PROMOCJA ROSSMANN -49% | CO WARTO KUPIĆ? | MOJE PEREŁKI

Cześć i czołem!
Wiem, że pewnie niektórym z Was temat promocji w drogeriach mocno się przejadł – pełno tego ostatnio na blogach, Facebookach, Instagramach – każdy pokazuje co innego i człowiek może się pogubić 😛 Postanowiłam jednak przygotować ten wpis, bo będzie on pomocny nie tylko dla Was, ale i dla mnie – chciałam pokazać Wam kosmetyczne perełki, które są jednymi z moich ulubionych kosmetyków. Będę mogła w każdej chwili wrócić do tego posta i spojrzeć, czy coś, co super mi się sprawdzało nie wyleciało z mojej pamięci. To jak – jesteście ciekawi, co dostało się na moją listę? Zapraszam 😀

Zacznijmy od produktów do twarzy. W kwestii podkładów mam do polecenia tylko jeden – Loreal True Match. To najlepszy podkład drogeryjny i jedyny, do którego regularnie wracam. Ma bardzo jasny, przyjemny kolor, który nie wpada zbyt mocno w róż, ani w żółć, choć zdecydowanie więcej jest w nim tych drugich tonów. Jest lekki, nie zapycha i ma dobre krycie, które można budować. W zestawie z dobrym pudrem utrzymuje się na mojej buzi cały dzień.
Korektor też mam tylko jeden – niestety nadal nie znalazłam ideału pod oczy, a temu jest zdecydowanie najbliżej do tego tytułu. Mowa tu o korektorze True Match od Loreala. Na zdjęciu widzicie kolor Ivory, najjaśniejszy. Jest żółciutki, więc dobrze maskuje fioletowe cienie pod oczami. Krycie określiłabym jako średnie – na co dzień takie mi w zupełności wystarczy. Zdecydowanie lepiej sprawdza się pod oczami niż na niedoskonałości – z nich dość szybko znika. Nie zbiera się też mocno w załamaniach.
Ostatnią już rzeczą jest paletka do mokrego konturowania, również od Loreal Infallible Sculpt Ligh/Medium. Nie jest to produkt bez wad, ale kiedy mam ochotę na kosmetyki w formie kremu – zawsze po niego sięgam. Bronzer w opakowaniu ma chłodny kolor, na mojej skórze niestety się ociepla i oscyluje gdzieś pomiędzy lekko chłodnymi, a neutralnymi tonami. Nie jest zbyt ciemny, więc ciężko jest zrobić sobie nim krzywdę. Matowy rozjaśniacz jest rzeczywiście jasny, niestety dla mnie zbyt różowy, dlatego praktycznie w ogóle go nie używam. Paletkę polubiłam przez jej niestandardową konsystencję – ani to puder, ani krem, ani mus – coś pomiędzy. Uważam, że nie jest to niezbędny kosmetyk, ale mogę nazwać ją ciekawym gadżetem.

Niejednokrotnie wspominałam, że róże to jedne z moich ulubionych kosmetyków do makijażu, dlatego mam Wam do pokazania aż 3 cudowne egzemplarze. Pierwszym z nich jest róż w kremie od Maybelline – Dream Touch Blush w kolorze 05. Jest to dzienna, różowo-koralowa pozycja. Ma przyjemną, musową konsystencję i dobrze rozciera się zarówno na podkładzie, jak i pudrze. Nie posiada drobinek, ale można uzyskać nim zdrowy, lekko wilgotny rumieniec.
Róż z Bourjois w kolorze 34 Rose D’or to blogowy klasyk. Cudo – mój ulubieniec, po którego sięgam niemal codziennie, a na pewno wtedy, kiedy nie mam pomysłu na to, co powinno wylądować na moich policzkach. Jest wypiekany, przez co bardzo wydajny. Opakowanie jest dobrej jakości, zamykane na magnes, w środku można znaleźć pędzelek. Niestety napisy szybko się z niego ścierają. Jego kolor to ciepły róż ze złotą poświatą – nie uświadczycie w nim jednak drobinek. Ożywi każdy, nawet ciężki makijaż – moim zdaniem to must have każdej kobiety!
Ostatnią propozycja z tej kategorii jest róż, który mam dopiero kilka dni. Zdążyłam go już jednak poużywać i muszę Wam o nim wspomnieć – chociażby przez wzgląd na ciekawy kolor. Mowa tu o kolejnym różu Maybelline, tym razem jest to Studio Fix w odcieniu 70 Rose Madison. Ma zimny, lekko liliowy kolor, chociaż na moich policzkach wygląda znacznie cieplej, niż na ręku. Ma aksamitną konsystencję i nie robi plam na policzkach. Jest matowy, przez co nie podkreśla nierówności skóry. Idealnie sprawdzi się przy fioletowym makijażu ust 😀

Rozświetlacze to kolejna kategoria kosmetyków, bez których nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Tym razem również przygotowałam dla Was trzy propozycje, z których jedna będzie nowością. Zacznijmy od rozświetlacza, którego używam najdłużej – Lovely Gold Highlighter. Zacznę od wad – słabej jakości opakowanie i skłonności do powstawania grudek – mimo tego, że często myję pędzle i nie dotykam go palcami wygląda tak, jakbym wprowadziła do niego hektolitry sebum :O Daje piękny, lustrzany, złoty blask na policzkach – takiej tafli mogą mu pozazdrościć nawet naprawdę drogie produkty. Na pewno będę do niego wracać, za taką cenę chyba nie znajdę nic lepszego 😀

Druga propozycja to coś mniej złotego – o bardziej szampańskich, neutralnych tonach. To Diamond Illuminator od Wibo – kolejny tani, ale świetnej jakości rozświetlacz. Moja mama tak go polubiła, że zaraz zacznie drugie opakowanie 😛 Na szczycie kości jarzmowej trzyma się cały dzień, daje piękny, choć delikatniejszy blask. Nie znajdziecie w nim drobinek. Ma lepsze i solidniej wykonane opakowanie, a przez to, że jest zamykane na klik, a nie zakręcane – przyjemniej się go używa. Jest lekki i mały, dlatego idealnie spisuje się na wyjazdach!

Ostatni rozświetlacz, to nowość od Loreala – Loreal Highlight. W moje łapki wpadł odcień 02 – ten bardziej różowy (Rosy). Z jednej strony się cieszę – złotych rozświetlaczy mam aż nadto, więc ten będzie fajną odskocznią – tym bardziej, że na skórze wygląda niezwykle subtelnie. Ma 3 odcienie, które można mieszać (tak pokazałam go na zdjęciu) lub stosować oddzielnie. Loreal True Match Highlighter ma opakowanie podobne do pudru z tej samej serii – na górze znajduje się produkt, a na dnie – schowek na pędzelek, który swoją drogą jest dobrej jakości, oraz spore lusterko. Ma w sobie drobinki, ale nie rzucają się one zbyt mocno w oczy. To najdroższa pozycja, ale mi bardzo się spodobała.

Maybelline Color Tattoo to chyba klasyka tych promocji – pojawiają się praktycznie w każdych tego typu zestawieniach, a ja w ogóle się temu nie dziwię – są po prostu świetne. Kiedyś miałam więcej kolorów, ale zostawiłam sobie tylko 3, po które sięgam najczęściej. Są trwałe, mogą służyć jako baza pod makijaż, albo samodzielne cienie. Nawet na moich tłustych powiekach trzymają się cały dzień, choć potrafią lekko zebrać się w załamaniach. On and on Bronze to złoto-brązowy kolor, dla mnie za ciemny do codziennego makijażu. Natomiast na imprezy nadaje się idealnie. Pernament taupe to kolor, którego używałam do wypełnienia brwi – moje włoski mają chłodny odcień, więc fioletowy pigment nie rzucał się w oczy. Nie jest to mój ulubiony kosmetyk do malowania brwi, ale czasem po niego sięgam. Ostatni odcień to brudny róż – Creme de rose, który ląduje na moich powiekach jako baza pod inne cienie. Jej przygaszony kolor bardzo przypomina odcień mojej skóry. Przed nakładaniem cieni zawsze ją lekko pudruję – inaczej jej trwałość nie jest aż tak duża, jak tego od niej wymagam.

Mimo tego, że jestem maniaczką szminek, nie mam ich zbyt wielu do polecenia. Sama szukam czegoś nowego, ale nigdy nic ciekawego nie wpadło mi w oko. Bourjois Rouge Edition Velvet to jedne z moich ulubionych, matowych pomadek. Zastygają na mat, ale nie wysuszają ust tak mocno, jak płynne pomadki z Golden Rose. Mają musową konsystencję i są mocno napigmentowane. Niestety ich cena lubi przed promocją wzrastać. Posiadam dwa odcienie – delikatny Don’t pink of it i odważny Pink Pong – obie super się sprawdzają, choć mam wrażenie, ze fuksja ma przyjemniejszą konsystencję.
Bardziej dzienną propozycją jest szminka z Maybelline ColorSensational – Mystic Mauve. To brudny róż, w moim przypadku lekko ciemniejszy od koloru ust. Najczęściej sięgam po nią jesienią –  z tą porą roku kojarzy mi się jej ciasteczkowo-cynamonowy zapach. Jest kremowa, ale wykończenie na ustach to jednak satyna – nie lśni tak mocno jak typowa pomadka. Dzięki temu dłużej się utrzymuje. Nie wysusza ust, za co ma u mnie ogromny plus!
Ostatnią szminką jest pomadka dla osób, które lubią mocniejszy makijaż ust. To malinowa, soczysta i mocno błyszcząca propozycja od Rimmela. Dokładnie jest to Rimmel Moisture Renew w odcieniu As you want Victoria. Na ustach wygląda świetnie, kolor mocno wpija się w usta i nawet kiedy szminka zniknie – nadal wygląda jak tint. Niestety u mnie czasem potrafi odbić się na zębach, ale mam do tego tendencję. Jest najbardziej kremowa z całej czwórki, fenomenalnie wygląda przy lekkim makijażu oczu – potrafi być jego gwiazdą!

Jedyny liner, jaki sprawdza się u mnie to Loreal Super Liner Perfect Slim. Ma cienką, gąbczastą końcówkę i łatwo jest mi nim narysować nawet bardzo cieniutkie kreski. Jest dobrze napigmentowany, a jego kolor to prawdziwa, głęboka czerń. Trzyma się na powiekach cały dzień, chociaż jaskółka potrafi czasem zniknąć – dlatego zazwyczaj jej nie maluję (takie uroki posiadania opadającej powieki :C). Więcej mi nie trzeba – lepszego jak na razie nie znalazłam 😀
Obowiązkową pozycją  w moim przypadku jest cielista kredka – używam ją na linię wodną – moje oczy wydają się wtedy większe, a spojrzenie jest świeższe – nawet wtedy, kiedy nie jestem do końca wyspana. Max Factor, Kohl Pencil w kolorze 090 Natural Glaze to trwała i dobrze napigmentowana kredka. Jest miękka, dlatego nie podrażnia nawet delikatnych oczu. Jej kolor nie jest ani zbyt żółty, ani zbyt różowy. Nawet na moich często łzawiących oczach utrzymuje się kilka godzin. 
Świetny produkt do brwi, za którym na początku nie przepadałam to kredka Maybelline Brow Satin w odcieniu Dark Brown. Wydawała mi się być kosmetykiem niewydajnym, który szybko mi się skończy. Mam ją już mniej więcej rok, używam jej przy każdym makijażu i nadal jeszcze trochę mi jej zostało. Jeden koniec zakończony jest automatyczną kredką – średnio twardą. Nie zawiera ona wosku, więc nie utrwala włosków i potrzebny jest jeszcze dodatkowy produkt do tego, aby utrzymać makijaż brwi w ryzach przez cały dzień. Z drugiej strony znajduje się gąbeczka z cieniem, który ma kolor odpowiadający kredce. Można wypełnić nim większe braki. To naprawdę ciekawy kosmetyk, zrobię sobie od niego przerwę, ale myślę, że jeszcze do niego wrócę.

Jeśli chodzi o tusze do rzęs – zdecydowanie najlepiej sprawdzają się u mnie te od Loreala. W tym momencie mam Wam do polecenia dwa, chociaż każda mascara z tej serii fajnie działała na moich rzęsach. Moim ulubieńcem jest zdecydowanie Loreal Volume Million Lashes So Couture. Ta maskara jest fenomenalna – od początku ma idealną, lekko gęstszą konsystencję, świetnie rozdziela, wydłuża i pogrubia rzęsy. Nawet tak słabe jak moje są po niej widoczne, a to dla mnie wielki sukces. Trzyma się cały dzień, nie osypuje, nie podrażnia moich oczu. Jest na tyle trwała, że ciężko jest ją zmyć. Najlepiej robić to olejkami – wtedy obejdzie się bez tarcia!
Druga maskara, którą używam już kilka tygodni to Loreal False Lash Wings. Na początku ciężko było mi przyzwyczaić się do jej niestandardowej szczoteczki – nie jest ona obła, bardziej przypomina nieregularny wielościan. Włoski mają różną długość, przez co łatwo jest nią dotrzeć do każdej, nawet najmniejszej rzęsy. Niestety nabiera się na nią dość spora ilość tuszu, więc na początku niejednokrotnie możemy nabawić się „muszych nóżek”. Wystarczyło jednak kilkakrotne użycie i zdecydowanie łatwiej jest mi ją opanować. Moim zdaniem jest to maskara wydłużająca, daje jednak lekki efekt pogrubienia.

Pozostając w temacie kosmetyków do oczu i produktów Loreal mam Wam do pokazania dwa żele utrwalające do brwi. Zaczniemy od czegoś bardziej klasycznego, czyli Loreal Artist Brow Plumper. To żel do brwi w ciemnym, neutralnym kolorze. Jest średnio gęsty, dobrze utrwala włoski, ale nie sprawia, że stają się one sztywne i niemiłe w dotyku. Dzięki niemu cień czy kredka nie znikają tak szybko z brwi. Nie ma w sobie drobinek brokatu (co innego Wibo :P) i idealnie sprawdzi się u dziewczyn z ciemniejszymi włosami. Wersja, którą tu pokazuję to Medium/Dark.
Drugim produktem jest Loreal Brow Arist Sculpt w kolorze 03 Cool Brunette. To kosmetyk dwuzadaniowy – można nim utrwalać włoski, ale także je domalowywać. Ma ciekawy aplikator i należy nauczyć się nim posługiwać. Brow Artist Sculpt ma zdecydowanie chłodniejszy i nieco ciemniejszy odcień od poprzednika – sama mam ciemne włosy i świetnie się u mnie sprawdza. Lubię zabierać go w podróże, bo nie muszę mieć wtedy żadnych cieni ani kredek do brwi.

Ostatnią dwójką jest para konturówek z Lovely. Towarzyszą mi one przy wielu makijażach, ponieważ mają na tyle uniwersalne kolory, że pasują do kilku szminek. Numer 1 to brudny róż, który zależnie od pomadki wygląda bardziej beżowo, lub różowo. Numer 2 to fuksja – dopasuje się do wielu ciemno – różowych pomadek. Obie są kremowe, miękkie i łatwo się nimi maluje, natomiast nie są to najbardziej trwałe konturówki w mojej kolekcji. Nie mniej jednak lubię po nie sięgać i mam zamiar dokupić jeszcze jeden egzemplarz tej jaśniejszej. Za taką cenę – BRAĆ I SIĘ NIE ZASTANAWIAĆ 😛

Znalazłyście coś ciekawego w moich propozycjach? Wybieracie się na promocje w Rossmannie? Na który tydzień czekacie najbardziej?
Pozdrawiam 🙂

HAUL KOSMETYCZNY | DM | LUSH

Hej!
Znowu narobiłam sobie trochę zaległości z postami, ale po ostatnich przeżyciach na uczelni musiałam poukładać sobie plan działania, pomyśleć, czego mi jeszcze brakuje, co powinnam kupić i zacząć powoli się pakować 😛 Przeprowadzka oficjalnie odbędzie się pod koniec przyszłego tygodnia – mogłabym zostać już w Białymstoku, ale stwierdziłam, że nawet 5 dni w rodzinnym domu, to sporo czasu – tym bardziej, że później będę pojawiać się tu dość rzadko.
Z Niemiec wróciłam już ponad 1,5 miesiąca temu, a nadal nie pokazałam Wam, jakie kosmetyki udało mi się kupić i przywieźć. Dziś na blogu możecie zobaczyć moje wakacyjne zakupy z DM i Lusha! Zapraszam 🙂

Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałam podczas wizyty w drogerii były żele z Balei. Moja skóra nie przepada za wersjami z SLS/SLeS, ale kiedy stosuję je zamiennie z czymś delikatniejszym ich wysuszające działanie nie jest już tak widoczne. Bardzo lubię je za to, że fajnie się pienią, są tanie (55 centów za jeden :O) i mają cudowne zapachy. Wybrałam wersje o zapachu mango, kwiatowo-brzoskwiniowym oraz waniliowo-kokosowym.

Żel z marakują oraz szampon o owocowym zapachu kosztowały dokładnie tyle samo, co żele, o których wspominałam wyżej. Szampon kupiłam przypadkiem – nie spojrzałam na napis, a szukałam czegoś z nowej, limitowanej edycji. Nie zawiera silikonów, więc zużyję go jako produkt do mycia ciała. Żel w tubie był nieco droższy, ale nadal można powiedzieć, że tani jak barszcz – 0,95 EUR. Ma ciekawy zapach – pomarańczowo-waniliowy, który idealnie wpisuje się zarówno w letnie, jak i jesienne klimaty.

Nowością były dla mnie pianki do mycia ciała. Kupiłam obie – niestety jak na razie dostępne są tylko te dwie wersje zapachowe. Zielona to energetyzujący, owocowy zapach – sama nazwa nam o tym mówi, w końcu Fresh&Fruity zobowiązuje 😛 Ta, znajdująca się niżej to Hawaian Dream, o zapachu kwiatowo-kokosowym, chociaż kokos nie jest tu zbyt mocno wyczuwalny. Używałam obu, niesamowicie przypadły mi do gustu i żałuję, że nie kupiłam ich nieco więcej 😛 Koszt jednej to 1,95 EUR – w porównaniu do pianek Rituals (na które miałam ochotę, ale ich cena nie różni się wiele od tej, za którą są dostępne w Polsce) są naprawdę tanie. Mam nadzieję, że kiedyś tata przywiezie mi zapas 😛

Kolejnymi kosmetykami są żele do golenia. Moim zdaniem są one totalnym must have jeśli chodzi o zakupy w DM. Są niesamowicie wydajne, mają aksamitną konsystencję, zmieniają się w gęstą pianę, a do tego cudownie pachną. Cena jednej buteleczki to tylko 1.15 EUR. Żałuję, że nie znalazłam innych ciekawych zapachów – miałam już wersję mango i chciałam wypróbować coś nowego. Ostatecznie wybrałam wersję Coconut Kiss, a przy drugiej wizycie dobrałam tą z nowej kolekcji. Ma zapach waniliowo – cytrynowego loda. Wafelki też w tym czuć 😛

Balsamy do rąk w takiej formie, jaką widzicie na zdjęciu, to codzienne wyposażenie mojego biurka. Często zapominam o ich kremowaniu, a kiedy taka butla stoi gdzieś niedaleko książek czy komputera prawdopodobieństwo, że z niej skorzystam jest o wiele wyższe 😀 Krem ma zapach arbuzowej lemoniady i lekką konsystencję, która szybko się wchłania. Kosztował 1,75 EUR. Za maseczkami z drogerii nie przepadam, ale skusiłam się na jedną z Neutrogeny. Nie jest ona dostępna w Polsce, a ma naprawdę fajny skład. Używałam jej już raz i muszę przyznać, że dobrze radzi sobie z zaskórnikami, a przez to, że ma w składzie mentol świetnie odświeża nawet zmęczoną i poszarzałą skórę. Kosztowała 3,75 EUR.

Jak wiecie, jestem maniaczką kosmetyków do ust – zarówno tych pielęgnacyjnych, jak i do makijażu. Pomadki Balea już miałam i wiem, że najlepiej sprawdza się u mnie ich standardowa wersja. Z tego co pamiętam bazują na olejku rycynowym i muszę przyznać, że do nawilżania w ciągu dnia sprawdzają się doskonale. Wybrałam wersję melonową, którą już znam – nie dość, że pięknie pachnie, to jeszcze słodko smakuje. Druga jest dla mnie nowością, ale noszę ją już w torebce i miałam okazję użyć jej kilka razy. Mint Kiss to propozycja dla fanów słodkiej mięty – pachnie (ale niestety nie smakuje) jak oryginalne Tic Taci 😀 Jeśli ktoś nie lubi uczucia chłodzenia – pomadka tego nie zapewnia. Każda z nich kosztowała 0,85 EUR.

Będąc przy końcu zmagań z zakupami z DM chciałam pokazać Wam 2 rzeczy do paznokci. Pierwszą z nich są naklejki z Essence, które mają pomóc z stylizacji naszych paznokci. Manicure ma być dzięki nim odlotowy, bardziej zwariowany, a dodatkowo – świetnie wykonany. W paczce mieści się 30 naklejek, po 10 z każdego rodzaju. Kosztowały 0,95 EUR. Obok leżą separatory z Ebelin. Skusiłam się na nie, ponieważ nie były one tradycyjnie – jako jeden pasek. Każda para jest inna, jedno opakowanie to 12 par separatorów. Są bardzo wygodne i pasują dla wielu osób. Nie były też drogie – zapłaciłam za nie 1,45 EUR.

Ostatnią trójką z DM, jest trójka kolorówkowa. Wszystkie znalazły się na mojej mini liście i nie były zakupione z przypadku. Pierwszym z tych kosmetyków jest korektor, a raczej kamuflaż z Alverde. Chciałam mieć jakiś „zdrowszy” zamiennik korektora w słoiczku z Catrice, a ten wydawał mi się być jego godnym następcą. Do tego ma o wiele jaśniejszy kolor. Ja wybrałam odcień 02, ponieważ miał bardziej żółte tonu niż „jedynka”. Kosztował 2,95 EUR. 
Następnym korektorem, sławnym na YT i blogach jest korektor z gąbeczką Maybelline Instant Anti Age. Wybrałam odcień Light, który był bardziej żółty od Fair, niestety jest on dla mnie lekko za ciemny pod oczy. Podoba mi się jego konsystencja i poziom krycia, ale będę musiała go czymś rozjaśniać, a jeśli to nie zda egzaminu – oddam go mojej mamie, która ma ciemniejszą skórę niż ja. Był najdroższym kosmetykiem kupionym w DM – zapłaciłam za niego 8,95 EUR
W tym zestawieniu nie mogło też zabraknąć szminki. Ostatnio przerzuciłam się z mocnych kolorów n a te bardziej nude i szukałam czegoś ciekawego, co mogłabym nosić nawet wtedy, kiedy wybieram się na uczelnię. Padło na P2 Full Shine Lipstick w odcieniu 080 Tell me a Tale. To brudny róż, który na zdjęciu wygląda o wiele bardziej pomarańczowo-brązowo niż w rzeczywistości. W Niemczech te szminki są o wiele tańsze niż w Polsce. Ta kosztowała 2,25 EUR.

KAMUFLAŻ ALVERDE | KOREKTOR MAYBELLINE ] SZMINKA P2

Ostatnią, ale nie mniej ciekawą częścią zakupów jest ta z Lusha. Dopiero w tym roku dowiedziałam się, że jest in dostępny stacjonarnie w Niemczech – szkoda, bo w tamte wakacje też mogłabym kupić sobie coś ciekawego :C Zaczęłam od klasyków i skusiłam się na pięknie pachnącego Comfortera, który starczył mi na 4 cudowne kąpiele – kosztował 6,95 EUR i ważył 200 gramów
Nie wiedziałam co mam kupić, sięgnęłam więc po dwie dość znane maski dla cery zanieczyszczonej. Ta wyżej to Mask of Magnaminty (8,95 EUR za 85 gramów) – gęsta, zielona maska z grudkami o zapachu czekoladek „After Eight” – moja skóra naprawdę ją polubiła i wiem, że będę do niej wracać ♥. Ta niżej to maska-czyścik Dark Angels. Wygląda jak ziemia połączona z węglem, pachnie tak samo, ale działa świetnie – po kąpieli w gorącej wannie, kiedy pory lekko się otworzą działa jak magnes na zanieczyszczenia. Niestety brudzi wszystko wokoło – zużyję z przyjemnością, ale następnym razem spróbuję czegoś nowego. Kosztowała 9,95 EUR za 100 gramów. Maski trzeba zużyć w ciągu 3 miesięcy, moje mają termin do końca października, ale trzymam je w lodówce, więc będę używała ich znacznie dłużej.

Co ciekawego z moich zakupów wpadło Wam w oko? Lubicie oglądać haule z rzeczami, które nie są tak łatwo dostępne w Polsce?
PS Blog zmienia szablon. Musieliśmy przywrócić ustawienia fabryczne, żeby zacząć od zera. Mam nadzieję, że do końca tygodnia uda nam się wprowadzić każdą nowość. Nie przestraszcie się i komentujcie jak zawsze 😛

Od października startujemy z nowym HARMONOGRAMEM 😀
Pozdrawiam :*

PROJEKT DENKO SIERPIEŃ 2016 | ZNÓW SPORO I TO PO OSTATNIM (NIEOPUBLIKOWANYM) DENKU

Cześć wszystkim!

Ostatnio nie publikowałam denka – tak wyszło, że byłam za granicą, miałam zaplanowane posty, które znikły, a zdjęć i aparatu niestety ze sobą nie zabrałam ;/ Było – minęło. Nie mniej jednak zdjęcia wrzuciłam na Facebooka i jeśli jesteście ciekawi, jaki ogrom kosmetyków zużyłam w lipcu – kliknijcie w TEN LINK 😀
Teraz też nie jest źle, cieszę się, że moje zapasy w końcu zaczynają się kurczyć! To bardzo satysfakcjonujące – wiem, że robię sobie miejsce na nowości i czekam na nie z niecierpliwością. Nie planuję jednak żadnych dużych zakupów – nawet wizja promocji w Rossmannie mnie nie kręci. 
Jeśli jesteście ciekawi, czy wśród zużytych kosmetyków kryje się jaka perełka – pędźcie do dalszej części tego posta!

TWARZ:
  • BLISTEX, POMADKA OCHRONNA ORANGE MANGO BLAST
 Pomadka ochronna do ust, której używałam codziennie rano i wieczorem podczas rutynowej pielęgnacji. Bardzo ładnie pachniała, miała słodki smak i naprawdę dobrze nawilżała usta. Nie było ono tak intensywne jak w przypadku bogatych formuł w słoiczkach, ale nie mogłam narzekać na stan moich ust. Niestety 1/3 opakowania się zmarnowała – pomadka rozpuściła się i przykleiła do wieczka tak, że nie jestem jej już w stanie uratować. Raczej nie kupię ponownie, bo do używania w domu wolę wybierać treściwsze formuły. 
  • BIELENDA, PŁYN MICELARNY LASER XTREME
Ten płyn micelarny był używany głównie przez moją mamę, ale kiedy nie miałam pod ręką mojego ulubionego Garniera – często jej go podkradałam. Wszystkie kosmetyki z tej serii mają naprawdę super składy – ten płyn zawiera w sobie nawilżający hialuronian sodu (już 2 pozycja :O), witaminę PP, która reguluje pracę gruczołów łojowych, łagodzącą Alantoinę, glicerynę, komórki macierzyste, Lecytynę i kwas mlekowy. Ta wersja mnie nie podrażniała, chociaż niektóre miały do tego tendencje. Moim zdaniem za mało wspomina się o nich w blogosferze. Zawiera DMDM Hydantoin, która jest donorem formaldehydu, ale została dopuszczona do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu.
  • OPTI-FREE, PŁYN DO SOCZEWEK PURE MOIST

Nie jest to mój ulubiony płyn do soczewek, ale nie mogę na niego narzekać. Dobrze rozpuszcza białkowe osady, których w moim przypadku dużo się zbiera. Gdy noszę soczewki po wyczyszczeniu ich w tym płynie nie uwierają mnie one później w ciągu dnia. Dodatkowo nie wysychają tak szybko, dlatego ich noszenie jest bardzo komfortowe – nawet wieczorem.

  • NACOMI, KREM POD ODY MOROCCAN ARGAN CREAM WITH GRAPE SEED OIL
Krem pod oczy, który pojawił się już w ulubieńcach. Znalazłam go w Hebe i od razu spodobał mi się ze względu na przyjazny skład. Ma treściwą konsystencję, dlatego jest idealny na noc. Skóra po całonocnym zabiegu jest miękka, a cienie lekko rozjaśnione. Podczas jego stosowania nie mam problemów z suchą skórą pod oczami, czy na powiekach, nawet wtedy, kiedy stosuję zastygające korektory. Nie każdemu będzie odpowiadała forma opakowania – słoiczek – ale mi w ogóle ten aspekt nie przeszkadza. Mam już drugie opakowanie – koniecznie muszę napisać na jego temat oddzielny wpis 🙂

WŁOSY:

Szampon bez SLS, z naprawdę dobrym składem. Dobrze się u mnie sprawdzał przy codziennym myciu włosów, ale musiałam co nie raz stosować go naprzemiennie z innym szamponem. Miał wiele ekstraktów, a także olejki, więc po pewnym czasie obciążał moje delikatne i cienkie włosy. Dobrze oczyszczał, ale nie plątał przy tym włosów. Był delikatny dla mojego skalpu. Do tej wersji raczej nie powrócę, ale mam ochotę na tę normalizującą.

  • LABORATORIUM PILOMAX, MASKA DO WŁOSÓW CIEMNYCH

Odżywki i maski Pilomax należą do kosmetyków, które u jednych działają cuda, a u innych nie sprawdzają się kompletnie. Ja należę do tej pierwszej grupy i jestem z ich kosmetyków bardzo zadowolona (pomijając szampony). Ta wersja mocno wygładzała moje włosy i sprawiała, że były one miękkie w dotyku i bardzo lejące. Tego oczekuję po maseczkach, dlatego pewnie jeszcze do niej wrócę. Zauważyłam też, że kolor moich włosów wyglądał po niej o wiele ładniej – był jakby bardziej wielowymiarowy i pojawiały się na nim refleksy widoczne w słońcu – pewnie było to zasługą ekstraktu z kawy 🙂

MAKIJAŻ:

 Pudry Paese towarzyszą mi w codziennym makijażu od lat. Zazwyczaj wybierałam te bambusowe, bo są delikatniejsze, chociaż następcą tego będzie już ryżowy – chciałam sprawdzić, jak zadziała na moją skórę. Takie opakowanie starcza mi mniej więcej na 1,5 roku, czasem dłużej, czasem krócej – wszystko zależy od tego, ile kosmetyku mi się wysypie. Jedynym jego minusem jest właśnie pudełko – nie ma w nim żadnego zabezpieczenia, dlatego na początku puder znajduje się wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinien. Matuje na długo, mnie nie wysusza, chociaż potrafi podkreślić suche skórki. Nie bieli twarzy i nie zapycha. Jeśli ktoś ma problemy z szybkim przetłuszczaniem się skóry, albo zależy mu na długiej trwałości makijażu – ten kosmetyk jest właśnie dla niego.

  • GOLDEN ROSE, BŁYSZCZYK DO UST LUXURY RICH COLOR LIPGLOSS ODCIEŃ 09

Nie przepadam za błyszczykami, ale to kolejna rzecz, którą podkradałam mojej mamie. Błyszczyk jest gęsty, lepki i mocno napigmentowany. Można nim uzyskać pełne krycie przy pięknym blasku, więc jeśli ktoś jest fanem takiego efektu – to kosmetyk stworzony dla niego. Cena jest przystępna, bo to dość duże opakowanie kosztuje mniej więcej 20 złotych. Jest dość tłusty i lekko lepi się na ustach, więc na pewno znajdzie przeciwników. Ja po niego nie sięgnę, natomiast moja mama kupiła już drugie opakowanie! 😀

  • LOREAL, TUSZ DO RZĘS VOLUME MILLION LASHES FELINE

Jedna z najnowszych maskar Loreala. Ma wyprofilowaną, silikonową szczoteczkę, przez co ma działać na nasze rzęsy podkręcająco. Pozostaje dość rzadki od początku, do końca używania, dlatego nieumiejętnie nałożony może posklejać rzęsy. Ja byłam zadowolona z efektów jakie daje, chociaż So Couture to nadal moja ulubiona wersja.  Cieszę się, że szczoteczki od tuszów Loreal są giętkie i miękkie – ryzyko podrapania się po oku jest naprawdę nikłe, a uwierzcie mi na słowo – takie sytuacje są u mnie na porządku dziennym 😛 Jeszcze do niej wrócę – tym razem poużywam wersję Extra Black.

Tusz od Max Factora był chyba jedynym tuszem (oprócz kolorowego z Bebeauty), o którym pisałam na łamach bloga. Pełną recenzję znajdziecie klikając w tytuł tego nagłówka. Jeśli miałabym opisać go w kilku słowach – to naprawdę dobry tusz, wracam do niego po raz kolejny. Fajnie pogrubia i delikatnie podkręca rzęsy, o ich wydłużeniu raczej nie będę mówić.  Ma wygodną, lekko wygiętą szczoteczkę, która nie jest jednak tak miękka, jak ta u poprzednika. Jego konsystencja jest o wiele gęstsza – bardziej przypomina mus niż ciecz. Pewnie jeszcze do niego wrócę, choć znam lepiej działające u mnie tusze.

CIAŁO:

  • LUKSJA, PŁYN DO KĄPIELI PINK SPARKLE

Płyn do kąpieli to nieodłączny element mojej wieczornej pielęgnacji. Nie mam prysznica, mogę więc godzinami wylegiwać się w wannie pełnej piany (no chyba nie… kolejka jest :P). Po płyny z Luksji sięgam bardzo często – po pierwsze są tanie i dostępne w Biedronce, op drugie mają przyjemne zapachy – jedne mniej, inne bardziej intensywne, a po trzecie – są gęste i dają MNÓSTWO bąbelków 😀 Wersja Pink Sparkle pachnie przyjemnie – słodko, perfumeryjnie, nieco kwiatowo. Gdzieś daleko w tle czuć tego szampana. Spodobała mi się i chętnie kiedyś do niej wrócę – niestety pewnie nie prędko, bo niedługo się wyprowadzam, a tak czeka na mnie chłodna kabina prysznicowa ;__;

  • DOVE, ŻEL POD PRYSZNIC GO FRESH, OGÓREK I LIŚCIE ZIELONEJ HERBATY

Niejednokrotnie wspominałam, że żele pod prysznic z Dove są moimi ulubionymi i wracam do nich bardzo często – zmieniając tylko warianty zapachowe. Ogórek i liście zielonej herbaty to propozycja idealna na lato – orzeźwiająca, nieco wytrawna, pobudza do wieczornego działania. Żele Dove są bardzo kremowe i gęste, a ich wydajność potrafi zaskoczyć. Na dobrej promocji taką 750 mililitrową butlę kupicie za 12 złotych – DEAL ŻYCIA 😀

A tak poza tym – wiecie że ogórek to afrodyzjak? Czy Dove miało coś na myśli przygotowując taką wersję zapachową? A może to teoria spiskowa? Illuminati? 😀

  • ISANA, ŻEL POD PRYSZNIC HELLO SPRING

Zaletą żeli Isana jest ich bardzo dobra cena – kiedy szukam jakieś tańszej opcji sięgam właśnie po nie. Kuszą ciekawymi opakowaniami, edycjami limitowanymi i naprawdę intensywnymi zapachami. Wersja Hello Spring pachniała słodką brzoskwinią. Zapach był niezwykle odprężający, dlatego żel skończył się w ekspresowym tempie. Ma jedną wadę – przy dłuższym, regularnym stosowaniu potrafi mnie mocno przesuszyć. Mam wrażliwą skórę, która niezbyt lubi się z SLS czy SLeS :C

  • LINDA, MYDŁA TRADYCYJNE, BOGACTWO OWSA, SŁODYCZ MIODU, ŚWIEŻOŚĆ MIĘTY

Te mydełka kupiłam naprawdę dawno temu (mniej więcej rok :O), ale rzadko używam wersji w kostkach, dlatego tak długo leżało. Miały o wiele lepszy skład, niż te zwykłe, nie zawierały silnych detergentów. Zapachy były delikatne, naturalne, najbardziej spodobał mi się miód i mięta. Ładnie wyglądały w łazience, niestety nie zrobiłam zdjęć kostkom. Pewnie do nich nie wrócę, bo nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek je znajdę. Zostały kupione w Biedronce, przy okazji wypuszczenia jakiejś kosmetycznej gazetki.

  • BALEA, BALSAM DO CIAŁA TROPICAL SUNSHINE, POMARAŃCZA I MANGO
Kupiony rok temu, leżał i czekał na swoją kolej. W końcu doczekał się i został doceniony. Był tani jak barszcz, a mimo tego naprawdę fajnie się sprawdził Jest to balsam idealny na letnie miesiące – lekki, szybko się wchłaniający, bardziej przypomina mleczko niż treściwy balsam. Dobrze nawilża, ma prosty skład – głównymi nawilżaczami są tu gliceryna, sól kwasu stearynowego i olej migdałowy. Nawet moja sucha skóra była po nim gładka i napięta. Mam jeszcze jedno opakowanie – o innym zapachu i na pewno zużyję je z przyjemnością. Jest to edycja limitowana, może jeszcze kiedyś Balea do niej wróci.

  • FA, ANTYPERSPIRANT FRUIT ME UP, FRUITY FRESH

Jedna z dwóch wersji limitowanych antyperspirantów Fa. Ta jest zdecydowanie bardziej owocowa i świeża – sama nazwa to wskazuje. Chroniła przyzwoicie, chociaż u osób ze sporym problemem z potliwością raczej się nie sprawdzi. Szkoda, że to edycja limitowana – jej zapach bardzo mi się spodoba i chętnie bym do niej wróciła.

  • GARNIER, ANTYPERSPIRANT NEO, SHOWER CLEAN

Mój najnowszy ulubieniec – moim zdaniem jest jeszcze lepszy od tego w kremie. Dobrze chroni przez cały dzień, a zapach jest na  tyle intensywny, że czuć go od rana do wieczora. Dobrze maskuje nieprzyjemne aromaty. Innowacyjny aplikator zapobiega zbieraniu się produktu w jednym miejscu, co chroni przed powstawaniem plam na ubraniach. Ma w składzie olej kokosowy, dlatego nie wysusza nawet wrażliwej skóry. Na pewno będę do niego wracać. Moje ulubione wersje to pomarańczowa i różowa.

Czy jakiś kosmetyk wpadł Wam w oko? Jak idzie Wam zużywanie? W Waszych zużyciach jest więcej ulubieńców, czy bubli?
Pozdrawiam :*

LILY LOLO | PRASOWANY ROZŚWIETLACZ CHAMPAGNE | DELIKATNY BŁYSK NA CO DZIEŃ

Hej!
Patrząc na pierwsze zdjęcie tego posta już wiecie, że dzisiejszy wpis będzie o kolejnym kosmetyku Lily Lolo. Tym razem chciałam pokazać Wam kolejną nowość w ofercie tej marki – prasowany rozświetlacz w szampańskim odcieniu.

Mimo tego, że mam cerę mieszaną nie lubię całkowicie matowych, płaskich makijaży. Subtelne rozświetlenie kości jarzmowych, nosa czy łuku kupidyna to rutyna podczas wykonywania codziennego makijażu. Jeśli jesteście ciekawi, czy Champagne Illuminator od Lily Lolo spełnił moje oczekiwania – zapraszam dalej 🙂

 
Prasowany rozświetlacz Lily Lolo Champagne Illuminator to ultra
lekki, przepięknie odbijający światło kosmetyk, który może być nałożony
na szczyty kości policzkowych, ramiona i dekolt. Za jego pomocą Twoja
skóra będzie pięknie rozświetlona, a Ty stworzysz look idealny!
  • Champagne Illuminator to produkt odpowiedni do wszystkich typów karnacji.
    • łatwy w użyciu rozświetlacz w kompakcie
    • idealny w podróży lub do podręcznej kosmetyczki
    • doskonały zarówno w lekki makijażu dziennym, jak i w bardziej eleganckim makijażu wieczorowym
    • zawiera znane z właściwości przeciwstarzeniowych olejek arganowy oraz olejek z granatu
    • długotrwały efekt
    • odpowiedni dla wegan
    • wolny od talku i sztucznych substancji zapachowych
    • 9 g
Opakowanie rozświetlacza bardzo przypomina te od różu. Są niemal identyczne, z tą różnicą, że to jest o wiele większe. Mieści nie 4, a 9 gramów produktu. Co za tym idzie, lusterko znajdujące się wewnątrz również ma większą powierzchnię – to zdecydowanie ułatwia poprawki w ciągu dnia. Mimo tego, że jest cieniutkie czuć, że jest dobrze wykonane – ma swoją wagę i czuć je w dłoni.

O ile rozświetlacz nałożony na rękę wygląda intensywnie, tak po nałożeniu na policzek mocna pigmentacja słabnie. Ciężko jest go uchwycić na zdjęciu w dziennym świetle – w rzeczywistości również nie jest widoczny, daje za to piękny, ale subtelny blask. W słońcu można zauważyć mikroskopijne drobinki i taflę odbijającą światło. Jest to idealna propozycja dla osób, które na co dzień nie przepadają za mocnym rozświetleniem, a jedynie chcą, żeby ich skóra nabrała zdrowego blasku i mieniła się w promieniach słońca.

MICA (Mika), OCTYLDODECANOL (Emolient), ARGANIA SPINOSA (ARGAN) KERNEL OIL (Olej arganowy), PUNICA
GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL
(Olej z pestek granatu), CANDELILLA CERA (Wosk z wilczomlecza meksykańskiego), TOCOPHEROL (Witamina E), RICINUS
COMMUNIS (CASTOR) SEED OIL
(Olej rycynowy – z rącznika), POLYGLYCERYL-2 ISOSTEARATE/DIMER DILINOLEATE
COPOLYMER
(Emolient), GLYCERYL CAPRYLATE (Emolient), HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL (Olej słonecznikowy),
LEPTOSPERMUM SCOPARIUM (MANUKA) OIL (Olej manuka), SODIUM HYALURONATE (Hialuronian sodu), ERYNGIUM
MARITIMUM CALLUS CULTURE FILTRATE
(Komórki macierzyste mikołajka nadmorskiego), [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI
77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)]
(Barwiniki).
Skład jest bardzo podobny do różu, chociaż znajduje się w nim nieco więcej emolientów pochodzenia syntetycznego. Rozświetlacz zawiera w sobie wiele przyjaznych dla skóry olei – np. arganowy, z pestek granatu, rycynowy czy słonecznikowy. Znajduje się tu także olej manuka o silnych właściwościach antyseptycznych. Innymi ciekawymi substancjami są witamina E, która mobilizuje naszą skórę do regeneracji, a także hailuronian sodu, który ją nawilża. Moim zdaniem, po raz kolejny, skład jak na kosmetyk kolorowy jest naprawdę świetny! Odkąd go używam nie mam już małej kaszki na kościach jarzmowych – myślę, że to po części zasługa zmiany używanego kosmetyku.

Rozświetlacz będzie jeszcze bardziej wydajny niż róż, bo jest go tutaj ponad 2 razy więcej. Można go więc stosować tak, jak proponuje producent – nawet na dekolt. Używam go naprawdę często, a zużycie w jego przypadku jest jeszcze mniejsze, niż wspominałam Wam o tym w poprzednim poście o kosmetykach Lily Lolo.
Jeśli chodzi o trwałość – u mnie bez problemu utrzymuje się cały dzień – od rana do wieczora. Z łuku kupidyna znika czasem szybciej, ale mam tendencję do dotykania tego miejsca.

Wszystkie produkty Lily Lolo znajdziecie w niektórych drogeriach internetowych oraz na stronie polskiego dystrybutoraCostasy.pl. Dawno o tym nie wspominałam, ale w Warszawie znajduje się showroom tej marki, gdzie przed zakupem możecie przetestować te kosmetyki na własnej skórze 🙂
Pewnie tutaj Was zaskoczę. Cena takiego rozświetlacza to aż 90.90 złotego. Wiem, że jest bardzo wydajny i raczej nie sposób go zużyć, ale wiem też, że ciężko byłoby mi wydać taką sumę na kosmetyk kolorowy. Rozumiem, że w parze z ceną idzie jakość, ale niewiele osób – szczególnie młodych – kupi ten rozświetlacz – będą wolały sięgnąć po tańszy, drogeryjny odpowiednik.

Rozświetlacz jest trzecim i ostatnim kosmetykiem, jaki dostałam w drugiej paczce od Costasy. Bardzo lubię kosmetyki rozświetlajace – zdrowy glow jest niezbędny przy makijażu mojej twarzy – w innym wypadku wygląda ona matowo, niezdrowo i jest po prostu „bez życia”. 
Szukałam bardziej przyjaznego dla skóry kosmetyku, który pozwoli mi uzyskać naturalny, ale widoczny efekt. Zaczynając od początku – podoba mi się opakowanie i jego duża pojemność. Lusterko, które jest po wewnętrznej stronie wieczka jest duże i łatwo wykonuje się przy nim drobne poprawki. 
Rozświetlacz ma szampański kolor – nie jest ani ciepły, ani chłodny – utrzymany jest w neutralnej tonacji. Przez to, że jest dość jasny i dopasowuje się do koloru skóry będzie pasował zarówno bladym, jak i opalonym osobom. Daje efekt ładnie odbijającej światło tafli – mikroskopijne drobinki są widoczne dopiero na słońcu.
Efekt jaki daje jest subtelny, ale widoczny. To idealna propozycja dla osób, które nie lubią mocnego rozświetlenia na co dzień. Dodatkowo jego intensywność można stopniować poprzez dodawanie kolejnych warstw kosmetyku. Utrzymuje się cały dzień, nie pyli, nie tworzy plam. Jest jedwabisty i kremowy, przez co łatwo przylega do pędzla.
Niestety ciężko jest uchwycić go na zdjęciach – pewnie na tym niżej nie zobaczycie nic wielkiego, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że na skórze wygląda naprawdę pięknie. Kolor jest bardzo zbliżony do tego ze swatcha widocznego na ręce.
Podoba mi się jego skład – jest dość prosty, a bogactwo naturalnych składników sprawiło, że po odstawieniu drogeryjnego zamiennika na kościach jarzmowych nie mam już nieestetycznie wyglądającej, drobnej kaszki.
Jedynym minusem jest w tym przypadku cena. Wiem, że jest wysoka i sama pewnie nie mogłabym pozwolić sobie na ten kosmetyk, gdyby nie współpraca w firmą. Jeśli jednak macie na niego fundusze – naprawdę warto – to kosmetyk, który nie zrobi krzywdy waszej skórze. Może ją nawet delikatnie pielęgnować.

Nie zapowiada się – jest tak duży, że będę musiała poświęcić mi kilkanaście miesięcy na pełne zużycie – pewnie poczekam do końca terminu ważności 😛 Potem myślałam o duecie róż i rozświetlacz, więc ten konkretny model pewnie nie trafi już pod moje skrzydła.

Lubicie rozświetlacze? Stosujecie je w codziennym makijażu? Lubicie mocny blask, czy subtelne rozświetlenie?
Pozdrawiam :*

YANKEE CANDLE | SUNSET BREEZE | NADMORSKIE KLIMATY?

Hej!
Jak obiecałam – tak robię – i dziś zapraszam Was na post o kolejnym wosku Yankee Candle. Już w poprzedniej recenzji wspominałam Wam, że wszystkie zapachy bardzo mi się spodobały, na razie nie zdecydowałam jednak, który zostanie moim ulubieńcem.
Tym razem przyszła pora na Sunset Breeze. Czy ten zapach rzeczywiście kojarzy mi się z nadmorskim zachodem słońca? A może mam z nim inne skojarzenia? Jeśli chcecie pozna odpowiedzi na te pytania – zapraszam dalej! 🙂 

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu
soczystych owoców tropikalnych rozchodzących się w powietrzu w rytmie
morskich fal. Senset Breeze jest jak wieczorny spacer po plaży.
Przyznam szczerze, że obawiałam się, że zapach ten będzie bardzo podobny do poprzednika – Passionfruit Martini. Przecież tamten też kojarzył mi się z owocami tropikalnymi, a raczej nie należę do osób, które lubią mieć w swojej kolekcji duplikaty.
Aromat zaczął się unosić w całym pokoju nawet wtedy, kiedy wosk po prostu leżał na półce. Kiedy wrzuciłam go do kominka po całym domu rozszedł się piękny i ciepły zapach. Pierwsze, co przyszło mi na myśl – mango + ananas! Bardzo lubię owocowe połączenia i cieszę się, że ostatnio w zbiorach Yankee Candle mogłam znaleźć ich naprawdę sporo 😀
Po kilkudziesięciu minutach zapach trochę się zmienia, przeistacza w coś bardziej głębokiego i ciepłego. Za owocami kryje się otulająca nuta. Być może to bursztyny rozrzucone na dzikiej plaży? Ewentualnie piżmo? Ciężko jest mi go dokładnie zdefiniować. 
Jest to zapach, który na pewno zbierze spore grono wielbicieli. Mi bardzo przypadł do gustu i mógłby być kandydatem na kolejną świecę 😀 Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 9 złotych 🙂

Z jakim zapachem kojarzą Wam się nadmorskie zachody słońca? Czy jesień to dla Was idealna pora, aby palić woski i świece?
Pozdrawiam :*

LILY LOLO | RÓŻ IN THE PINK | RÓŻ I JUŻ?

Cześć wszystkim!
Nie wiem, czy kiedyś Wam o tym mówiłam, ale róże to, zaraz po szminkach, moje ulubione kosmetyki do makijażu. Nie mam ich zbyt wielu w kolekcji – z prostej przyczyny – późno zaczęłam się nimi interesować. Wraz z rozświetlaczem są teraz niezbędnymi elementami mojego makijażu.
Z różami mineralnymi w formie sypkiej miałam już styczność, szukałam więc czegoś, co będzie o wiele szybsze i łatwiejsze w aplikacji. Prasowana wersja łatwiej mieści się też w kosmetyczce czy torebce – jest więc idealna na podróże. Czy In the Pink od Lily Lolo spodobał mi się na tyle, abym mogła nazwać go moim ulubionym różem? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie niżej 🙂 Zapraszam 🙂

  • In The Pink to klasyczny, lekko połyskujący, dość intensywny odcień w kolorze chłodnego różu.
  • Aksamitnie miękkie i łagodne dla cery, prasowane róże do policzków
    Lily Lolo za sprawą swojej świetnej pigmentacji doskonale sprawdzą się w
    lekkim, naturalnym makijażu, oraz gdy będziesz chciała mocniej
    podkreślić rumieńce. Co istotne, w ich skład wchodzą wyciąg z mikołajka
    nadmorskiego i olejek arganowy mające właściwości przeciwstarzeniowe
    oraz nawilżający olejek jojoba. Niezastąpione w podróży i w podręcznej
    kosmetyczce, prasowe róże Lily Lolo mają przepiękne opakowanie z
    lusterkiem i są również niezwykle łatwe w aplikacji.
    • jedwabiście kremowa formuła zapewniająca łatwą aplikację
    • intensywność koloru zależy od ilości nałożonych warstw
    • przeciwstarzeniowe ekstrakt z mikołajka nadmorskiego oraz olejek arganowy
      nawilżający olejek jojoba
    • naturalne antyoksydanty oraz ochrona przeciwbakteryjna
    • nie zawiera substancji zapachowych ani talku
    • idealny do podręcznej kosmetyczki
    • 4 g
Opakowania kosmetyków sprasowanych utrzymane są w podobnej estetyce – nadal króluje tu ponadczasowa czerń i biel. Kiedyś zastanawiałam się nad tym, czy nie jest to oznaką jing i jang – czystej harmonii, piękna i jedności z naturą – czy któraś z Was miała podobne spostrzeżenia?
Plastikowe, płaskie kółeczko znajduje się tradycyjnie w kartoniku, który opatrzony jest napisami ze składem, rodzajem kosmetyku, nazwą odcienia i gramaturą. W zamykanym na klik kółeczku mieszczą się 4 gramy różu – moim zdaniem do dobra pojemność na to, żeby zużyć go w odpowiednim czasie.
Na wewnętrznej stronie wieczka znajduje się lusterko, którego z powodzeniem możemy użyć przy dziennych poprawkach – nie jest zbyt duże, ale do pomalowania ust czy lekkiego przypudrowania sprawdzi się idealnie.

Miałam już kontakt z różami mineralnymi w formie sypkiej, ten jest pierwszym sprasowanym, który zagościł w mojej kosmetycznej kolekcji. Z reguły róże mineralne mają bardzo mocną pigmentację i ktoś, kto nie pracuje z nimi od dłuższego czasu może mieć problemy z ich równomiernym nakładaniem i uzyskaniem delikatnego efektu.
Róż In the Pink jest dobrze napigmentowany i od razu widać go na policzkach. Nie jest jednak na tyle intensywny, żeby móc zrobić sobie nim krzywdę. Moim zdaniem jest idealną alternatywą dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z kolorówką naturalną.

MICA (Mika), SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL (Olej jojoba), ARGANIA SPINOSA (ARGAN)
KERNEL OIL
(Olej arganowy), PUNICA GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL (Olej z pestek granatu), TOCOPHEROL (Witamina E),
HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL (Olej słonecznikowy), LEPTOSPERMUM SCOPARIUM (MANUKA)
OIL
(Olej manuka), SODIUM HYALURONATE (Sól sodowa kwasu hialuronowego), ERYNGIUM MARITIMUM CALLUS CULTURE FILTRATE (Komórki macierzyste z mikołajka nadmorskiego),
[+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 75470 (CARMINE), CI 77742
(MANGANESE VIOLET), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)]
(Barwniki)
Skład jest naprawdę świetny – mimo tego, że w produkcie znajduje się wiele olejków nie zauważyłam, żeby zapychał mnie. Pierwszy, który znajduje się w składzie – jojoba – ma skład bardzo zbliżony do sebum produkowanego przez naszą skórę. Nie zapycha, wygładza i przyczynia się do pośredniego nawilżenia skóry. Witamina E, nazywana też witaminą młodości, jest substancją silnie regenerującą. Pobudza nasz naskórek do pracy i wspomaga skórę w walce z fotostarzeniem skóry – jest przeciwutleniaczem. Ciekawym składnikiem jest też olej manuka, który ma naukowo potwierdzone działanie antyseptyczne – jest ono około 5 razy silniejsze od działania penicyliny – popularnego antybiotyku! Na sam koniec wspomnę o soli kwasu hialuronowego, która ma działanie nawilżające. Nie spodziewałam się też, że w jakimkolwiek różu znajdę kultury komórek z mikołajka nadmorskiego. Callus to tkanka bliznowata powstająca na uszkodzonych częściach rośliny. Komórki szybko się tam dzielą, są młode i nie wyspecjalizowane – dlatego tak pomocne w pielęgnacji naszej skóry.

Jeśli chodzi o wydajność – różu używałam naprawdę często, kilkakrotnie swatchowałam go na ręce i zużycia w ogóle nie widać. Bardzo ciężko jest mi zdenkować produkty tego typu, więc nie mogę powiedzieć, na ile starczy takie małe opakowanie.
Trwałość tego różu jest naprawdę duża. Siedzi na miejscu od rana do wieczora i nie mam problemów z jego nieestetycznym schodzeniem, powstawaniem plam czy ważeniem. Mam wrażenie, że na podkładzie mineralnym trzyma się zdecydowanie lepiej niż na płynnym. Lepiej też się na nim rozprowadza.

Tak jak wspominałam przy innych recenzjach kosmetyków Lily Lolo są one dostępne w kilku drogeriach internetowych, a także na stronie oficjalnego polskiego dystrybutora – Costasy.pl .Właśnie stąd pochodzi róż, który dziś opisuję.

Cena czterogramowego opakowania to 60.20 złotego. Znów mogłabym zaliczyć go do średniej półki cenowej – te lepsze, drogeryjne sztuki oscylują w podobnych granicach. Po raz kolejny patrząc na skład kosmetyku jestem w stanie tyle za niego zapłacić 🙂

Jeśli chodzi o wybór tego kosmetyku – był on podjęty praktycznie na ostatnią chwilę. Chciałam mieć mineralny róż, bardzo podobały mi się odcienie tych sypkich, ale wiedziałam, że nie będę mogła zabierać ich w każdą podróż. Poza tym mam już dwa róże sypkie – z innej firmy – miałam więc ochotę pójść o krok dalej i wypróbować coś, co będzie dla mnie nowością.
Długo zastanawiałam się na doborem odpowiedniego odcienia. Po głowie krążył mi jeszcze Coming up Roses, który na blogach wyglądał na bardzo brudny róż wpadający w lekko czerwone tony. Obawiałam się, że taki lekko winny kolor może podkreślać moje przebarwienia – wybrałam więc drugą, bezpieczniejszą opcję.

In the pink to róż w chłodnym odcieniu. Nie jest ani matowy, ani błyszczący, jego wykończenie najlepiej opisuje słowo „satynowy„. Łatwo nabiera się go na pędzel, ma przyjemną, kremową konsystencję. Dzięki temu dobrze trzyma się skóry i podkładu i nie schodzi w ciągu dnia.
In the Pink na policzkach nie wygląda tak delikatnie jak na ręce. Dwie warstwy wyglądają już mocno „glamour” i moim zdaniem są o wiele za mocne do noszenia na co dzień. Na skórze twarzy kolor wygląda jednak inaczej niż na swatchu – jest mocniej przybrudzony i lekko cieplejszy, wcale mi to jednak nie przeszkadza.
Róż utrzymuje się cały dzień. Nie ma problemów z jego aplikacją – próbowałam nakładać go pędzlami z włosia naturalnego i syntetycznego i oba dobrze spełniły swoje zadanie. Ładnie wygląda zarówno na podkładach drogeryjnych, jak i mineralnych. Robił plamy tylko w połączeniu z kamuflażem Alverde – nadal nie wiem czemu, ale od tamtego momentu ich nie łączę i nigdy nie zdarzyło mi się coś podobnego.
Lubię po niego sięgać i wybieram go wtedy, kiedy nie chcę mieć cukierkowo różowych policzków – jest nieco bardziej stonowany i elegancki od ulubieńca z Bourjois. Brakowało mi w mojej kosmetyczce takie odcienia. Jestem pewna, że pasowałby większości z Was 🙂

Nie ma opcji! Dlaczego? Jest tak wydajny, że pewnie przez długi okres mi się nie skończy. Później będę pewnie chciała wypróbować inne odcienie – rzadko wracam do tych samych kosmetyków, jeśli chodzi o kolorówkę. Bardzo mi się spodobał, można nim uzyskać zarówno dzienny, jak i wieczorowy efekt.  Uważajcie tylko jakie kremowe produkty pod niego nakładacie. Nawet na przypudrowanym kamuflażu z Alverde potrafił robić plamy :O W każdym razie – polecam 😀


Lubicie kolorowe kosmetyki naturalne? Co myślicie o tym różu? Waszym zdaniem moja teoria z jing i jang ma rację bytu?
Pozdrawiam :*

MOJE NATURALNE PIĘKNO | KONKURS ZBLOGOWANI I ANNABELLE MINERALS

Kiedy zobaczyłam na zblogowanych akcję z Annabelle Minerals wiedziałam, że nie będę mogła przejść obok niej obojętnie! Długo myślałam jak mam temat ugryźć – przecież konkurs nie polega na tym, żeby wypisać cechy produktu ze strony producenta i wstawić dwa zdjęcia…
O nie! Dla mnie konkurs był wyzwaniem. Postanowiłam w końcu stanąć z drugiej strony obiektywu – a dokładniej przed nim. Było to dla mnie nie lada wyczynem. Aparaty, sesje – to wszystko bardzo mnie stresuje i nie potrafię skupić się na tym, jak mam na samym zdjęciu wyglądać. Jeśli chcecie posłuchać moich wywodów na temat naturalnego piękna i makijażu mineralnego – zapraszam dalej. Ostrzegam – post będzie jak tasiemiec – jak każdy na tym blogu. Z tym wyjątkiem, że dzisiaj będę tu MODELKĄ, a to nie zdarza się zbyt często… Doceńcie to 😀

Kosmetyki mineralne odkryłam mniej więcej półtorej roku temu. Szukałam zdrowej alternatywy dla drogeryjnych produktów do makijażu. Jak wiecie – mam problemy ze skórą i tego nie ukrywam. Zaczerwienienia, trądzik, blizny, przebarwienia, rozszerzone pory, świecenie – mogłabym tak pisać i pisać, ale nie jestem tu po to, żeby skupiać się na swoich wadach.
Zawsze byłam osobą pewną siebie, niestety trądzik tę pewność siebie mocno zaburzył. Stałam się zamknięta w sobie. Pierwsze, o czym myślałam, kiedy pojawiałam się w towarzystwie to fakt, czy każdy zwraca uwagę na moje wielkie pryszcze na policzkach. Tak… Dokładnie tak o sobie myślałam, bez owijania w bawełnę, bez słodzenia.

Nie będę ukrywać faktu, że drogeryjne podkłady, których używam mi nie szkodzą. Mam jeden sprawdzony, do którego wracam od lat i nie powoduje to u mnie wysypu niedoskonałości. Szukałam jednak ideału, Świętego Graala, który nie tylko maskowałby to, co jest we mnie nieidealne, ale też to leczył.
Annabelle Minerals to marka rodzima i to dzięki temu mój pierwszy kontakt z minerałami oparł się na relacji z produktami tej firmy. Kupiłam próbki, zabrałam się do dzieła i co? Wcale nie było tak, jak mówiły dziewczyny na you tubie… Ach, zapomniałam… One nie miały krwiaków na policzkach, które przykryłaby tylko dłoń położona w tym miejscu.

Nie poddałam się jednak tak szybko i zaczęłam eksperymentować.
Aplikacja kilku cienkich warstw czy dwóch grubszych? A może ta na mokro? Podkłady, korektory, róże, pudry
– przyznam się, że moje pierwsze próby wcale nie były udane.
Ciągle
miałam wrażenie, że nie będę umiała ujarzmić sypkiej formuły
– bo jak
sypki produkt ma kryć tak, jak ten w formie kremu czy musu – przecież to
niezgodne z prawami logiki! Moja skóra się buntowała – mimo dobrego
nawilżania byłam jedną, wielką, chodzącą suchą skórką i przez to
rzuciłam minerały w kąt – nie wyglądałam w nich dobrze, bo moja skóra
nie była pod nie odpowiednio przygotowana.
Moim
zdaniem minerały są jak farba, a nasza skóra jest płótnem. Nawet
najzdolniejszy malarz z najlepszym sprzętem nie stworzy cudu na słabej
jakości bazie – nieodpowiednio zagruntowanej, krzywej i wyboistej. My
też powinniśmy najpierw zadbać o pielęgnację skóry, a dopiero później
dostosowywać do niej makijaż – w innym wypadku nasze starania spełzną na
niczym – to proste, choć na początku trudne do przyjęcia.
Ostatnie wakacje, a później wrzesień i październik były punktem kulminacyjnym. Pojawił się u mnie trądzik, jakiego jeszcze nigdy nie było. Bolała mnie cała skóra, a leczenie dermatologiczne działało skutecznie, ale wolno. Nadal malowałam się tym, co miałam, całkowicie zapominając o minerałach.
Kiedy na początku tego roku opadły mi ręce i nie wiedziałam już, jak mam działać – postanowiłam stworzyć zupełnie nowy plan pielęgnacji. Synergia naturalnych składników z aptecznymi formułami zaczęła działać, a ja z dnia na dzień coraz chętniej przeglądałam się w lustrze. W walce o piękną cerę pomogły mi też walczyć większe ilości wody i całkowite odstawienie nabiału.

Po maturze, kiedy miałam więcej czasu z podkulonym ogonem wróciłam do samotnych, porzuconych słoiczków. Umyłam wszystkie pędzle, trzymałam się planu pielęgnacji i…
Nie uwierzycie, jakież było moje zdziwienie!

Zaczęłam od nakładania podkładu w formie kryjącej – wydawało mi się, że to ona będzie dla mnie odpowiednia, ponieważ mam wiele zmian na policzkach – od przebarwień, po blizny włącznie. Okazało się jednak, że niekoniecznie dobrze współpracuje ona z moim sebum – podkład po kilku godzinach ważył się tak samo, jak te kupione w drogerii – a przecież nie na tym mi zależało.

Impasem w moim przypadku była zmiana formuły. Matująca ma delikatnie
mniejsze krycie, ale za to zdecydowanie mocniej wchłania sebum. W każdym
słoiczku znajdują się tylko 4 składniki – mika, która jest substancja
odbijającą światło
. Sprawia, że nasza skóra wygląda na gładszą, bardziej
jednolitą i zdrową. Dwutlenek cynku to związek, który jest naturalnym,
mineralnym filtrem UVA/UVB. To, że jest mineralny oznacza, że powinno
się go dopełniać, bo ściera się z naszej skóry pod wpływem „uszkodzeń”
mechanicznych – pocierania, dotyku a nawet podczas pocenia. Nie oznacza to jednak tego, że nie chroni – ja po prostu
wolę nałożyć pod spód filtr chemiczny, który da mi dodatkowy komfort.
Tlenek cynku matuje, ale nie tylko – działa też antyseptycznie (to działanie było wykorzystywane już w starożytności) i jest
mineralnym filtrem UV, podobnie jak jego poprzednik. Tlenki żelaza to
barwniki
, nieszkodliwe dla naszego zdrowia.

Pewnie ciekawi Was jak aplikuję minerały, żeby uzyskać dość mocne krycie i świetną trwałość. Otóż moją bazą są krem na dzień + filtr UV – zastygający i suchy w dotyku. Minerały niespecjalnie dobrze będą chciały rozprowadzać się po lepkiej skórze – będzie ciężej je równomiernie nałożyć i nie narobić sobie plam. Lepiej wybierać pod nie kremy o suchym wykończeniu. Na to nakładam puder bambusowy lub ryżowy – moja skóra jest wtedy jeszcze bardziej wygładzona i pędzel sunie po niej o wiele łatwiej. Czasem pomijam ten krok, ale wtedy widzę, że zaczynam się szybciej błyszczeć. To mój trik na przedłużenie trwałości makijażu.

Następnie biorę pędzel typu kabuki, maczam go w podkładzie i staram się to robić tak, żeby kosmetyk dotarł w każdy zakamarek mojego narzędzia pracy. Nadmiar otrzepuję na zakrętkę, końcówką pędzla stukam delikatnie o blat, żeby podkład osiadł na nim głębiej i nie pylił przy aplikacji. Jestem z grona tych osób, które nakładają trochę grubsze warstwy, ale nadal w granicach rozsądku – tak, aby nie przesadzić i nie nałożyć jednej, przez którą nie będzie przebijała mi tekstura skóry. Kolejnym krokiem jest punktowe nałożenie korektora na miejsca, które wymagają dokładniejszego przykrycia. Następnie dokładam jeszcze jedną warstwę podkładu – wtedy już naprawdę cieniutką – służy ona lepszemu rozblendowaniu korektora. Całość utrwalam pudrem, z którego korzystałam na samym początku.

Czy oprócz podkładu i korektora stosuję jeszcze jakieś kosmetyki od Annabelle Minerals? Na powiekę często aplikuję jasny, lekko połyskujący cień o wdzięcznej nazwie Vanilla. Na moje powieki działa jak podrasowany korektor – ujednolica ich koloryt, a w słońcu delikatnie się mieni – moje spojrzenie wygląda wtedy na świeższe i pełne blasku. Jako miłośniczka róży często nakładam delikatny Romantic, który jest moim ulubieńcem wszech czasów (na potrzeby tego posta dmuchałam nim w stronę obiektywu – ucierpiało chyba 25% produktu – jak żyć? :P). To delikatny, różowy odcień, który jest stworzony dla bladolicych. Mimo mocnej pigementacji raczej nie zrobicie sobie nim krzywdy. Drugim z moich ulubieńców jest zdecydowanie bardziej intensywny Rose, który wpada w tony różano-koralowe i idealnie sprawdza się przy lekkich makijażach – fajnie wygląda jako główny element skupiający na sobie uwagę 🙂

Skoro opisałam Wam to, jak ma się moja przygoda z minerałami, jak je nakładam, czym, co lubię i doceniam, warto byłoby odnieść się do głównego pytania konkursowego 
Dlaczego wybieram kosmetyki mineralne?
Zacznę od tych zalet, które znajdziemy w obietnicach producenta:
  • Minerały są kosmetykami, które nie wpływają negatywnie na moją skórę. Mogę bez obaw codziennie je stosować, a wyprysków czy zaskórników nie przybywa. Nie wysuszają też wrażliwej skóry. O podrażnieniach nie ma mowy. Zdarzało mi się to w przypadku długotrwałych podkładów typu longstay.

  • Można aplikować je na sucho i na mokro – zależnie od tego, jak wolicie i jaki efekt chcecie uzyskać. Aplikacja na mokro pozwala mi na znaczne zwiększenie krycia – szczególnie w przypadku korektora. Jeśli wolicie aplikację na sucho – taką ja wybieram częściej – a przeszkadza Wam efekt pudrowości i nie chcecie czekać kilkudziesięciu minut aż zniknie – wystarczy użyć specjalnego fixera lub hydrolatu. Oznacza to, że w praktyce w jednym kosmetyku mam dwa – sypki i w formie… hmmm… kremu.

  • Korektor, przez swoje antybakteryjne właściwości, przyspieszają gojenie się wyprysków. Szczególnie tych, które należą do kategorii ropnych wykwitów. Delikatnie je podsusza i sprawia, że są mniej bolesne. Nie swędzą, co pozwala uniknąć rozdrapania. To pomocne dla osób walczących z trądzikiem neuropatycznym – nie czuć = nie dotykam.

  • Skóra pomalowana kolorówką naturalną po prostu oddycha. Nic się nie lepi, nawet po kilku godzinach. W moim przypadku taki makijaż nie jest wyczuwalny – czuję się tak, jakbym cały dzień chodziła posmarowana tylko i wyłącznie lekkim kremem nawilżającym. Uważam to za ogromny plus – wraz z ochroną przeciwsłoneczną ta właściwość sprawia, że łój obecny w porach nie utlenia się i nie jest widoczny w postaci czarnych zaskórników otwartych.

  • Kosmetyki mineralne lekko kontrolują wydzielanie sebum, więc w przypadku cery, jaką ja posiadam pozwalają na przedłużenie trwałości makijażu. Żaden drogeryjny podkład nie wygląda na mojej twarzy tak dobrze, jak matujący Annabelle – oczywiście po całym dniu noszenia. Czasem mam lepsze, czasem gorsze dni, ale 7-8 godzin to dla niego pestka. Oczywiście po tak długim czasie moja skóra nie wygląda nieskazitelnie, ale przede wszystkim nie muszę mieć przy sobie pudru i bibułek matujących, a nadal czuję się komfortowo.
  • Minerały nie posiadają w swoim składzie konserwantów, PEGów i parabenów. Mnie te substancje nie uczulają, ale wiem, że wiele wrażliwców jest z tego powodu zadowolonych. Dodatkowo nie są testowane na zwierzętach i nie zawierają substancji pochodzenia zwierzęcego. Są odpowiednie dla wegan i wegetarian.

  • Kosmetyki mineralne są niezwykle wydajne. O ile podkład i puder jesteśmy w stanie zużyć w kilka miesięcy, tak korektor, róż czy cienie to kosmetyki niemal wieczne.  Będą nam służyć przez wiele lat, więc nawet jeśli szkoda Wam te kilkadziesiąt złotych na jeden z nich – rozłóżcie to na czas użytkowania – wtedy stosunek ceny do ilości wyda się Wam o wiele bardziej zasadny.

  • Wyżej wspomniałam, że mogą służyć nam kilka lat. Ale jak to? Przecież na słoiczkach jasno widnieje – rok po otwarciu. Nie dajcie się zmylić! Prawo nakłada na producentów obowiązek określenia czasu, w którym (po otwarciu) kosmetyk nadaje się do użytku. Minerały są bezpiecznie nawet wtedy, kiedy leżą kilkanaście miesięcy. Bez obaw można ich używać, nie zrobią nam krzywdy. Wiąże się to bezpośrednio z następnym punktem. Minerały nie mają terminu ważności, ponieważ…

  • … minerały składają się wyłącznie z substancji nieorganicznych – a właściwie nimi są. Jak powszechnie wiadomo, na materii nieożywionej nie mogą namnażać się żadne organizmy żywe – wirusy i bakterie też. Nawet jeśli przypadkowo wprowadzimy drobnoustroje do swoich kosmetyków – nie będą mogły tam bytować ani powielać swojej liczby przez brak pożywienia. Jasne – czasem trafi się im jakaś sucha skórka, więc w miarę możliwości powinniśmy codziennie korzystać z czystego pędzla. Nie dajmy się jednak zwariować 🙂 Pamiętajmy też o tlenku cynku – przy okazji składu wspominałam o jego antybakteryjnych właściwościach – w tym przypadku bardzo się przydają.

  • Minerały zawierają SPF na poziomie 15, chronią więc naszą skórę przed promieniowaniem słonecznym. Dla mnie jest to ochrona zbyt mała, ponieważ mam niski fototyp skóry i często pojawiają się u mnie poparzenia słoneczne. Uważam jednak, że dodatkowa ochrona zawsze się przydaje – lepiej ją mieć, niż nie. Co do SPF – nie zauważyłam, żeby minerały bieliły mnie na zdjęciach.

  • W ofercie marki znajdziemy mnogość wykończeń i odcieni. Od tych najjaśniejszych, po te dla osób o ciemnej karnacji. W końcu znalazłam podkład, którego nie muszę niczym rozjaśniać. Osoby jeszcze bledsze niż ja też będą zadowolone – gama cream jest tak jasna, że nawet ja wyglądam w niej jak córka młynarza 😀 Możemy wybierać pomiędzy podkładami matującymi, rozświetlającymi i kryjącymi. Jeśli chodzi o tonację, odnajdziemy gamy sunny, golden, natural i beige. W każdej gamie znajdziemy kilka odcieni o różnym stopniu jasności. Ostatnią nowością są korektory dopasowane do podkładów – cud, miód i orzeszki 😀

  • Przy okazji kolorów warto wspomnieć,że minerały po kontakcie z sebum nie ciemnieją! Nie straszne im zmiany pH podczas jego wydzielania, więc komfortowo nosi się je przez cały dzień. Bez obaw, że po powrocie do domu będziemy wyglądać jak cudowna pomarańczka 😛

  • Mimo tego, że wykończenie podkładu matującego, którego używam jest – MATOWE (odkrycie roku :P) – skóra nie wygląda płasko. Zawdzięczamy to obecności miki, która rozprasza światło. Dzięki temu nie muszę się rano gimnastykować – nie chcę wyglądać jak dziewczyna z maską na twarzy 😛 Przy minerałach nie muszę nic więcej robić.

Jakich produktów Annabelle Minerals użyłam do wykonania makijażu do tego posta?
-Podkładu Annabelle Minerls Natural Fairest w wersji matującej (próbka w słoiczku)
-Korektora  Annabelle Minerals – light + medium (próbki w woreczku)
-Pudru matującego Pretty Matt
-Różu Annabelle Minerals Romantic
-Cienia do powiek Vanilla
Lubicie minerały? Co sądzicie o tym konkursie? Podoba Wam się mój pomysł na konkursowy post? I na koniec – jak wypadłam jako modelka? 😛
Zapraszam Was na konkurs zorganizowany na platformie zblogowani.pl we współpracy z Annabelle Minerals. Do wygrania są kosmetyki AM, a także aparat i dwa tablety. Bierzcie udział – naprawdę warto!

zBLOGowani.pl

Pozdrawiam :*

LILY LOLO | SZMINKA TEMPTATION | CUKIERKOWY RÓŻ!

Hej!
Na blogu rzadko publikuję wpisy z recenzjami kolorówki, a współpraca z Lily Lolo trochę mnie do tego zmotywowała. Moje cera ma się o wiele lepiej, niż rok temu, ale nadal nie jest to stan idealny. Nie wstydzę się jednak swoich niedoskonałości – po co miałabym się dodatkowo dołować i psuć sobie dobry nastrój 😛
Tym razem także otrzymałam 3 produkty i dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o jednym z nich – szmince, która jest nowością w ofercie marki. Wybrałam odcień Temptationchłodny, jasny róż. W mojej kosmetyczce nadal brakuje kolorów typowo dziennych – takich, które wybierałabym na uczelnię czy bardziej formalne spotkanie. Jesteście ciekawi czy mi, fance matowych, zastygających pomadek, te kremowa i naturalna przypadła do gustu? Zapraszam do dalszej części posta 🙂

 Kusząca szminka w kolorze chłodnego, jasnego różu.

Wyjątkowa, naturalna formuła kremowych
szminek Lily Lolo gwarantuje głęboki kolor oraz fantastyczne
nawilżenie. Każdy odcień daje piękny, naturalny połysk. Ponadto, dzięki
zawartości witaminy E oraz ekstraktu z rozmarynu, pomadki Lily Lolo
odpowiednio odżywią Twoje usta.

    • Zawiera odżywczą witaminę E, woski oraz organiczny olejek jojoba
    • Witamina E oraz ekstrakt z rozmarynu to naturalne antyoksydanty
    • Jedwabiście kremowa konsystencja gwarantująca łatwą aplikację
    • Bez dodatku substancji zapachowych
    • 4g

Szminka zapakowana jest w kartonowe opakowanie – to tradycyjny sposób Lily Lolo i każdy ich kosmetyk ma swój własny kartonik. Pudełeczko skrywa w sobie 4 gramową szminkę w kolorze chłodnego, jasnego różu. Puzderko zamyka się na magnes z charakterystycznym kliknięciem i mało prawdopodobne jest to, że samoistnie się otworzy.
Całość utrzymana jest w biało – czarnej kolorystyce. Taki minimalistyczny styl bardzo mi się podoba. Na opakowaniu znajduje się logo i nazwa firmy, a na kartoniku dodatkowo skład i gramatura kosmetyku.

Szminka jest mocno napigmentowana. Wystarczy jedno pociągnięcie, aby wydobyć cały kolor upakowany w tym maluszku. Kryje świetnie już przy jednej warstwie, nie ma w sobie nic z półtransparentnych smarowideł. Nałożenie drugiej warstwy sprawia, że szminka wygląda na bardziej kremową, a jej kolor jest wtedy jeszcze bardziej intensywny.
Jeśli chodzi o wydajność jest ona wysoka – szminki używam już od dwóch miesięcy – praktycznie co 2-3 dni ląduje na moich ustach a nie widać, żeby choć trochę się zmniejszyła. Wysoka wydajność spowodowana jest jej kremową konsystencją i dobrym kryciem.
Co do trwałości, po nałożeniu szminki na usta utrzymuje się ona około 3 godzin. Jeśli w międzyczasie jem lub piję powoli znika ona z warg – na szczęście w estetyczny sposób – bez obwódek czy plam koloru. To naturalne, że pomadka o kremowej, niezastygającej formule nie będzie trzymała się na ustach przez cały dzień. Kolor nie wpija się w moje wargi – może dlatego, że jest do nich bardzo zbliżony i nie rzuca się to w oczy 🙂

Szminka ma kremową, przyjemną konsystencję. Gładko sunie po ustach i nie trzeba używać do tego jakiegokolwiek nacisku czy siły. Dzięki takiej formule nawilża usta, a kiedy są lekko spierzchnięte – nie podkreśla skórek tak, jak mają to w zwyczaju pomadki matowe. Jej wykończenie jest satynowe – coś pomiędzy lustrzanym blaskiem, a pełnym matem. Całość wygląda naturalnie i nie skupia na sobie większej uwagi.

Szminka dostępna jest w kilku drogeriach internetowych, ale oficjalnym dystrybutorem w Polsce jest costasy.pl. Możecie tam znaleźć wszystkie dostępne na rynku produkty Lily Lolo.

Cena nie należy do najniższych. Pomadka kosztuje 54,90 złotego i postawiłabym ją na średniej półce cenowej. Szminki za podobną kwotę można kupić w szafach Loreal, Max Factor czy Boujois, które są dostępne w naszych drogeriach. Uważam, że za produkt naturalny, nie testowany na zwierzętach można zapłacić więcej, choć nie powinna to być suma wzięta z kosmosu 😛

RICINUS COMMUNIS SEED OIL (olej rycynowy), SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL (olej jojoba),
CANDELILLA CERA
(wosk z młodych liści wilczomleczu), LANOLIN (lanolina), ISOAMYL LAURATE (organiczny emolient pozyskiwany z nasion pszenicy i oleju kokosowego), CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE (emolient tłusty, trójgliceryd),
CERA ALBA (wosk pszczeli), COPERNICIA CERIFERA CERA (naturalny wosk roślinny pozyskiwany z palmy – kopernicji), SILICA (krzemionka), MALTODEXTRIN (maltodekstryna), TOCOPHEROL (tokoferol – witamina E),
HELIANTHUS ANNUUS SEED OIL
(olej słonecznikowy), ASCORBYL PALMITATE (pochodna witaminy A), ROSMARINUS OFFICINALIS
LEAF EXTRACT
(ekstrakt z liści rozmarynu) [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI
77491 (IRON OXIDE), CI 75470 (CARMINE)]
(barwniki)
Jak widzicie – skład jak na kosmetyk kolorowy – pomadkę – jest naprawdę dobry. Lanolina bardzo wysoko w składzie mocno nawilża usta – można znaleźć ją w dobrych balsamach do ust.  Witamina A i E odżywiają i wzmacniają barierę lipidową ust dzięki czemu wyglądają one o wiele lepiej. Mnogość olejków i wosków, czyli emolientów sprawia, że szminka, przynajmniej w moim wypadku, nie wysusza warg – wręcz przeciwnie – pozytywnie wpływa na ich stan. Moim zdaniem skład jest adekwatny do ceny.

Już na wstępie zaznaczyłam, że produkt dostałam w ramach współpracy. Jak wiecie – współpraca nie jest dla mnie tak ważna, jak prawa, którą pokazuję na blogu postaram się więc wypisać zarówno plusy, jak i minusy tego kosmetyku. Jak myślicie? Zostaniemy na poziomie dodatnim, czy spadniemy poniżej zera?
Zacznę może od minusów, bo jest ich zdecydowanie mniej. Jednym z nich na pewno będzie dla niektórych cena. Dla mnie jest ona do przeskoczenia – głównie dlatego, że przestałam nałogowo kupować kosmetyki i staram się wybierać te, które są najlepsze dla mnie – mniejszą uwagę zwracając na to, ile muszę za nie zapłacić. Małą wadą jest też to, że podczas upałów większe wykręcenie szminki i malowanie nią ust mogło skończyć się katastrofą – naturalne woski i olejki delikatnie zmieniały swoją konsystencję na bardziej rzadką i łatwiej było pomadkę złamać. Na szczęście u mnie żadne tragiczne wypadki nie miały miejsca 😀
Przechodząc do plusów – bardzo podoba mi się kolor tej szminki. Temptation to zdecydowanie chłodny, jasny róż, który jednak jest na tyle naturalny, że żadna z nas, nawet blondynka o błękitnych oczach, nie będzie wyglądała w niej jak Barbie. Jego intensywność można spokojnie stopniować – czasem tylko delikatnie go wklepuję, żeby zaróżowić lekko wargi, innym razem staram się jak najdokładniej je wyrysować. Obie wersje bardzo mi się podobają, chociaż ostatnio częściej sięgałam jednak po tę pierwszą.
Mam w swojej kolekcji niewiele kremowych, satynowych szminek. Często nie miałam też czego nałożyć na usta, kiedy były one spierzchnięte i suche. Pomadka Lily Lolo nawet wtedy potrafi uratować sytuację. Co prawda nie maskuje suchych, odstających skórek, ale praktycznie w ogóle ich nie podkreśla (możecie to zobaczyć na zdjeęciach niżej, niestety mam teraz lekko przesuszone usta i to widać :C).
Utrzymuje się, tak jak pisałam, około 3 godzin. Przy jedzeniu czy piciu znika znacznie szybciej, ale w ogóle mi to nie przeszkadza – nie jest to pomadka typu longstay. Na szczęście jej masełkowata formuła pozwala na szybkie poprawki w ciągu dnia.
Na sam koniec chciałabym wspomnieć o opakowaniu. Moim zdaniem wykonane są one z dbałością o każdy szczegół i pięknie wyglądają na toaletce. Są minimalistyczne, ale dobrej jakości – nie ma opcji, żeby szminka samoistnie otworzyła się w torebce. A same wiecie, jak to z kobiecymi torebkami bywa… 😛

Rzadko wracam dwa razy do tych samych szminek, ponieważ ciężko jest je w ogóle zużyć. Przy moich kilkunastu sztukach jest to praktycznie niemożliwe. Myślę, że jeśli będę miała skusić się na te szminki ponownie, to po prostu wybiorę inny kolor – tym razem albo coś ciemniejszego, albo typowego nudziaka – nie mam nic brązowego i jestem ciekawa, ja wyglądałabym w takim kolorze 😀
Niżej znajdziecie zdjęcia tego, jak pomadka wygląda na moich ustach. Pierwsze zdjęcie przedstawia „nagie” wargi, drugie lekko wklepaną palcem szminkę, a trzecie – nałożoną na usta bezpośrednio z opakowania.

Wybaczcie ostrość – nie wiem co chciał sfocusować aparat 😛 Chyba ten latający włos 😛
Który efekt podoba Wam się najbardziej? Myślicie, że Temptation jest warta swojej ceny? Lubicie takie delikatne kolorki?
Pozdrawiam :*

PODSUMOWANIE SIERPNIA NA INSTAGRAMIE | NATURA I ZABYTKI

Hej!
Ostatnio mocno pracuję nad moimi zdjęciami i myślę, że odbiło się to też na ogólnym wyglądzie mojego Instagrama. Staram się nie wrzucać tam zdjęć z przypadku i każde delikatnie obrabiam. Od miesiąca mam też inny telefon i jakość fotografii podniosła się dzięki temu o dobrych kilka stopniu 🙂
Jeśli ciekawi Was, co porabiałam w sierpniu – zapraszam na wpis. Obiecuję – nie będziecie się nudzić 😀 
Na początku sierpnia dostałam kolejną paczkę od Lily Lolo. Tym razem wybrałam kosmetyki prasowane, bo często podróżuję, a chciałabym, żeby minerały mogły towarzyszyć mi każdego dnia. Zdecydowałam się na róż In the Pink, rozświetlacz Champagne i szminkę w odcieniu Temptation. Dwa ostatnie kosmetyki są nowościami, więc jeszcze bardziej palę się do tego, żeby je Wam pokazać 🙂 Posty pojawią się na pewno w przyszłym tygodniu i najprawdopodobniej wypuszczę je całą serią. Jesteście ciekawi jak sprawdziły się u mnie te kosmetyki?
Niemałą niespodzianką był dla mnie fakt, że w domu czekał na mnie nowy, złoty Iphone 6s. Wiedziałam, że dostanę go za rok ciężkiej pracy podczas przygotowań do matury i opieki nad babcią, ale nie spodziewałam się, że dostanę go jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego. Już teraz mogę Wam powiedzieć, że wiem, gdzie leży fenomen tego telefonu – sama jestem nim oczarowana i nie rozstaję się z nim na krok. Mam nadzieję, że posłuży mi długie lata 🙂
Kosmetyki do pielęgnacji paznokci Herome wygrałam w rozdaniu na blogu Kosmetyki Panny Joanny. Wielkie nadzieje pokładałam w odżywce, ale niestety uczulenie na formaldehyd dało mi się we znaki i nie mogę jej stosować, bo jeszcze bardziej pogarsza stan moich paznokci. Olejek i preparat do usuwania skórek są okej, na pewno jeszcze kiedyś napiszę Wam nam ich temat kilka słów 🙂

Nie od dziś uważam, że Mazury, to cud natury. Nigdzie indziej nie ma takich pięknych jezior i lasów, możecie mnie przekonywać do innych racji, a ja i tak będę uparcie stać przy swoim. Zachody słońca potrafią zapierać dech w piersiach, a mi udało się uwiecznić jeden z nich na zdjęciu – czyż nie wygląda ono dzięki temu o wiele bardziej klimatycznie? Lubicie oglądać zdjęcia natury?
Na kolejnym zdjęciu widzicie makijaż praktycznie w całości wykonany kosmetykami naturalnymi i mineralnymi. Oprócz brwi i rzęs nie użyłam niczego, co mogłabym znaleźć na zwykłej, drogeryjnej półce. Na razie nie doszłam jednak do tak dużej wprawy, żeby korzystać z minerałów na co dzień – ich aplikacja (szczególnie podkład i korektor) pochłania zbyt dużo cennego czasu – o ile się nie śpieszę – nie przeszkadza mi to tak bardzo – gorzej, jak zaczną się wyścigi na uczelnię 😛 A jaki makijaż Wy wykonujecie najczęściej?
Jeśli chodzi o woski – mogłabym się nazwać ich kolekcjonerką 😛 Mam już całkiem pokaźną kolekcję, do której niedawno dołączyły 3 świece. Nie mogłam odpuścić zamówienia sobie kolekcji Q3 i zupełnie tego nie żałuję – w całości przypadła mi do gustu – chyba jak żadna inna. Widzę w niej nawet kilku kandydatów na duże świece, ale na razie mam inne, ważniejsze wydatki :C Znacie któryś z tych zapachów?

Pierwsze i drugie zdjęcie pochodzi z Malinówki na Mazurach. Jeśli szukacie ciszy, błogiego spokoju niedaleko od miejskiej cywilizacji – znajdziecie tam dokładnie to, o czym marzycie 😀 Las, jezioro, domki letniskowe – każdego roku mogłabym spędzać tam kilkanaście dni – taki reset każdemu się przydaje. 
Buty, które możecie zobaczyć na ostatnim zdjęciu to hit tegorocznego lata od Ugg. W lipcu i sierpniu przeważały pochmurne i dość chłodne dni (przynajmniej u mnie :C), więc ocieplane sandały byłyby dla mnie wybawieniem 😀 Niestety cena 70 euro mocno mnie odstraszyła i postanowiłam obejść się smakiem 😛

W sierpniu pytałam Was też, jak oceniacie mnie (a raczej to jak wyglądam) w okularach. Mam dużą wadę, a powszechnie wiadomo, że minusy zmniejszają oczy. Ostatnio wybrałam sobie jednak oprawki, które bardzo mi się podobają i nie czuję się w nich jak szara myszka. Teraz, kiedy świeci słońce wolę nosić soczewki, ale myślę, że kiedy nadejdą chłodniejsze dni – będę nosić je na przemian z okularami. Przecież nie mam się czego wstydzić, to nie moja wina, że mam takie, a nie inne oczy 😛
Nie obyło się też bez motywującego wpisu. Nawet w urodzinowym autoportrecie wspominałam Wam, że nie warto jest się poddawać – jeśli uparcie dążymy do celu to prędzej czy później go osiągniemy. Mogę to poprzeć swoim przykładem – gdyby nie to, że tak bardzo chciałam dostać się na medycynę, to w tym roku bym na niej nie była. Nie warto słuchać tych, którzy chcą nas zniszczyć i stłamsić – warto unieść się ponad to i próbować mimo przeciwności losu. Kiedyś te trudy na pewno zostaną nagrodzone. Pamiętajcie – życie mamy tylko jedno i lepiej czerpać z niego garściami, niż na starość narzekać, że nie zrobiliśmy tego, co zawsze było w naszych planach!
Przyznam szczerze, że w sierpniu poszalałam z zakupami 😛 Zakup dobrych okularów przeciwsłonecznych chodził za mną od dłuższego czasu. Na początku chciałam zdecydować się na coś z mniej znanej firmy – tak, żeby ochrona była na wysokim poziomie, a cena na średnim. Przymierzyłam dziesiątki par, większość z nich pasowała, ale jednogłośnie najlepiej było mi w Ray Banach. Stwierdziłam, że na zdrowiu nie warto oszczędzać, a skoro kupuję coś na lata, to 150 złotych nie robi mi większej różnicy. Z okularów jestem zadowolona – w końcu nie muszę mrużyć oczu na słońcu i nie płaczę po najmniejszym kontakcie z jego promieniami. Jeśli interesuje Was, jaki to model – piszcie w komentarzach 🙂

Nie za bardzo lubię chodzić w sukienkach, ale latem sięgam po nie znacznie częściej niż zimą. Z wiekiem coraz bardziej się do nich przekonuję – tym bardziej, że wiele osób mówi mi, że naprawdę dobrze w nich wyglądam 😀 Mam w planach zakup kilka casualowych, jesienno – zimowych sukienek, mam nadzieję, że uda mi się znaleźć coś ciekawego 😀
Kilka następnych zdjęć pochodzi z Kolonii. Byłam tam razem z moją ciocią i bratem. Szczerze przyznam, że nie chciałabym mieszkać w takim mieście – za dużo tam hałasu, ludzi, ale ma ono wiele pięknych zabytków, które warto jest zwiedzić. Katedra zrobiła na mnie niemałe wrażenie – ludzie wyglądają przy niej jak małe mróweczki, do tego cała fasada jest misternie rzeźbiona. Nigdy nie widziałam tak pięknego kościoła. Nawet katedra Notre Dame w Paryżu nie zadziałała na mnie aż tak – a nie można jej przecież odmówić oryginalności i uroku.

Na sam koniec zdjęcie z lunaparku – od dziecka fascynowały mnie balony wypełnione helem 😀 Do tego są wdzięcznym obiektem do robienia zdjęć, chociaż przyznam, że to nie jest najwyższych lotów. Lubicie chodzić do parków rozrywki? 🙂
Planowanie postów sprawia mi wiele przyjemności. Do tego o wiele łatwiej jest mi trzymać się w ryzach i publikować Wam posty tak, jak to postanowiłam tydzień wcześniej. Staram się nie planować wpisów z góry na cały miesiąc, bo wiem, że zawsze zmieniam te plany. Planujecie swoje działania na blogu, czy decydujecie się na pełną spontaniczność?
Na koniec selfie z pluszakiem, którego wygrał mi tata 😀 Zajął pierwsze miejsce w grze i zgarnęłam największego miśka, jaki był dostępny na „straganie”. Niestety na razie musiał zostać w Niemczech, bo miałam tyle bagażu, że nie byłabym w stanie wnieść go do autobusu i jechać z nim na jednym siedzeniu kilkadziesiąt godzin 😛 Przyjedzie do mnie prawdopodobnie w październiku – przynajmniej mam taką nadzieję.
Lubicie czytać podsumowania? Co ciekawego działo się u Was w sierpniu?
Pozdrawiam :*

YANKEE CANDLE | PASSIONFRUIT MARTINI | OWOCOWY IDEAŁ?

Cześć! 
Z powodu zamieszania związanego z
przeprowadzką dawno nie pisałam Wam nic na temat wosków Yankee Candle. Wyszła
już nowa, zimowa kolekcja, a ja nie zdążyłam opisać Q3 – to oznacza jedno –
czas nadrobić zaległości.
Już na samym wstępie mogę Wam
powiedzieć, że już dawno żadne zapachy tak mocno nie wpisały się w mój gust,
więc przez najbliższych kilka niedziel będę pisać o nich w samych
superlatywach. Jeśli jesteście ciekawi, jak według Yankee pachnie owocowy drink
– zapraszam do dalszej części posta 🙂

Wosk z owocowej linii zapachowej
Yankee Candle z serii Classic o cudownym zapachowym połączeniu marakui, mango i
pomarańczy. Usiądź wygodnie i zrelaksuj się popijając soczysty tropikalno –
owocowy koktajl.
Wosk ma intensywnie czerwono-pomarańczową barwę, która pozytywnie mnie nastraja. Etykietka przywodzi na myśl drinka, o którym wspomina producent, ale mnie ona, niestety, nie porywa. Jest nieco tandetna i wykonana bez polotu. O ile w formie wosku nie przeszkadza mi to tak bardzo, tak gdybym miała zakupić świecę – mocniej bym się nad tym zastanawiała..
Passionfruit Martini to zapach,
który jednoznacznie kojarzy mi się z wakacjami w ciepłych krajach. Palmy, żółty
piasek na plaży i lazurowa woda w morzu – to okoliczności sprzyjające dobremu
wyobrażeniu sobie tego aromatu. Na sucho jest zdecydowanie bardziej płaski i
monotonny – podczas palenia nabiera głębi – na szczęście w pozytywnym sensie.
Marakuja i mango rzeczywiście są mocno wyczuwalne, pomarańcza jest słodko-cierpkim tłem, które sprawia, że zapach nie jest przykry. Jeśli miałabym określić go jednym słowem, napisałabym – tropiki! 🙂
Jest to niezwykle owocowy zapach, mocny i intensywny – zaraz po roztopieniu roztacza się nie tylko po pomieszczeniu, w którym stoi kominek, ale też po tych, które znajdują się w jego bezpośrednim otoczeniu. Nawet po zgaszeniu jest mocno wyczuwalny, nie straszne są mu też otwarte okna.
Wosk trafia do grona moich ulubieńców – wypaliłam już go prawie całego i czuję, że mogę kiedyś do niego wrócić. Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 9 złotych.
Lubicie owocowe zapachy? Częściej sięgacie po woski i świece latem, czy może zimą?
Pozdrawiam :*