ZAKOCHAJ SIĘ W JESIENI: POSTAW NA KOLORY! ♥

Hej!
Ostatnio ciężko jest z moją regularnością w dodawaniu wpisów. Powiem szczerze, że zbliża się termin pierwszych kolokwiów, a do tego i mnie dopadła choroba – przez to nie wyrabiam się z odpisywaniem na komentarze i publikowaniem nowych postów :C Czuję się z tym źle, ale wiem, że mi też należy się chwila odpoczynku – mam nadzieję, że przez najbliższe tygodnie uda mi się w końcu doprowadzić to do ładu – jeśli jestem w blogowych sprawach na bieżąco – znacznie łatwiej jest mi to później wszystko „ogarnąć”.
Dziś chciałabym zaprosić Was na kolejny wpis z cyklu Zakochaj się w jesieni. Tym razem opowiem Wam o kilku kosmetykach, które towarzyszą mi w codziennym makijażu. Z góry zaznaczam, że nie będzie ich wiele – odkąd wróciłam na studia nie mam już tyle czasu, żeby o porankach eksperymentować z moim make-upem. Dodatkowo wprowadzam do swojej pielęgnacji i makijażu minimalizm – kroczę utartymi ścieżkami i tylko czasem zmieniam jakiś element 🙂 Jeśli jesteście ciekawi, co wpadło do mojego worka zatytułowanego „Make up essentials” – zapraszam na dalszą część wpisu 🙂

Tym razem zacznę z innej strony – od paznokci. Ostatnio rzadko sięgam po hybrydy – chyba zniechęca mnie fakt ich późniejszego ściągania 😛 Mam zamiar do nich wrócić w listopadzie, a taka kilkutygodniowa przerwa dobrze zrobiła moim pazurkom. Jesienią zazwyczaj sięgam po klasyczne odcienie, do których dorzucam jeszcze wszystkie ciemne kolory. Dziś mam Wam do pokazania dwa kolory lakierów od Essie – Watermelon i Fiji 🙂 Watermelon to nasycona, malinowa czerwień, która na paznokciach wygląda albo niezwykle elegancko, albo zadziornie – a wszystko zależy od tego, jaką stylizację mamy na sobie. Fiji jest jasnym, różowym lakierem nude, które jest nieco bardziej problematyczny w  nakładaniu – czasem ma tendencje do smużenia, ale jestem mu to w stanie wybaczyć. Często na paznokciach lądują u mnie jeszcze szarości, granaty i ponadczasowa czerń. Przygotujcie się – postaram się wstawiać tu jakieś paznokciowe stylizacje, ponieważ zawsze dostaję wiele miłych komentarzy pod zdjęciami na Instagramie – poczytałybyście takie mini wpisy tu, lub na Facebooku?
Po paznokciach przyszedł czas na twarz i zacznę od tego, z czym mam największy problem – oczy. Dzięki produktowi, o którym Wam ostatnio pisałam, polubiłam makijaż tej części mojego ciała 🙂 Mowa tu o cieniu duochrome Lily Lolo, czyli Smoky Brown. Dla takiego laika jak ja to super sposób na szybki makijaż oka – ten cień nałożony na powiekę samodzielnie potrafi „zrobić” cały makijaż. Lekko ciepła baza w połączeniu z chłodnym błyskiem drobinek wyglądanie niesamowicie  – niejednokrotnie podczas jego noszenia dostawałam pytania, czym pomalowałam powieki 🙂
Jesienią sięgam też częściej po eyelinery i moim numerem jeden w tej kategorii jest ten z Loreal, a dokładniej Super Liner Perfect Slim. Nigdy nie umiałam poradzić sobie z rysowaniem kresek, a dzięki jego cienkiej i niezwykle precyzyjnej końcówce w końcu, chociaż w podstawowym stopniu, udało mi się opanować tę sztukę. Jest trwały, jego odcień jest głęboki, ale ma jedną wadę – trzeba trzymać go do góry nogami, w innym wypadku, w najcieńszym miejscu końcówki może zabraknąć nam tuszu ;c

Jesienią rzadziej sięgam po rozświetlacze, a jeśli już je wybieram – zazwyczaj mam ochotę na coś, co daje bardziej subtelny efekt. W tym sezonie w mojej kosmetyczce króluje rozświetlacz w szampańskim odcieniu od Lily Lolo Champagne. Jest to rozświetlacz prasowany, dający delikatny, aczkolwiek zauważalny efekt. Jest idealny na co dzień, a przy nałożeniu kilku cienkich warstw nada się też na większe wyjścia. Lubię go za uniwersalny kolor, ponieważ dzięki temu pasuje do większości róży, które zazwyczaj stosuję. Świetnie nadaje się na podróże, ponieważ ma cieniutkie opakowanie i nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce.

Róże, to jeden z moich ulubionych elementów w makijażu. Lubię eksperymentować z ich odcieniami, chociaż moje ulubione krążą gdzieś w granicach róży – i chłodniejszych, i cieplejszych. Dzisiaj chciałam pokazać Wam coś, co było już w moich ulubieńcach, oraz miało 5 minut na blogu, czyli róż z Lily Lolo, a konkretnie odcień In the Pink. W opakowaniu wygląda na matowy, na skórze staje się jednak satynowy, przez co delikatnie odbija światło, a nasza twarz wygląda na rozpromienioną i zdrowszą. To bardzo neutralny odcień, dlatego tak często po niego sięgam. Dalej chciałam wspomnieć jeszcze o dwóch nowościach z Wibo, które udało mi się upolować na promocji w Rossmannie 🙂 Mowa tu o różach Ecstasy, a tak naprawdę o kolorach 1 i 2. Jedynka to podobno zamiennika Narsa Orgasm – to brzoskwiniowo – różowa propozycja, która mieni się na złoto i ożywia każdy, nawet najcięższy makijaż. Dwójka to natomiast truskawkowy odcień, który na swatchu wygląda bardziej ceglasto niż później na policzkach. Również ma w sobie małe drobinki, o których istnieniu przed zakupem niestety nie wiedziałam. Oba są bardzo mocno napigmentowane i za pierwszym razem zrobiłam sobie wielką krzywdę – miałam policzki jak ruska baba 😛 Nałożone w niewielkiej ilości wyglądają super, ale trzeba pamiętać, że samo otrzepanie pędzla niestety nie wystarcza 😛

Przechodzimy już do ostatniej, najbardziej interesującej dla mnie części tego wpisu 😀 Uwielbiam pomadki i mam ich zdecydowanie najwięcej, jeśli chodzi o kosmetyki kolorowe. Najpierw chciałam pokazać dwie konturówki, z których jedna jest tą, po którą sięgam niemal codziennie 🙂 Mowa tu o dwóch egzemplarzach Lovely Perfect Line, w odcieniach 1 i 2. Jedynka to nudziak, który w moim przypadku pasuje do wszystkich jasnych pomadek. To już moja druga sztuka i przyznam szczerze, że na pewno nie ostatnia. Dwójka to natomiast ciepły, intensywny róż, który, co prawda, nie pasuje do wszystkich fuksjowych pomadek, ale znalazłam dla niego kilka „do pary”. Konturówki są miękkie i miło się z nimi pracuje. Nie są najtrwalszymi konturówkami na świecie, ale nie podkreślają za to suchych skórek. Tak jak już wspomniałam – do jedynki będę wracać, to tak piękny odcień, że będzie pasował każdej z Was 🙂

Na deser zostawiłam cztery pomadki, po które ostatnimi czasy sięgam najczęściej. Pierwsza i ostatnia to Golden Rose. Obie matowe, z tym, że jedna jest płynna.  Obie są koloru lekko przybrudzonego różu, natomiast Velvet Matte 39 jest zdecydowanie jaśniejsza. Często używam jej w tygodniu, kiedy idę na zajęcia – nie rzuca się w oczy, a dzięki niej i konturówce moje usta wydają się być o wiele pełniejsze, niż są w rzeczywistości. Pomadka z drugiej serii, czyli Longstay Liquid Matte Lipstick 03 to odcień chłodniejszy, w pełni matowy, który zastyga na ustach i ma tendencje do lekkiego ich wysuszania. Kiedy pijemy i jemy lekkie rzeczy – jest nie do zdarcia. Z ust rusza się dopiero wtedy, kiedy sięgniemy po coś tłustego. To ciekawy, różowo-fioletowy odcień z różowym pyłkiem – dzięki temu pyłkowi pomadka zmienia swój kolor w zależności od tego, jakie światło na nią pada – to najbardziej mnie w niej ujęło. Kolejna propozycja to p2 i kremowa, miękka pomadka 080 Tell me a Tale. Ma błyszczące wykończenie, ale mi, miłośniczce matowych wersji mocno przypadło do gustu. Nie podkreśla suchych skórek, ale jednocześnie nie utrzymuje się na ustach przed długie godziny. Ma różowo-pomarańczowy kolor, który na swatchu wyszedł zdecydowanie bardziej rudy, niż ma się to w rzeczywistości. Można ją kupić w Polsce – między innymi w Hebe. Niestety tu jej cena jest zdecydowanie wyższa :C Ostatnia, mocniejsza sztuka to pomadka Rimmel Moisture Renew i kolor 360 As You Want Victoria. To fuksja w dosłownym tego słowa znaczeniu – na ustach wygląda niezwykle seksownie – to mój zamiennik klasycznej czerwieni. Mimo tego, że jest kremowa na ustach utrzymuje się całkiem długo, tym bardziej, że pigment mocno wpija się w usta i nie chce z nich później zejść.

Niżej możecie zobaczyć swatche kosmetyków, o których tu wspomniałam. Wiem, że nie ma ich wiele, może nie pokazałam też nic odkrywczego, ale wiem też, że większość z nas nie sięga po odważne propozycje na co dzień. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś ciekawego, o czym jeszcze nie czytaliście na innych blogach 🙂

Zapraszam Was też na posty dziewczyn, czyli:

Na co jesienią zwracacie większą uwagę podczas codziennego makijażu? Wolicie podkreślać oczy, czy usta? Czy któryś z tych kosmetyków był dla Was nowością?
Pozdrawiam :*

WŁOSOWA AKTUALIZACJA PAŹDZIERNIK 2016 | W KOŃCU NATURALNY KOLOR!

Hej!
Na blogu dawno nie pojawiła się włosowa aktualizacja, a ja mam w tej kwestii sporo do powiedzenia! 😀 Ostatnio na temat moich włosów pisałam w maju, a sporo się od tego czasu zmieniło. Jak pisałam Wam w poprzednim poście – uważam, że włosy są moją wizytówką – kobieta z zadbanymi kosmykami wygląda bardziej elegancko i po prostu piękniej. Jeśli jesteście ciekawe, jakie zmiany zaszły w mojej pielęgnacji oraz jak oceniam stan moich włosów – zapraszam do dalszej części tego wpisu 🙂

Przez kilka ostatnich miesięcy moim głównym priorytetem było zahodowanie włosów do takiej długości, żebym mogłam obciąć ostatnie części pofarbowanych końców. Cel udało mi się osiągnąć już na przełomie sierpnia i września i wtedy właśnie mocno podcięłam włosy – zdecydowałam się na długość lekko poniżej ramion – chciałam pozbyć się wszystkich rozdwojonych końcówek.

Jak aktualnie wygląda moja pielęgnacja i jakie mam plany na przyszłość?
Myję włosy co 2 dni, wieczorem, ponieważ rano nie wyrobiłabym się na zajęcia 😛 Korzystam z łagodniejszych szamponów – wybieram Alterrę Granat Aloes lub Kofeina Biotyna, chociaż najczęściej na moim skalpie ląduje jednak Insight do włosów wypadających. Szampony te doskonale domywają włosy – bez względu na to, czy mam na nich olej, czy nie. 
Po każdym myciu nakładam na włosy maskę, bądź odżywkę, nigdy nie trzymam jej jednak dłużej niż 5 minut – zazwyczaj jest to czas w jakim wykonuję toaletę, czyli prysznic. Moim włosom w zupełności to wystarcza i nie mogę narzekać na ich gorsz stan. Używam naprzemiennie 3 maseczek – dwóch z Pilomaxu – Henna Wax i Arabica, a także odżywki z Petal Fresh – Age Defrying
Raz w tygodniu wykonuję prawdziwy „włosing” 😀 Na skalp nakładam olejek pobudzający ich wzrost z Nacomi, ana długości ląduje olejek w sprayu z Indigo, który świetnie sprawdza się w tym celu. Korzystam wtedy z mocniej oczyszczającego szamponu – Pilomax Piroctone Olamine, który super sprawdza się w przypadku skóry głowy z problemami. Po myciu nakładam na włosy maseczkę proteinową z Gliss Kura – moje włosy nie są wtedy tak lejące i czasem potrafią się lekko napuszyć ale wiem, że dawka protein też jest im potrzebna – w końcu nic innego nie pomoże mi uzupełnić braków i ubytków keratyny. 
Wcierki po jakie sięgam to jak na razie tylko i wyłącznie Jantar. Nie używam jej jednak tak, ja zaleca producent, czyli codziennie, bo jednak za mocno obciąża moje włosy u nasady. Ograniczam się raczej do 2-3 razy w tygodniu i w zupełności mi to wystarcza – przy takiej częstotliwości też udało mi się zaobserwować pozytywne zmiany. Od listopada zamierzam używam Vitapilu i w formie lotionu, i tabletek. 
Na końcach ląduje po każdym myciu serum silikonowe z olejami Gliss Kur Hair Repair. Dobrze zabezpiecza moje końce przed uszkodzeniami mechanicznymi a dodatkowo zawiera olejki, które w jakimś stopniu wpływają na stan nawilżenia tych partii, które są najbardziej narażone na odwodnienie z prostego względu – mają największy kontakt z otoczeniem i są najstarsze. Jako pomoc przy rozczesywaniu używam odżywki w sprayu, także z Gliss Kura.
Włosy suszę po każdym myciu, zimnym nawiewem, gdyż uważam, że to zniszczy je w mniejszym stopniu niż położenie się spać z mokrą głową. Niestety mimo suszenia mam na włosach odgniotki po kucyku, które na szczęście mocno mi nie przeszkadzają – pozostawiam je samym sobie, nie będę ich prostować czy bardziej kręcić. Na co dzień czeszę się szczotką z włosia dzika, czasem tylko korzystam z Tanglee Teezera. Maski wmasowuję i wcieram, na razie zrezygnowałam z wczesywania, bo mam wrażenie, że narusza ono moje cebulki, które w efekcie stają się słabsze i bardziej skłonne do wypadania.
Podsumowując – jestem bardzo zadowolona z obecnego stanu moich włosów. Są miękkie, lśniące i oprócz wypadania – nie mam z nimi większych problemów. Cieszę się, że w końcu udało mi się wrócić do mojego naturalnego koloru włosów – moja przyjaciółka mówi mi, że już nigdy nie powinnam ich farbować, ponieważ jest on tak unikalny, że jeszcze nigdy nie widziała u nikogo podobnego 😛 Może coś w tym jest – rzadko spotyka się bardzo ciemne, naturalne włosy  o kasztanowych refleksach 😀
Na pierwszym zdjęciu widzicie włosy w świetle dziennym, na drugim – z fleszem.
Jak wygląda Wasza włosowa pielęgnacja? Co sądzicie o stanie moich włosów?
Pozdrawiam :*

ZAKOCHAJ SIĘ W JESIENI | ZAPLANUJ PIELĘGNACJĘ!

EDIT – Ten post miał pojawić się wczoraj, ale ostatnio mam problemy z lustrzanką i niestety nie mogłam wrzucić go wczoraj. Zdjęcia są robione w sztucznym świetle, ale w weekend postaram się zamienić je na inne – te robione w świetle dziennym. Przepraszam za opóźnienie.

Hej!

Mamy kolejną niedzielę października, zapraszam Was więc na nowy post z serii Zakochaj się w Jesieni. Tym razem przygotowałyśmy z dziewczynami coś typowo kosmetycznego – bo takie tematy poruszamy głównie na naszych blogach.

Jesień jest dla mnie okresem zmiany w pielęgnacji czy makijażu. Dzisiaj poruszymy temat numer jeden. Jest on mi bliższy i zdecydowanie dla mnie ważniejszy. Jeśli jesteście ciekawi, jakie zmiany szykują się w moim pielęgnacyjnych rytuałach – zajrzyjcie do dalszej części tego wpisu.

Jak wiecie – mój trądzik od zeszłego roku zdecydowanie się uspokoił – wypryski pojawiają się na mojej skórze sporadycznie – przed miesiączką, zmianą wody czy po prostu wtedy, kiedy pozwolę sobie na większą ilość czekolady. Nadal walczę jednak z bliznami i przebarwieniami, a jesień jest idealnym momentem, żeby sięgnąć po broń większego zasięgu.

Jesienią wracam do kwasów – tym razem wybrałam znane mi już serum z 10% kwasem migdałowym z Bielendy i tonik z tej samej serii. Od listopada zamierzam powoli wprowadzać też kwas azaleinowy, który ukierunkowany jest na zwalczanie przebarwień potrądzikowych i delikatnych, małych, ropnych zmian. Niestety wiem, że wiele osób po Skinorenie wysypało, ale może mnie ta przypadłość ominie – jeśli nie – będę szukała innych środków – równie skutecznych i nie powodujących negatywnych zmian w stanie mojej skóry.

Równolegle z kwasami zamierzam intensywniej nawilżać skórę twarzy – sezon grzewczy mi nie służy i ostatnio na moim nosie znów zaczęły pojawiać się suche skórki, które nieestetycznie wyglądają za każdym razem, kiedy sięgam po podkład i puder. Moimi ulubieńcami w tej kwestii są, jak na razie, żel aloesowy i krem przywracający równowagę lipidową – Effaclar H. Pamiętajcie o tym, że nawet skóra mocno przetłuszczająca się potrzebuje odpowiedniej dawki nawilżenia, a kiedy ograniczamy jej dostęp do takich składników i stosujemy drażniące – będzie jeszcze bardziej się bronić i spowoduje to nadprodukcję sebum. Dobrym rozwiązaniem są też olejki dostosowane do potrzeb konkretnego typu skóry. Sama ich nie używam, bo kilka miesięcy temu moja zbuntowała się po ich długim i częstym stosowaniu. Jeśli miałabym wybrać najlepsze dla skóry trądzikowej, mieszanej i wrażliwej – byłby to olej jojoba (przecudowny, ma skład podobny do ludzkiego sebum, nigdy mnie po nim nie wysypało) i olej konopny (niska zawartość kwasów nasyconych, jeden z najczęściej polecanych olei do cery trądzikowej). Na wypryski polecam natomiast olej tamanu – śmierdzi kurczakiem, ale pozwala na szybsze zagojenie się zmian, a i blizny i przebarwienia są później zdecydowanie płytsze i jaśniejsze.

Mimo tego, że słońca mamy jak na receptę nadal stosuję filtry z SPF 50+. Nie sięgam po nie codziennie – czasem widzę, że skóra chce od nich odpocząć, ale mimo wszystko często lądują na mojej twarzy. To, że jest pochmurno, nie oznacza, że promieniowanie UV do nas nie dociera – wręcz przeciwnie – zimą jesteśmy nawet bardziej narażeni na powstawanie przebarwień, ponieważ światło odbija się od śniegu i ekspozycja nawet przy niewielkim słońcu powoduje wystawienie skóry na sporą ilość promieniowania. Filtrem, który aktualnie towarzyszy mi w pielęgnacji jest ten z La Roche Posay – żel – krem suchy w dotyku. Pozostawia skórę matową, nie bieli jej i nie przyspiesza procesu znikania makijażu z twarzy. To mój kilkuletni już ulubieniec 🙂

Makijaż zmywam standardowo płynem micelarnym ale nowością, którą mogę polecić Wam z całego serca jest olejek do demakijażu. Obojętnie jaki – czy będzie to zwykły olej do pielęgnacji twarzy, czy oliwa z oliwek, a może specjalnie przygotowana mieszanka – wszystko jedno. Moja skóra już dawno nie była tak dobrze oczyszczona, dodatkowo zauważyłam, że mniej się przetłuszcza, a suche skórki pojawiają się sporadycznie na czole, nosie i brodzie. Na poziom nawilżenia policzków narzekać nie mogę 🙂 Od dwóch miesięcy używam olejku do demakijażu Resibo i już wiem, że zostaniemy  przyjaciółmi 😛 Do kompletu z żelem używam też szczoteczki sonicznej i zauważyłam ogromną poprawę – zaskórników pojawia się u mnie zdecydowanie mniej, a kremy czy sera wchłaniają się teraz o wiele lepiej. Moja pochodzi z Dermofuture i wcale nie była taka droga – koszt z przesyłką to niecałe 160 zł 🙂

Zostając w temacie pielęgnacji twarzy chciałabym też wspomnieć kilka słów o naszych ustach. Nie wiem jak to się ma u Was, ale ja nawet po kilku minutach na dworze bez pomadki – czy to ochronnej, czy po prostu szminki – mam zamiast ust spękany wiórek… Jesienią sięgam po dobrze nawilżające masła i balsamy, niedawno trafiłam na masło z Nacomi i jestem nim zachwycona – czegoś o tak naturalnym składzie i bogatej konsystencji szukałam już od dawna.

Co do pielęgnacji ciała – jestem w tej kwestii leniwa, ale staram się najczęściej jak mogę smarować je wszelkimi masłami do ciała. Często wybieram też olejki, bo zdecydowanie szybciej się je nakłada, ale na razie postanowiłam zużyć to, co jest otwarte. Nadal zachwycam się zapachem masła, którego aktualnie używam – to propozycja od The Body Shop – wersja pachnąca marakują. Ma ono zbitą, twardą konsystencję, która pod wpływem ciepła naszej skóry delikatnie się „topi” i nie sprawia problemów przy rozsmarowywaniu. Nawilża skórę na tyle, że nie muszę wracać do niego codziennie. Myślę, że za regularną cenę bym ich nie kupiła, ale na promocji udało mi się złowić 5 sztuk za 120 złotych, a to już całkiem fajna kwota 😛

Na sam koniec pozostawiłam włosy i paznokcie. Są dla mnie równie ważne jak reszta – uważam, że stanowią pewien rodzaj wizytówki mojej osoby. O włosy dbam już od dawna i w końcu udało mi się osiągnąć mniej więcej stan idealny – są błyszczące, lśniące, nadal wypadają, ale na miejsce tych, które wypadły pojawia się kilka nowych. Aktualnie używam szamponów Alterry naprzemiennie z szamponem Insight do włosów wypadających. Raz w tygodniu sięgam po coś bardziej oczyszczającego, czyli Pilomax Piroctone Olamine, który posiada magiczny składnik wymieniony w nazwie – na pewno napiszę Wam coś więcej o tym szamponie, bo jest, moim zdaniem, wart uwagi. Po każdym myciu nakładam maskę – na 2-3 minuty – moimi ulubionymi na ten moment są ta z Pilomax – Henna Wax do włosów ciemnych i Petal Fresh Anti Aging. Włosy suszę, ale tylko i wyłącznie zimnym nawiewem. W celu zabezpieczenia końców po każdym myciu nakładam na nie silikonowe serum, ponieważ nie znalazłam niczego innego, co chroniłoby je w tak dużym stopniu. Korzystam z Gliss Kur, gdyż oprócz silikonów zabiera też olejki, które pozytywnie wpływają na moje kosmyki. Przy problemach z rozczesywaniem pomaga mi mgiełka dwufazowa z Gliss Kura, która pięknie pachnie ♥

Co zamierzam dodać do tej pielęgnacji jesienią? Wcierki i olejki! Olejowanie pomaga mi utrzymać kondycję moich włosów w ryzach, na razie kończę olejek z Indigo, a później będę stosować olejki Alverde – jestem ciekawa, czy będą działały tak, jak te z Alterry. Wcierki pomagają mi walczyć z wypadaniem włosów. Aktualnie korzystam z wcierki Jantar i olejku do skóry głowy z Nacomi, ale w kolejce czeka już suplementacja z Vitapilem.

Jeśli chodzi o paznokcie i dłonie – to moja pięta Achillesowa. Stosowałam już milion różnych sposobów, ale często albo nie pomagają, albo nie potrafię być systematyczna i nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Tutaj oleje też działały u mnie najlepiej i zamierzam wrócić do regularnego stosowania ich i smarowania nimi skórek i paznokci. W przerwach od hybryd będę stosowała manicure japoński, który idealnie wspomaga mnie w walce o piękne pazurki – wzmacnia je, nabłyszcza i sprawia, że nie łamią się i nie kruszą tak szybko. Moimi ulubieńcami w tej kwestii są kosmetyki Indigo – krem do rąk, serum z mirrą i masło Shea. Chciałabym znaleźć też jakąś fajną odżywkę bez formaldehydu – macie coś godnego polecenia?

Jak widzicie – moja pielęgnacja nie jest skomplikowana – wyznaję zasadę, że małe kroczki powtarzane przed dłuższy czas dadzą świetne efekty. Jestem ciekawa, jakie pielęgnacyjne plany mają dziewczyny – będę czytać ich posty – mam nadzieję, że dowiem się czegoś ciekawego, bo mam braki w pielęgnacji które powinnam czymś zapełnić 😛 Zapraszam Was na blogi dziewczyn:

Jakie kroki zamierzacie wprowadzić jesienią, aby Wasza pielęgnacja byłą w 100% dostosowana do tej pory roku? Znacie kosmetyki które Wam pokazałam? Koniecznie wejdźcie na blogi dziewczyn! 
Pozdrawiam :*

KONKURS FARMONA | MOJA RECENZJA WCIERKI JANTAR!

Cześć!
Jesienią moje włosy są osłabione i, niestety, zaczynają mocniej wypadać. Problem dotyka mnie każdego roku przy przesileniach. Oprócz wypadania dochodzi do tego jeszcze szybciej przetłuszczający się skalp i przesuszone końce – staram się z tym walczyć, ale jak same możecie się domyślić – bywa naprawdę ciężko.
O włosy dbam już od kilku lat, niedawno udało mi się  odhodować „naturalki”, dlatego teraz walczę o ich zdrowie ze zdwojoną siłą. Oprócz dobrze dobranych szamponów, masek i odżywek dużą uwagę przywiązuję też do wcierek. Skóra głowy lubi płatać mi figle, dlatego szukam czegoś, co pozwoliłoby mi unormować jej funkcjonowanie, zmniejszyć wypadanie i spowodować porost nowych włosów. Czy nowa forma odżywki Jantar przypadła mi do gustu? Co sądzę o pomyśle na tak skonstruowane opakowanie? Czy zauważyłam pozytywne aspekty po okresie kilkutygodniowego stosowania tej wcierki? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania – zostańcie ze mną 🙂 Na koniec mam dla Was coś ciekawego, dlatego nie uciekajcie i przeczytajcie ten wpis od deski do deski 😀

Obietnice producenta
Nowocześniejsze, poręczniejsze i
przede wszystkim wygodniejsze w użyciu opakowanie z nową grafiką, a w
nim ta sama, uwielbiana przez klientów odżywka – czyli nasza gwarancja
zregenerowanych włosów!
Receptura odżywki uwzględnia
najistotniejsze potrzeby włosów cienkich, słabych, delikatnych i
zniszczonych. Zawiera biologicznie czynne substancje stymulujące wzrost
włosów:  Trichogen, Polyplant Hair, aktywny biologicznie wyciąg z bursztynu oraz witaminy A,  E,  F i d’pantenol.
Odżywka Jantar hamuje wypadanie włosów, stymuluje ich wzrost i
odżywianie. Zawarte w niej składniki są niezbędne do prawidłowego
przebiegu procesów fizjologicznych skóry, jej odżywiania i regeneracji.
Systematycznie stosowana poprawia metabolizm i dotlenienie cebulek
włosów, regeneruje i łagodzi podrażnienia. Włosy stają się wyraźnie
grubsze, lśniące i odporne na uszkodzenia. Odżywka wzmacnia strukturę
włosów i chroni je przed szkodliwym wpływem środowiska i słońca.
Konsystencja
Konsystencja tej wcierki przypomina mi gęstszą wodę. Ma lekko żółtawe zabarwienie, ale na szczęście nie przypomina swoją formułą olejku, który mógłby zbyt mocno obciążać skalp i wpływać negatywnie na skórę głowy.  Łatwo rozprowadza się ją na włosach, a jej wmasowanie nie przysparza większej ilości problemów. Uważam, że w tej kwestii ta wersja niewiele różni się od poprzedniej – nie zauważyłam, żeby konsystencja diametralnie się zmieniła. 
Odżywka nadal ma lekko męski zapach, coś na kształt wody kolońskiej. Mi on nie przeszkadza – tym bardziej, że trzyma się na włosach tylko przez krótką chwilę.

Dostępność
Wcierkę Jantar możecie znaleźć w aptekach, drogeriach a także sklepach internetowych. Nigdy nie miałam problemów z jej znalezieniem, czasem pojawiają się one nawet w Biedronkach – ostatnimi czasy chyba nawet w dwóch urodowych gazetkach. Odżywkę można też znaleźć w sklepie producenta, czyli Farmony, a dokładnie na ich stronie internetowej. 
Cena
Po zmianie opakowania – nadal niska. Waha się w granicach 8-12 złotych, przy czym mi zawsze udaje się upolować te wcierki na promocji. Aktualnie nie jest dostępna na stronie producenta, ale mam nadzieję, że niedługo się to zmieni. Ja na szczęście mam jeszcze jedną buteleczkę (starą wersję) w zapasie, więc na razie nie muszę jej szukać 🙂

Skład
Aqua (Water), Propylene Glycol (glikol propylenowy – substancja nawilżająca, rozpuszczalnik dla innych substancji), Glucose (glukoza, cukier prosty, dostarcza naszym cebulkom potrzebnych składników odżywczych – dawca energii), Amber Extract (ekstrakt z bursztynu), Hedera Helix
(Ivy) Extract
(ekstrakt z bluszczu pospolitego, działa napinająco, przeciwgrzybiczo i tonizująco), Lamium Album (White Nettle) Extract (wyciąg z jasnoty białej, środek przeciwzapalny i ściągający), Arnica Montana
(Mountain Arnica) Flower Extract
(ekstrakt z arniki górskiej, działa przeciwzapalnie łagodzi ból, obrzęki i siniaki), Chamomilla Recutita (Matricaria)
Flower Extract
(ekstrakt z rumianku pospolitego, działa łagodząco),  Arctium Majus (Burdock) Root Extract (ekstrakt z korzenia łopianu, działa tonizująco odżywczo i przeciwłojotokowo, składnik ten polecany jest dla osób walczących z wypadaniem), Officinalis
(Marigold) Flower Extract
(ekstrakt z nagietka, pielęgnuje skórę suchą, skłonną do infekcji, pękającą i łuszczącą się), Pinus Sylvestris (Pine) Bud Extract (źródło witamin i mikroelementów, aktywnie regeneruje uszkodzoną strukturę włosów),
Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract (ekstrakt z rozmarynu, posiada własciwości tonizujące, ściągające antybakteryjne i przciwzapalne), Salvia Officinalis
(Sage) Leaf Extract
(wyciąg z szałwii, ma działanie antybakteryjne i przeciwłupieżowe, jest źródłem antyoksydantów), Nasturtium Officinale (Watercress) Extract (ekstrakt z rukwi wodnej, pomaga w zwalczaniu wszelkich egzem),
Calendula  Tropaeolum Majus (Nasturtium) Flower Extract
(ekstrakt z nasturcji, ma silne działanie antybakteryjne i przeciwgrzybicze, pomaga w zwalczaniu wypadania włosów i nadmiernemu przetłuszczaniu się skóry głowy), Citrus Medica
Limonum (Lemon) Peel Extract
(ekstrakt ze skórki cytryny, działa ściągająco, przeciwzapalnie i poprawia krążenie, jest też antyoksydantem) , Arginine (aminokwas, wzmacnia wypadające cebulki, pobudza je do wzrostu, normalizuje pracę skóry głowy u ją wygładza), Biotin (witamina H, niezbędna w procesie wzrostu włosa), Zinc Gluconate (donor cynku, cynk działa antybakteryjnie, przeciwgrzybiczo i reguluje wydzielanie sebum), Acetyl
Tyrosine
(kolejny aminokwas, tyrozyna, hamuje wypadanie włosów), Niacinamide (witamina PP, niacynamid, nawilża skórę, działa jako antyoksydant, wspomaga odnowę warstwy lipidowej), Panax Ginseng Root Extract (ekstrakt z żeń-szenia, działa antyoksydacyjnie, wspomaga odbudowę mieszków włosowych), Hydrolyzed Soy
Protein
(hydrolizowane proteiny sojowe, nawilżają), Calcium Pantothenate (witamina B5, wspomaga regenerację skóry, przyspiesza wzrost włosów), Ornithine HCL (kwas aminowy potrzebny do wytworzenia niektórych aminokwasów), Polyquaternium-11 (polimer, składnik kondycjonujący),
Citrulline (Cytrulina), PEG-12 Dimethicone (lekki silikon, lotny), Glucosamine HCI, Panthenol (pantenol, substancja łagodząca i nawilżająca), Glyceryl
Laurate, Tocopherol
(witamina E, witamina młodości – antyoksydant wpływający na proces odnowy naskórka), Linoleic Acid (kwas linolenowy, nienasycony), Retinyl Palmitate (pochodna witaminy A), Polysorbate 20,
PEG-20, Zinc PCA, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer,
Triethanolamine, Diazolidinyl Urea
(pochodna mocznika używana jako konserwant antybakteryjny, może wywoływać alergie), Iodopropynyl Butylcarbamate, Parfum
(Fragrance), Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool
(aromaty, niektóre osoby mogą te składniki podrażniać).
Wiele osób pisało, że skład odżywki nie uległ zmianie, ja natomiast nie mogę się z tym zgodzić. Pisałam już na łamach bloga o poprzedniej wersji tej wcierki, w szklanym opakowaniu i moim zdaniem składy, mimo tego, że są podobne, to jednak się różnią.
Jantar nie jest wcierką alkoholową, więc nie będzie wysuszał skóry głowy. U mnie lekko przyspieszał przetłuszczanie się włosów, natomiast nie był to na tyle nasilony problem, abym musiała wrócić do codziennego mycia włosów. 
W składzie znajduje się wiele ciekawych ekstraktów, przyznam, że niektórych nie mogłam nawet znaleźć w internecie i musiałam się nieźle natrudzić, żeby większość z nich przetłumaczyć. Końcówka niestety niezbyt mi się podoba. Mimo tego, że mnie te składniki nie podrażniają, to wiele osób może być na nie uczulone – chodzi mi tu głównie o konserwant na bazie mocznika i zapachy.

Opakowanie
Coś, co zmieniło się w tej wcierce najbardziej – opakowanie. Tym razem otrzymujemy plastikowe, ciemne opakowanie, które nie przepuszcza promieni słonecznych w takim stopniu, jak przez przeźroczyste. Zapobiega to utlenianiu się lub redukcji związków znajdujących się w produkcie i przez dłuższy czas możemy cieszyć się pełnią jego możliwości.
Całość zapakowana jest w charakterystyczny, srebrny kartonik, który jest niestety trudny do okiełznania przy fotografowaniu – powstają na nim cienie i czasem, mimo wielu prób, nie widać dokładnie tego, co chciałabym Wam pokazać 😛 
Buteleczka ma pojemność 100 mililitrów, a samą wcierkę należy zużyć w przeciągu 6 miesięcy.
Najbardziej podoba mi się zmiana atomizera. Kiedyś trzeba było wylewać wcierkę na dłoń co wiązało się z nabieraniem zbyt dużej ilości kosmetyku. Dodatkowo ciężko było go rozprowadzić na skórze głowy – bo prawie wszystko zostawało na włosach. Teraz nie mam już takiego problemy, bo dozownik dociera do samego skalpu – nawet gęste włosy nie są mu straszne. Dzięki temu cały proces wcierania przebiega o wiele szybciej. Moim zdaniem – zmiana na wielki plus!

Tu kiedyś były zakola 😛

Moja opinia
Wcierki są moim instant ratunkiem przed wypadaniem włosów. Nawet jeśli nie zmniejszają wypadania włosów do zera, to powodują u mnie wysyp malutkich baby hair. 
Jantar był mi już znany – kiedyś zużyłam 2 czy 3 opakowania – staram się wracać do niego raz do roku i robić sobie pełną kurację – tak, żeby nie było to za rzadko, ale nie lubię też przyzwyczaić moich włosów przez ciągłe stosowanie kosmetyków o tym samym składzie. Jeśli miałabym napisać kilka słów o składzie – muszę przyznać, że mi się podoba. Nie ma w nim alkoholu, mnie ten składnik podrażnia i nie mogę pozwolić sobie na jego częste stosowanie. Zamiast tego mamy glikol propylenowy, który nawilża skórę głowy – niejednokrotnie dzięki olejom i wcierkom udało mi się powstrzymać łuszczenie się skóry głowy. W składzie występuje też wiele ekstraktów roślinnych, które głownie działają nawilżająco, ściągająco, tonizująco oraz wspierają nasze cebulki, walczą z wypadaniem i mobilizują włosy do tego, by szybciej rosły. Nie zabrakło też składników powodujących wysyp baby hair. 
Zmiana opakowania również mi się spodobała. Dzięki nowemu aplikatorowi jest mi o wiele łatwiej dotrzeć do skóry głowy. Może i mam cienki włosy, ale są one na tyle gęste, że czasem męczę się z dotarciem do skalpu. Ciemne opakowanie zapobiega szybkim zmianom składu, a to gwarantuje nam dłuższą przydatność i lepsze efekty nawet kilka miesięcy po otwarciu. 
Co do samych efektów – jestem zadowolona. W pewnym momencie mojego życia, po farbowaniu, moje włosy zaczęły mocno wypadać. Przerzedziły się na tyle, że skóra głowy świeciła bielą na tle moich ciemnych włosów. Pojawiły się zakola, które ciągle przypominały mi o tym, że moje włosy nie chcą odrastać. Po 2 latach pracy jest już o wiele lepiej, a kilka miesięcy temu udało mi się zwalczyć problem i odhodować zdrowe włosy.
Wcierkę stosuję od niespełna miesiąca, ale zauważyłam, że dzięki niej na mam przy czole, skroniach i karku sporo nowych włosków, które są cienkie, ale zdrowe i mocne. Wcierka lekko wzmogła przetłuszczanie, ale na szczęście zapomniałam o suchym skalpie, swędzeniu i pieczeniu. Skóra głowy została ukojona, mam nadzieję, że w perspektywie dalszej kuracji unormuje się też wydzielanie sebum.

Polecam tę wcierkę, bo wiem, że wielu osobom się sprawdza. Jeśli chcecie przeczytać moją opinię na temat starszej wersji – zapraszam Was do tego posta!

Czy kupię ponownie
Myślę, że tak, ale dopiero w przyszłym roku.  Jak pisałam wyżej – zawsze daję moim włosom odpocząć po takich kuracjach, ale jeśli jakaś się u mnie sprawdza – chętnie do niej wracam.

KONKURS
A teraz coś, o czym mówiłam, że będę pisać. Mam nadzieję, że zostaliście ze mną do końca, bo muszę się zgłosić do Was – z prośbą o pomoc 😀
Ten wpis bierze udział w konkursie Farmony – „Przemiana moich włosów z Jantar”. Jakiej pomocy będę potrzebowała? Od 28.10. rusza głosowanie, a jak wiadomo – ja w takich konkursach szczęścia nie mam 😛 Wiem jednak, że wiele z Was lubi czytać moje wpisy, a Wasze głosy będą dla mnie motywacją, żeby starać się jeszcze bardziej i (tak jak dziś :P) pisać do Was nawet w nocy, po zajęciach, kiedy nic już się nie chce i potrzeba 100 razy więcej motywacji, żeby wstać z łóżka 😛
Nie jest to jednak pomoc bezinteresowna 😛 Do zgarnięcia są świetne nagrody, a ja będę mogła uhonorować jedną z Was tym, co sama wygram – a pod uwagę będę brała nie tylko komentarz pod tym postem – z najlepszych wybiorę osobę, która włożyła wiele wkładu i pracy w istnienie tej strony.

Więc co można wygrać?
  • Trzydniowy (2 noclegi) pobyt w Hotelu Farmona Business&SPA dla dwóch osób wraz z pakietem zabiegów i kolacją dla dwojga – nagroda przysługuje także wybranemu fanowi.
  • Kartę podarunkową do sklepu answear.com  o wartości 600 zł + zestaw kosmetyków Jantar – nagroda przysługuje także wybranemu fanowi.
  • Kartę podarunkową do sklepu answear.com o wartości 400 zł + zestaw kosmetyków Jantar – nagroda przysługuje także wybranemu fanowi.
  • Nagrody pocieszenia dla 10 uczestników – zestawy kosmetyków Jantar.
Dodatkowa nagroda specjalna za pierwsze miejsce to wywiad w magazynie InStyle! 
Przyznajcie – jest o co walczyć! 😀 Chętnie pojechałabym z jedną z Was do hotelu – nie wiem tylko, czy mogłybyśmy wybrać się w tym samym terminie. A ploteczki byłyby wskazane, tym bardziej, że jest tu wiele osób, które chciałabym poznać osobiście 😀
Głosować możecie na www.jantarhair.com.pl. Pamiętajcie też, że komentarz, który bierze udział w konkursie razem z moim wpisem musi zaczynać się od słów „Moja przemiana z Jantar…”.
Lubicie produkty Jantar? Stosujecie wcierki jako pomoc przeciwko wypadaniu włosów i przyspieszenie ich porostu?
Pozdrawiam i zachęcam do głosowania! Pamiętajcie, akcja rusza 28.10.2016 😛

LILY LOLO | CIEŃ SYPKI SMOKY BROWN | JESIENNY IDEAŁ ♥

Hejka!
Jeśli oglądacie mnie od dłuższego czasu wiecie, że nie jestem wielką fanką makijażu oka. Mam trudne powieki – z jednej strony są tłuste, z drugiej widać na nich każde załamanie – szczególnie w kącikach. Do tego dochodzi opadająca fałdka, która zakrywa praktycznie całą ruchomą powiekę i nawet misternie wykonany make-up jest u mnie niewidoczny.
Przez te trudności nie potrafię poradzić sobie ze skomplikowanymi makijażami, konturowaniem powiek, zaznaczaniem załamania itp. Staram się nad tym pracować, eksperymentuję, ale nie zawsze mi to wychodzi. Postanowiłam poszukać więc cieni o wielowymiarowych kolorach, które pięknie wyglądałby na powiece nawet solo. W ramach współpracy z Costasy i Lily Lolo mogłam wybrać co tylko sobie wymarzę, a że cienie mineralne są zazwyczaj złożone i różnobarwne – szkoda byłoby przepuścić taką okazję. Czy Smoky Brown spełnił moje oczekiwania? Czy makijaż oka stał się dla mnie przyjemną czynnością? O tym i o pełnej specyfikacji tego cienia przeczytacie w dalszej części posta 🙂

Obietnice producenta
  • Przepięknie połyskujący brązowoszary cień do powiek, idealny do
    uzyskania efektu „smoky eyes”. Jest to nasz najlepiej sprzedający się
    mineralny cień do powiek.

    • nie zawiera drażniących substancji chemicznych, nanocząsteczek,
      parabenów, tlenochlorku bizmutu, talku, sztucznych barwinków i
      konserwantów


    • bezzapachowy


    • naturalna i delikatna formuła


    • niezwykle nasycone i intensywne mineralne pigmenty


    • jedwabiście gładka i kremowa konsystencja



    • może być używany przez wegetarian i wegan
 
Opakowanie
Opakowanie cieni sypkich Lily Lolo to po prostu niewielka miniaturka słoiczka od podkładu. Bardzo podoba mi się ta konsekwencja w prowadzeniu wizerunku marki. Słoiczek jest zakręcany i raczej niema możliwości, żeby odkręcił się w podróży. Po odkręceniu naszym oczom ukazuje się zamykane sitko, które pozwala zaaplikować odpowiednią ilość produktu co minimalizuje pylenie, brudzenie się słoiczka i zużywanie zbyt dużej ilości, co może skończyć się plamami na powiece.
Słoiczek, z zawartością równą masie 3 gramów, zapakowany jest w biały kartonik z informacjami na temat składu oraz nazwy kosmetyku i odcienia. Oba są solidnie wykonane i bardzo dobrze mi służą.

Skład
MICA (mika, czyli minerał odbijający światło oraz wypełniacz) [+/- CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE)] (barwniki – tlenki żelaza i dwutlenek tytanu)

Jak sami widzicie – skład tego cienia jest bardzo prosty. Przyznam, że moje oczy nie przepadają za pełnym makijażem – zaraz mocno łzawią i wszystko wokół rozmazuje mi się tworząc nieestetyczne plamy. W przypadku cienia Lily Lolo łzawienie występowało tylko wtedy, kiedy miałam mocniej podrażnione oczy – na co dzień raczej mi nie dokuczało i mój makijaż mógł przetrwać cały dzień.

Pigmentacja
Nigdy nie miałam kontaktu z cieniami sypkimi, a przynajmniej takiego kontaktu nie pamiętam. Mam kilka palet cieni z różnych półek cenowych – do tych najtańszych, po takie dostępne w perfumeriach. Kiedy wykonywałam pierwszego swatcha tego cienia – mocno się zdziwiłam. Niewiele tak mocno wybijających się na gołej skórze występuje w mojej kolekcji. Wystarczy jego jedna, cieniutka warstwa aby był widoczny na powiece. Dołożenie drugiej sprawia, że cień nabiera głębi, staje się wielowymiarowy, a blask jest o wiele bardziej widoczny. Powiem krótko – to mi się podoba!
Wydajność / Trwałość
Zacznę od wydajności. Niejednokrotnie pisałam już na blogu, że wszystkie produkty mineralne są bardzo wydajne i ciężko jest je zużyć przed sugerowanych terminem przydatności po otwarciu. Z drugiej strony minerały są substancjami, w których nie mogą namnażać się bakterie, więc teoertycznie nie mają terminu ważności. Uważam, że bardzo ciężko jest taki kosmetyk zużyć – mi, osobie, która nie maluje oczu codziennie, zajmie to całe wieki 😛

Jeśli chodzi natomiast o trwałość  – wszystko zależy od tego, jaką bazę po ten cień zastosuję. Mam powieki tłuste, opadające, przez co cienie po kilku godzinach rolują się i zbierają się w załamaniach. Po nałożeniu Smoky Brown na gołą powiekę rolowanie nastąpiło dość szybko, jednak nie tak, jak w przypadku cieni drogeryjnych. Korektor, nawet przypudrowany też nie dawał mi odpowiedniej ochrony przed tym niechcianym zjawiskiem. Najdłużej cień trzymał się na bazie – zarówno drogeryjnej, jak i tej mineralnej z Lily Lolo. Śmiało mogę powiedzieć, że 6-8 godzin to była dla niego pestka, gdzie inne cienie potrafią znikać, lub zbierać się załamaniach już po 2-3 :C 

Obie kategorie oceniam na znaczy plus.


Dostępność
Produkty Lily Lolo dostępne są na stronie oficjalnego polskiego dystrybutora – Costasy oraz w showroomie w Warszawie. UWAGA – showroom am nowy adres – Lily Lolo przeniosło się na ulicę Ciołka 17.
Cena
Cena jednego cienia wynosi na stronie 36.90 zł. Jak za taką jakość jest to moim zdaniem odpowiednia kwota – o ile mogłam narzekać na cenę rozświetlacza czy różu – tutaj nie mam nic do zarzucenia. Odkąd poznałam się z tym cieniem jestem w stanie zapłacić tyle za kolejny – tym bardziej, że jest on tak wydajny, że bez przeszkód będę mogła używać go przez kilka najbliższych lat.

Moja opinia
Kontynuując współpracę z Costasy miałam problem – co wybrać. Widziałam, że dziewczyny skusiły się na palety, które notabene są jednymi z najdroższych kosmetyków na stronie. Wiedziałam też, że z takiej palety pożytku mieć nie będę – makijaż oka to dla mnie czarna magia, mam kilka palet a w ogóle nie mogę wykorzystać ich potencjału.
Słyszałam jednak wiele dobrego na temat pojedynczych, sypkich cieni i postanowiłam wypróbować je na własnej skórze. Nadal jestem w trakcie poszukiwań czegoś, co pozwoliłoby mi na szybki makijaż oka bez większych umiejętności. Przeczuwałam, że cienie mineralne mogą być odpowiedzią na moje wewnętrzne wołanie.
Dlaczego zdecydowałam się na odcień Smoky Brown? Przez producenta został on opisany jako odcień opalizujący, brązowo – srebrzysty, a dodatkowo – najlepiej się sprzedający. Lubię makijaże w odcieniach brązu, bo pozwalają one manipulować przy kolorze pomadek – a to właśnie je darzę największym uczuciem.
Cień pozytywnie zaskoczył mnie jakością wykonania. Ma krótki i treściwy skład – bez zbędnych polepszaczy i konserwantów, co minimalizuje ryzyko alergii. Zarówno na swatchu jak i na powiece wygląda niesamowicie – zależnie od tego pod jakim kątem na niego patrzymy. Kiedy nie pada na niego światło – wygląda jak zwykły, lekko ciepły brąz. Z drugiej stroni mieni się na kolor srebrzysty, chłodny, co sprawia wrażenie dwuwymiarowości i głębi. Cień nałożony solo wygląd atak, jakbym pozwoliła sobie na konturowanie powieki.
Dodatkowym jego atutem jest to, że nie zbiera się tak szybko w załamaniach – nawet na tłustych powiekach. Pięknie podkreśla niebieski odcień tęczówki. 
Łatwo się z nim pracuje, a przy nabraniu odpowiedniej ilości nie osypuje się i nie tworzy plam. Jego intensywność można stopniować poprzez dodawanie kolejnych, cieniutkich warstw. Jest idealny dla laików, bo wymaga jedynie lekkiego rozblendowania górnej granicy.
Podsumowując – jestem z tego cienia bardzo zadowolona. W końcu znalazłam coś, co sprawia, że moje oczy wyglądają na dobrze pomalowane, i to bez większego wysiłku! 😀 Moje wrażliwe oczy nie są przez niego podrażniane i nie łzawią, co zdarzało mi się w przypadku drogeryjnych odpowiedników. Kolor jest na tyle uniwersalny, że dopasuje się do każdego typu urody.

Czy kupię ponownie?
Tak! Mam ochotę na kolejne odcienie – jest ich na szczęście sporo i każdy znajdzie tam coś dla siebie. Będę polowała na jakiś bardzo chłodny brąz, ewentualnie szarość, bo wiele osób mówiło mi, że w takich odcieniach na powiece wyglądałabym jak „milion dolarów” :P.
Niżej znajdziecie zdjęcia na powiekach i swatche – bez żadnego filtra. Musicie mi przyznać rację – ten cień, to prawdziwy kameleon 🙂

Miałyście kontakt z cieniami sypkimi? Czy ich mineralne odpowiedniki Was zainteresowały? Co myślicie o tym kolorze?
Pozdrawiam :*

ZAKOCHAJ SIĘ W JESIENI: ZAINSPIRUJ SIĘ ♥

 Cześć!
Jesień, przynajmniej ta późniejsza, kojarzy nam się z deszczem, spadającymi liśćmi, zimnem i depresyjnym nastrojem. O polskiej, złotej jesieni można co najwyżej pomarzyć, a jeśli natura będzie łaskawa – da nam w październiku kilka słonecznych dni, które zmotywują nas do działania i naładują energią na kilka następnych, trudnych miesięcy. 
Działając na przeciw stagnacji i otępieniu postanowiłyśmy z najlepszymi dziewczynami w polskiej blogosferze <udawana skromność :P> rozruszać nasze blogi i spróbować pobudzić zarówno swoje, jak i Wasze, szare komórki. Po co marnować czas na lenistwo, kiedy można spróbować czegoś nowego?
Przygotowałyśmy dla Was wspólną akcję, która będzie polegać na cotygodniowym, niedzielnym publikowaniu wpisów. Będziemy pisały zarówno o tematach lifestyle’owych jak i kosmetycznych, dlatego każda z Was znajdzie coś dla siebie. Oprócz mnie w tym przedsięwzięciu biorą udział:
Jeśli jesteście ciekawe, co przygotowałyśmy na otwarcie – zapraszam do dalszej części posta. Obiecuję – nie będziecie się nudzić! Pędźcie po kawę, dobre ciastko i szybko, szybko do czytania 😀 
Wielu osobom jesienią brakuje chęci do działania, a żeby je zmotywować do czegokolwiek trzeba się mocno postarać. Sama mam czasem słabsze dni i kiedy za oknem jest szaro i buro – zebranie się w sobie, żeby wstać z łóżka i iść na zajęcia jest o wiele trudniejsze niż wtedy, kiedy budzą mnie promienie ciepłego słońca. Na przekór mojemu marudnemu charakterowi przygotowałam kilka inspirujących propozycji – na spędzanie czasu wieczorami, na ciekawe hobby czy głębsze poznanie siebie.
STOP WTÓRNEMU ANALFABETYZMOWI! :p
Jesienne wieczory sprzyjają temu, by powrócić do swoich ulubionych książek, albo sięgnąć po coś nowego, o czym może nawet nie mieliśmy pojęcia. Sama na razie czytam tylko i wyłącznie podręczniki, ale mam nadzieję, że kiedy wdrożę się w naukę na medycynie powrócę do regularnego czytania moich ulubionych pozycji. 
 
Jeśli macie ochotę na coś lżejszego – wybierzcie książki z gatunku poradników lub czegoś na kształt „trenerów osobistych”. Są naprawdę ciekawe, a wystarczy przeczytać jeden dział i go przeanalizować – bez obaw, że wciągnie nas jakaś historia. Sama czytałam Slow Fashion, które zmobilizowało mnie do zmiany poglądów na temat kupowanych ubrań czy Tajniki Makijażu RLM, dzięki którym udało mi się poeksperymentować z moją kolorówką. Jeśli wolicie pogłębić swoją wiedzę na temat pielęgnacji – warto sięgnąć po Szczęśliwą Skórę albo Sekrety koreańskiej pielęgnacji. Obecnie wybór jest tak duży, że ciężko nie znaleźć czegoś odpowiedniego dla siebie 🙂
Z całego serca polecam Wam też książki z działu fantasy – wiem, że nie każdy za nimi przepada, ale z niektórymi naprawdę warto jest się zapoznać – moim zdaniem pozycje obowiązkowe to te z uniwersum Śródziemia – Tolkiena i coś polskiego – czyli przygody Geralta z Rivi. Obie pozycje nie są najłatwiejszymi i najlżejszymi, ale budują napięcie i dają możliwość dogłębnego poznania bohaterów – na tyle, że ciężko jest później pożegnać się z nimi w momencie, kiedy książka się skończy.
A JEŚLI KTOŚ WOLI OBRAZ?
Jesień to świetny moment na nadrabianie zaległości filmowych czy serialowych. Sama jestem w trakcie poszukiwania serialu, który odpowiadałaby mi i który mogłabym oglądać wtedy, kiedy chcę odpocząć od nauki. Filmy są fajną alternatywą dla książek, szczególnie wtedy, jeśli chcemy spędzić czas z kimś innym. W połączeniu ze słodkimi czy słonymi przekąskami potrafią zapewnić dobrą rozrywkę, a czasem wciągają na tyle, że możemy odjąć od dnia kilka godzin… Najczęściej przytrafia mi się to przy serialach – uwierzcie mi na słowo… 😛 
 
BYŁO COŚ DLA DUCHA, A CO Z CIAŁEM
Wiem, ze latem jest o wiele łatwiej wskoczyć w sportowy strój i wybrać się na spacer, przejażdżkę rowerem czy wypad nad jezioro i kilkugodzinne pływanie połączone z opalaniem. Jesień i zima to dla mnie najcięższy okres w dbaniu o piękne ciało – mam praktycznie zerową motywację do ćwiczeń, za to słodycze mogłabym jeść co chwilę. Zajęcia i długie godziny spędzane przy biurku sprawiają, że częściej bolą mnie stawy, jestem zmęczona i niedotleniona. Moim jesiennym postanowieniem jest zwiększenie poziomu aktywności i to wcale nie dlatego, że chcę schudnąć czy to modne – warto zrobić to dla swojego zdrowia!
 
HOKUS POKUS, CZARY MARY, CZYLI KTO TO WSZYSTKO POSPRZĄTA?
Zmiana garderoby to dla mnie idealny moment na porządki. Układam bluzki, paruję skarpetki, oddzielam to, w czym chodzę, od tego, za czym już nie przepadam. Regularne przeglądanie zawartości półek i szuflad pomaga mi przeciwdziałać gromadzeniu niepotrzebnych ubrań i nie tylko. To samo robię z kuchennymi szafkami, kuferkami z biżuterią czy kosmetykami. Zawsze znajdzie się coś, czego już nie używam. Wychodzę z założenia, że lepiej jest to komuś oddać, niż trzymać za długo i w końcu wyrzucić. Wymiany też są fajne – pozwalają odkryć ciekawe rzeczy i poznać kogoś nowego! 🙂


OTOCZMY SIĘ PIĘKNYMI AROMATAMI
Woski to moi nieodłączni towarzysze, a kiedy nadchodzą chłodniejsze dni staram się zamieniać te owocowe na cięższe, słodsze i bardziej otulające. Jedną z moich ulubionych kategorii jest jedzeniowa  – wata cukrowa, słodkie bułeczki, muffinki – cud, miód i orzeszki 😀 Swoje woski trzymam w pięknym słoiczku – wyglądają jak filmowe ciasteczka – każdego ciekawi, co się w tym pojemniczku znajduje. Jeśli macie jakieś ciekawe propozycje zapachów – chętnie o nich poczytam – nie mam już wielkiego zapasu wosków, a ciekawi mnie coś nowego 😉


MAŁO NAS, MAŁO NAS, DO PIECZENIA CHLEBA! 😛
Kto zna tę piosenkę z przedszkola? Towarzyszy mi do dzisiaj 🙂 Nie bez powodu okrzyknęłam jesień porą roku pieczenia – o ile za gotowaniem nie przepadam, tak przygotowywanie słodkości to dla mnie ogromna frajda. Pieczenie babeczek, nawet tych gotowych, może być nie lada przyjemnością – polecam spróbować. Dodatkowo, znacie pewnie powiedzenie – przez żołądek do serca. Nawet jeśli macie już drugą połówkę – sprawicie jej nie lada przyjemność przygotowując coś od siebie 😀 Nie zapominajcie też o ciepłej herbacie albo kawie – bez tego i ciepłego kocyka nie da się przetrwać jesieni 😛

NOWA PORA ROKU – INNA PIELĘGNACJA I MAKIJAŻOWE EKSPERYMENTY
Zmiana pory z letniej na jesienną kojarzy mi się ze zmianami w mojej pielęgnacji i makijażu. Pozwalam sobie wtedy na drobne eksperymenty, dodaję trochę stonowanych kolorów, ciemniejsze usta, czasem dodaję akcent na oku – a często mi się to nie zdarza. Jeśli chodzi o pielęgnację – mniejsza ilość słońca pozwala na stosowanie kosmetyków bardziej inwazyjnych, ingerujących w naszą skórę. Warto wtedy pomyśleć o zabiegach, których nie możemy wykonywać latem. Czekajcie na kolejne posty – na te tematy postaram się napisać coś więcej – jesteście ciekawi co wymyśliłam?
Mam nadzieję, że cała akcja Wam się spodoba! Co myślicie o takiej kooperacji? Znacie blogi dziewczyn? Będziecie do nich zaglądać? A jaki jest Wasz sposób na jesienne wieczory? Co najbardziej Was inspiruje?
Pozdrawiam :*
 
 

PROJEKT DENKO | OSTATNIE TAKIE WIELKIE W TYM ROKU :P

Hej!
Na samym początku chciałam Wam powiedzieć, że będziemy musieli zmienić harmonogram publikowania postów – czwartek niestety nie bardzo mi pasuje, bo cały tydzień mam zajęcia do dość później pory, a kiedy kończę wcześniej – muszę uczyć się na najbardziej wymagające przedmioty. Piątek będzie dla mnie dniem idealnym, ponieważ w piątki będę miała tylko chemię – przez 5 tygodni – a później czekają mnie długie, wolne weekendy 🙂 
Pisałam już o ulubieńcach, podsumowywałam Instagram – przyszedł wiec czas na projekt denko. To ostatnie, jakie „stworzyłam” wspólnie z mamą – dlatego znajduje się w nim znowu sporo kosmetyków. Już teraz mogę zaznaczyć, że następne na pewno nie będą tak okazałe – zużywanie solo idzie mi o wiele, wiele wolniej 😛 Jeśli jesteście ciekawi, jakie kosmetyki dobiły dna we wrześniu i chcecie przeczytać krótkie opinie na ich temat – zapraszam do dalszej części posta 🙂

WŁOSY:

  • SZAMPON  WZMACNIAJĄCY DO WŁOSÓW, JOANNA, JOANNA RECEPTURA, SKRZYP ROZMARYN

Ten szampon rezydował na mojej półce bardzo długo. Kupiłam go kiedyś na promocji w Biedronce i używałam do mocniejszego oczyszczania skóry i włosów mniej więcej raz na 1-2 tygodnie. Był wydajny, bardzo dobrze się pienił i oczyszczał włosy z nadbudowanych protein, silikonów czy innych zanieczyszczeń. Pachniał ziołowo, ale zapach nie utrzymywał się zbyt długo na głowie. Nie podrażniał mojego skalpu i nie mogłam na niego narzekać. Za 400 mililitrów zapłaciłam niecałe 8 złotych. Jeśli kiedyś go gdzieś znajdę – na pewno wrzucę go do koszyka 🙂
  • ODŻYWKA BEZ SPŁUKIWANIA DO WŁOSÓW ZNISZCZONYCH, LOREAL ELSEVE TOTAL REPAIR

Odżywki w sprayu to mój must have jeśli chodzi o pielęgnację włosów. Zazwyczaj wybieram te z Gliss Kura i stosuję zamiennie różne wersje – pomagają mi rozczesać włosy, wygładzają je i nabłyszczają. Ostatnio sięgnęłam jednak po Loreal Elseve, ponieważ oprócz hydrolizowanej keratyny zawierała kwas mlekowy i to bardzo wysoko w składzie (chyba 2 pozycja :)). Jej działanie rzeczywiście było widoczne – moje włosy były silniej nawilżone i gładkie. Niestety czasem powodowała puszenie – szczególnie wtedy, kiedy było wilgotno, niestety humektanty tak mają. Nie była tak wydajna jak odżywki Gliss Kur, ale mimo to, bardzo ją polubiłam! Na pewno kupię kolejne opakowanie, bo tak dobrej mgiełki już dawno nie miałam 🙂
  • SZAMPON DO WŁOSÓW NAWILŻAJĄCY, ALTERRA, GRANAT I ALOES

Niejednokrotnie pisałam, że szampony z Alterry są moimi ulubieńcami. Niestety ostatnio przestały mi służyć – po latach ciągłego używania nie są już tak skuteczne i jestem w trakcie szukania dla nich godnego zamiennika. Wersja z aloesem i granatem jest moją ulubioną. Ma lekko galaretowatą konsystencję. Mimo braku SLS/SLES szybko się pieni i nie ma z tym większych problemów. Dobrze oczyszcza włosy, domywa nawet oleje. Nie podrażnia skóry głowy. Włosy po jego zastosowaniu są miękkie i lśniące, czasem obchodziłam się nawet bez maski i przyznam, że wyglądały całkiem fajnie. Może nie nawilża włosów, ale na pewno tego poziomu nie obniża.

CIAŁO:

  • DIAMOND COSMETICS, SEMILAC, ACETON
Acteon, którego używałam do ściągania hybryd. Nie uczulał mnie, ale za to mocno wysuszał skórki i paznokcie – musiałam zastosować olejek na noc, żeby wróciły do normalnego stanu. Nie zawiera żadnych dodatków nawilżających, to czysty aceton. Półlitrowa butelka, która starczyła mi na kilka miesięcy kosztowała nie więcej niż 20 złotych. Nie kupię ponownie – wolę removery z lanoliną.
  • LUSH COMFORTER
Prawdziwe cudo – nie wiedziałam, że można się tak zakochać w produkcie do robienia piany. Nie należał do najtańszych, bo za  200 gramową kostkę zapłaciłam 6 euro, ale moim zdaniem jest wart swojej ceny. Jeśli nie lejecie bardzo dużo wody do wanny – starczy na 4 kąpiele. W innym przypadku radzę podzielić go na 3 kawałki. Barwi wodę na intensywnie różowy kolor, pachnie ona słodkimi, pudrowymi cukierkami. Piana jest, ale na pewno nie tak duża, jak niektórzy oczekują tego po kąpielowych dodatkach. Woda jest po nim tłusta, a ciało tak miękkie, że nie ma potrzeby używania jakichkolwiek dodatkowych produktów nawilżających. Jestem zadowolona, że jednak się na niego zdecydowałam i kiedy będę miała okazję – może do niego wrócę. Nie jestem jednak pewna, bo Lush kusi ciekawymi nowościami, a chyba wolę przetestować ich kolejne kosmetyki 😀 Znacie ten ból? 😛
  • PALMOLIVE, ŻEL POD PRYSZNIC, GLAMOUR, JEŻYNY, SMOCZY OWOC I WANILIA
Rzadko sięgam po żele pod prysznic z Palmolive – jakoś nie przepadam za tą marką, a d tego wszystkie z nich zawierają silne detergenty, które niestety mocno wysuszają moją skórę – szczególnie w sezonie grzewczym. Tego używałam naprzemiennie z Dove i przyznam, że jestem z niego zadowolona. Miał lekko lejącą konsystencję, ale dobrze się pienił i nie trzeba było używać go zbyt dużo. Zapach rzeczywiście przypominał cierpkie jeżyny połączone z nutą słodkiej wanilii – moim zdaniem jest odpowiedni i na lato i na chłodniejsze miesiące. Na razie mam zapas żeli, więc nie zamierzam do niego wracać, ale kiedy już trochę ich zużyję – pomyślę o nim – zapach utkwił mi w pamięci 🙂
  • PALMERS, BALSAM DO CIAŁA, COCOA BUTTER FORMULA, MASSAGE LOTION STRETCH-MARKS
Mimo tego, że jestem osobą szczupłą i nie mogę narzekać na duże wahania wagi – mam rozstępy. To zmora wielu dziewczyn i kobiet, moje są już jasne, mniej widoczne, ale nie mogę z nimi walczyć tak jak na początku – najprawdopodobniej będą mi towarzyszyć już zawsze. Staram się jednak zapobiegać powstawaniu nowych i w tym celu nawilżam moją skórę treściwymi olejami czy balsamami. W moje ręce trafił ten od Palmersa – słyszałam na temat tych kosmetyków wiele pozytywnych opinii i chciałam przetestować je na własnej skórze. Balsam na przyjemny, kakaowy zapach, który na skórze zaczyna niestety trochę nieprzyjemnie pachnieć – na szczęście kilka minut po aplikacji ten dziwny zapach się ulatnia i nie ma już z tym większych problemów. Bardzo dobrze nawilża skórę – masło kakaowe występuje w składzie, niestety znajduje się w nim też parafina, ale nie zauważyłam wysypu krostek. Skóra przy regularnym stosowaniu jest miękka, napięta i nabiera ładnego, zdrowego koloru (nie mylić z jej przyciemnieniem). Lubiłam ten kosmetyk i z przyjemnością po niego sięgałam. Nie zauważyłam, aby powstawały nowe rozstępy, choć teraz nie pojawiają się one u mnie tak często jak kiedyś. Myślę, że jeszcze do niego wrócę.
  • FA, ANTYPERSPIRANT FRUIT ME UP, FRUITY TOUCH
W poprzednim denku pisałam Wam o drugiej, także limitowanej wersji tego zapachu. Tamta bardzo mi się podobała – była owocowa, ale świeża i soczysta. Ta miała w sobie jakby więcej kwiatowych nit. Doskonale była tu też wyczuwalna wiśnia, za którą niekoniecznie przepadam. Przez to, że zapach nie do końca mi odpowiadał nie polubiłam się z tym kosmetykiem. Ochrona była na średnim poziomie, a nie należę do osób, które narzekają na problem nadmiernej potliwości. Nie wrócę do niego – pewnie nawet nie będę miała okazji, bo jak widać po napisie na opakowaniu – jest to wersja limitowana. 

TWARZ:

  • GARNIER, DWUFAZOWY PŁYN DO DEMAKIJAŻU OCZU
Kiedyś, kiedy płyny micelarne nie były jeszcze tak popularne, dwufazówki były jedynymi kosmetykami (oprócz mleczek), którymi można było usunąć makijaż oka. Postanowiłam wrócić do takiego płynu i sprawdzić, czy rzeczywiście zobaczę różnicę. Dwufaza z Garniera była dobra, ale nie na tyle, żebym miała porzucać płyny micelarne i oleje na jej rzecz. Domywała makijaż, ale trwało to znacznie dłużej i mam wrażenie, że demakijaż nie był wtedy tak dokładny, jak po połączeniu olejku i miceli. Do takiego typu kosmetyków już nie wrócę – nie stosuję tuszy wodoodpornych, a mam wrażenie, że z takimi te płyny by sobie nie poradziły. 
  • SOLO CARE, PŁYN DO SOCZEWEK
Mój ulubiony płyn, o którym pisałam na tym blogu już kilkakrotnie. Dobrze rozpuszcza białkowy nalot z soczewek, sprawia, że są one czyste i komfortowe w noszeniu przez wiele godzin. Płacę za niego 40 złotych, a tak duża pojemność (360 mililitrów) spokojnie starcza mi na 3 miesiące praktycznie codziennego stosowania. Wrócę do niego ponownie. 
  • ZIAJA, MASKA OCZYSZCZAJĄCA Z GLINKĄ SZARĄ
Ostatnio nie używam zbyt często maseczek w takiej formie – większość z nich mam w pudełeczkach albo tubkach, natomiast te z Ziaji są jednymi z moich ulubionych. Kosztują grosze, a działają. Wersja do skóry mieszanej z glinką szarą fajnie oczyszcza i odświeża skórę bez jej jednoczesnego wysuszania.  Lubię sięgać po każdą z tej serii, natomiast ta sprawdza się na mojej skórze najlepiej. Ma przyjemny, słodki zapach i nie zasycha, przez co dość łatwo się ją zmywa. Po jej użyciu zanieczyszczenia porów zostają w sporym stopniu usunięte, a skóra wygląda na gładszą i ma bardziej równomierny koloryt. Na pewno do niej wrócę. 
To kosmetyk, który dostałam kilka miesięcy temu w ramach współpracy. Używałam go do wieczornego mycia twarzy i jestem zaskoczona, że działał tak fajnie! Skóra była tak oczyszczona, że aż „skrzypiała” od czystości. Mimo tego nie zauważyłam przesuszenia czy innych negatywnych skutków używania tego kosmetyku. W połączeniu z soniczną szczotką dobrze usuwał zanieczyszczenia i ewentualne resztki makijażu. Nie zawierał silnych detergentów i nie podrażniał mojej skóry. Pisałam już pełną recenzje na jego temat i znajdziecie ją, klikając w link w opisie tego akapitu. Jedynym minusem jest dla mnie dość wysoka cena, ale wynagradza nam ją wydajność tego kosmetyku. Może wrócę ponownie.
Mój „Święty Graal”, krem, które używam z przerwami od kilku dobrych lat. Dobrze działa na skórę, nie zapycha jej, a małe, ropne krostki goją się przy jego stosowaniu zdecydowanie szybciej. Idealnie nadaje się na dzień, pod makijaż, ale można też stosować go wieczorem. Nie przyspiesza przetłuszczania się mojej skóry i nie obciąża jej. Na promocji można dorwać taką 40 mililitrową tubkę za około 40 złotych. Przy jednorazowym, codziennym stosowaniu takie opakowanie starcza mi mniej więcej na 2,5 miesiąca, góra 3. Szukam dla niego godnego zamiennika, ale nadal nic ciekawego nie znalazłam – może Wy macie coś godnego polecenia? Pełną recenzję możecie przeczytać, klikając w link w tytule. Sama na pewno kupię go ponownie, ale na razie chciałam znów trochę od niego odpocząć 🙂
  •  BEBEAUTY, HYDRATE, NAWILŻAJĄCE CHUSTECZKI DO DEMAKIJAŻU
Chusteczki, które zabrałam ze sobą zamiast płynu micelarnego na dwutygodniowy wyjazd do Niemiec. W opakowaniu mamy 25 sztuk. Niestety chusteczki nie są zbyt mocno nawilżone i miał problemy z domywaniem resztek, których nie pozbył się zastosowany wcześniej olejek. Widziałam sporo pozytywnych opinii na ich temat, ale sama ich nie polecam. Moje ulubione chusteczki dla dzieci są o wiele tańsze – mają w opakowaniu 2 razy więcej sztuk, a cena jest podobna. Sprawdzają się o wiele lepiej i bez problemów domywają makijaż – nawet samodzielnie. Nie wrócę do nich ponownie. 
  • ECOSPA, OLEJEK Z PESTEK ARBUZA
Jeden z najlżejszych olejków, jakich miałam okazję używać. Nie pachnie, przy użyciu minimalnej ilości dość szybko się wchłaniał. Niestety musiałam przestać go używać jako nawilżacza, bo przy kilku miesiącach regularnego olejowania skóry twarzy na noc mocno się ona zbuntowała. Używałam go do usuwania makijaż i bez problemu radził sobie nawet z bardziej opornymi tuszami. Nie był drogi, więc mogę go polecić. Jeśli jesteście posiadaczkami skóry tłustej – mógłby być dla Was idealnym olejem 🙂 Nie jest zbyt znany, a moim zdaniem działa naprawdę super. 
  • AVA, AKTYWATOR MŁODOŚCI, SERUM Z WITAMINĄ C
To serum to hit mojej pielęgnacji. Po witaminie C moja skóra szybciej się regenerowała, miała ładniejszy kolor a przebarwienia lekko zbladły. Ma prosty skład i konsystencją bardziej przypomina kwas hialuronowy niż typowe serum z witamina C – jest lekkie, nieoleiste i szybko się wchłania, zostawiając na skórze lekko lepką powłoczkę, która znika po zastosowaniu kremu. Nie jest drogie – swoją buteleczkę kupiłam na promocji za około 20 złotych. Spodobało mi się głównie dlatego, że nie zapychało mojej skóry. Na pewno do niego wrócę, kiedy skończę stosowanie tych z kwasami. 

  • PERFECTA, SOFTLIPS, BALSAM DO UST O SMAKU TRUSKAWKOWYM
O tych kostkach lodu pisałam Wam już w kilku projektach denko. Ta jest przedostatnią, jaką mam Wam do pokazania i moim zdaniem jest to, jak na razie, najgorsza wersja z jaką miałam do czynienia. Pominę fakt, że zawiera one filtr przenikający (a takie filtry działają na naszą gospodarkę hormonalną). Ten balsam miał bardzo chemiczny i sztuczny zapach, nie używałam go zbyt często. Nadawał się do nawilżania usta w ciągu dnia, na noc był zdecydowanie za lekki. Miał wazelinkową konsystencję. Niestety jest to kolejna sztuka, która otworzyła mi się w torbie, ubrudziła wszystko i tak skoczyła swój żywot. Nie wrócę do nich ponownie.  

Znacie coś z tych kosmetyków, o których pisałam w dzisiejszym poście? Lubcie czytać projekty denko?
Pozdrawiam i życzę miłego weekendu 🙂 Do zobaczenia w niedzielę! 😀 

WRZESIEŃ W ZDJĘCIACH | TAK INTENSYWNEGO MIESIACA JUŻ DAWNO NIE BYŁO

Cześć dziewczyny!
Wrzesień był dla mnie pięknym, łaskawym i pełnym pracy i niespodzianek miesiącem! Już dawno nie czułam się taka szczęśliwa, a to chyba dlatego, że był to moment przygotować na moje wymarzone studia, a także czas, w którym obchodzę swoje urodziny. Mam Wam do pokazania kilka ciekawych momentów, które chciałabym opisać zdecydowanie szerzej, niż na Instagramie. Jeśli jeszcze mnie nie śledzicie – serdecznie zapraszam, a teraz, bez zbędnego przedłużania, zapraszam na nowy post!
Jak już wspominałam, sierpień był dla mnie miesiącem bez hybryd. Po tak długiej rozłące postanowiłam do nich wrócić, bo moje paznokcie wcale nie były w złym stanie. Niestety nie wyszły one idealnie – chyba moje ręce odzwyczaiły się od tak precyzyjnej pracy – na szczęście za drugim razem było o wiele lepiej 😀  Na trzech pierwszych palcach widzicie Chic Nude, a na serdecznym i małym – złoty metal manix. Niestety metal manix nie jest dla mnie – dry top zaczął mnie uczulać i pojawiła się u mnie onyholiza. Dam mu drugą szansę – jeśli coś będzie nie tak, pozostanie mi używanie go jako złotego brokatu, co też wygląda całkiem efektownie 🙂
Pierwsze dni miesiące spędzałam na urlopie u Mateusza – to ostatnie chwile, jakie spędzaliśmy w jego rodzinnym domu – przeprowadził się wcześniej ode mnie, bo już na początku ubiegłego miesiąca. Na szczęście były to naprawdę ciepłe dni i mogliśmy korzystać z tej pogody do woli. Efekty tego leniuchowania możecie zobaczyć na dwóch kolejnych fotografiach 🙂

Jako dziecko uwielbiałam patrzeć w niebo – szczególnie wtedy, kiedy pojawiają się na nim chmurki, a za nimi świeci słońce. Zawsze wymyślałam kształty, jakie według mnie reprezentowały. Były smoki, księżniczki, zamki i złe czarownice. Lubicie czasem wrócić do dawnych lat i siedząc na zielonej trawie puścić wodze fantazji? Ja tak! 
We wrześniu zgłosiłam się do konkursu Glov. Można było zostać promotorem ich rękawiczek do zmywania makijażu. Niestety nikt się do mnie nie odezwał – mam za mało folołersow, smuteg 😛
7 września był pamiętny dzień – moje 21 urodziny. Z tej okazji przygotowałam dla Was niezwykle prywatny post, który był jakby pamiętnikiem, a przecież od pamiętników zaczynałam pisać tego blogu. Autoportret pozwolił mi pozbyć się negatywnych myśli i zaakceptować stan rzeczy takim, jaki jest. Cieszę się, że ten wpis został tak cieple przyjęty – dziękuję Wam za wszystkie pozytywne komentarze, życzenia i słowa zrozumienia ♥ Jeśli jeszcze go nie widzieliście – koniecznie nadróbcie straty!

Wracając do tematu urodzin – mój tort był bardzo tematyczny – stetoskop, maseczka, strzykawki i te sprawy – nie powiem, moja mama jest bardzo pomysłową osobą. Niestety cukiernia się pomyliła i zamiast wersja toffi przyjechała do mnie czekoladowa – na szczęście nie mogę narzekać, bo był naprawdę przepyszny i szybko zniknął ze wszystkich talerzy.
We wrześniu przygotowywałam się też do konkursu ze strony zblogowani.pl organizowanym wspólnie z Annabelle Minerals. Sesja była świetna, a ja jestem bardzo zadowolona z wyników współpracy mojej i Mateusza.  Niestety przy ogłaszaniu wyników mocno się rozczarowałam – nie mówię, że powinnam ten konkurs wygrać, ale wszystkie logi, które typowałam do miejsca na podium na tym podium się nie znalazły. Konsultowałam moje spostrzeżenia z innymi blogerkami i im też działania firmy wydały się bardzo podejrzanie. Moim zdaniem nie wszystko było zorganizowane zgodnie z regulaminem, a moje argumenty w ogóle nie zostały wzięte pod uwagę. Zraziłam się do tego typu konkursów – mam wrażenie, że liczy się tylko ilość obserwatorów a nie przekaz. Obietnice producenta umie wypisać każdy – gorzej, jeśli trzeba zaczerpnąć ze źródeł swojej kreatywności. 
Przechodząc do bardziej przyjemnych tematów – w galerii niedaleko mojej rodzinnej miejscowości odbywał się mini zlot fanów Star Wars. Mnie i Mateusza nie mogło tam zabraknąć, a że gdzieś w głębi duszy zawsze interesowała mnie ciemna strona mocy – nie mogłam odpuścić zrobienia sobie zdjęcia z samym Darth Vaderem!

Bukiet, który otrzymałam od mojego chłopaka i brata na urodziny trzymał się naprawdę długo, a ja nie mogłam przepuścić okazji, żeby go nie uwiecznić. Kocham kwiaty, chyba jak każda kobieta, a taki ze strony chłopaków bardzo mi się spodobał i nawet ujął za serce. Mam nadzieję, że wszystkie życzenia się spełnią, a ja będę najszczęśliwszą osobą pod słońcem! Trzymam za to kciuki!  
Elf to moje drugie imię, nie mogło więc zabraknąć zdjęcia z wiankiem. Uwielbiam takie klimaty – baśnie, fantastyka, legendy – to chyba mój konik, a to, że się nimi interesuję zawdzięczam mojemu tacie. To on zaszczepił we mnie żyłkę, dzięki której z zamiłowaniem sięgam po książki o tej tematyce, a Władca Pierścieni stoi na półce moich książkowych ideałów. Cóż mogę rzec – dziękuję tato!
Wrzesień również był dla mnie dobrym miesiącem ze względu na to, że znów udało mi się coś wygrać. Tym razem był to box pełen azjatyckich kosmetyków wygrany u Land of Vanity. Serdecznie zapraszam Was na jej bloga 🙂 Pisałam o Tybecie, ulubionych książkach i o tym, że bum na Azję mnie ominął, bo byłam nią zafascynowana dużo wcześniej 🙂 Magda to doceniła, za co bardzo jej dziękuję 🙂

Pod koniec miesiąca pisałam Wam, że bardzo lubię swoje włosy. Może i mają one swoje gorsze dni, ale nie ma nic, co byłoby idealne, a ja im te słabsze momenty po prostu wybaczam. Ostatnio nie mogę narzekać na ich stan, mam w planach jeszcze bardziej o nie zadbać – niestety jesienne wypadanie zaczęło dopadać i mnie, a chcę temu jak najszybciej zapobiegać. Stosuję kilka produktów o których pewnie jeszcze napiszę na blogu – chcielibyście przeczytać coś na temat włosów? Dajcie znać w komentarzach 🙂 
Rzadko odwiedzam kościoły, ale ten w Świętej Lipce naprawdę mnie zauroczył. Uwielbiam stare malowidła, rzeźby, organy. Ktoś, kto o to dba musi się nieźle napracować, ale naprawdę widać tego efekty. Mam nadzieję, że takie zabytki nigdy nie zostaną zapomniane – byłaby wielka szkoda gdyby stały tak pozostawione same sobie – skazane na degradację i zapomnienie. Jeśli szukacie ciekawego miejsca na Mazurach czy Warmii, a architektura sakralna nie jest Wam straszna – serdecznie zapraszam! Pokaz gry na pięknych organach wygląda niesamowicie! Do tego jest to miejsce objawień, a ja w takim otoczeniu wyczuwam dziwną aurę – może rzeczywiście coś w tym jest?

Praktycznie na koniec miesiąca pojawił się u mnie mój wymarzony atlas anatomiczny, prezent od dziadków i rodziców – Prometeusz! Jest bardzo ciężki i duży, ale mimo tego z chęcią noszę go na zajęcia i nie wyobrażam sobie nauki anatomii bez niego – ryciny są tak przejrzyste, że nie mam później większych problemów ze znalezieniem struktur na preparatach. Jeśli jesteście ciekawi jak wygląda – chętnie mogę pokazać Wam wszystkie trzy tomy na Snapchcie. A jeśli jesteście zainteresowani jego kupnem – serdecznie Wam go polecam ♥
W moje ręce wpadła też maść polecana mi przez Ewę z bloga Mademoiselle Eve – Skinoren. Jeszcze nie zaczęłam jej stosować, więc nie mogę Wam opowiedzieć o wynikach kuracji. Ma ona minimalizować wypryski i działać na przebarwienia potrądzikowe – oczekuję poprawy głównie w tej drugiej kwestii, bo z wypryskami nie mam już aż tak dużych problemów. Niestety wiele z Was pisało mi, że ten krem zapycha – mam nadzieję, że u mnie obędzie się bez tego – jeśli nie, będę szukać dla niego równie ciekawego odpowiednika 🙂


Lily Lolo, a raczej Costasy postanowiło kontynuować współpracę z moim blogiem, mogłam więc wybrać kolejne trzy kosmetyki, które dla Was przetestuję. Wybór padł na bazę pod cienie, cień sypki Smoky Brow i mgiełkę do utrwalania i scalania makijażu. Testy trwają, a na początku listopada postaram się napisać Wam recenzję każdego z tych produktów. Mogę tylko powiedzieć, że jestem oczarowana cieniem – tak wielowymiarowego odcienia już dawno nie widziałam ♥ 
Niedawno przekroczyłam też liczbę 666 obserwatorów. Napiszę krótko – kocham Was, wszystkie moje diabełki i nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będzie Was tu tak dużo! Dziękuję! :*
Na sam koniec pokazałam moje zdjęcie niepełnej kolekcji lakierów i pyłków Indigo 😀 Jestem w tej marce zakochana, bo lubię wspierać to, co Polskie. Ich hybrydy świetnie współpracują z moją płytką, a o żadnym uczuleniu nie ma nawet mowy – chociaż robię sobie regularne przerwy od hybryd i bardzo dbam o stan moich paznokci. Jesteście ciekawi, jakie odcienie znajdują się w moich zbiorach? Chcielibyście zobaczyć na blogu jakąś propozycję jesiennego manicure? Odpowiedzi zamieszczajcie w komentarzach 🙂
Śledzicie mnie na Instagramie? Co ciekawego porabialiście we wrześniu? Które ze zdjęć spodobało Wam się najbardziej?
Pozdrawiam!

YANKEE CANDLE | FLOWERS IN THE SUN | OSTATNI POWIEW LATA

Hej!
Jak co niedziela, zapraszam na prezentację kolejnego wosku. Tym razem chciałam Wam przekazać moją opinię na temat wosku z letniej kolekcji q3, która praktycznie w całości przypadła mi do gustu.  
Ostatni zapach Yankee Candle, czyli Flowers in the Sun to dla mnie powiew lata, które jednak na dobre już odeszło. Czy producent dobrze odzwierciedlił to, czego nam w tym momencie tak brakuje? Czy słoneczny, ale jesienny poranek okraszony tym zapachem może przypominać ten letni? Jeśli jesteście ciekawi – zapraszam dalej 🙂 Tam na pewno znajdziecie odpowiedzi na te, i inne, pytania 🙂

Wosk z kwiatowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o
promiennym zapachu słodkich kwiatowych pąków, przywołujący wspomnienie
przechadzek po malowniczych, kolorowych ogrodach.
Czytając opis producenta spodziewałam się lekkiego, świeżego i delikatnego, acz słodkiego zapachu. Zapachu, który pobudzałby moje zmysły, łechtał nos i przypominał, jak jeszcze kilka tygodni temu mogłam oglądać dmuchawce czy polne kwiaty – i nie było to zjawiskiem dziwnym, czy nienaturalnym.
Moim zdaniem zapach ten jest w 100% letni, aczkolwiek mój nos nie odczuwa go dokładnie tak, jak opisało go Yankee. W mojej wizji gdzieś w bliskim otoczeniu tego bajkowego ogrodu znajduje się jeszcze owocowy sad. Jest to aromat owocowo – kwiatowy, gdzie kwiaty tworzą po prostu tło. Na pierwszy plan wybijają się słodkie i soczyste żółte owoce – gruszki, jabłka, brzoskwinie (które na mazurach raczej ciężko hodować, ale wszystko jest możliwe :P). Jest idealny na chwile, kiedy nie mamy ochoty na mocne i nachalne zapachy, chociaż jest dobrze wyczuwalny nawet w dość dużych pomieszczeniach.

Co do strony wizualnej, Flowers in the Sun bardzo mi się podoba. Ma słomkowy, żółty kolor, a na etykietce widzimy polne kwiaty we wspomnianych promieniach ciepłego słońca. Mimo tego, że woski Yankee mają tendencję do krusznia się, ten nie granulkował się tak mocno, jak niektóre. 1/3 włożona do kominka sprawiła, że salon pachniał przez dobrych kilka godzin.
Wosk znajdziecie na goodies.pl w cenie 9 złotych.

Lubicie połączenia kwiatów i owoców? Jakie są Wasze ulubione kategorie zapachów? Macie jakieś propozycje godne polecenia na zbliżającą się, chłodną jesień?
Pozdrawiam :*

PĘDZLE A'LA REAL TECHNIQUES Z ALIEXPRESS | CZY WARTO?

Cześć!
Jak wiecie, nie popieram kupowania podróbek, a jeśli decyduję się już na podobny produkt, to wychodzi on z rąk innej firmy i jest po prostu kosmetykiem inspirowanym. Przeglądając Instagram natknęłam się na te pędzle – coś na kształt Real Techniques, jednak nie są one w żaden sposób naznaczone – każdy z nich to no – name. Musicie przyznać, że na zdjęciach wyglądają naprawdę cudownie. A jak sprawują się przy wykonywaniu makijażu? Mogę je polecić, czy raczej powiem, żeby omijać je szerokim łukiem? Jeśli chcecie znaleźć odpowiedzi na te pytania – koniecznie zajrzyjcie do dalszej części tego wpisu 🙂 Zapraszam!

Pędzle zamówiłam jeszcze w wakacje i czekałam mniej więcej miesiąc na to, żeby do mnie przyszły. Zapłaciłam za nie nie więcej niż 5,5 USD. W Polsce za taką samą kwotę miałabym może jeden pędzel Hakuro, ewentualnie dwa, kiedy wybrałabym te do oczu. Czy za tak niską kwotę możemy spodziewać się wysokiej jakości produktu? Czy warto zastanowić się nad zakupem tych pędzli? Niżej opowiem Wam o każdej sztuce, a na koniec podsumuję cały zestaw.

Największy pędzel to ten przeznaczony do pudru. Ma długą rączkę, nieco szpiczastą. Sam jest eliptyczny, zaokrąglony, ma dość długie, ale niezbyt mocno zbite włosie syntetyczne. Jest miękki, ale bardzo sztuczny i plastikowy w dotyku. Można nim fajnie omieść twarz pudrem, ale raczej nie da się go w nią wprasować.

Pędzel do konturowania jest już innego koloru, niż jego poprzednik. Również ma długą rączkę, a włosie jest podobnej jakości. Jest też o wiele krótsze i gęściej osadzone w skuwce. Nabiera produkt, ale nie chce przenieść go na twarz, przez co ciężko wykonuje się nim jakikolwiek makijaż. Tylko w przypadku rozświetlacza radzi sobie jako tako.

Kolejny pędzel ma nieco krótszy trzonek i jest o wiele mniejszy od poprzedników. Ta lekko szpiczasta kuleczka przeznaczona do nakładania różu. Niestety tak jak w przypadku poprzednika – mimo tego, że produkt finalnie ląduje na pędzlu, to nie można przenieść go choćby w 50% na policzki. Skutkuje to tym, że musimy dokładać kilka warstw kosmetyku, żebyśmy mogli cokolwiek na jabłuszkach zobaczyć.

Ostatni pędzel do makijażu twarzy to narzędzie o ciekawym kształcie. Wydaje mi się, że służy do nakładania podkładu – z jednej strony jest płaski, z drugiej, jakby dachówkowaty – na przekroju moglibyśmy dostrzec trójkąt (mam nadzieję, że po moim tłumaczeniu zrozumiecie, jaki to kształt :P). Jest tak samo sztywny i sztuczny jak pozostałe, nie mogę nawet znaleźć dla niego ciekawej funkcji. Można nim ewentualnie przypudrować okolice pod oczami, ale cudów spodziewać się nie należy.

Jeden z trzech pędzli do oczu, które znalazły się w tym zestawie to pędzel do malowania kresek. Tu akurat fakt, że ma prawie plastikowe włosie pomaga – nie wygina się mocno, nie wpija kosmetyku więc łatwo jest nim rozprowadzać kremowe lub żelowe produkty. Używałam go do makijażu ust i jestem zadowolona – jedna z najlepszych sztuk w tym secie.

Mała kuleczka do blendowania to coś, co każda z nas, która wykonuje makijaż oczu, powinna mieć w swojej pędzlowej kolekcji. Tym gagatkiem nałożymy cień na całą powiekę i lekko go rozetrzemy, natomiast do pracy z kilkoma cieniami i budowania wielowymiarowego makijażu się nie nadaje. Moim zdaniem ma zbyt mocno zbite włosie, które jest dodatkowo krótkie i to potęguje ten negatywny efekt. Przez to jest dość sztywny i twardy, a to nie pomaga w tworzeniu płynnych przejść między warstwami.

Ostatni pędzel do oka to nieco spłaszczona, duża kulka. Jego rozmiar jest zdecydowanie zbyt duży to wykonywania makijażu oka, ale jakość wykonania jest nieco inna – na końcu włosie jest rzadsze a przy tym bardziej plastyczne, co ułatwia z nim pracę. Niestety jego rozmiar nie pozwala mi go używać w ten sposób, do jakiego został przeznaczony. Lepiej jest nakładać nim rozświetlacz lub puder w miejscach, które są ciężej dostępne.
 

Jak oceniam cały ten zestaw? Za taką sumę nie powinnam spodziewać się niczego, czego jakość bardzo pozytywnie by mnie zaskoczyła. Pędzle rzeczywiście wyglądają pięknie, ale praktycznie na tym ich użyteczność się kończy. Mają bardzo lekkie, plastikowe trzonki, a ich włosie w ogóle nie przypomina tego, z jakim miałam kontakt – jest sztywne, mało plastyczne i działa na dwa sposoby – albo pobiera produkt i później już go na twarz nie oddaje, albo nie chce zabrać go z opakowania. Plus za to, że trzonki są jednak ładnie wykonane, włosie jak na razie nie wypada i jest równo przycięte i dokładnie zabarwione. Poużywałam ich trochę, ale przyznam, że jestem przyzwyczajona do włosia lepszej jakości, a wcale nie posiadam tym droższych pędzli – moja kolekcja ogranicza się praktycznie do samego Hakuro. Umyję je i będą mi służyły jako ozdoba na biurku i do zdjęć – w tej roli na pewno spiszą się o wiele lepiej 😀
Co sądzicie o takich tanich pędzlach? Czy według Was to podróbka, czy jednak produkt inspirowany?

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu! Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu uda mi się publikować posty zgodnie z harmonogramem 🙂