PROJEKT DENKO

PROJEKT DENKO PAŹDZIERNIK 2018

3 stycznia 2019
projekt denko październik 2018

Cześć!

Czas uporać się z zaległymi projektami denko. Miałam nie wrzucać tu tych wpisów, ale zużyłam kilka ciekawych kosmetyków, o których chciałabym Wam opowiedzieć. W październiku udało mi się wykończyć ich naprawdę dużo, dlatego jeśli ciekawi Was naturalna pielęgnacja, azjatyckie smaczki i kolorówka – zapraszam do dalszej części wpisu.

Przy okazji chciałabym życzyć Wam wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Mam nadzieję, że będzie on jeszcze łaskawszy i lepszy niż poprzedni. Poza tym, niech spełnią się wszystkie nasze cele, marzenia i postanowienia! Trzymam za to kciuki.

Ecospa, Purederm, Benton fermentation skin essence i eye cream, Neutrogena maska i żel w jednym, tonik ecolab, płyn micelarny tołpa, projekt denko

Produkty do twarzy

  • Mustela sun SPF 50+, mleczko przeciwsłoneczne do twarzy (niestety na zdjęciu brak, musiałam wyrzucić pudełko)

To hit moich wakacji. Niedrogi produkt (zapłaciłam za nie około 38 złotych), który chronił przed słońcem skórę mojej twarzy, dodatkowo ją pielęgnując i nie powodując zapychania. Początkowo obawiałam się, że może zadziałać u mnie komedogennie lub aknegennie, ale na szczęście pogorszenie stanu skóry nie miało miejsca. Kosmetyk ma pojemność 40 mililitrów i wygodną pompkę. Dzięki lekkiej konsystencji (ma postać mleczka) łatwo się rozprowadza i nie pozostawia smug. By dokładnie pokryć nim skórę twarzy zużywałam dwie pompki na jedną aplikację. Ochronił mnie przed powstaniem przebarwień posłonecznych czy utrwaleniem blizn i przebarwień potrądzikowych. Dzięki natłuszczającym właściwościom zapobiegał wysuszaniu się skóry.

Nie bielił skóry, ale na twarzy zostawiał tłustą i lepiącą warstwę. Nieznacznie przyspieszał przetłuszczanie się skóry, ale by to opanować wystarczyło ściągnięcie nadmiaru sebum za pomocą chusteczki czy bibułki matującej. Nie pogarszał zbyt mocno trwałości mojego makijażu. Będę do niego wracać.

  • Benton, Fermentation Essence

Mój kolejny ulubieniec, produkt, który zaczęłam używać na wiosnę. Później stosowałam tę esencję pod filtr, by zwiększyć poziom nawilżenia mojej skóry. Mimo tego, że jest to kosmetyk azjatycki ma naprawdę dobry i przyjazny skórze skład. Jej konsystencja przypomina nieco gęstszą niż tradycyjnie wodę. Szybko się wchłania, a do aplikacji na twarz i szyję wystarczą dwie pompki. Nie ma zapachu i koloru, pozbawiona jest więc potencjalnych alergenów.

Po kilku tygodniach stosowania zauważyłam, że moja skóra była o wiele bardziej nawilżona, gładka i elastyczna. Suche skórki pojawiały się u mnie znacznie rzadziej. Po kilku miesiącach koloryt lekko się wyrównał, a przebarwienia nie były tak widoczne. Pojedyncze wypryski goiły się znacznie szybciej i nie pozostawiały po sobie aż tak widocznych plam, jakie to miały w zwyczaju. Więcej znajdziecie w jego recenzji. Jak dla mnie to świetny produkt pielęgnacyjny i na pewno wrócę do tej esencji w przyszłym roku.

  • ECO Laboratorie (EcoLab), tonik do twarzy nawilżający do skóry suchej i wrażliwej

Długo zastanawiałam się przed półką po którą wersję tych kosmetyków powinnam sięgnąć – po tę do cery suchej i delikatnej, czy po tę do tłustej i problematycznej. Ostatecznie wybrałam wersję z olejkiem z róży, ponieważ słyszałam na jej temat o wiele więcej pozytywnych opinii. Kiedy korzystałam z tego toniku moja skóra była lekko podrażniona i zaczerwieniona, szczególnie na policzkach.  Ten tonik łagodził podrażnienia i sprawił, że moja skóra nie była nieprzyjemnie napięta. Wydaje mi się, że dodatkowo nawilżał skórę. Na szczęście nie powodował u mnie powstawania wyprysków, ale wiem, że ten produkt może się do tego u niektórych osób przyczynić. Zawiera w składzie delikatny detergent i olej migdałowy, które mogą zapychać.

Polubiłam go i chętnie przetestuję drugą wersję, która jest skierowana do pielęgnacji bardziej tłustej skóry.

  • Tołpa Dermo Face Rosacal, łagodny płyn micelarny do mycia twarzy i oczu

To płyn, który poleciał ze mną do Londynu – potrzebowałam czegoś malutkiego, a że był na cenie na do widzenia, to postanowiłam przetestować mój pierwszy micel z Tołpy. Niestety zawiodłam się. O ile dobrze radził sobie ze zmyciem makijaży twarzy, oczu i ust, tak wcale nie był delikatny. Ani skóra mojej twarzy, ani oczy nie są bardzo wrażliwe, a po tym płynie piekły mnie niemiłosiernie. Owszem, należę do osób, które muszą delikatnie traktować swoją cerę, ale naprawdę rzadko coś tak mocno mnie podrażnia. Zużyłam go, ale więcej do niego nie wrócę.

Niestety Tołpa to marka, wśród której częściej spotykam buble, niż kosmetyczne hity. Szkoda.

  • Neutrogena, Visibly Clear, maska i produkt do oczyszczania 2 w 1

To kosmetyk, który kupiłam w niemieckiej sieci drogerii DM. Użyłam go tylko kilkakrotnie, większość nadal jest w opakowaniu, ponieważ ten produkt za długo stoi już na półce i powinnam się go czym prędzej pozbyć. Był średnim kosmetykiem – ani mnie nie skrzywdził, ani nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Lekko oczyszczał skórę, nie podrażniał jej i chłodził. Jako żel praktycznie się na mojej skórze nie sprawdził, mam potrzebę używania lżejszych i pieniących się kosmetyków, a nie czegoś o tak ciężkiej konsystencji.

Mam co do niego mieszane uczucia i raczej nie planuję do Neutrogeny wracać.

  • Opti Free, RepleniSH, płyn do soczewek

Jeden z moich ulubionych płynów do pielęgnacji soczewek. Zazwyczaj używam nieco innego rodzaju, ten kupiłam na promocji w Super Pharm – 2 duże butelki za niecałe 50 zł. Nawilżał trochę słabiej, niż ten, po który sięgam zazwyczaj, ale nie było to na tyle niekomfortowe, bym narzekała. Jeśli po raz kolejny trafię na taką promocję chętnie po nie sięgnę.

Pełna recenzja tego kremu znalazła się już na blogu, ale wspomnę o nim kilka słów w tym poście. Jest to krem o lekkiej konsystencji, który szybko się wchłania, pozostawia buzię satynową, matową i dobrze sprawdza się stosowany pod makijaż. Nawilża i chroni przed niekorzystnymi zjawiskami pogodowymi. Czy spełnia rolę filtru antysmogowego? Nie wiem, ale muszę przyznać, że podczas jego stosowania moja skóra wyglądała ładnie.

Miał przyjemny, lekko orzechowy zapach i był bardzo wydajny. Podobał mi się fakt, że nie wpływał negatywnie na trwałość makijażu. Stosowałam go zarówno na dzień, jak i na noc, czasem odstawiałam na krótki okres, zależnie od potrzeb mojej skóry. Nie spowodował u mnie wysypu zaskórników i niedoskonałości, dlatego wpisuję go na listę bezpiecznych kremów. Być może jeszcze do niego wrócę.

Tytuł tego akapitu przeniesie Was do pełnego opisu tego kosmetyku. Polecam, u mnie się sprawdził.

  • Purederm, Blueberry Collagen Mask, maska do twarzy w płachcie

Maska w płachcie, która nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Ładnie złagodziła i odświeżyła skórę, niestety nie zauważyłam żadnych spektakularnych efektów. Spodziewałam się po niej czegoś więcej, chociażby bardziej długotrwałego działania. Znam lepsze maski tego typu, więc do tej nie zamierzam wracać.

Plus za ładny zapach.

  • Benton, Fermentation Eye Cream, krem pod oczy

Podobnie jak esencja, o której pisałam wyżej, ten krem to produkt azjatycki o dobrym składzie. Pokochałam go tak samo jak jego siostrę, której używałam w pielęgnacji twarzy. Według mnie to najlepszy krem pod oczy z jakim miałam do czynienia. Po pierwsze, jest niesamowicie wydajny – ma dość gęstą formułę, która jest jednocześnie łatwa w aplikacji i szybko się wchłania. Świetnie nawilża nawet najbardziej suche okolice, w moim przypadku to zewnętrzne kąciki, w których często zbierają mi się łzy. Dobrze sprawdza się zarówno na dzień, pod makijaż, jak i na noc. To produkt bardzo uniwersalny, bezzapachowy, bezpieczny.

Po dłuższym okresie stosowania zauważyłam, że skóra wokół oczu miała bardziej jednolity koloryt, cienie się zmniejszyły, a dolina łez nie była już tak bardzo widoczna. Podobnie jak w przypadku esencji – będę do niego wracać, to mój ulubieniec.

  • Ecospa, zestaw DIY, serum z kwasami PHA 16%

Produkt, który wybrałam sobie w ramach prezentu na spotkaniu blogerek, niestety zupełnie się u mnie nie sprawdził. Opowiem najpierw o samym sporządzeniu mikstury. Przyznam, że było to zadanie proste, a instrukcje jasno określały kolejne kroki. Myślałam, że tworzenie własnych kosmetyków jest trudniejsze, okazało się jednak, że poradziłam sobie z tym nawet ja – osoba, która ma do DIY dwie lewe ręce.

Zestaw zawierał wszystkie potrzebne składniki, łącznie ze szklaną buteleczką z ciemnego szkła, atomizerem i etykietką. Ta część testów bardzo mi się podobała i skłoniła do częstszego wykonywania podobnych eksperymentów.

Przechodząc do użycia – postanowiłam najpierw wykonać próbę uczuleniową – zawsze robię tak z kosmetykami zawierającymi kwasy. Okazało się, niestety, że ta mieszanka bardzo mnie podrażnia, powoduje silne zaczerwienienie, ocieplenie skóry, a także lekkie pieczenie i uciążliwe swędzenie. Dobrze, że nie użyłam tego serum na całą twarz, bo chodziłabym przez kilka godzin jako uroczy buraczek. Ubolewam, że to serum się u mnie nie sprawdziło – chyba w moim przypadku bezpieczniejsze będzie sięganie po gotowe preparaty.

greenfrog żel pod prysznic, balea żel pod prysznic, peeling mauritius doktor irena eris, żel do higieny intymnej sylveco, facelle, antyperspirant garnier, olejek do ciałą bielenda, ostropesti szałwia

Produkty do ciała

  • Sylveco, łagodny żel do higieny intymnej

To żel, który kupiłam zachęcona pozytywnymi opiniami. Chciałam wypróbować czegoś innego, bo zazwyczaj wracam regularnie do Facelle i Lactacydu. Ten żel ma bardzo wodnistą konsystencję i praktycznie się nie pieni. Niestety nie czułam po nic tego pozytywnego, delikatnego oczyszczenia, miałam wrażenie, że podmywam się samą wodą. Dodatkowo, choć producent zamieścił o tym wzmiankę, mój żel szybko stał się nieklarowny, a na dole butelki zbierał się osad.

Połowę wylałam do zlewu, bo niestety miałam wrażenie, że wywołał u mnie upławy, z którymi nigdy nie miałam problemów. Jak lubię produkty Sylveco tak tego nie polecam.

  • Greenfrog Botanic, naturalny żel pod prysznic geranium i mięta pieprzowa

Wybierając żele pod prysznic kieruję się tym, czy mają w składzie SLS bądź SLES i inne silne detergenty – następnie patrzę na inne ich właściwości i resztę składu. Ten żel znalazłam w pudełku kosmetycznym. Miał ziołowy zapach, cytrusowy z jakąś odświeżającą nutą. Był bardzo rzadki, przez co uciekał przez palce i znaczna jego część marnowała się i lądowała w odpływie. Podobał mi się jego skład, nie wysuszał skóry, chociaż bazował na zmydlonym oleju kokosowym. Zawierał olejek z pelargonii i z mięty pieprzowej, więc te, które wypisane są w jego nazwie,  a także sok z liści aloesu. Dobrze się u mnie sprawdzał, ale znam lepsze i tańsze żele, które są również bardziej wydajne. Raczej do niego nie wrócę, choć pod względem działania nie mam mu nic do zarzucenia.

  • Dr Irena Eris Spa Resort Mauritius, Energetyzujący mus peelingujący

To bardzo fajny, średnio mocny zdzierak do ciała. Ma ciekawą konsystencje gęstego musu i pachnie przepięknie – wakacjami w tropikach. To zapach egzotyczny, owocowo słodki i ładujący pozytywną energią. Sam peeling ma dość grube ziarenka, które rozpuszczają się pod wpływem wody, ale nie są na tyle ostre, by kaleczyć skórę. Peeling pozostawia ją gładką i nawilżoną, chociaż nie ma zbyt wielkiej zawartości składników nawilżających i olei, więc w miejscach bardzo przesuszonych (np. łydki) konieczne jest użycie balsamu czy masła.

Dobrze się u mnie sprawdzał, polubiłam go, ale pewnie przez wzgląd na cenę już do niego nie wrócę.

  • Garnier neo, antyperspirant w suchym kremie fresh blossom

Ten krem to mój ulubiony typ antyperspirantu – po pierwsze – nie brudzi ubrań, po drugie – świetnie chroni, a poza tym przyjemnie pachnie i jest wydajny. Próbuję z innymi kosmetykami z tej kategorii, ale zawsze wracam do niego z podkulonym ogonem. Wiem, że zawiera aluminium, ale czytałam o tym ostatnio w książce dr Kristi Funk i jak dotąd nie potwierdzono jego związku z występowaniem raka piersi. Wybieram więc sole aluminium i suche pachy, zamiast nieestetycznych plam i nieprzyjemnego zapachu. Będę do niego wracać.

  • Facelle, płyn do higieny intymnej sensitive

O tym gagatku będzie krótko, bo niejednokrotnie się tu u mnie przewijał. Używam go regularnie do kilku lat i uważam, że to najlepszy płyn do higieny intymnej, dodatkowo w bardzo dobrej cenie. Jest delikatny, nie podrażnia, odświeża i powoduje, że czuję się czysto, bez jednoczesnej sterylności. Będę do niego wracać, wybieram różne wersje oprócz tej 50+ i z każdej jestem zadowolona.

Olejek, o którym już pisałam na blogu i podtrzymuję moje stanowisko. Polubiłam produkty z tej serii, mają piękne zapachy, dobre działanie i przyjazne składy. Olejek był czymś pomiędzy zwykłym olejem, a jego suchym odpowiednikiem, przy krótkim masażu dość dobrze się wchłaniał i nie lepił, pozostawiał skórę miękką, nawilżoną i wyrównywał koloryt. Trochę zabrakło mi w nim nawilżającego pierwiastka, dlatego używałam go na zmianę z balsamami. Mimo wszystko uważam, że to dobry kosmetyk, dużo bardziej wydajny niż myślałam, że będzie. Jak na razie mam spore zapasy w produktach do pielęgnacji ciała, ale być może jeszcze do niego wrócę.

Pełną recenzję przeczytacie po kliknięciu w nagłówek tego akapitu.

  • Balea, żel pod prysznic, kokos i egzotyczne kwiaty

Jeden z mniej kremowych żeli Balei, chyba ostatni, który się u mnie uchował. Z jednej strony kocham te żele za piękne, pobudzające zmysły zapachy, z drugiej, nie mogę ich używać zbyt często, bo bardzo wysuszają moją wrażliwą skórę. Ten zapach, mimo tego, że był limitowaną, letnią edycją, okazał się być głęboki i otulający, przypominał mi sobą jakieś perfumy i budził u mnie pozytywne skojarzenia. Dobrze się pienił, był całkiem wydajny, a zapach utrzymywał się na skórze na długo po prysznicu. Niestety, tak jak wspomniałam, wysuszał moją skórę.

Będę do tych żeli raz na jakiś czas wracać, ale nie robię sobie nadziei na ich codzienne stosowanie. Szkoda, bo kiedyś naprawdę je lubiłam.

szamon z hibiskusem kafe krasoty, szampon z solą z morza martwego fitokosmetik

Produkty do włosów

  • Kafe Krasoty, szampon regenerujący do włosów farbowanych i zniszczonych

To szampon, o którym opowiadałam Wam już na blogu w ramach akcji z ulubieńcami miesiąca. Mimo tego, że nie mam ani włosów farbowanych, ani mocno zniszczonych, to lubię sięgać po delikatne produkty, które będą we właściwy sposób je pielęgnować, nie przyczyniając się do powstania nowych uszkodzeń. Szampon z Kafe Krasoty poleciła mi Agnieszka z wwwlosy.pl kiedy szukałam czegoś, co dobrze oczyści skórę głowy, pozostawi włosy miękkie na długości i nie spowoduje, że u nasady będą oklapnięte. Szampon ten bazuje na wodzie z hibiskusa i zawiera łagodne detergenty oraz multum olei – między innymi olej pszeniczny, arganowy i migdałowy. Nieco dalej znajduje się też sodium coco sulfate, który jest nieco silniejszym detergentem, porównywalnym czasem do rozcieńczonego SLeSu, który nie ma jednak w naturze uczulania i wysuszania skóry.

Szampon też dobrze się u mnie sprawdził, nie przyspieszał przetłuszczania włosów i nie spowodował powstania łupieżu Był bardzo, bardzo wydajny, pięknie pachniał i świetnie się pienił. Jeszcze do niego wrócę!

  • Fitokosmetik, szampon do włosów z solą z Morza Martwego

Szampony Fitokosmetik są jednymi z moich ulubionych, postanowiłam więc przetestować wersję z solą z Morza Martwego, która przeznaczona jest do przetłuszczającej się skóry głowy. Szampon był dobry, nie przyspieszał przetłuszczania włosów, nie plątał ich, nie powodował powstawania łupieżu, ale nie był tak delikatny i skuteczny za razem jak szampony z glinkami. Zdecydowanie wolę te bardziej kremowe wersje i to do nich będę regularnie wracać. Na pochwałę zasługuje też fakt, że te szampony kosztują niewiele, bo około 12 zł.

pixie, puder matujący kapok tree powder, rusz sensique, korektor affinitone

Produkty do makijażu

  • Makeup Revolution, Conceal & Define, kryjący korektor w odcieniu C1 (niestety również nie trafił na zdjęcie)

Kupiłam ten korektor już kilka tygodni (a może nawet miesięcy) po premierze, skuszona wieloma pozytywnymi opiniami na jego temat. Miał być to zamiennik Tarte Shape Tape, a że tamten jest dla mnie nieosiągalny a poza tym wcale nie ma idealnego składu – skusiłam się na tańszą opcję. Wybrałam, wydaje mi się, najjaśniejszy odcień, który wcale nie jest aż tak jasny i nie nadawałby się u mnie do rozjaśniania okolic pod oczami czy centralnej części mojej twarzy. Może i po wykonaniu swatcha wygląda jasno, ale później stapia się ze skórą i raczej dopasowuje się do jej kolorytu. Plus za to, że nie ma wielkich skłonności do ciemnienia, więc po kilku godzinach nie wyglądam jak panda z pomarańczowymi obwódkami wokół oczu.

To ciężki produkt o średnim kryciu, który nie maskuje w 100% moich cieni pod oczami. Mimo przypudrowania lekko zbierał się w załamaniach, ale wszystkie korektory mają u mnie do tego tendencje – być może taka moja natura. Może obciążać i wysuszać skórę pod oczami i na powiekach, ja jednak używam intensywnie nawilżających kremów, więc nie miało to u mnie miejsca. Ma wygodny, dość duży aplikator. Niestety szybko się skończył, mimo tego, że stosowałam go raczej w minimalnej ilości. Nie został moim ulubieńcem, ale nie mogę go też nazwać bublem. Jest średniakiem, trochę się na nim zawiodłam i nie wiem, czy jeszcze do niego wrócę.

  • Pixie Cosmetics, puder matujacy Kapok Tree Powder

Kosmetyk WOW! To niekwestionowany numer jeden wśród pudrów, których miałam okazji używać. Używa się go w niewielkiej ilości, dosłownie na czubek pędzla, przez co jest bardzo wydajny. Taka ilość pozwala na dokładne utrwalenie makijażu i zmatowienie skóry, na szczęście nie jest to płaski mat. Efekt pudrowości jest niewielki, szybko znika. Ten puder dosłownie wygładza skórę, sprawia, że jej faktura jest jedwabista, nawet u osoby z niedoskonałościami (jestem tego doskonałym przykładem). Do tego trzyma makijaż na buzi od rana do wieczora, przez co mam na myśli nawet 12 godzinne uczelniane eskapady (wstaję o 6:00, maluję się o 6:30, a makijaż zmywam koło 22:00). Nie zapycha, nie wysusza, nie powoduje powstawania wyprysków.

Przez moment zdradzałam go z kosmetykiem, który chciałam wykończyć, ale nawet nie dorasta ma do pięt. W zapasie mam kolejene dwa opakowania i nie zawaham się ich użyć.

  • Sensique, tusz do rzęs Long Lashes

Dobry tusz z silikonową szczoteczką. Może nie dawał efektu sztucznych rzęs, ale ładnie je wydłużał i lekko pogrubiał oraz podkręcał końcówki. Nie osypywał się, nie oblepiał rzęs grubą warstwą, początkowo byłam do niego sceptycznie nastawiona, ale podczas używania zmieniłam zdanie. Nie podrażniał oczu, nie niszczył rzęs, zmywał się dość łatwo, po olejku i płynie micelarnym nie było po nim śladu. To moje małe zaskoczenie, nie wiem czy do niego wrócę, ale używałam go z przyjemnością.

  • Maybelline, Affinitone korektor w odcieniu 01 Nude Beige

Kultowy korektor, który niekoniecznie się u mnie sprawdził. Z jednej strony nie mam mu nic do zarzucenia, bo całkiem dobrze krył cienie pod oczami, miał lekką formułę i nie wchodził bardzo w załamania, z drugiej strony był dość ciemny i pod koniec dnia miałam lekko pomarańczowe obwódki pod oczami, a przecież za każdym razem dokładnie do przypudrowywałam. Ta właściwość go u mnie skreśla, wiem, że jestem blada, ale to nie powód, by na niego nie narzekać. Zawiódł mnie i nie zamierzam do niego wrócić.

To by było na tyle. Spodobał Wam się któryś z tych produktów? Gdybym miała wybrać trzy zdecydowanie byłaby to seria z Bentona i puder Pixie.

Pozdrawiam!

elfnaczi

Spodoba Ci się także: