich pochodnych. Na początku sceptycznie do niego podeszłam, myślałam, że delikatny szampon nie poradzi sobie z moimi przetłuszczającymi się włosami. Ostatecznie bardzo go polubiłam. Dobrze się pienił, świetnie oczyszczał, mogłam myć włosy co dwa dni, czyli tak jak normalnie i nie były one nieświeże. Nie wysuszał kosmyków ani skóry głowy, domywał oleje. Przy dłuższym, regularnym stosowaniu rzeczywiście wykazywał lekkie działanie regulujące. Zawiera w składzie oleje i ekstrakty m.in z pigwy, oczaru wirginijskiego i imbiru, które normalizują przetłuszczanie się i podnoszą witalność włosa na długości. Szampon nie był drogi, do tego jest w ponad 97% złożony z substancji pochodzenia naturalnego, dlatego na pewno jeszcze do niego wrócę.
Wpadło Wam coś w oko? Używałyście któregoś z tych kosmetyków?
Pozdrawiam!
Uncategorized

PŁYN MICELARNY BALNEOKOSMETYKI | LOVE – HATE RELATIONSHIP

5 sierpnia 2017
balneokosmetyki malinowy zdrój płyn micelarny do skóry normalnej i wrażliwej 1

Hej!

Nigdy nie przepadałam za mleczkami, a mycie twarzy samym żelem było okej, kiedy się nie malowałam – gorzej sprawa miała się wtedy, kiedy regularnie zaczęłam sięgać po makijaż. Kiedy na rynku pojawiły się płyny micelarne byłam wdzięczna producentom, że poszli krok dalej i spełnili moje oczekiwania.
Ten typ kosmetyku jest moim ulubionym, jeśli chodzi o pozbywanie się z twarzy resztek make upu i innych zanieczyszczeń. Płyny micelarne są lekkie, mają wodnistą konsystencję i zazwyczaj nie pozostawiają na skórze tłustej warstwy, za którą nie przepadam. Czy płyn Balneokosmetyki z wyciągiem z kaktusa, oczaru i d-pantenolem do skóry wrażliwej i normalnej stał się moim ulubieńcem? Czy mogę powiedzieć, że się sprawdził? Zapraszam na szczegółową recenzję na jego temat 🙂

balneokosmetyki malinowy zdrój płyn micelarny do skóry normalnej i wrażliwej 2

Obietnice producenta

Balneokosmetyk na bazie naturalnych składników aktywnych, m.in. wyciągu z kaktusa, d-pantenolu i wody oczarowej polecany dla cery wrażliwej i normalnej.

Działanie produktu:      

  • skutecznie oczyszcza i tonizuje skórę     
  • usuwa makijaż i zanieczyszczenia     
  • odświeża i rozświetla cerę     
  • wygładza i głęboko nawilża     
  • łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia
Płyn dzięki zastosowanym, delikatnym składnikom idealnie nadaje się do codziennego oczyszczania i pielęgnacji skóry twarzy. Zawarty w nim wyciąg z kaktusa daje uczucie świeżości. Doskonale sprawdza się dla skóry wrażliwej, odwodnionej i skłonnej do alergii.  Produkt przyjazny dla skóry. Testowany na skórze wrażliwej ze skłonnościami do podrażnień.  Sposób użycia: Nanieść płyn na bawełniany wacik. Zmyć makijaż. Stosować rano i wieczorem.

Opakowanie


Opakowanie tego płynu jest tradycyjne, minimalistyczne i proste. Wysoka buteleczka wykonana jest z dość twardego, mlecznobiałego, półprzeźroczystego plastiku. Korek zamykany jest na klik, a otwór ma niewielkie rozmiary – pomaga to dozować odpowiednią ilość płynu na wacik. Na opakowaniu znajdują się obietnice producenta, skład, PAO i data ważności oraz sposób użycia. 
Buteleczka zawiera w sobie 250 mililitrów kosmetyku.

balneokosmetyki malinowy zdrój płyn micelarny do skóry normalnej i wrażliwej 3

Skład

Aqua, Propylene Glycol, Glycerin, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Water, Sodium Cocoamphoacetate, Poloxamer 184, Diazolidinyl Urea, Panthenol, Lactic Acid, Allantoin, Opuntia Ficus-Indica Extract, Iodopropynyl Butylcarbamate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Disodium EDTA, Parfum, BHT. 
Jak widzicie skład jest dość krótki, ale treściwy. Na początku znajduje się kilka ciekawych ekstraktów, ale mam wrażenie, że im dalej w las, tym ciemniej (czyli gorzej). Dość wysoko znajduje się donor formaldehydu (tu akurat pochodna mocznika – diazolidinyl urea), później kontrowersyjne Disodium EDTA, które mi akurat nie szkodzi, ale lepiej nie stosować zbyt wielu kosmetyków z tym składnikiem. Disodium EDTA wiąże metale, więc jeśli korzystacie np. z srebra koloidalnego i nakładacie je bezpośrednio na ten micel – nie zadziała, albo będzie to działanie niezbyt widoczne. BHT również budzi niechęć fanów naturalnych kosmetyków. Jest to konserwant silnie alergizujący, może powodować duszności, wysypki, świąd, podrażnienie. Negatywnie wpływa też na nerki.

Z pozytywnych aspektów mamy tu hydrolat oczarowy, który normalizuje pracę gruczołów łojowych i ściąga skórę oraz ekstrakt z opuncji, która jest rodzajem kaktusa. Najprawdopodobniej to składnik bogaty w antyoksydanty, wykazujący działanie anti-aging.

Skład początkowo wydawał mi się fajny, ale kiedy dokładnie mu się przyjrzałam pozostawia wiele do życzenia. Na pewno nie jest to kosmetyk naturalny, dla wrażliwej skóry też bym go raczej nie polecała.

  • DOKŁADNY OPIS SKŁADNIKÓW ZAWARTYCH W TYM PŁYNIE ZNAJDZIECIE tutaj.

balneokosmetyki malinowy zdrój płyn micelarny do skóry normalnej i wrażliwej 4

Wydajność

Kosmetyk określam mianem naprawdę wydajnego. Nie trzeba używać go zbyt wiele, ponieważ dobrze przyciąga zanieczyszczenia – zarówno tłuste, jak i na bazie wody. Używam go mniej więcej miesiąc, a jeszcze dobra połowa przede mną. 

Dostępność

Produkt Balneokosmetyki znajdziecie w wielu sklepach i aptekach internetowych. Stacjonarnie jeszcze go nie widziałam, ale raczej nie zwracałam uwagi na te kosmetyki, więc nie wiem, czy przypadkiem czegoś nie przeoczyłam. W każdym razie nie jest to marka drogeryjna.

Cena

Za buteleczkę o pojemności 250 mililitrów zapłacimy w tym przypadku około 30 złotych. Patrząc na wydajność to całkiem rozsądna cena, ale znam tańsze a lepsze płyny micelarne, które mają też bardziej przyjazny skórze skład. Cena to kwestia sporna, jak dla mnie, patrząc na całokształt, trochę za wysoka.

balneokosmetyki malinowy zdrój płyn micelarny do skóry normalnej i wrażliwej 5

Moja opinia

Jeśli chodzi o płyny micelarne – mam już swojego ulubieńca, ale lubię testować nowości. Do najważniejszych właściwości takiego kosmetyku należy według mnie jego skuteczność oraz fakt, czy podrażnia skórę i oczy, czy też nie. Następnie zwracam uwagę na inne aspekty, takie jak skład, wydajność w stosunku do ceny czy zapach.
Płyn Balneokosmetyki znalazłam w jednym z pudełek Liferia. Na początku bardzo się ucieszyłam – słyszałam kiedyś kilka opinii na temat tej marki i były raczej dobre, więc nie spodziewałam się, że mogę trafić na taki koszmarek. 
Zacznę od składu, bo to on jest największym minusem tego kosmetyku. O ile Disodium EDTA przeżyłabym i nawet nie komentowałabym tego składnika, tak BHT jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych konserwantów. Nie dość, że jest niebezpieczny dla środowiska, to udowodniono jego kancerogenne działanie u zwierząt. Może podrażniać, powodować świąd i pieczenie skóry, przyczyniać się do alergii kontaktowej. Wdychany u niektórych osób powoduje duszności. Przez ten składnik kosmetyk jest u mnie skreślony.
Co do działania – jest w porządku. Micel jak magnes przyciąga wszystkie zanieczyszczenia, na pewno działa lepiej niż Selfie Project, który miałam okazję niedawno testować. Nie wiem, czy nie jest skuteczniejszy od mojego faworyta – różowego Garniera. Nawet So Couture, która uchodzi za trudną do usunięcia maskarę nie jest mu straszna. Nie pozostawia na oczach „mgły”, a na skórze lepkiej warstwy, której po aplikacji płynów micelarnych nie toleruję. Plusem jest również fakt, że nie ma tendencji do pienienia się. Ładnie i delikatnie pachnie – za każdym razem nieco inaczej ten aromat odbieram, ale ogólnie jest przyjemny.
Czy jest stworzony dla wrażliwców? NIE! Nie mam nadwrażliwej skóry twarzy, a potrafił mnie podrażnić i to dość często. Moje oczy reagowały na niego silnym pieczeniem, nie zawsze, ale przy większości demakijaży. To dyskwalifikuje u mnie ten kosmetyk – zużyję go do końca, ale nawet nie pomyśle o ponownym zakupie.

balneokosmetyki malinowy zdrój płyn micelarny do skóry normalnej i wrażliwej 6

Czy kupię ponownie?

Nie. Buble rzadko trafiają do mojej kolekcji, sama ich raczej nie kupuję, bo dokładnie sprawdzam większość rzeczy, które wrzucam do koszyka. Płyn ten znalazłam w pudełku subskrypcyjnym i mimo początkowego zachwytu nie przypadł mi do gustu. Nie podoba mi się jego skład oraz to, że nie mocno mnie podrażnia. Na pewno nie sięgnę po drugą butelkę.
Co sądzicie o tym kosmetyku? Używałybyście, czy nie? Jaki jest Wasz ulubiony micel?
Pozdrawiam!
Uncategorized

MEDYCZNIE… | PODSUMOWANIE I ROKU MEDYCYNY | KREW, POT I ŁZY?

3 sierpnia 2017
plan zajęć medycyna I rok II semestr, plan medycyna UMB

Hej!
Oficjalnie mogę nazwać się studentką drugiego roku lekarskiego na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku. W lipcu zakończyłam sesję, zaliczyłam wszystkie letnie egzaminy i odbyłam praktyki pielęgniarskie. O praktykach przygotuję dla Was oddzielny wpis, dziś chciałabym się skupić na II semestrze i podsumowaniu całego roku. Najpierw pokrótce opiszę Wam przedmioty i ewentualnie egzaminy z niektórych z nich, a później przejdę do ogólnego podsumowania. Czy studia na lekarskim to rzeczywiście pot, łzy i krew? Czy to prawda, że nie ma czasu na sen, jedzenie, nie wspominając o wyjściach ze znajomymi? Niżej napiszę Wam, jak to było ze mną i całym tym studiowaniem 😛 Zapraszam!

PIERWSZA POMOC

Nowy przedmiot, którego nie było w pierwszym semestrze. Ciekawy, skupiony głównie na czynnościach praktycznych, miał nas nauczyć szybkiego i odpowiedniego reagowania na zastaną sytuację i zwyczajowego udzielenia pierwszej pomocy na poziomie KPP – Kwalifikowanej Pierwszej Pomocy. Na wykładach słuchaliśmy teorii, na ćwiczeniach zajmowaliśmy się przerabianiem jej na praktykę. Na początku prowadzący mówili i pokazywali coś od siebie, na późniejszych zajęciach zajmowaliśmy się głównie scenkami (rodzajowymi :P) – a to babcia upadła, a to kolega wziął (srogie) piguły. Nie miałam większych problemów z podejściem do egzaminu, bo większość z tych czynności była mi znana – Joannici bardzo pomogli, tak samo jak i manewry ratownicze. Egzamin dość trudny i szczegółowy, jak ktoś dobrze strzelał, to mógł zdobyć i 5, jak nie – no cóż 😛 Mi udało się zaliczyć go w pierwszym terminie. Na UMB zakład PP przyjazny, pracują tam głównie anestezjolodzy, zmienił się kierownik, więc nie wiem jak będzie za rok.

ANATOMIA

Zajęcia wyglądały identycznie, jak w pierwszym semestrze, dlatego pod koniec tego posta dam Wam link do wpisu na ten temat i tam będziecie mogli przeczytać o zajęciach na tym przedmiocie. Tym razem opiszę Wam egzamin. Podzielony jest na dwie części – jednego dnia piszemy praktykę, czyli tzw. szpilki, a drugiego teorię. Szpilki nie były trudne, wystarczyło nauczyć się dobrze rozpoznawać zbiór kilkudziesięciu preparatów z zeszłego roku i raczej nie było możliwości ich oblania. Kilkunastu szczęśliwcom się to niestety udało. Z teorią jest gorzej, bo materiału jest naprawdę sporo, a nie ma już później czasu na czytanie podręczników. Ja zajęłam się giełdami – 700 szczegółowo przerbionych pytań nie dało rady… Pech chciał, że w większości weszły pytania z zeszłego roku, a ja je zwyczajowo olałam, bo stwierdziłam, że się nie powtórzą. Ten, kto wyszedł z podobnego założenia jak ja teorię oblał, albo nastrzelał (ja jestem tragiczna, jeśli chodzi o strzelanie :P). Poprawka między egzaminami, więc mało czasu na powtórki. Mi na szczęście udało się ją zaliczyć, dlatego ominął mnie wrzesień. Egzamin składał się z pytań zamkniętych i otwartych i obejmował język polski, łaciński i angielski.

HISTOLOGIA

Histologia w drugim semestrze różni się nieco od tej w pierwszym. Na początku zajmowaliśmy się omawianiem poszczególnych tkanek, komóreczek, a w drugim semestrze pracowaliśmy już na całych układach, co nie było ani proste, ani trudne – wszystko zależało od tego, czy dany temat nam pasował, czy nie. Mi w drugim semestrze szło zdecydowanie lepiej, bo wyrobiłam sobie odpowiedni plan działania, jeśli chodzi o naukę. Informacji było więcej, a kolokwia, w moim odczuciu, trudniejsze. Aby podejść do egzaminu należało mieć zaliczone wszystkie kolokwia, był jeden dzień, w którym można było poprawić 4 z 5, więc jeśli ktoś w ciągu roku się nie postarał, to miał praktycznie egzamin przed egzaminem 😛 Mnie kombajn ominął, uff. Aby podejść do teorii trzeba było zdać praktykę, tu też krążyły zdjęcia preparatów zwane „złodziejem butów” 😛 Na 10 punktów należało zdobyć 7, było 10 preparatów, a na połowie jeszcze celowania, czyli zaznaczone konkretne struktury, komórki, które należało podpisać. Teoria to egzamin ABDC i choć byłam obkuta, bo lubiłam uczyć się z histologii, to zaliczyłam go tylko na 3,5.

BIOCHEMIA

Kolejne zajęcia, które opisywałam już w poście dotyczącym I semestru. Dodam tylko, że teraz zajęcia były o wiele bardziej nudne i monotonne, a doświadczenia niezbyt ciekawe. Plusem był fakt, że często dało się je zrobić szybciej i wychodziliśmy np. godzinę wcześniej. Kolokwia na podobnym poziomie jak poprzednio, opisowe z wzorami i reakcjami. Egzamin również był opisowy, ale wystarczyło czytać ultragiełdę i dobrze nauczyć się wzorów. Mi udało się napisać aż 6 stron A4 – odpadała mi ręka, ale było warto. 4 z egzaminu to dobre osiągnięcie 😀 Za biochemią nie przepadałam, ale wydaje mi się być ciekawym przedmiotem – gdybym nie miała przymusu się tego uczyć, to wybrałabym najciekawsze tematy i z przyjemnością je czytała. 

JĘZYK ANGIELSKI

W drugim semestrze zmienił nam się prowadzący i zajęcia nie były już tak ciekawe. W sumie uzupełnialiśmy podręcznik, przygotowywaliśmy w domu jakieś prace i trochę odpowiadaliśmy. Szkoda, myślałam, że nauczę się czegoś więcej, że będziemy więcej mówić, a tak – nadal mam jakąś blokadę i przy próbie wypowiedzenia czegokolwiek zapominam nawet podstawowe słowa. Z pisaniem i czytaniem nie jest tak źle – z czytaniem praktycznie nie mam problemów. Widać, że aktywna forma języka u mnie kuleje i nie wiem, czy nie zapiszę się w tym roku na jakiś kurs. Egzaminu z angielskiego nie było – czeka mnie dopiero na drugim roku.

HISTORIA MEDYCYNY

Myślałam, że będzie to jeden z najnudniejszych przedmiotów, na którym będę spać lub w ogóle nie będę przychodzić na wykłady. To, jak bardzo się myliłam może potwierdzić tylko jedno – nie opuściłam żadnego z naszych spotkań. Jeśli nie miałam nic do nauki z zainteresowaniem słuchałam wywodów wykładowcy – Pani Grassmann opowiada historię powstania tej nauki tak ciekawie, że szkoda było zaprzepaścić możliwość posłuchania o tym, jak działo się kiedyś, jak wyewoluował zawód lekarza i jak kiedyś leczono. Przeszliśmy przez wszystkie epoki – od starożytności po czasy dzisiejsze. Jeśli śledzicie mnie na IG na pewno widzieliście instastory ze „stróżem odbytu faraona” 😀

SOCJOLOGIA

Nauka tak bardzo potrzebna, że aż dziwna 😛 Nie przepadam za takimi zajęciami, moim zdaniem to zapchajdziury, ale jak trzeba chodzić, to trzeba. To już moje drugie spotkanie z tym przedmiotem – pierwsze zaliczyłam na farmacji. Dzięki temu udało mi się uniknąć chodzenia na wykłady. Zajęcia nie były tak nudne, jak się tego spodziewałam, poruszaliśmy tematy ważne z perspektywy zawodu lekarza. Zostaliśmy podzieleni na małe grupki (a raczej sami się podzieliliśmy) i każda miała przygotować na zajęcia prezentację. Ja i moi znajomi wybraliśmy temat „Szpital jako instytucja społeczna”, który okazał się być dość ciekawy i interesujący. Omawialiśmy jeszcze między innymi pracę lekarza, problem niepełnosprawności, nałogów, patologii, starości. Na koniec czekało na nas kolokwium na zaliczenie, które większość zdała bez większych problemów. Egzaminu z tego przedmiotu nie było.

FAKULTET: JĘZYK WŁOSKI

Starałam się wybierać takie fakultety, które jak najszybciej się kończyły, były ciekawe i niezbyt wymagające. O ile włoski nie wymagał pisania kolokwiów czy sprawdzianów, tak nie był ani ciekawy, ani krótki. Zajęcia skończyliśmy w maju, czyli dość późno. Miałam wrażenie, że na tych zajęciach zostałam rzucona na głęboką wodę – ciężko było mi nadążać za wątkiem, skupić się. Jak coś notowałam – inne sprawy umykały. Uczyliśmy się jakichś podstaw, ale i medycznego słownictwa. po tych zajęciach nie umiem nic nowego. Nie podobały mi się. Żałuję, że nie wybrałam łaciny – mogłabym ja przepisać, a nawet jeśli nie – pomogłaby mi trochę w anatomii.

FAKULTET: ALERGENY

Fakultety komedia 😀 Tu też należało wykonać prezentację i uczestniczyć na każdych zajęciach, a dodatkowo rysowaliśmy sobie pyłki i inne stworki – jak ktoś mial kredki i zabarwił je na kolorowo dostawał pochwałę – praktycznie tak, jak w przedszkolu. Kończyliśmy je szybciej, niże powinniśmy, bo nikomu nie chciało się siedzieć do późna na uczelni – prowadzącym też. Moja grupa robiła prezentację jako pierwsza, potem wszyscy ściągali od nas i powtarzali praktycznie to samo – nikt się jednak nie czepiał 😛 Zajęcia prowadziła Kleopatra – jak zobaczycie tę sympatyczną kobietę od razu będziecie wiedzieli, ze to ona 😛 Ogólnie nudne, ale szybko mijające zajęcia, które skończyły się po 5 tygodniach – warunkiem zaliczenia było posiadanie zeszytu i wykonanie prezentacji.

PODSUMOWANIE

Jeśli ktoś kiedyś powie Wam, że na medycynie nie ma życia – nie wierzcie. Owszem, na trzecim roku jest ciężko, ale to wszystko jeszcze przede mną – podobno jeśli przetrwa się I i III – dalej będzie już z górki. Na pierwszym roku miałam czas dla siebie, swoich pasji i dla znajomych. Na miasto wychodziłam częściej, niż na farmacji. Mogłam ustalić w tygodniu dzień, w którym leniuchowałam, nie musiałam non stop siedzieć w książkach. Razem z Mateuszem gotowaliśmy i sprzątaliśmy – nic strasznego. Wbrew temu, jaka panuje opinia o studentach zawsze mieliśmy choć chwilę, by ogarnąć mieszkanie. Sesja była ciężkim kawałkiem chleba, głównie od strony psychicznej – 1,5 miesiąca nauki potrafi wykończyć człowieka – jak zaczęłam 29 maja, tak skończyłam 5 lipca 😛 Ogólnie spodziewałam się czegoś gorszego, a odniosłam wrażenie, że to na farmacji było mi ciężej. Jeśli zamierzacie iść na studia medyczne powiem jedno – jest ciężko, ale nie na tyle, by sobie nie poradzić. Jeśli dobrze zaplanujecie swój czas i nie narobicie sobie zaległości – zaliczycie wszystko – niezależnie od tego czy w sesji, czy już na poprawkach. Nie m się czego bać, warto stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej.
  • PODSUMOWANIE PIERWSZEGO SEMESTRU NA LEKARSKIM ZNAJDZIECIE tutaj.
Co sądzicie o moim planie? Który z tych przedmiotów zainteresowałby Was najbardziej?
Pozdrawiam ♥
Uncategorized

CHARLOTTE CHO | SEKRETY URODY KOREANEK | WARTO CZYTAĆ, CZY NIE?

1 sierpnia 2017
charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 1

Cześć!
Jeśli czytacie mnie od dłuższego czasu wiecie, że kiedyś recenzowałam, czy może raczej opisywałam na blogu książki. Jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia było, że kupię jakiś poradnik w wersji papierowej – czytywałam sporo różnej literatury, ale ograniczałam się do prozy – najczęściej z gatunku fantasy czy horroru, a wcześniej również tej skierowanej dla młodzieży.
Kiedy zaczęłam bardziej interesować się tematami związanymi z urodą naturalną koleją rzeczy było sięgnięcie po książki o takiej tematyce. Dziś chciałabym opisać Wam jedną z pierwszych, jakie wpadła w moje ręce, czyli propozycję od Charlotte Cho – Sekrety Urody Koreanek. Jesteście ciekawe mojej opinii na jej temat? Zapraszam ♥

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 2

Na początek wspomnę Wam kilka słów o książce, jako całości, a później przejdziemy do krótkiego omówienia poszczególnych rozdziałów.
Książka utrzymana jest w różowej tonacji, a papier jest raczej średniej jakości – dość gruby, ale chropowaty i lekko żółty. Na szczęście głównym atutem tej pozycji ma być treść, a nie ilustracje i zdjęcia, więc nie przeszkadza to zbytnio w pozytywnym odbiorze.
Na samym początku znajduje się spis treści z tytułami rozdziałów, które są dość szczegółe i dzięki którym możemy jasno określić z czym będziemy mieli do czynienia (przynajmniej przez kilka najbliższych stron).
Każdy z rozdziałów opatrzony jest ciekawą infografiką utrzymaną w słodkim, azjatyckim styku, mi kojarzy się to z maluszkami nazywanymi „chibi”. Na końcu każdego z nich mamy natomiast mini porady czy sytuacje z życia opisane przez znane, koreańskie postaci.
Czcionka jest czytelna, a najważniejsze informacje oznaczone tak, że łatwo je znaleźć i w każdym momencie do nich wrócić. 
Pod względem wizualnym nie mogę zarzucić tej książce nic – akurat w moje gusta trafia i naprawdę kojarzy mi się z Azją – wiele rzeczy jest tak przerysowanych, zbyt kolorowych i dziecinnych, ale w tamtejszej kulturze nie zwraca się na to uwagi.
Przejdźmy do omówienia tematyki konkretnych rozdziałów:
charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 3

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia  4

1. O MNIE. KOREAŃSKA BUZIA, KALIFORNIJSKIE PODEJŚCIE.

Autorka w tym pierwszym początkowym rozdziale opowiada, jak zachowywała się podczas pobytu w Stanach, czyli w momencie, kiedy dorastała i dojrzewała. Przypomina o tym, że nie znała żadnych koreańskich rytuałów pielęgnacyjnych, malowała się w zachodnim stylu i opalała swoje ciało na złoty kolor. Wspomina o błędach w diecie i nieznajomości dalekowschodniej kultury oraz o tym, jak jej poglądy zmieniły się pod wpływem pewnych wydarzeń. Ten rozdział to swego rodzaju zapoznanie autora z czytelnikiem i uświadomienie nam, że każdy gdzieś kiedyś zaczynał i wcale nie oznacza to, że nie może się zmienić.

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 5

2. PODSTAWY KOREAŃSKIEGO PIĘKNA: MENTALNOŚĆ KULTURY WIELBIĄCEJ PIĘKNĄ SKÓRĘ.

W tym rozdziale możemy przeczytać szereg informacji na temat tego, jak odmienna jest mentalność nasza i ludzi mieszkających i żyjących w Korei. Nasze cywilizacje znacznie się od siebie różnią, a według Charlotte większość Koreańczyków dba o urodę – niezależnie od wieku, płci, czy stanu majątkowego. To ciekawe doświadczenie – wiemy, jak ciężko jest nam przestawić swoje myślenie, a co w przypadku, gdy zderzenie dwóch kultur jest tak silne, a one same w sobie tak odmienne? Na pewno nie jest wtedy łatwo, ale i w tym przypadku panna Cho znalazła wyjście z sytuacji 😉
 
charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 6

3. DWUETAPOWE OCZYSZCZANIE: CERA CZYSTA JAK ŁZA, GDY MYJESZ JĄ DWA RAZY.

Akurat ten krok jest mi znany i od dawna stosuję go w pielęgnacji, dla laików jest to jednak ciekawy rozdział. Nie każdy z nas rozumie stosowność oczyszczania skóry zarówno tłustym produktem, jak i tym na bazie wody – o ile większość wie, że odpowiednia higiena przyczynia się do dobrego stanu skóry, tak wieloetapowe oczyszczanie dopiero zyskuje na popularności.  W tym rozdziale dowiecie się wszystkiego, na temat dokładnego demakijażu i porannego oczyszczania twarzy.

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 7

4.  MAGIA ZŁUSZCZANIA (I JAK BYĆ SPECJALISTKĄ OD K-SPA).

O tym, jak ważne jest złuszczanie martwego naskórka wie każda z nas. To szczególnie my, kobiety, staramy się regularnie peelingować nasze ciała i twarze, faceci często nie widzą zasadności takich zabiegów. W tym rozdziale oprócz kilku słów na temat złuszczania możemy przeczytać o tym, jak wygląda koreańskie SPA i może zdziwić nas fakt, jak bardzo różni się od tych zachodnich. Dla przeciętnego Europejczyka zabieg peelingowania może być tam bolesny, ale czego nie robi się dla urody? 😛

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 8

5. CHOK CHOK. NAWILŻANIE, CZYLI SZTUKA LŚNIĄCEJ CERY.

Na własnym przykładzie wiem, jak bardzo staramy się wysuszyć i zmatowić naszą skórę. Azjatki działają odwrotnie – intensywnie ją nawilżają i ich celem jest lśniąca (nie mylić z nieestetycznie świecącą) skóra. W tym rozdziale dowiemy się, jak można nawilżać skórę i jak odmienne są preparaty, które nam tę właściwość zapewniają. Znajdzie się tu kilka wskazówek dla każdego rodzaju cery, a zaproponowane przez autorkę kosmetyki wyglądają naprawdę ciekawie.

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 9

6. FILTR PRZECIWSŁONECZNY. NAJWAŻNIEJSZE SŁOWA W PIELĘGNACJI CERY.


To jeden z moich ulubionych działów. Zasadność stosowania kremów z filtrem została tu dokładnie wyjaśniona i choć ja nie podchodzę do tego tematu tak rygorystycznie, jak Koreanki, też znalazłam dla siebie coś interesującego. Najważniejszy jest dla mnie fragment o okularach – nie każdy jest świadom tego, że okulary z bazarku przynoszą więcej szkód, niż pożytku. Moim zdaniem w tej kwestii też powinno się edukować całe społeczeństwo.

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 10

7. TAJEMNY KOREAŃSKI RYTUAŁ PIELĘGNACYJNY W DZIESIĘCIU KROKACH – BEZ TAJEMNIC!

Kiedy zaczynałam moją przygodę z azjatycka pielęgnacją zupełnie inaczej wyobrażałam sobie dziesięć kroków ich pielęgnacji. Tutaj rzeczywiście jest to wytłumaczone prosto i zwięźle. Opisane jest tu wykonanie każdego z kroków, kosmetyki, których używamy, ich formuły, cechy, oraz ogólne zasady postępowania przy tak złożonej pielęgnacji.  Ten rozdział rozjaśnił mi kilka kwestii i był jednym z ciekawszych w tej książce.

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 11

8. ABC ZAKUPÓW KOSMETYCZNYCH, CZYLI JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY DLA SIEBIE PRODUKT.

Rozdział przygotowujący nas do praktycznego działania. Wystarczy rozpoznać swój typ skóry i wybrać kosmetyki o konkretnych właściwościach, co wcale nie jest łatwym zadaniem. Ten rozdział ma nam pomóc w odkryciu posiadanego przez nas typu skóry i wybrania odpowiednich formuł. Takie wskazówki mogą okazać się przydatne nawet podczas rutynowych zakupów zachodnich kosmetyków, więc ten rozdział również przypadł mi do gustu 🙂

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 12


9. TWOJE NAJLEPSZE OBLICZE: MODA I NIEWIDOCZNY MAKIJAŻ.


Wracamy stricte do azjatyckich tematów – tutaj autorka wypowiada się na temat koreańskiego makijażu oraz stylu mieszkanek tego państwa. Azjatycki makijaż znacznie różni się od tego promowanego w Europie i Stanach Zjednocznoych. Uważam, że zależy to przede wszystkim od urody mieszkańców, chociaż pewne kwestie można stosować z powodzeniem i u nas. Da się zauważyć, że coraz większą kwestię przywiązuje się do pozostawiania cery zdrowej i promiennej, a nie maksymalnie zmatowionej.

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 13

10. KOREAŃSKIE PIĘKNO WEWNĄTRZ I NA ZEWNĄTRZ: JAK TWÓJ TRYB ŻYCIA WPŁYWA NA SKÓRĘ.


W tym rozdziale znajdziemy raczej ogólne zasady, z których większość jest nam znana. Mam jednak wrażenie, a przynajmniej takie odnoszę po przeczytaniu tej książki, że na dalekim wschodzie świadomość w zakresie zdrowego trybu życia, jak i profilaktyki jest o wiele wyższa, niż u nas. Nie chodzi mi nawet o same badania, a prewencję, czyli zapobieganiu wszelkim dolegliwościom. Na szczęście i do nas przychodzi „trend” dbania o siebie – mam nadzieję, że nadal będziemy pędzić w dobrym kierunku.

charlotte cho, sekrety urody koreanek, recenzja opinia 14

11. MOJE SERCE JEST W SEULU, CZYLI GDZIE JEŚĆ, PIĆ, KUPOWAĆ I ROBIĆ SIĘ NA BÓSTWO.

Obok śmiesznej mapki, mamy w tym rozdziale opisane kilka miejsc w Seulu które, według Charlotte Cho, są warte odwiedzenia. Z tego co pamiętam, autorka nie ograniczyła się do samego przedstawienia tych zakątków, ale podała nawet przystanki, na których powinniśmy wysiąść, by znaleźć się jak najbliżej zwiedzanych obiektów, co potrafi znacznie ułatwić podróżowanie, ale na pewno nie zastąpi nam przewodnika.
Jak oceniam tę książkę? Jest to jedna z moich pierwszych książek urodowych, szczególnie tych o tematyce azjatyckiej i ze spokojem mogę wystawić jej wysoką notę. Większość informacji w niej zawarta jest zgodna z moimi przekonaniami i wiedzą, raczej nie znajdziemy w niej nic kontrowersyjnego, co mogłoby nam bardzo zaszkodzić lub było na bakier ze zdrowym rozsądkiem. Książka jest napisana bardzo łatwym językiem, dlatego można pochłonąć ją jednym tchem, a wywiady ze znanymi koreańskimi postaciami urozmaicają tekst. Myślę, że za jakiś czas wrócę do tej pozycji, by odświeżyć zdobytą dzięki niej wiedzę. Podoba mi się też fakt, że autorka, podając możliwe do kupienia kosmetyki kieruje się tym, co u niej się sprawdziło, poleca produkty różnych firm z różnych półek cenowych, oraz takie, które są i mniej i bardziej naturalne. Taka różnorodność sprawia, że jest duża szansa, że znajdziecie tu coś, co Was zainteresuje.

Czytałyście tę książkę? Podobaj Wam się poradniki i tematyce urodowej?

Pozdrawiam i PROSZĘ O WYPEŁNIENIE KRÓTKIEJ ANKIETY!

Uncategorized

REKONSTRUKCJA WŁOSA JOICO K-PAK | RELAKSUJĄCY ZABIEG W DAY SPA MAŁGORZATA BARTOSIEWICZ

29 lipca 2017
rekonstrukcja włosa joico k-pak

Cześć
Jakiś czas temu wygrałam na instagramie Pauli z bloga suchockapaula.blogspot.com voucher na zabieg rekonstrukcji włosa Joico K-Pak w salonie Day Spa Małgorzata Bartosiewicz. Przez brak czasu zdecydowałam się zrealizować go dopiero 5 lipca – po ostatnim egzaminie.
Moje włosy są raczej w dobrej kondycji, ale ostatnio, po zmianie wody jest z nimi gorzej – są bardziej suche i matowe, do tego mają skłonności do puszenia się. A jak zareagowały na taki zbieg? Na czym właściwie polega taka rekonstrukcja? Czy warto się na niego wybrać niezależnie od tego, czy mamy włosy zdrowe, czy nie? Na wszystkie pytania odpowiem w dalszej części wpisu 🙂

REKONSTRUKCJA WŁOSA JOICO K-PAK day spa małgorzata bartosiewicz białystok

REKONSTRUKCJA WŁOSA JOICO K-PAK day spa małgorzata bartosiewicz białystok 2

Na starcie wspomnę Wam o tym, jak wygląda sam salon. Ogromnym plusem jest fakt, że w Day Spa Bartosiewicz sala z fotelami, na której odbywa się właściwe strzyżenie, modelowanie, czy farbowanie, a także zabiegi, jest oddzielona od wejścia osobnym pokojem i korytarzem. Daje nam to pełny komfort i możliwość odprężenia – nikt nie biega, nie stresuje nas, nie otwiera drzwi i nie robi przeciągu. Nie słychać tu głośnych rozmów – można się wyciszyć i zrelaksować. Salon prezentuje się schludnie, wystój jest raczej minimalistyczny. Panuje w nim porządek. Na półkach poustawiane są kosmetyki, z którymi możemy się zapoznać – bliżej przyjrzeć obietnicom producenta czy składowi, ja akurat tę kwestię bardzo cenię.
Moje włosy oddałam w ręce Pani, która stworzyła to miejsce – Małgorzaty Bartosiewicz, która jest instruktorem i miała okazję czesać gwiazdy. Widać, że kocha to, co robi i wkłada w tę pracę serce. Posiada przy tym ogromną wiedzę i chętnie wchodzi w pogawędki na temat włosów (i nie tylko :P). Atmosfera, która panuje w salonie jest miła i przyjemna – na starcie zaproponowano mi coś ciepłego do picia, a podczas zabiegu byłam dokładnie informowana o tym, co dzieje się na mojej głowie.

REKONSTRUKCJA WŁOSA JOICO K-PAK day spa małgorzata bartosiewicz białystok 3

Zabieg rekonstrukcji to cztery kroki, które doprowadzają nas małymi krokami do pięknych, zdrowych i lśniących włosów. Etapy te to:
Krok 1 – OCZYSZCZANIE
Skutecznie usuwa wszelkie mikrozanieczyszczenia. Włosy stają się perfekcyjnie świeże.
Krok 2 – WYGŁADZANIE
Dokładnie wyrównuje powierzchnię. Włosy stają się idealnie gładkie i miękkie.
Krok 3 – REKONSTRUKCJA
Intensywnie odbudowuje i naprawia strukturę. Włosy stają się elastyczne i sprężyste.
Krok 4 – NAWILŻANIE
Dogłębnie nawilża i nadaje elastyczność. Włosy stają się lśniące i podatne na układanie.
W każdym z tych kroków używane były konkretne produkty Joico. Zaczęłyśmy od szamponu, przeszłyśmy przez zakwaszacz, a skończyłyśmy na bogatej masce. Mocno oczyszczający szampon pozbył się z moich włosów zanieczyszczeń, sebum, a także nadbudowanych substancji – protein, czy silikonów niezmywalnych wodą i lekkimi detergentami. Rozchyla on łuski i pozwala składnikom kolejnych produktów przenikać w głąb włosa. Zakwaszacz ma na celu przywrócenie włosom odpowiedniego pH, wpływa też pozytywnie na domykanie wyżej wspomnianych łusek, a przez to wygładzenie włosa i jego blask. Maska zawiera naturalną keratynę wysokiej jakości, pochodzenia zwierzęcego (a nie roślinnego, jak w wielu preparatach drogeryjnych), która jest naturalnym budulcem naszych włosów. Uzupełnia ona ubytki i zniszczenia, dociąża włosy i sprawia, że nie tylko wyglądają zdrowiej, ale takie też są. 

REKONSTRUKCJA WŁOSA JOICO K-PAK day spa małgorzata bartosiewicz białystok

Sam zabieg trwał naprawdę dość długo – myślałam, że wyrobię się w godzinkę, a spędziłam w salonie prawie dwie – dobrze, że zarezerwowałam więcej czasu 😛 Niektóre kroki były powtarzane, a każdy z produktów przebywał na włosach kilka minut – po to, by miał czas zadziałać. Podczas zabiegu możliwy jest masaż – fotele wyposażone są w taką funkcję, dlatego nawet długie minuty, które musimy na nim spędzić nie są niczym uciążliwym – źle znoszę wizyt u fryzjera, bo od miski boli mnie szyja – tu była tak wyprofilowana, że aż tak tego nie odczułam, dodatkowo lekkie wibracje powodowały, że moje zmęczone mięśnie mogły w końcu przestać się spinać 😛 Ważną informacją jest fakt, że przez 48 godzin od zabiegu niewskazane jest mycie włosów.

REKONSTRUKCJA WŁOSA JOICO K-PAK day spa małgorzata bartosiewicz białystok 5

Jakie efekt uzyskałam po zabiegu? Piękne,zadbane i gładkie włosy. Od razu po wyjściu z salonu były dociążone i bardzo lśniące – miałam wrażenie, jakbym wykonała zabieg keratynowego prostowania, a nie rekonstrukcji maską. Sam zabieg nie polegał przecież na wprasowywaniu keratyny we włosy pod wpływem gorącej temperatury – całość przypominała domową pielęgnację – szampon, produkt zakwaszający i maska. Dziś mija 24 dni od zabiegu – to ponad 3 tygodnie. Jak wyglądają więc moje włosy? Niestety dociążenie znikło, ale naturalny, piękny blask nadal jest widoczny. Włosy są mocne, ale lekkie, niestety woda w moim rodzinnym domu przestała mi służyć. Rekonstrukcję włosa od Joico można wykonywać cyklicznie, zależnie od stanu włosów – na rozjaśnianych częściej (np. raz na miesiąc czy dwa), a na farbowanych mniej więcej co 3 miesiące, a na naturalnych nawet co pół roku. Mi sam zabieg się podobał, dobrze jest go zafundować przed jakimś większym wyjściem. Efekty możecie znaleźć niżej.

REKONSTRUKCJA WŁOSA JOICO K-PAK day spa małgorzata bartosiewicz białystok efekty na włosach
1. WŁOSY UMYTE SILNIE OCZYSZCZAJĄCYM SZAMPONEM, BEZ ODŻYWKI, SPUSZONE PO DESZCZU – ZDJĘCIE BEZ FLESZA.
2. WŁOSY PO ZABIEGU REKONSTRUKCJI WŁOSA JOICO K-PAK – ZDJĘCIE BEZ FLESZA.
3. WŁOSY PO ZABIEGU REKONSTRUKCJI WŁOSA JOICO K-PAK – ZDJĘCIE Z FLESZEM.
Wybrałybyście się na taki zabieg? Jak podoba Wam się salon? Co sądzicie o efektach?
Pozdrawiam :*