NACOMI | PEELING DO TWARZY Z KORUNDEM PRZECIWTRĄDZIKOWY I WYGŁADZAJĄCY | MOC DROBINEK

nacomii peeling z korunem przeciwtrądzikowy wygładzający z borówką z pokrzywą

Hej!
Przyznam, że myślałam, że z nadejściem wiosny będzie mi dużo łatwiej zebrać się do pracy, ale ostatnio weekend zdezorganizował wszystkie moje plany, a ja nie mogę się jakoś pozbierać do kupy. Dlatego też w ogóle nie było mnie na Waszych blogach, nie odpowiadałam również na komentarze – mam nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych dni uda mi się nadrobić zaległości i nie będę musiała się Wam kolejny raz z nich tłumaczyć 😛
Przechodząc stricte do tematu posta – uważam, że usuwanie martwego, zrogowaciałego naskórka jest bardzo ważnym aspektem dbania o skórę – i twarzy, i ciała. Komórki naskórka mogą blokować ujścia gruczołów łojowych i przyczyniać się do powstawania zaskórników i wyprysków. Są także idealnym dla bakterii siedliskiem do bytowania – mają wtedy prawdziwą ucztę! Pokażę Wam dziś dwa kosmetyki, które służą mi ostatnio jako zdzierak suchych skórek – czy jestem z nich zadowolona? Zapraszam na wpis o peelingach z korundem od Nacomi – wygładzającego i przeciwtrądzikowego.

nacomii peeling z korunem z borówką z pokrzywą wygłądzajacy przeciwtrądzikowy

Obietnice producenta



Wersja wygładzająca z borówką
Naturalny peeling do twarzy wygładzający
przeznaczony jest do regularnej pielęgnacji twarzy. Delikatne
oczyszczanie skóry pomaga szybciej pozbyć się toksyn z organizmu, co ma
znaczny wpływ na wygląd zewnętrzny i stan zdrowia. Doskonale dotleniona
skóra dłużej zachowuje blask, jędrność i jest bardziej odporna na
niszczące działanie czynników zewnętrznych. Naturalne olejki – ze
słodkich migdałów i z awokado – intensywnie nawilżają nawet głębokie
warstwy skóry, wygładzając drobne zmarszczki i przebarwienia. Olejek z
dzikiej róży bogaty w witaminę C i prowitaminę A pomaga wzmocnić skórę,
stymulując ją do odnowy i zapobiegając pękaniu naczynek krwionośnych.

Wersja przeciwtrądzikowa z pokrzywą
Naturalny peeling przeciwtrądzikowy do
twarzy intensywnie oczyszcza pory i pomaga pozbyć się martwego naskórka.
Zabieg peelingujący przy użyciu kosmetyku Nacomi aktywuje naskórek do
regeneracji; oczyszczona skóra staje się lepiej dotleniona i ukrwiona.
Peeling jest polecany szczególnie dla osób mających problemy ze skórą
tłustą i mieszaną, oraz dla tych, których skóra ma skłonności do
powstawania wyprysków i zaskórników. Ekstrakt z pokrzywy i skrzypu
polnego normalizują wydzielanie sebum i tonizują skórę. Olejek ze
słodkich migdałów wygładza skórę i ujednolica kolor, dlatego przy
długotrwałym stosowaniu blizny i niedoskonałości stają się mniej
widoczne.

Opakowanie

Są to dość klasyczne, małe, przeźroczyste tubki o pojemności 75 mililitrów. Zamknięcie sprawnie się otwiera i nie utrudnia wydobywania kosmetyku podczas mycia twarzy. Tubka jest wykonana z miękkiego plastiku, dlatego wyciskanie resztek nie stanowi większego problemu. Grafiki są proste, delikatnie się od siebie różnią. Na odwrocie znajdziemy potrzebne informacje, tj. skład, obietnicę producenta i termin ważności po otwarciu.

Skład

Wersja przeciwtrądzikowa (nowa wersja)
Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (olej ze słodkich migdałów), Alumina (korund), Macadamia Ternifolia Seed Oil (olej z orzechów makadamia), Glycerine (gliceryna), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Helianthus Annuus Seed Oil (olej słonecznikowy), Tocopheryl Acetate (octan tokoferylu – pochodna witaminy E), Surcose Laurate (mieszanina cukru i nienasyconego kwasu laurylowego), Sclerocarya Birrea (Marula) Seed Oil (olej marula), Mangifera Indica Extract (ekstrakt z owoców mango), Aqua (woda), Parfum (zapach), CI75470, Benzyl Salicylate (salicylan benzylu), Limonene, Linalool, Citronellol, Citral, Geraniol (substancje zapachowe pochodzenia naturalnego).
Wersja wygładzająca
Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (olej ze słodkich migdałów), Alumina (korund), Persea Gratissima (Avocado) Oil (olej awokado), Glycerine (gliceryna), Helianthus Annuus Seed Oil (olej słonecznikowy), Tocopheryl Acetate (octan tokoferylu – pochodna witaminy E), Surcose Laurate (mieszanka cukru i oleju roślinnego, nienasyconego, laurylowego), Musk Rose (Rosa Moschata) Seed Oil (olej z róży rdzawej), Vaccinum Myrtillus Fructus Extract (ekstrakt z owoców borówki czarnej), Aqua (woda), Parfum (zapach), CI 42051.
Podoba mi się fakt, że składy rzeczywiście są naturalne. Bazują na wielu olejach, które pozostawiają na skórze lekko tłustą, okluzyjną warstwę. Jak widzicie – skład peelingu przeciwtrądzikowego się zmienił, moim zdaniem n gorsze, ponieważ znikły z niego wszystkie składniki z etykiety – skrzyp, pokrzywa, olej jojoba – szkoda. Wcześniej wybrałabym wersję zieloną, teraz będę pewnie wracać do borówkowej. Plus za obecność witaminy E, która działa na naszą skórę regenerująco. Oleje, które występują w składach obu tych kosmetyków mogą być komedogenne. Ja nie zmywam tłustej warstwy i nic złego nie dzieje się z mojej skóry. Peelingów używam około 7-8 miesięcy.

Peeling do twarzy Nacomi przeciwtrądzikowy z korundem, pokrzywą i skrzypem polnym  Peeling do twarzy Nacomi wygładzający z korundem, olejem z dzikiej róży i borówką.

Dostępność

Produkty Nacomi są coraz lepiej dostępne – wcześniej widywałam je tylko w internecie – w drogeriach internetowych czy w sklepie producenta, natomiast od niedawna wszystkie nowości systematycznie wprowadzane są w Hebe. Uważam więc, że kosmetyki te są stosunkowo łatwe do zdobycia, za co mają u mnie wielki plus – w każdym momencie mogę je dokupić.

Wydajność

Jedna tubka, używana mniej więcej raz w tygodniu starczyła mi na mniej więcej 6 miesięcy stosowania. Peeling ma niezwykle kremową, ciekawą konsystencję, przez co potrzebna jest niewielka jego ilość, żeby dokładnie wykonać masaż skóry twarzy. Uważam, że to dobry wynik, tym bardziej, że kosmetyk bazuje w pewnym stopniu na naturalnych składnikach i po dłuższym czasie mógłby się zepsuć lub stracić właściwości.

Cena 

Zależnie od sklepu cena się waha – ja swój kupiłam w Hebe na promocji -40%, czyli za 12 złotych. W promocji 1+1 można dorwać go za 10 złotych. Standardowa cena w Hebe wynosi 20 złotych, na stronie producenta natomiast jest to 25 złotych. Moim zdaniem jest ona atrakcyjna i niezbyt duża, tym bardziej, że są to kosmetyki polskiej produkcji.

Peeling do twarzy Nacomi przeciwtrądzikowy z korundem, pokrzywą i skrzypem polnym  Peeling do twarzy Nacomi wygładzający z korundem, olejem z dzikiej róży i borówką.

Moja opinia

Tak jak wspominałam na samym początku tego wpisu – zdzieranie martwego naskórka jest ważnym etapem w planie mojej pielęgnacji. Chociaż w dużej mierze korzystam z naturalnych kosmetyków do makijażu, to nadal używam drogeryjnych podkładów, które w niewielkim, ale jednak, stopniu zapychają moje pory. To samo tyczy się filtrów przeciwsłonecznych, po które teraz, wiosną, sięgam ze znacznie większą częstotliwością. 
Od dobrego peelingu wymagam skuteczności. Lubię czuć na mojej skórze drobinki i wykonywać nimi masaż, dlatego zazwyczaj sięgam po te mechaniczne. Do tego rodzaju zaliczają się również bohaterowie dzisiejszego posta, czyli peelingi Nacomi. Bazują na korundzie, czyli minerale. Owszem, jest to sól aluminium, natomiast wbrew opinii niedoinformowanych osób nie jest ono w tym przypadku szkodliwe ani dla nas, ani dla środowiska – minerał ten występuje naturalnie w otaczającym nas ekosystemie. 
Mimo posiadania niewielkich drobinek scrub ten jest prawdziwym mocarzem! Skóra po taki masażu jest lekko zaczerwieniona, ale nie podrażniona, a suche skórki nie mają po nim prawa bytu – nawet na moim problematycznym, wiecznie suchym nosie. Wystarczy niewielka jego ilość – pod wpływem wody żelowy olejek zmienia się w biały krem. Tak jak pisałam, pozostawia po spłukaniu lekko tłustą warstwę, którą ja zostawiam na skórze na noc.
Czy rzeczywiście te kosmetyki można nazwać „domową mikrodermabrazją” tak, jak robi to producent? Owszem. To naprawdę intensywnie działające produkty, dlatego nie polecałabym ich osobom z wrażliwą skórą, aktywnym trądzikiem czy uszkodzeniami naskórka – mogą wtedy zdziałać więcej szkody niż pożytku. 
Widziałam w Hebe ich nowe wersje – nie mają formy żelu, tylko kremu, składy prawdopodobnie uległy zmianie, a całość podobno zmieniła się na gorsze… Mam nadzieję, że to tylko spekulacje, bo te kosmetyki stały się jednymi z moich ulubionych.

Czy kupię ponownie?

Tak! Te peelingi to prawdziwi strażnicy gładkiej skóry! 😀 Będę szukała dla nich zastępstwa, ale jeśli znajdę gdzieś te wersje, które teraz posiadam – chętnie wrzucę je do koszyka 🙂

Peeling do twarzy Nacomi wygładzający z korundem, olejem z dzikiej róży i borówką. Peeling do twarzy Nacomi przeciwtrądzikowy z korundem, pokrzywą i skrzypem polnym
Lubicie peelingi z korundem? Częściej wybieracie te mechaniczne, czy enzymatyczne?
Pozdrawiam cieplutko! :*

YANKEE CANDLE | WILD MINT | TEGO SIĘ PO NIM NIE SPODZIEWAŁAM!

yankee candle wild mint wosk

Cześć!
Odkąd mam nowy kominek, a za oknem przyjemniejszą aurę chętniej sięgam po woski. Lubię otaczać się pięknymi zapachami, w mojej kolekcji nie mogło więc zabraknąć wiosennej edycji zapachów Yankee Candle – w ciągu najbliższych kilku weekendów postaram się Wam je krótko opisać i zrecenzować 🙂 Na pierwszy ogień idzie coś, co najbardziej mnie ciekawiło – Wild Mint. Po więcej informacji zapraszam dalej 😛

wild mint yankee candle wosk

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o chłodnym i ostrym zapachu świeżej dzikiej mięty.

Cóż… Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że tak prosta kompozycja może być nudna i nieciekawa. Nic bardziej mylnego. Wild Mint to zapach, który kojarzy mi się z latem spędzanym na wsi. Zbieraniem mięty rosnącej w przydomowym ogródku i suszeniem jej na herbatę.

Jest to zapach bardzo realistyczny, w niczym nie przypomina mięty z pasty do zębów czy gum do żucia. Kojarzy się z moją babcią, ziołami i jej naturalnymi naparami. Cieszy mnie fakt, że ten zapach nie został przesłodzony, zmieniony, że jest po prostu naturalny.

Ma dobrą moc, chociaż nie jest to zapach, który będzie grał w domu czy mieszkaniu pierwsze skrzypce. Pozwala mi się odprężyć i zrelaksować, a czasem naprawdę tego potrzebuję 🙂
Czy go polecam – owszem – jeśli lubisz miętę, taką prosto z ogródka – na pewno Ci się spodoba.
Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 9 złotych.

wosk wild mint yankee candle
Co sądzicie o takich prostych, nieskomplikowanych zapachach? Spodobałby się Wam, czy nie?

BEZPRZEWODOWE SŁUCHAWKI SUDIO SWEDEN | CZY WYGLĄD IDZIE W PARZE Z JAKOŚCIĄ?

sudio sweden vasa bla białe słuchawki bezprzewodowe

Hej!
Z muzyką jestem związana od dziecka – uwielbiałam jej słuchać, śpiewać i tańczyć. Niejednokrotnie wylądowałam przez to na zajęciach śpiewu, czy w chórku szkolnym, mam też nadzieję, że dostanę się do chóru uczelnianego – to nie lada osiągnięcie – w tym roku przyjęli bardzo mało kandydatów i mnie nie było w ich gronie – muszę próbować za rok 😛
Kiedy nadarzyła się okazja przetestowania kolejnych słuchawek – nie mogłam odmówić. Do tego takich słuchawek, które wizualnie są dopasowane do mojego gustu i telefonu 😀 Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat słuchawek bezprzewodowych VASA BLÅ od Sudio Sweden i obudowie na iPhone 6S – zapraszam!

sudio swened bezprzewodowe słuchawki vasa bla białe

Zaczniemy od najważniejszego, czyli od tego, jak te słuchawki grają. Jestem przyzwyczajona do dobrej jakości dźwięku, nigdy nie miałam jednak słuchawek z najdroższej półki cenowej, ale zazwyczaj wybierałam te, których brzmienie przypadło mi do gustu. VASA BLÅ dobrze odtwarzają zarówno wysokie jak i niskie dźwięki. Basy i soprany brzmią czysto i klarownie, naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Przez mnogość rozmiarów gumek, które można dopasować do szerokości kanału słuchowego, słuchawki dobrze wyciszają dźwięki pochodzące z zewnątrz, co sprawia, że jeszcze lepiej odbieramy to, co włączymy na telefonie. Mikrofon również działa bez zarzutu – rozmówca dobrze nas słyszy, my go również, co nie zawsze funkcjonuje tak dobrze w przypadku innych modeli słuchawek.

Oprócz samego dźwięku ważnym punktem jest też żywotność baterii.  Producent obiecuje, że słuchawki pozwolą nam cieszyć się ośmiogodzinnym słuchaniem muzyki i przyznam, że jest to wynik osiągalny. Nie wiem, ile dokładnie muzyki słucham, ale wiem, że spędzam 20 minut w autobusie jadąc z zajęć do domu, miałam tych kursów już kilkanaście, a słuchawki nadal działają – jeszcze ich nie ładowałam.

Co do samego wyglądu – słuchawki dostępne są w 4 kolorach, ja wybrałam jeden z najbardziej klasyczny – biały z dodatkami w odcieniu rose gold. Słuchawki mają dość krótki przewód, który nie plącze się na szyi czy torsie. Umieszczone są na nich dwa prostokątne słupki – jeden to akumulator, do którego możemy podłączyć kabel USB i naładować słuchawki, drugi to przyciski funkcyjne. Dodatki w kolorze różowego złota nadają ich wyglądowi niezwykłej elegancji. Do słuchawek dołączany jest pokrowiec zamykany na zatrzask który chroni je przed zniszczeniem podczas przenoszenia, np. w torebce.
bezprzewodowe słuchawki bluetooth vasa bla sudio sweden

SPECYFIKACJA TECHNICZNA

  • Obudowa: materiał kompozytowy, aluminium
  • Wykończenie: wysoce wypolerowane metalowe krawędzie
  • Model: doszune, Bluetooth 4.1
  • Waga: 22 gram (obudowa)
  • Zasięg: 10 metrów
  • Żywotność baterii: 8 godzin (przy ciągłym użytkowaniu), 10 dni (rezerwy)
  • Czas ładowania: 10 minut (możliwość ponownego włączenia słuchawek), 120 minut (pełne naładowanie)

słuchawki bluetooth vasa bla bezprzewodowe sudio sweden

Jakie są instrukcje producenta co do włączania, wyłączania i parowania słuchawek z innymi urządzeniami?

Słuchawki bardzo łatwo można sparować z naszymi urządzeniami, przez
które chcemy odtwarzać muzykę. Aby połączyć się z naszymi urządzeniami
należy włączyć bluetooth w telefonie, laptopie czy tablecie, wystarczy
przytrzymać środkowy przycisk na słuchawkach przez 7 sek. zaświecą się
one na niebiesko a za chwilę na czerwono i w ten sposób nasze słuchawki
pojawią się na urządzeniu, z którym chcemy się połączyć. Aby włączyć i
wyłączyć słuchawki należy przytrzymać 3 sek. środkowy przycisk w
słuchawkach. Przy włączeniu nasze słuchawki będą świecić się z przerwami
na kolor niebieski a jeśli je wyłączymy zapali się dioda na czerwono
oraz będzie sygnalizował o tym krótki dźwięk , przez co bez żadnego
problemu będziemy wiedzieć, czy nasze urządzenie jest włączone czy też
wyłączone.
Słuchawki możecie kupić w 4 wariantach kolorystycznych:
– czarne,
– granatowe,
– białe,
– różowe
Na stronie Sudio Sweden znajdziecie również inne rodzaje słuchawek  między innymi przewodowe, czy nauszne.

słuchawki bezprzewodowe vasa bla sudio sweden

Cieszę się, że miałam możliwość przetestowania słuchawek Sudio Sweden. Znalazłam coś, co odpowiada nie tylko moim zmysłom estetycznym, ale uwalnia też dźwięk dobrej jakości, który sprawia, że słuchanie każdego rodzaju muzyki jest przyjemnością – od klasycznej, bo gitarowe riffy. Kabel często przeszkadzał mi w wykonywaniu codziennych czynności, a teraz pozbyłam się tego problemu 😀 Przy noszeniu tych słuchawek nie czuję dyskomfortu czy bólu w uszach, niestety z jednego kanału nadal potrafi mi czasem wypaść słuchawka – taki już mój urok, obojętnie jakich bym nie używała – i tak czasem mi się do zdarza. Przez to, że mają spory zasięg nie muszę mieć telefonu blisko przy sobie, przez co nie muszę się martwić, że mój iPhone znów zaliczy bliskie spotkanie z podłożem.
Etui do telefonu, które jest dołączone do słuchawek, jest wykonane z plastiku, na szczęście z dbałością o każdy szczegół – nie ma tu żadnych ostrych krawędzi czy niedoróbek. Fajnie się sprawdza, chociaż ja wolę te miękkie, słodkie obudowy – mam w sobie coś z dzieciaka 😛
Cieszę się, że do słuchawek został dołączony klips i pokrowiec – wiem, że ich nie zgubię i że nie zniszczą się tak szybko. Kabel jest szeroki, przez co bardziej odporny na przerwanie. Przyciski funkcyjne działają bez zarzutu, łączenie przez bluetooth również. 
#Sudio #SudioSweden #SudioMoments
Mam dla was zniżkę 15% na wszystkie produkty, które znajdziecie na stronie 
Kod zniżkowy dla was to : elfnaczi15

vasa bla sudio sweden słuchawki bezprzewodowe
 Co sądzicie o tych słuchawkach? Wolicie przewodowe czy wersję z kablem?
Pozdrawiam :*

NACOMI | PEELING KAWOWY KOKOSOWY | CZARNY CHLEB I CZARNA KAWA… :P

Hej!
Znów moje planowanie postów i pisanie ich na zapas legło w gruzach – kolokwia potrafią nieźle namieszać, ale w sumie co to byłyby za studia, gdyby nikt nie weryfikował naszej wiedzy 😛 Post pojawia się zatem nie we wtorek, a w środę, ale jest, jak zwykle, dopieszczony 😀 Kolokwium z biochemii zaliczyłam, więc strat nie odnotowuję 😛
Wracając do tematu dzisiejszego tekstu – peelingi stosuję od lat, ale dopiero niedawno poznałam ich prawdziwą moc. Wcześniej stosowałam je nieregularnie, raz na „ruski miesiąc”, dlatego nie zauważałam długofalowych korzyści płynących z częstego sięgania po te kosmetyki. Teraz, kiedy moje ciało nie wygląda już jak ciało kilkunastolatki, a kobiety, postanowiłam o nie bardziej zadbać. Czy regularne peelingowanie mi w tym pomogło?
Zapraszam Was na wpis dotyczący jednego z moich ostatnich ulubieńców – peelingu kawowego do ciała Nacomi o zapachu kokosa. Jeśli jesteście ciekawi, czy taki rodzaj peelingu mi się spodobał – zapraszam do dalszej części posta 🙂

Obietnice producenta

Co to jest?

Peeling
suchy jest w 100% wegański. Jest to połączenie „suchych” naturalnych
składników z naturalnymi olejami . Ten mechaniczny peeling rozpieści
Twoją skórę i sprawi, że zakochasz się w nim bezgranicznie. Twoja skóra
będzie Ci wdzięczna i w zamian da Ci piękny, zdrowy wygląd. Cellulit,
rozstępy i sucha skóra- te słowa na zawsze odejdą w niepamięć. Dzięki
niemu możesz się poczuć jak w najbardziej ekskluzywnym SPA a zapach
pobudzi, a zarazem odpręży.

Podsumowując:
• pomaga zwalczać cellulit i rozstępy
• nawilża , odżywia i regeneruje skórę,
• złuszcza martwy naskórek i pomaga w oczyszczaniu z toksyn
• uelastycznia i ujędrnia skórę
• poprawia wygląd i koloryt skóry
• wygładza i nawilża skórę
• chroni skórę przed utratą wody
• świetnie nada się jako peeling przed opalaniem, lub różnymi zabiegami


Nasz peeling można określić 4 słowami:
VEGAN– wszystkie składniki są pochodzenia roślinnego
NATURAL– na próżno szukać SLS, parabenów i innych „ulepszaczy”
HANDMADE– produkowane ręcznie
EFFECTIVE– intensywne działanie ujędrniające

Opakowanie 

Przyznam się szczerze, że, pewnie jak większość z Was, zwracam dużą uwagę na opakowania. Peeling Nacomi zapakowany jest w papierowy woreczek, który dodatkowo wzmocniony jest od środka folijką – ma ot zapobiegać przemoczeniu się zawartości pod prysznicem.
Pod kątem estetycznym takie rozwiązanie bardzo mi się podoba – strunowa, papierowa torba, minimalistyczne naklejki – rzeczywiście kosmetyk ten kojarzy mi się z produktami ECO.

Z drugiej strony, praktycznej, jestem trochę rozczarowana, bo po zamoczeniu pod prysznicem torba nie prezentuje się już tak fajnie, jak na zdjęciu wyżej. Zawartość nadal jest jednak sucha, czyli główne założenie zostało spełnione.

Opakowanie zawiera 200 gramów suchego peelingu.

Skład

Coffea Robusta Seed Powder (puder z ziaren kawy kongijskiej), Sucrose (cukier),
Maris Sal (sól morska), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (olej ze słodkich migdałów), Cocos Nucifera
(Coconut) Oil
(olej kokosowy), Cocos Nucifera Fruit Extract (ekstrakt z owoców kokosa), Theobroma Cacao (Cocoa)
Seed Butter
(masło kakaowe), Tocopheryl Acetate (octan tokoferylu, czyli pochodna witaminy E), Parfum (zapach).

Jestem osobą, która stara się zwracać uwagę na skład, ale nie unikam panicznie wszystkich potencjalnie szkodliwych składników. Tutaj nie mam się do czego przyczepić – skład jest świetny, rzeczywiście naturalny. Bazuje na ziarnistej kawie i cukrze, które mocno ścierają martwy naskórek. Sól występuje nieco dalej w składzie, dlatego peeling ten nie podrażnia mojej skóry nawet po depilacji. W skład tego kosmetyku wchodzą też oleje – ze słodkich migdałów i kokosowy, a także masło kakaowe, które natłuszczają nasze ciało i sprawiają, że jest ono gładkie i miękkie – nie ma potrzeby używania balsamów. Warstwa okluzyjna nie jest lepka i od razu po wyjściu spod prysznica można nakładać na siebie piżamki. Ja jestem jak najbardziej na tak! 🙂

Cena

Na stronie producenta i w większości drogerii oryginalna cena tego peelingu to około 45 złotych. Uważam, że to spory wydatek, jak na peeling, ale nadal jest on tańszy w porównaniu do BodyBoom. Swój egzemplarz kupiłam na promocji w Hebe (obejmowała ona wtedy wszystkie kosmetyki Nacomi) za 25 złotych – moim zdaniem deal życia 😛 Warto polować więc na promocje i kupić wtedy 2 opakowania 🙂

Wydajność

Używałam tego peelingu kilkakrotnie i zużycie jest widoczne, ale nie powiedziałabym, że duże. Nakładając go na skórę nie żałuję go sobie i często dokładam. Nadal mam w opakowaniu ponad połowę zawartości, więc starczy mi jeszcze na kilka dobrych miesięcy. Myślałam, że skończy się o wiele szybciej, pozytywnie się jednak zaskoczyłam.

Dostępność


Produkty Nacomi dostępne są na stronie producenta – detal.nacomi.pl – a także w innych drogeriach internetowych, między innymi na mojej ulubionej cocolita.pl. Stacjonarnie, tak jak już wspominałam, można znaleźć go w Hebe i tam polecam się za nim rozglądać – szczególnie na promocjach (ja skorzystałam z -40% na wszystkie produkty Nacomi :D).

Moja opinia

Na początku byłam sceptycznie nastawiona do tego typu peelingów. Wydawało mi się, że mogę kupić paczkę mielonej kawy i zadziała ona tak samo – po co płacić więc grube pieniądze za coś, co nie wprowadza do naszego życia nic innowacyjnego. Kiedy na rynku dostępny był tylko BB i rozpętał się prawdziwy „szał” – przyznam, że i we mnie coś drgnęło – przecież ja, BLOGERKA, muszę wypróbować wszystkie smaczki 😀

Kiedy dowiedziałam się, że Nacomi wyprodukowało peelingi kawowe, a dodatkowo, że wchodzą one do Hebe pomyślałam, że mogłabym jeden z nich kupić. Kiedy znalazłam promocję – nie mogłam się oprzeć i… wysłałam po niego Mateusza 😀

Peelingu używam raz w tygodniu, najczęściej w weekend, sobotę lub niedzielę. Nakładam go na lekko wilgotne ciało – nie osypuje się wtedy i osiada na skórze, przez co łatwiej jest wykonywać nim dokładny masaż. Masuję ciało przez kilka minut, potem spłukuję całość i cieszę się świetnymi, widocznymi od razu efektami.

Skóra jest wygładzona i napięta, po kilku razach stosowania ma ładniejszy koloryt. Nie mam wielkich problemów z cellulitem, ale ten peeling widocznie napina skórę, sprawia, że optycznie wygląda o wiele lepiej. Martwy naskórek jest efektywnie usuwany, peeling jest dość ostry, ale nie drapie i nie kaleczy.  Olejki natłuszczają ciało, ale nie lepią się, co jest dla mnie ogromnym plusem – nie przepadam za tłustym filmem, który mają w zwyczaju zostawiać niektóre produkty.

Opakowanie, mimo tego, że jest trochę niepraktyczne i nie wygląda już tak dobrze, jak na zdjęciach, nadal utrzymuje suche środowisko wewnątrz. Peeling nie zbryla się, nie pęcznieje, nadal ma taką samą formułę, jaką miał na początku, od razy po zakupie.

Przyznam, że niepotrzebnie opierałam się peelingom kawowym – nie dość, że dobrze i skutecznie działają, to pięknie pachną i pobudzają – od zewnątrz i wewnątrz. Na pewno będą miały jeszcze okazję się u mnie wykazać.

Czy kupię ponownie?

Mam do zużycia jeszcze ten i kilka innych peelingów kawowych, dlatego w najbliższym czasie do niego nie wrócę. Kiedy jednak moje zapasy się skurczą będę się za nim rozglądać, wybiorę jednak inna wersję zapachową – dostępna jest jeszcze zwykła, tradycyjna i truskawkowa – nie muszę chyba pisać, która interesuje mnie bardziej 😀

Jakie macie zdanie na temat gotowych, drogeryjnych peelingów kawowych? Wolicie iść na łatwiznę, czy przygotować coś podobnego w domu?

WOODWICK | GREEN TEA & LIME | POBUDZAJĄCE POŁĄCZENIE + wyniki rozdania

woodwick green tea&lime wosk

Hej!
Dawno nie pisałam Wam nic na temat wosków, dlatego postanowiłam pokazać Wam dziś taki, który doda energii i sprawdzi się idealnie na ten miesiąc – w końcu w marcu, jak w garncu, a ten zapach ewidentnie usuwa złą pogodę i wszystkie negatywne emocje. Poza tym – zmieniamy sezon z zimowego na wiosenny, dlatego czas zaprezentować kilka świeżych propozycji. Jesteście ciekawi jak wypał u mnie zapach Green Tea & Lime od WoodWicka? Zapraszam dalej 🙂 

wosk woodwick green tea&lime 
Relaksująca natura ciepłej, zielonej herbaty zaparzonej z nutami odmładzającej mięty i limonki.
Wiecie, lub nie, jestem miłośniczką świeżych i owocowych zapachów. Owszem, zimą sięgam po cieplejsze i otulające aromaty, ale kiedy tylko słońce zaczyna mocniej przygrzewać znów zamieniam je na ulubione kompozycje. Wosk Green Tea & Lime to moje trzecie spotkanie z woskami firmy WoodWick i już teraz mogę powiedzieć, że na pewno nie będzie ono tym ostatnim.
Zielona herbata i limonka to połączenie idealne – rześkie i świeże. Zapach nie jest ani przytłaczający, ani dominujący – idealnie wpasowuje się w tło i pozwala cieszyć się sobą przed długi czas – nie ma mowy o bolącej głowie. Jest to zapach intensywny, szybko wypełnia nawet większe pomieszczenia. Opis producenta idealnie pokrywa się z moimi odczuciami. Zapach nie jest tak ostry, jak mogłoby się wydawać, są w nim ciepłe nuty, które wzmacniają się wraz z upływem czasu. W połączeniu tym przeważa zielona herbata, a nie cytrusy, z czego jestem bardzo zadowolona. Aromat, po zgaszeniu wosku, utrzymuje się w powietrzy dużo dłużej niż te z YC. 
Sojową klepsydrę znajdziecie na goodies.pl w cenie 9 złotych.
 woodwick wosk green tea&lime
Co myślicie o połączeniu zielonej herbaty i limonki? Jakie zapachy królują wiosną w Waszych mieszkaniach?
Pozdrawiam ♥

WYNIKI ROZDANIA

W rozdaniu wzięło udział 38 osób, ale kilka zgłoszeń nie było poprawnych – pamiętajcie, mam narzędzia do sprawdzania unfollow’ów na IG i łatwo jest mi sprawdzić, kto ucieka po kilku dniach zgłoszenia 😉 Kończąc negatywny przekaz – dziękuję Wam za wszystkie sugestie dotyczące wprowadzenia pewnych zmian na blogu – część z nich wezmę pod uwagę i postaram się powoli doskonalić moją stronę. Nie przedłużając jednak – maszyna losująca wybrała numerek 9, a osobą, która takowy dostała jest 
Marciik
Proszę o email z danymi!

ULUBIEŃCY LUTEGO | GOLDEN ROSE | PAESE | TISSERAND

Hej!
W końcu mamy weekend! Ja jestem z siebie dumna, bo w marcu, tak jak sobie założyłam, mimo kolokwiów i zaliczeń udaje mi się publikować posty we wtorki, piątki i niedziele! Jak widać, wszystko się da, wystarczyła tylko lepsza organizacja 😀
Kolokwium z anatomii nie poszło mi wcale tak źle, jak myślałam, jest nawet lepiej niż postawiona poprzeczka, dlatego od wczoraj mam dobry humor. Do tego słoneczna pogoda nadal się utrzymuje i w białostockim powietrzu czuć już wiosnę. 
Znając życie, następnych kilka tygodni zleci mi tak, że nie będę o nich pamiętać, więc uraczę Was dziś postem o ulubieńcach lutego – tradycyjnie będą to 3 kosmetyki – tym razem dwa kolorowe i jeden pielęgnacyjny. Jeśli jesteście ciekawi, jakie perełki znalazłam wśród produktów Paese, Golden Rose i Tisserand – zapraszam do dalszej części wpisu 🙂 

  • PAESE PUDER RYŻOWY MATUJĄCY

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu byłam osobą ze skórą mieszaną w kierunku tłustej, której strefa T po kilku godzinach świeciła się jak choinka przy Ratuszu w przeciętnym polskim miasteczku 😛 Teraz udało mi się zapanować nad produkcją sebum, owszem, nadal lekko święcę się w wyżej wymienionych miejscach, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, bo nie wpływa to negatywnie na jakość makijażu w ciągu dnia (a przynajmniej nie tak, jak kiedyś :P). 
Puder Paese pozwala mi dodatkowo utrzymać skórę w ryzach, przez co make-up dosłownie od rana do wieczora trzyma mi się w dobrym stanie. Puder ryżowy nie zapycha mojej skóry i jej nie wysusza, ale staram się dbać o jej nawilżenie podczas stosowania kosmetyków pielęgnacyjnych. Jest drobno zmielony, dlatego pudrowy efekt nie rzuca się aż tak mocno w oczy. Dobrze utrwala makijaż, dlatego może być stosowany zarówno na co dzień, jak i większe wyjścia. Puder w ciągu dnia absorbuje sebum, dlatego z czasem pudrowy, matowy efekt ustępuje lekkiemu błyskowi. Mam to opakowanie już prawie  8 miesięcy, w pudełku została mi nadal 1/3 kosmetyku. Matowi mocniej i na dłużej od pudru bambusowego. Polecam!

  • TISSERAND TEA TREE ESSENTIAL OIL ROLLER BALL

Od kilku miesięcy staram się łączyć naturalną pielęgnację z tą apteczną czy dermatologiczną i uważam, że daje to u mnie najlepsze efekty. Wtedy, kiedy nie używam maści z antybiotykiem staram się działać na wypryski innymi sposobami. Jednym z nich jest właśnie olejek z drzewa herbacianego. Wcześniej używałam zwykłego z apteki i mimo tego, że szybko usuwał niedoskonałości byłam w stosunku do niego sceptycznie nastawiona, bo  wysuszał to miejsce i na następny dzień nawet po przykryciu makijażem nie wyglądało dobrze.
Olejek z Tisserand kupiłam w TkMaxxie. Bazuje na oleju jojoba, który jest bezpieczny do stosowania w przypadku cery trądzikowej, posiada w składzie także olejek z drzewa herbacianego i inne olejki eteryczne, które działają na niedoskonałości jak magiczna różdżka! Bardzo lubię ten roller, stosuję go kilka razy w tygodniu. Pomaga zwalczać wypryski, nie wysusza skóry i jest przyjemny w użyciu. Mój hit!

  • GOLDEN ROSE LONGSTAY LIQUID LIPSTICK W KOLORZE 03

Niedawno w ulubieńcach pokazywałam Wam tę pomadkę, ale w „trupim” kolorze 10, w poprzednim miesiącu na moje usta często trafiała żywsza wersja, która przez niektórych uznawana jest za dzienny, delikatny kolor. Niestety w moim przypadku kolor nie jest tak delikatny, jak mogłoby się to wydawać, może przez to, że mam jasną skórę.
Na moich dość ciemnych ustach ten kolor wpada w fioletowy róż, wygląda na nich ładnie i uniwersalnie, pasuje do wielu makijaży. Jest chłodny, przez co optycznie wybiela zęby. Co jest ciekawe – w pomadce tej znajduje się różowy shimmer, który jest tak drobno zmielony, że nie da się wydzielić w nim pojedynczych drobinek. Po pomalowaniu ust widać go tylko na słońcu, jest to bardzo ciekawy efekt i chyba głównie przez wzgląd na tę cechę tak polubiłam tę pomadkę. Na ustach trzyma się bardzo długo, ale jednocześnie trochę je wysusza. Nie nakładam jej często, a na pewno nie codziennie – wtedy mogłaby mocno pogorszyć stan moich warg. Na imprezę z przyjaciółmi czy wieczorny wypad do kina jest jednak idealna – tylko coś bardzo tłustego jest w stanie ruszyć ją z ust 🙂

Mam nadzieję, że chociaż jeden z tych kosmetyków jest dla Was nowością – dla mnie pozytywnym zaskoczeniem był olejek z Tisserand – nigdy o nim nie słyszałam, dlatego nie oczekiwałam zbyt wiele. Bardzo się jednak co do niego myliłam 🙂 Puder Paese i szminkę Golden Rose kojarzyłam z innych blogów, więc wiedziałam, co brałam 😛
Wyniki rozdania pojawią się w niedzielę – muszę na spokojnie przejrzeć Wasze zgłoszenia, żeby nie oszukać i siebie i Was 😛
Który ulubieniec spodobał Wam się najbardziej? Jakie macie plany na weekend?
Pozdrawiam :*

RESIBO | OLEJEK DO DEMAKIJAŻU | HIT CZY KIT?

Cześć!
To, że przeżyłam poniedziałek oznacza, że praktycznie rzecz biorąc mam już weekend 😛 Poniedziałki są zawsze najgorsze, mam wtedy najtrudniejsze przedmioty i od rana do wieczora siedzę na uczelni. Później jest już z górki, dlatego cieszę się, kiedy ten straszny dzień dobiegnie już końca.
Ostatnio mało na moim blogu jest recenzji różnych kosmetyków, więcej było kolorówki, niż pielęgnacji, a to przecież do mnie nie podobne 😛 Chciałabym więc zaprosić Was dziś na nadrabianie kosmetycznych zaległości i moją recenzję słynnego już olejku do demakijażu od Resibo. Ciekawi Was, czy zrewolucjonizował mój wieczorny, pielęgnacyjny rytuał? A może interesuje Was jak taki kosmetyk sprawdza się na skórze skłonnej do zapychania i niedoskonałości? Jeśli tak – koniecznie przejdźcie do dalszej części wpisu 🙂

Obietnice producenta
Olejek doskonale oczyszcza skórę twarzy. Dlaczego? Ponieważ oleje
najlepiej rozpuszczają inne oleje, czyli sebum, a także produkty do
makijażu i zanieczyszczenia. Natomiast specjalne włókno ściereczki
dokładnie je pochłania i usuwa.
Jak to się dzieje, że olejek dobrze współgra zarówno ze skórą suchą, jak
i tłustą? Skóra twarzy posiada naturalną warstwę hydrolipidową, dzięki
której jest zabezpieczona przed negatywnymi czynnikami zewnętrznymi.
Oczyszczając skórę każdego dnia naruszamy warstwę ochronną – cera sucha
jest jeszcze bardziej odwodniona, natomiast tłusta broni się produkując
jeszcze więcej sebum.
Jak działa olejek? Olejek odżywia skórę suchą,
nawadnia i dostarcza jej brakujących składników odżywczych. Twarz staje
się gładka, miękka, zmarszczki i zaczerwienienia są mniej widoczne, a
uczucie ściągnięcia zlikwidowane. Przy cerze tłustej olejek reguluje
pracę gruczołów łojowych, dobrze ją oczyszcza oraz działa
antybakteryjnie.
Największą różnicę zobaczysz rano – przy regularnym
stosowaniu twarz staje się wypoczęta, świeża i naturalnie promienna.
Olejek do demakijażu – Resibo kosmetyki organiczne – naturalne zdrowe
kosmetyki.

Opakowanie

Opakowania wszystkich kosmetyków Resibo są bardzo podobne i nawiązują do natury. Brązowe tuby, w które są zapakowane przynoszą na myśl ekologiczne rozwiązania, które są bezpieczne dla środowiska. Zarówno na tubie, jak i opakowaniu olejku znajdziemy wszystkie najpotrzebniejsze informacje, takie jak sposób użycia i skład. Wewnątrz kartonika umieszczony jest też ręczniczek, który może służyć do ściągania olejku z twarzy, ja jednak nie używam go w tym celu. Pompka w buteleczce nie zacina się o dozuje odpowiednią ilość kosmetyku. 
Produkt nawet po długim czasie użytkowania wygląda jak nowy, jest ozdobą kosmetyczki i ładnie prezentuje się na toaletce – to mi się podoba. W opakowaniu znajduje się 150 mililitrów cennego olejku.

Skład

Linum Usitatissimum Seed Oil (olej z pestek lnu, jest bogaty w fosfolipidy, które wchodzą w skład błon komórkowych, pośrednio pomagają więc w utrzymywaniu równowagi wodno-lipidowej, zawiera też dużą dawkę witaminy E, która nazywana jest witaminą młodości – wszystko dzięki jej przeciwutleniającym właściwościom), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron, bogaty w witaminy A i B6, flawonoidy, nienasycone kwasy tłuszczowe i minerałów; jest raczej dobrze wchłaniany przez skórę i nie stosowane w nadmiarze powinien dobrze się wchłaniać i nie pozostawiać tłustej warstwy), Crambe Abyssinica
Seed Oil
(olej abisyński, jest stosowany w celu nawilżania nawet najbardziej suchej skóry, redukuje zmarszczki, dobrze penetruje w głąb naskórka, dlatego jest olejem, który dobrze się wchłania), Persea Gratissima Oil (olej awokado, bogaty w witaminy A,B,D,E,H,K,PP, dobrze nawilża skórę i sprawdza się świetnie nawet na tej najbardziej wrażliwej), Tocopherol (tokoferol, czyli witamina E; ma ona właściwości silnie regenerujące i łagodzące podrażnienia, tak jak pisałam wyżej jest to witamina młodości, ceniona w kosmetyce), Leptospermum Scoparium
Branch/Leaf Oil
(olej manuka, wykazuje silne działanie antybakteryjne, jest polecany w pielęgnacji skóry trądzikowej), Parfum, Limonene (substancje zapachowe).
Jak widzicie – skład jest dość krótki, ale treściwy. Nie można narzekać tu na nadmiar zbędnych składników – wszystko, co zostało tu zawarte pełni jakąś rolę i nie można odmówić marce staranności w przygotowaniu kosmetyków. Jedyny komponent, który może stanowić zagrożenie dla alergików to substancje zapachowe, ale wiem, że nieczęsto zdarza się, żeby ktoś był uczulony na Limonene, który jest pochodzenia naturalnego. Mi skład bardzo się podoba i przyznam, że chciałabym zobaczyć podobne wśród kosmetyków innych firm.

Cena

150 mililitrów olejku wraz z ręczniczkiem kosztuje aktualnie 60 złotych. Mam jednak wrażenie, że pół roku temu, kiedy ja zamawiałam ten kosmetyk był on zdecydowanie tańszy. Sprawdzałam podsumowanie mojego zamówienia na MintiShopie i we wrześniu cena tego samego olejku wynosiła 50 zł. Szkoda, że w tak krótkim czasie podrożał o 20%, tym bardziej, że od dawna jest hitem… Moim zdaniem nie było to miłe posunięcie ze strony firmy.

Wydajność

Olejku używam już od 6 miesięcy i nadal trochę i go w środku zostało. Myślę, że może uda mi się go zużyć do końca marca. Uważam, że to świetny wynik i pozostało mi mieć tylko nadzieję, że kolejne kosmetyki tego typu okażą się podobnymi mocarzami w tej kategorii. Przeliczając cenę kosmetyku na miesięczne koszty wydaje się ona śmiesznie niska i bardzo mnie to cieszy 😛

Dostępność

Olejek do demakijażu Resibo dostępny jest w wielu drogeriach internetowych, a także na stronie producenta.. Słyszałam też, że można kupić go stacjonarnie w niektórych sklepach zielarskich/ekologicznych, czy np. w krakowskim Pigmencie (szkoda, że mam tak daleko do Krakowa :P). Dostępność jest dobra, chociaż swego czasu ciężko było go dorwać. Na szczęście, na dzień dzisiejszy, nie ma z tym większych problemów.

Moja opinia

Długo po premierze wstrzymywałam się z zakupem olejku do demakijażu. Wydawało mi się, że moja mieszana skóra, dodatkowo trądzikowa, która przestała tolerować duże stężenie olei w pielęgnacji, tylko się po wprowadzeniu takiego kroku zbuntuje. Czekałam więc cierpliwie na jakieś szersze opinie na jego temat, szczególnie od osób borykających się z różnymi problemami dermatologicznymi.
Po kilku tygodniach spotkałam się praktycznie z samymi pozytywnymi opiniami na temat tego kosmetyku, dlatego ostatecznie zamówiłam go we wrześniu – wtedy, kiedy skończyły mi się inne kosmetyki do demakijażu oprócz płynu micelarnego. 
Olejek Resibo stosuję w pierwszej kolejności wieloetapowego oczyszczania skóry mojej twarzy. Zwilżam twarz wodą, żeby produkty w niej rozpuszczalne miały szansę zostać usunięte, a następnie masuję przez chwilę twarz olejkiem. Aby cieszyć się dobrymi efektami wystarczy jedna pompka olejku – doskonale radzi sobie ze zmyciem nawet bardziej opornej kolorówki (np. tuszu So Couture). Później zmywam olej płatkami nasączonymi płynem micelarnym, a jako zamknięcie procesu oczyszczania myłam twarz żelem Lipikar Surgras i pryskałam ją tonikiem. Takie dokładne mycie pozwoliło mi na dokładne usunięcie makijażu, resztek sebum i innych zanieczyszczeń, a także nie zmieniało pH mojej skóry i nie naruszało bariery lipidowej naskórka.
Jak zmieniła się moja skóra po kilku miesiącach zmywania makijażu olejami? Na pewno jest mniej reaktywna i mniej zaczerwieniona. Mam zdecydowanie mniej zaskórników, szczególnie na policzkach. Suche skórki pojawiają się znacznie rzadziej, ponieważ kosmetyki, których teraz używam nie ingerują tak mocno w to, co dzieje się na skórze. Nie zauważyłam poprawy w kwestii czasu gojenia się niedoskonałości, ale wiem na pewno, że olejek ten przyczynił się do powolnego procesu blednięcia przebarwień. 

Czy kupię ponownie? 

 

Cieszę się, że sięgnęłam po olejek do demakijażu Resibo, ponieważ pomógł mi w walce o piękną skórę. Jest ona teraz o wiele dokładniej oczyszczona, niż kiedyś, a dodatkowo nie pojawiają się na niej suche skórki – przynajmniej nie tak licznie, jak miało to miejsce kilka miesięcy temu. Polecam Wam ten olejek, mimo tego, że ostatnio jego cena wzrosła. To kosmetyk warty uwagi, jeden z najlepszych, jakie miałam ostatnio okazję używać 🙂

Stosujecie olejki w demakijażu swojej skóry? Co sądzicie o takim sposobie usuwania make-upu?
Pozdrawiam 😀

LUTY W ZDJĘCIACH | TYM RAZEM TO JA SIĘ POSTARAŁAM! :D

Cześć!
Jest niedziela a ja chciałabym zaprosić Was na jeden z lżejszych postów na moim blogu, który bardzo lubicie. Podsumuję dzisiaj luty w zdjęciach. Wbrew pozorom nie był to miesiąc nudy i stagnacji, a myślałam, że taki będzie ;P Jeśli jesteście ciekawi co się u mnie działo – zapraszam! Z kawą  herbatą! 😀


W lutym nie szło mi dobrze z czytaniem książek – ostatecznie skończyłam tylko dwie, ale nie uważam, żeby był to słaby wynik. W marcu nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, więc tego „rekordu” nie pobiję, ale mam nadzieję, że znajdę choć chwilę na książkę. W lutym przeczytałam tylko dwie książki J. Dashnera – „Więzień labiryntu” i „Próby ognia”. Choć sa to propozycje dla młodzieży nie czytało mi się ich zbyt łatwo, ale sama fabuła mnie wciągnęła – tym bardziej, że druga część w 95%  różniła się od tego co mogłam zobaczyć na filmie.

W ubiegłym miesiącu recenzowałam Wam też kosmetyki Lily Lolo i jednym z nich była paletka pięknych, neutralnych cieni, po którą nadal z przyjemnością sięgam. Widziałam różne opinie na jej temat, ale nie wszystkie podzielam. Owszem, pigmentacja jest słabsza niż w przypadku cieni sypkich, ale na co dzień jest wystarczająco dobra. Na bazie cienie trzymają się cały dzień. Jeśli macie ochotę przeczytać coś więcej na jej temat – zapraszam pod ten [LINK].
Kilka tygodni temu zorganizowałyśmy z dziewczynami cykl wpisów poświęcony naszym paznokciom. Jestem z Was dumna – seria świetnie się przyjęła, a Wy komentowałyście każdy post i zaglądałyście do innych dziewczyn. Lubicie czytać posty związane ze współpracą z innymi dziewczynami z blogosfery? O czym chcielibyście poczytać następnym razem? Na zdjęciu post o moich ulubionych kosmetykach do paznokci – [LINK] 🙂
Wracając do tematu książek – chciałam napisać, że czytnik Kindle jest dla mnie trafionym prezentem. Wydawałam na książki fortunę, teraz mogę pozwolić sobie na czytanie większej liczby pozycji. Do tego czytnik jest niewielki i zabranie go w podróż nie przysparza większych kłopotów. Teraz, kiedy zainwestowałam w etui lubię zabierać go na uczelnię – często mam spore przerwy między wykładami, a nie zawsze mam ochotę się uczyć i książka jest wtedy idealnym wyjściem z „kryzysowej” sytuacji 😛
Pozostając przy elektronicznych gadżetach w ferie wróciłam do gry mojego dzieciństwa Spell Force 2 i powspominałam stare, dobre czasy i granie w gry na zmianę z moim bratem 😛 Potrafiliśmy siadać razem do komputera i grać jedną kampanię, przy czym jedno grało, a drugie oglądało 😛 Oczywiście nie spędzaliśmy przed ekranem całego dnia, ale 4 zmiany po pół godziny to była norma 😀 Wiem, że grafika już nie ta, ale mam do tej pozycji sentyment.

Ulubieńcami stycznia była mgiełka Bath&Body Works, tusz Loreal Volume Million Lashes So Couture i znany wielu z Was rozświetlacz z My Secret. Nadal chętnie sięgam po te kosmetyki i pewnie nieprędko je odstawię. Mam za to problem z zeszłomiesięcznymi perełkami – muszę dobrze to przemyśleć, bo znalezienie tych trzech najfajniejszych nie należy do najłatwiejszych. Ostatnio rzadko trafiam na buble, a nie chcę ciągle polecać Wam tych samych produktów 😉 [LINK]
Słoneczne wschody słońca w lesie to coś, za czym tęsknię – w Białymstoku, mimo tego, że mieszkam na obrzeżach nie widziałam czegoś podobnego. Mam jednak nadzieję, że słońce zastąpi mi kolorowe niebo i w końcu pojawi się na dłużej niż kilka dni. Niedługo mamy pierwszy dzień wiosny, mogłoby zacząć świecić o wiele częściej i nie znikać tak szybko na rzecz deszczu i chmur 😛
W styczniu pisałam też egzamin z biofizyki, a w lutym jeździłam oglądać na Uniwersyet swoją pracę. Trochę się zawiodłam, spodziewałam się lepszej oceny, ale ostatecznie stwierdziłam, że cieszę się, że udało mi się zaliczyć wszystko w pierwszym terminie i wejść w drugi semestr z czystą kartą. Ta sesja nie będzie już tak prosta, bo czekają mnie aż cztery egzaminy + 2 praktyczne :C Mam nadzieję, że będziecie trzymać za mnie kciuki – chciałabym mieć spokojne wakacje i ominąć kampanię wrześniową 😀
Kolejnym postem z serii FebNails jest ten, który porównuje manicure hybrydowy i tradycyjny, obnaża wady i zalety każdego z nich. „Zmusiłam” was do dyskusji i jeśli miałabym podsumować wyniki – na dzień dzisiejszy większość z nas preferuje manicure hybrydowy, chociaż nie do końca zrezygnowała też z tego tradycyjnego. Sama jestem w tej grupie i choć od dwóch miesięcy nie miałam na paznokciach lakierów hybrydowych przyznam, że za nimi tęsknię. Cały post możecie przeczytać tu [LINK].

Jednym z prezentów walentynkowych była książka Hygge, czyli duńska sztuka szczęścia. Podobno hygge nie jest już w modzie, ale lubię czasem sięgnąć po takie lekkie pozycje i mam nadzieję, że niedługo przyjdzie na nią porą. Teraz przydałaby się raczej mojej mamie – nasz dom stoi w rozsypce i jest składany od nowa – wyobrażacie sobie pewnie ile nerwów nas to kosztuje 😛 Spokój i harmonia poszukiwane!

W lutym wygrałam konkurs u kochanej, wrednej i rudej osoby, czyli Justyny – drobiazgowarupieciarnia.blogspot.com. Nie spodziewałam się, że uda mi się zgarnąć jedną z tech nagród, która była zestawem peelingów Body Boom 😀 Miałam wielką ochotę na ich przetestowanie, a teraz mam taką możliwość. Aktualnie używam peelingu kawowego z Nacomi, ale chętnie je sobie porównam – jestem ciekawa, czy zauważę jakąś drastyczną różnicę. W tle – koteł – księżniczka, czyli Pipella 😀 
Luty nie mógł być miesiącem bez selfie, dlatego wstawiłam je AŻ dwa 😛 Pierwsze z nich widzicie powyżej, nie wiem, co mam o nim napisać, może tylko tyle, że jakaś niepodobna do siebie na nim jestem 😛 Bardzo podoba mi się natomiast to, jak ułożyły mi się włosy – mogłyby wyglądać tak codziennie, nie mam nic przeciwko. Do tego mazurska woda bardzo dobrze działała na moją skórę – w domu w ogóle nie miałam wyprysków, a skóra była nawilżona. Po powrocie do Białegostoku sytuacja zmieniła się o 180 stopni – mocno chlorowana woda i smog mi nie służą 😛
Z racji tego, że niedawno obchodziliśmy Dzień Kota chciałabym przedstawić Wam dwie kocice, które grzeją miejsce na mojej kanapie 😀 Pierwsza z nich, ta mała kuleczka to Pipella, która jest moim mruczkiem i przytulakiem. Zawsze kładzie się ze mną, ogląda filmy i nie odstępuje mnie na krok, szczególnie wieczorami 😛 Mogę ją nosić na rękach, w sumie wszystko jej jedno 😛 Gimnastyczka ze zdjęcia niżej to Perełka, 9-10 letnia kotka, która zaginęła i po 6 latach do nas wróciła – wychudzona i biedna, ale wróciła. Teraz leżałaby tylko w domu, przy grzejniku i nigdzie nie wychylała nosa. Bije si z Pipi, bo obie chcą rządzić… A podobno kocie kobiety miały umieć się dogadać 😛
Odwołując się do wyżej wspomnianego smogu – miałam wrażenie, że jeśli będę studiować blisko lasów, Mazur, czyli zielonych płuc Polski i w mniejszym mieście – jakość powietrza będzie bardzo dobra, a ja będę mogła cieszyć się wizytami w parkach blisko uczelni. Zdziwiłam się, kiedy czytałam wyniki badań – w Bydgoszczy, w samym centrum powietrze jest bardzo dobrej jakości, a u nas, w Białymstoku, tylko umiarkowanej. Spodziewałam się czegoś lepszego, ale sama nic z tym nie zrobię, mam nadzieję, że w przyszłości się to zmieni :C
Ostatnim wpisem z serii FebNails, który chciałam Wam zaproponować jest moja recenzja najlepszego żelu do skórek, który w mig rozprawia się nawet z twardszymi skórkami, które potrafią przysporzyć nam sporo kłopotów. Wiele z Was go lubi i poleca tak jak i ja, wcale się nie dziwię, że ten kosmetyk zyskał już łatkę kosmetyku kultowego. Z pełną recenzją zapoznacie się pod tym [LINKiem].

Pozostając w temacie paznokciowym – na nowo zakochałam się w lakierach Golden Rose, które oprócz Essie i Sally Hansen są moimi ulubionymi. Ten ze zdjęcia ma piękny, nieoczywisty kolor, który w zależności od światła zmienia swoją barwę – raz wydaje się bardziej czerwony, raz buraczany, a raz brązowy – coś niesamowitego. Lubię takie wielowymiarowe odcienie i najczęściej po nie sięgam. Teraz mam na paznokciach Fiji, ale ten pewnie niedługo znów wyląduje na moich pazurkach.
Pod koniec lutego miałam też okazję uczestniczyć w blogowym spotkaniu zorganizowanym przez Asię z bloga nienaltowskablog.pl i Michalinę z bloga brylantina.blogspot.com. Spotkanie było świetne, wiem, że niedługo szykuje się kolejne i mam nadzieję, że uda mi się w nim uczestniczyć. Na początku mocno się stresowałam, szczególnie przed wejściem do lokalu, ale teraz wiem, że nie było powodu. Dziewczyny są tak świetne, że nie powinnam w ogóle myśleć o żadnym stresie 😛 Pełną relację przeczytacie w osobnym poście – [LINK].
Na kolejnym zdjęciu możecie zobaczyć to, co udało mi się zużyć w styczniu. Było tego naprawdę sporo, znów zbliżam się do momentu, w którym zużyłam praktycznie wszystkie kosmetyki, które mam aktualnie zaczęte i zużycie czegoś nowego zajmie mi więcej czasu, niż tego, co było już zaczęte. Jakby tego było mało znów uzbierałam trochę kosmetyków – a to małe zakupy, a to upominki ze spotkania – moje plany minimalizacji zapasów jakoś nie mogą się zrealizować 😛 [LINK].
Na sam koniec – probówki, probóweczki z biochemii. Ostatnio niestety mamy nudne zajęcia, ale w tamtym semestrze było naprawdę ciekawie – czasem lubię pobawić się odczynnikami, szczególnie wtedy, kiedy doświadczenia są barwne i wychodzą nam ciekawe kolory. Gorzej, kiedy inkubuje się coś półtorej godziny i w międzyczasie bardzo nudzi 😛 Na szczęście prowadząca pozwala się wtedy uczyć albo po cichu rozmawiać, więc te chwile mijają nam naprawdę szybko 😛
Jak minął Wam luty? U mnie było intensywnie, tak jak widzicie. Które zdjęcie najbardziej przypadło Wam do gustu?
Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli :*

LIEBSTER BLOG AWARD | ULUBIONY KOSMETYK, BLOGOWE ŻYCIE I MÓL KSIĄŻKOWY

Hej!

Niestety dziś mam zajęcia do 19, na szczęście mogłam się trochę dłużej wyspać i zregenerować swoje siły – wczorajsze kolokwium z anatomii poszło mi średnio – sporo się uczyłam, czułam się w tym dziale całkiem nieźle, a wrażenia po klatce mam gorsze niż po GiSie, który miał być działem najtrudniejszym. Wniosek – czy się uczysz, czy nie i tak wychodzisz na tym słabo 😛 
Z racji wypadu z dziewczynami nie mogłam zrobić nowych zdjęć, zapraszam Was więc na nieco inny wpis, do którego nominowała mnie Marta z bloga marciik.pl. Dawno nie mówiłam Wam nic o sobie, a trochę ekshibicjonizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło 😛 Zapraszam!

1. Gdybyś miała
możliwość zamieszkać w jednym miejscu na ziemi – co byś wybrała i dlaczego?
Sama nie wiem.
Zawsze marzyło mi się mieszkanie w jakimś ciepłym kraju, ale w ciepłych krajach
jest zazwyczaj sporo „pajunków”, a ja się ich brzydzę. Szczególnie
tych wielkich, skaczących na ludzi xD Drugim miejscem, o którym pomyślałam,
jest kraj Kwitnącej Wiśni.
Japonia fascynuje mnie od dawna i choć wiem, że
raczej tam nie zamieszkam, to chciałabym chociaż wybrać się tam na wycieczkę.
To jedno z moich największych marzeń, mam nadzieję, że się spełni 🙂
2. Jaki
kosmetyk NAJCZĘŚCIEJ kupujesz? Co sprawia, że tak go lubisz?
Nad odpowiedzią
na to pytanie musiałam się trochę nagłowić. Ostatecznie podzieliłam moje
kosmetyki na dwie kategorie – pielęgnację i kolorówkę i wybrałam dwa produkty,
do których najczęściej wracam. Jeśli chodzi o pierwszą kategorię zdecydowanie
będzie to Effaclar Duo [+], którego recenzję możecie przeczytać pod TYMLINKIEM. Kolorówkę podbił Loreal ze swoją maskarą So Couture, która gościła
kilkakrotnie w mojej kosmetyczce 🙂
3. Jaki jest
Twój ulubiony cytat?
Wielu spośród
żyjących zasługuje na śmierć. A niejeden z tych, którzy umierają zasługuje na
życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Nie bądź więc tak pochopny w ferowaniu
wyroków śmierci, nawet bowiem najmądrzejszy nie wszystko wie.
John Ronald Reuel Tolkien – Władca Pierścieni
Wolę jedno
życie z Tobą niż samotność przez wszystkie ery tego świata.
John Ronald Reuel Tolkien – Władca Pierścieni
4. Miałaś
kiedyś ochotę usnąć bloga i już nigdy nie pojawić się w blogosferze?
Miałam i nadal miewam. Czasami dopada mnie kryzys, szczególnie wtedy, kiedy nic się na tym blogu nie dzieje, a ja nie mam ochoty napisać nawet zdania. Z jednej strony mam wtedy ochotę rzucić to wszystko, a z drugiej szkoda mi trochę tylu lat pracy, znajomości, tego, że mogę tu pisać o czymś, co jest dla mnie odskocznią od codzienności. Myślę, że każda z nas ma lepsze lub gorsze dni, ale najlepiej jest przekalkulować wszystkie rozwiązania i wtedy wybrać to najodpowiedniejsze.
5. Jaka jest
Twoja ulubiona liczba i dlaczego?
7 – tego dnia się urodziłam, w wielu kulturach ta cyfra jest tą doskonałą i uważam, że jest w niej coś ciekawego, na tyle, żeby choć trochę w to wierzyć 😉
13 – wszyscy mówią, że 13-stka jest pechowa, a ja ją lubię 😀 Nie wiem czemu, tak już mam. 
6.  Gdybyś
musiała pozbyć się wszystkich kosmetyków, ale z możliwością zostawienia sobie
TRZECH najpotrzebniejszych – co by to było?
La Roche Posay Lipikar Surgras – to uniwersalny żel, który mógłby służyć mi do mycia ciała, twarzy i włosów. Obecnie używam go tylko do twarzy, ale jakby zaszła potrzeba – sprawdziły się świetnie i na innych partiach naszego ciała.
La Roche Posay Effaclar Duo [+] – muszę wybierać między nawilżeniem, a walką z wypryskami i na dzień dzisiejszy trudniej jest mi osiągnąć sukces w tym drugim, dlatego wybieram kosmetyk, który pozwoli mi pozbyć się tego problemu. Z nawilżeniem bym sobie jakoś poradziła – hodowała aloes, czy coś 😛
Pierre Rene Skin Balance Cover – musiałam wybrać jakiś podkład, aktualnie najczęściej sięgam po kosmetyk Pierre Rene, dlatego uważam, że uczciwe byłoby wpisanie go na listę. Podkład to coś, bez czego nie mogłabym się ruszyć. O ile wyjście do sklepu bez makijażu nie stanowi dla mnie większego problemu, tak codziennych wypadów na uczelnię czy do jakiejś restauracji bez niego sobie nie wyobrażam. Muszę mieć coś, co przykryje przebarwienia, a podkład i ujednolici koloryt i posłuży za korektor 🙂
7. Jaka książka
jest Twoją ulubioną? Co sprawiło, że chętnie ją przeczytałaś?
Są trzy serie do których najczęściej wracam – „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkiena, „Wiedźmin” A. Sapkowskiego i Cykl o Kryalii, czyli „Trylogia Czarnego Maga” i „Trylogia Zdrajcy” T. Canavan. Domyślacie się pewnie,  że obie należą do fantasy – książki z tego gatunku lubię najbardziej, tę sympatię zaszczepił we mnie tata i pewnie do końca  życia ze mną pozostanie 😉 Mam nadzieję, że znajdę jeszcze takie książki, które przypadną mi do gustu tak, jak te wyżej 🙂 W tych pozycjach wciągnęła mnie historia, to, że autor pozwolił mi wcielić się w głównych bohaterów i fakt, że mimo że te książki nie należą do poradników udało mi się wyciągnąć z nich jakieś wnioski. Ba! Niektóre fragmenty zmusiły mnie nawet do pewnych refleksji.
8. Jakie jest
Twoje najlepsze wspomnienie z dzieciństwa?
Trudne pytanie. Miałam cudowne dzieciństwo i pamiętam z niego wiele przyjemnych chwil, ale najprzyjemniejszymi wspomnieniami są chyba wakacje z rodzicami. Od małego wyjeżdżaliśmy nad morze, cieszyliśmy się już na samą myśl! Mazurskie jeziora nie były dla nas niczym strasznym, a spanie w namiocie w ogródku pamiętam jako niezwykłą przygodę – szkoda tylko, że o drugiej, czy trzeciej w nocy płakaliśmy z bratem, że chcemy do domu, bo psy szczekają i nie możemy zasnąć 😛
9. Traktujesz
blog jako hobby czy dodatkowy zarobek? Co sądzisz o zarabianiu przez internet?
W moim przypadku blog to hobby, ale nie obraziłabym się, gdybym mogła dzięki niemu zarabiać. Mam nadzieję, że kiedyś osiągnę ten etap – w stronę wkładam sporo pracy, a czasu mam coraz mniej, dlatego miło byłoby mi, gdyby za ten wysiłek do skarbonki wpadło kilka groszy, które mogłabym zainwestować w coś dla siebie, albo dla Was – np. rozdanie 🙂  Uważam, że zarabianie przez internet to normalna praca i kibicuję osobom parającym się nią jak każdym innym 🙂
10. Jaką porę
roku lubisz najbardziej? Dlaczego?
Lubię dwie pory roku – wiosnę i lato. Wiosnę za to, że wszystko budzi się do życia, coraz częściej świeci słońce, jest zielono i kolorowo. Za to świeże powietrze, którym mogę cieszyć się u mnie na wsi. Lato kocham za ciepło, słońce, wakacje, możliwość wypoczynku i poleniuchowania. Za ciepłe wieczory i ogniska. Za moje urodziny też, bo 7 września to jeszcze kalendarzowe lato 😛 
11. Jakie blogi
czytasz najchętniej? Co spowodowało, że tam zaglądasz? Styl pisania, wygląd,
czy może tematyka?
Mam w liście czytelniczej wiele blogów, do których zaglądam i wiele z tych blogów naprawdę lubię. Na samym początku ważny jest dla mnie wygląd – to pierwsze wrażenie pozwala mi ocenić, czy jest to miejsce w sieci, do którego chcę wracać, które chcę odwiedzać. Jeśli coś mi się w wyglądzie podoba czytam wpisy i najczęściej  wracam na te blogi, które pisane są na luzie, a dodatkowo przekazują warte uwagi treści. Nie lubię zapychaczy, dlatego blogów modowych raczej nie obserwuję – 3 zdjęcia na krzyż to i ja umiałabym wstawić, szczególnie jeśli miałabym własnego fotografa i czas na sesje zdjęciowe 😛
Mam nadzieję, ze moje opowiedzi Wam się spodobały. Sama nie piszę nowych pytań i nikogo nie nominuję, ale zapraszam do odpowiedzi w komentarzach – chętnie przeczytam, jakie zdanie macie na niektóre poruszone tu tematy. Zapraszam do Marty i życzę Wam miłego piątku. Mój weekend zaczyna się dopiero po 20, ale co tam! W przyszłym tygodniu nie mam kolokwiów, będę nadrabiała zaległości na następne 3 trzy 😛
Która odpowiedź podoba Wam się najbardziej? Bierzecie udział w tego typu zabawach?
Pozdrawiam :*

PROJEKT DENKO | W KOŃCU COŚ DO WŁOSÓW!

Hej!
W powietrzu czuć już wiosnę, a dzięki temu ja mam ochotę wstać z łóżka, co zimą nie zdarzało mi się praktycznie w ogóle 😛 [EDIT – wczorajsza pogoda była koszmarna, deszcz, chmury, niskie ciśnienie :C]. Nie jest jeszcze na tyle ciepło, żeby zmienić kurtkę zimową na wiosenną, ale same promienie słońca sprawiają, że nawet perspektywa całego dnia spędzonego na uczelni nie wydaje się być tak złowroga, jak mogłoby się to na początku wydawać.
Skoro mamy już marzec chciałam dziś zaprosić Was na kosmetyczny bilans – opowiem Wam o kosmetykach, które udało mi się zużyć w zeszłym miesiącu. Spodziewałam się, że będzie tego znacznie mniej, bo luty jest zazwyczaj miesiącem stagnacji. Na szczęście udało mi się zmobilizować i widzicie tego efekty 😀 Jeśli jesteście ciekawi, czy wśród pustych opakowań znajduje się pudełko po jakimś hicie lub bublu – przejdźcie do dalszej części wpisu 🙂



TWARZ:
Niedawno napisałam Wam o tym kosmetyku osobny post, jeśli go już czytaliście wiecie, że fajnie się u mnie sprawdziła. Dawno nie miałam tak dobrze nawilżającego toniku. Dodatkowo pozytywnie wpływał na elastyczność mojej skóry i pomagał w walce z przebarwieniami i nowo powstającymi wypryskami. Mimo tego, że różany hydrolat skończył się kilka tygodni temu już mi go brakuje. Na pewno do niego wrócę – jest pozytywnym zaskoczeniem. Dla tych efektów jestem nawet w stanie przeżyć różany zapach 😀

Krem, który stosuję wtedy, kiedy chcę odpocząć do Effaclaru Duo, a zależy mi na podtrzymaniu efektów, które daje. Bardziej, niż na wypryski, działa na przebarwienia i to głównie w tej kwestii zobaczyłam największą poprawę. Nie wysuszał mojej skóry, nie wzmagał nadmiernego przetłuszczania. Nie zapychał i dobrze sprawdzał się pod makijaż. Pewnie jeszcze nie raz do niego wrócę, chociaż nadal szukam jeszcze czegoś innego 😀

  • PURE MOISTURE, PŁYN DO SOCZEWEK
Kolejny kosmetyk, który już niejednokrotnie pojawił się w projektach denko. Bardzo go lubię i jeśli szukacie czegoś, co dobrze zadba o Wasze szkła kontaktowe i sprawi, że przez cały miesiąc będą komfortowe w noszeniu – powinniście postawić na dobry płyn do ich przechowywania. Często można go znaleźć w Super Pharmie na promocji – np. 2 w cenie 1 😀 Warto się wtedy za nim rozejrzeć 🙂

  • LOMI LOMI, MASKA W PŁACHCIE ALOESOWA
Maski w płachcie są moimi ulubionymi jeśli chodzi o nawilżenie – jeśli chodzi o oczyszczające wolę sięgać po te zwykłe, w kremie. To przedostatnia maska z Lomi Lomi, która została mi z pudełeczka zawierającego płachtę na każdy dzień. Aloesowa lekko nawilżyła moją skórę i sprawiła, że była bardziej napięta. Niestety nie wywarła na mnie jakiegoś większego wrażenia – bardziej spodobała mi się ta z acerolą lub winogronem 🙂 Raczej nie sięgnę po nią ponownie.

  • EVREE, KREM DO TWARZY MAGIC ROSE
Krem, który kupiłam kilka miesięcy temu, kiedy był na nie największy „boom”, ale niestety nie przypadł on mojej skórze do gustu. Po kilku dniach regularnego stosowania zaczął mnie zapychać, a wypryski były później ciężkie do wyleczenia. Krem zużyłam w inny sposób – nakładałam go na szyję. Dobrze nawilżał, ale niezbyt szybko się wchłaniał. Nie pozostawiał tłustej warstwy. Podejrzewam, że u mnie lepiej sprawdziłaby się formuła 20+, która jest lżejsza, mimo tego, że przeznaczona do innego typu skóry niż normalna. Nie wrócę do tego produktu.

  • LIQCC, SERUM DO TWARZY Z WITAMINĄ C LIGHT
Próbki tego serum dostałam w paczce od Magdy z landofvanity.pl. Już wcześniej pisałam jej, że jestem zainteresowana kosmetykami tej firmy. Zużyłam już dwie próbki tego serum i przyznam, że choć nie ma idealnego składu, to mogłoby się u mnie dobrze sprawdzić. Ma oleistą konsystencję, więc stosowałabym je na noc, solo. Sera z witaminą C poprawiają kondycję mojej skóry i rozjaśniają przebarwienia w widoczny sposób. Nie wiem, czy sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie, bardziej kusi mnie chyba wersja z witaminą E 🙂



CIAŁO:

  • ALLPRESSAN FUSS SPECIAL, KREM DO STÓP W PIANCE Z 15% MOCZNIKIEM
Stopy to część ciała, którą traktuję po macoszemu (i pewnie nie jestem tu jedyna :P). Od czasu do czasu przypominam sobie o tym, że o nie też powinnam dbać i tak w moje ręce wpadł kosmetyk, po który wcześniej sięgała moja mama. Obie mamy problem z suchą skórą na stopach, moja zimą potrafi nawet pękać i rogowacieć i nie mówię tu o piętach, a okolicach kostek ;/ Ten krem w piance był bardzo lekki i szybko się wchłaniał, a przy tym bardzo dobrze nawilżał. Może nie pachniał najładniej, ale był skuteczny, dlatego za rok, zimą, kiedy stan moich stóp znów się pogorszy, pewnie będę o tym produkcie myślała.

WŁOSY:

  • PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW HENNA WAX NATUR CLASSIC
Maski Pilomaxu dobrze sprawdzają się na moich włosach, ale nie mogę stosować ich tak, jak zaleca producent – nie nakładam ich na skórę głowy, bo każda maska obciąża mi wtedy włosy i sprawia, że zaraz po myciu wyglądają one na nieświeże. Kończąc narzekanie – maska z henną wygładza moje włosy i sprawia, że są one lśniące i dociążone. Łuski zamykają się, a włosy wyglądają na zdrowie i w rzeczywistości takie są. To już moje drugie, czy trzecie opakowanie, na razie zużywam włosowe zapasy, ale myślę, że jeszcze do tej maski wrócę.

  • PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW ARABICA WAX COLOUR CARE
Kolejna maska Pilomaxu, tym razem do włosów farbowanych na kolory ciemne, z kawą. Mimo tego,  że włosów nie farbuję maska sprawdziła się podobnie, jak ta wyżej. czyli bardzo dobrze. Miała jednak mniej przyjemny zapach – jakby lekko sfermentowanych ziaren kawy, nie był on jednak uciążliwy i nie utrzymywał się zbyt długo na włosach. Łatwo było ją spienić i wmasować we włosy. Pogłębiała kolor moich naturalnych kosmyków, na świetle wyglądały o wiele ładniej, niż przed jej zastosowaniem.


Szampony Batiste jak na razie nie mają u mnie konkurencji, bardzo lubię ich używać, chociaż robię to niezwykle rzadko – tylko wtedy, kiedy naprawdę jestem do tego zmuszona. Na moich ciemnych włosach nie zawsze da się wyczesać biały proszek w 100%, ale nie rzuca się on na tyle w oczy, żebym czuła się komfortowo. Wersja Oriental jest jedną z moich 3 ulubionych – zaraz obok Eden i Cherry. Na pewno będę do tych szamponów, chociaż ostatnio znalazłam dla niego w Hebe sporą konkurencję – domyślacie się, o czym piszę? 😀
Duet Petal Fresh recenzowałam już kiedyś na blogu i dopiero teraz udało mi się zużyć odżywkę. Sprawdzała się ona u mnie całkiem dobrze, choć nie dociążała włosów tak, jak maska. Sięgałam po nią wtedy, kiedy miałam ochotę na coś, co nie obciąży moich cienkich, skłonnych do tego włosów. Nie mogłam stosować jej w wilgotne dni, bo trochę puszyła mi wtedy włosy i miałam fryzurę, jak to mawia moja mama, „aj lajk Szopen” xD Raczej do niej nie wrócę, nie mam czasu na skomplikowane zabiegi na włosy i wolę sięgnąć bo coś bardziej treściwego – maskę. 

INNE:

  • ARIL, ODŚWIEŻACZ POWIETRZA WINTER FOREST
To coś, czego zazwyczaj nie pokazuję w projektach denko, ale chcę wspomnieć o tym zapachu, bo jest po prostu piękny 😛 Słodka choinka, zamiast anielskich włosów wata cukrowa i śnieg gdzieś w tle 😀 Jeśli będziecie miały okazję – powąchajcie go – myślę, że pokaże się jeszcze w Biedronkach, bo ich popularne serie zawsze wracają na półki 🙂 
Znacie któryś z tych kosmetyków? Podobał Wam się post? Ja walczę z fantomem na Pierwszej Pomocy, a Wam życzę miłego dnia! 😀
Pozdrawiam :*