GLY SKIN CARE ANTIOXIDANT | INTENSE C SERUM | KOLEJNE NIEPOROZUMIENIE :C

Cześć wszystkim!
Walka z przebarwieniami potrądzikowymi trwa u mnie w najlepsze. Irytuje mnie fakt, że nawet kiedy pozbędę się wyprysków i tak nie mogę marzyć o pięknej skórze :C  Ma ona skłonności do powstawania blizn, krwiaków i przebarwień. Te dolegliwości nie ograniczają się niestety tylko do skóry twarzy.
Twarz z trądzikiem wygląda na zmęczoną, często jest poszarzała, a rozszerzone pory na policzkach, skroniach i skrzydełkach nosa wcale nie dodają jej uroku. Uważam, że witamina C ma zbawienne działanie jeśli chodzi o poprawę kolorytu skóry i wpływ na przebarwienia. Z jej stosowaniem wiąże się też kilka niebezpieczeństw i warto być tego świadomym. Czy serum Gly Skin Care Intense C Serum z 7,5% zawartością kwasu askorbinowego sprawdziło się w moim przypadku? Zapraszam dalej 🙂

Opis produktu:
Intense
C Serum na przebarwienia zawiera 7,5% L-Ascorbic Acid – skoncentrowaną
formę witaminy C, która docierając do najgłębszych warstw skóry zapewnia
jej ochronę przed wolnymi rodnikami, zabezpieczając jednocześnie przed
szkodliwym działaniem promieniowania UVA i UVB. Nośnikami
skoncentrowanej witaminy C w preparacie są QuSomes®, cząsteczki które
umożliwiają lepszą penetrację kosmetyku w głąb skóry. 
Rodzaj cery: 
Wszystkie rodzaje cery. 
Korzyści: 
  • Efekt anti-aging 
  • Stymulacja syntezy kolagenu 
  • Ochrona skóry przed wolnymi rodnikami 
  • Minimalizuje szkody dokonane przez promieniowanie UVA/UVB 
  • Produkt stabilny (trwałość: 2 lata) 
  • Produkt gotowy do użycia
pH: 
3
Sposób użycia:
Umyj twarz Gentle Cleanser a następnie rozprowadź 5-6
kropli Intense C Serum na twarz, delikatnie wcierając kosmetyk w skórę.
Podczas stosowania kosmetyku może pojawić się uczucie ciepła na twarzy.
Preparat należy stosować na noc – samodzielnie lub pod krem nawilżający.
Preparat przechowywać w temperaturze pokojowej.

Myślałam, że serum będzie lekkie i nie pozostawi na mojej skórze żadnej warstwy – nie lubię się lepić. Okazało się, że produkt ma oleistą konsystencję i bardziej przypomina właśnie olej, a nie, np. kwas hialuronowy. Delikatnie wchłania się w skórę, ale nawet po dłuższym czasie pod palcami wyczuwalna jest satynowa warstwa. Serum z witaminą C nie jest przeznaczone do stosowania na dzień, więc nie przeszkadza mi to aż tak bardzo, jak mogłoby się na początku wydawać.

Serum, podobnie jak inne produkty GlySkinCare możecie znaleźć w aptekach, niektórych sklepach i drogeriach internetowych, a także w firmowym sklepie Diagnosis24.pl. Jego dostępność określam jako dobrą, chociaż mogłaby być jeszcze lepsza. Nigdy nie widziałam tych produktów stacjonarnie.
80 złotych za serum to naprawdę spora suma. Używałam już produktów innych firm, które były o wiele tańsze i dobrze sprawdzały się na mojej skórze. Moim zdaniem, po raz kolejny zresztą, jest ona za wysoka – gdyby była o połowę niższa na pewno więcej osób chętniej sięgałoby po te kosmetyki.

Produkty są tradycyjnie zapakowane w kartoniki – tym razem przeważa tu brąz i motywy cytryny. Na kartoniku znajdują się wszelkie potrzebne informacje – od składu po obietnice producenta i sposób użycia. Sama buteleczka zakończona jest zakręcaną, szklaną pipetką, którą łatwo wydobyć jest z niej produkt. Wykonana jest z ciemnego szkła, co ogranicza dostawanie się promieni słonecznych do środka i zmniejszenia skuteczności działania kosmetyku. Ma pojemność 30 mililitrów. Całość bardzo mi się podoba – jest prosto, estetycznie i schludnie.

Propylene glycol – glikol propylenowy, substancja nawilżająca.
Ascorbic Acid – kwas askorbinowy, czyli tytułowa witamina C. Jest silnym przeciwutleniaczem, czyli likwiduje wolne rodniki i zapobiega starzeniu się naszej skóry. Witamina C ma właściwości wybielające i rozjaśniające przebarwienia. Wyrównuje koloryt skóry i nadaje jej zdrowy wygląd. Łatwo i szybko można osiągnąć dobre efekty – szczególnie w kwestii rozświetlenia skóry. Polecana do wszystkich typów cery. Należy uważać na jej stosowanie podczas słonecznych miesięcy – może uwrażliwiać na promieniowanie UV.
Polyacrylamide – niebezpieczny konserwant, na jego stosowanie nałożone są ścisłe normy. Jego działanie kancerogenne zostało potwierdzone. Należy stosować go z rozwagą – odkłada się w organizmie i nie jest z niego usuwany.
C13 – 14 Isoparaffin – mieszanina węglowodorów, podchodna parafiny. Teoretycznie bezpieczna dla skóry, w praktyce może zapychać.
Laureth – 7 – emulgator, stabilny w niskim pH.
Lecitin – lecytyna, wpływa na poprawę nawilżenia skóry. Jest emulgatorem.
PEG – 12 Glyceryl Dimyristate –  emolient tłusty, tworzy na skórze warstwę okluzyjną. 
Ascorbyl Palmitate – estrowa pochodna kwasu askorbinowego, przeciwutleniacz.
Przyznam szczerze, że po tak wysokiej cenie spodziewałam się czegoś innego. Używałam serum łącznie przez 2 tygodnie, potem zagłębiłam się w skład – o izoparafinie wiedziałam, ale nie myślałam, że znajdę tu konserwant kancerogenny, który gromadzi się w organizmie :O Wiedziałam, że niektóre konserwanty są szkodliwe dla zdrowia, ale nie było mi wiadome, że niektóre z nich są rakotwórcze. Kiedy to spostrzegłam, przestałam stosować to serum. Zdrowie jest dla mnie najważniejsze.

Niestety nie jestem w stanie określić wydajności. Serum stosowałam przez 2 tygodnie, ale nie codziennie – naliczyłam 8 dni. Podejrzewam, że starczyłoby na około 3-4 miesiące, ale nie chcę sprawdzać tego na własnej skórze.

Nie wiem, czy mogę wypełnić akapit „moja opinia”. Czytałam o tym serum na kilku blogach i zawsze spotykałam się z pozytywnymi opiniami na jego temat. Wiem, że nie każda blogerka stara się analizować składy tak dokładnie jak ja, ale powinniśmy robić to chociażby dla swojego bezpieczeństwa.
Okazało się, że zaraz po witaminie C w serum znajduje się konserwant, który ma działanie kancerogenne. Nie to jest w tym składniku najgorsze. Niestety odkłada się on w organizmie i nie mam możliwości jego usunięcia. W dobie dbania o własne zdrowie nie powinniśmy narażać się na kontakt z takimi substancjami – eliminujmy coś, co nam szkodzi.
Otrzymałam ten produkt w ramach współpracy i przyznam szczerze – nie myślałam,  moje testy spełzną na niczym. Wzięłam go ze sobą do Niemiec, ale praktycznie w ogóle go nie używałam.

Nie. Jeśli chodzi o Was – sami musicie to przemyśleć. Wolę się nie narażać – moja skóra jest często podrażniona po stosowaniu retinoidów i wszelkie substancje wnikają w jej głąb w o wiele łatwiejszy sposób. Znam wiele godnych zamienników dla tego kosmetyku i będę stosowała właśnie je.

Co o tym sądzicie? Stosowałybyście taki kosmetyk, czy nie?
Pozdrawiam :*
Produkt dostałam w ramach współpracy od firmy Diagnosis, ale nie miało to wpływu na moją recenzję.

MOLPHARMA | KONOPNY DUET DO WŁOSÓW

Hej!
Tak jak obiecałam – wracam z regularnymi postami (przynajmniej do końca września, później będę musiała ustalić, ile postów tygodniowo będzie się tu pojawiać :c) i dziś chciałam zaprosić Was na recenzję kolejnych dwóch kosmetyków – tym razem z kategorii tych aptecznych 🙂
Czy mieliście okazję używać kosmetyków z olejem konopnym? Ja stosowałam go do nawilżania i natłuszczania twarzy – to jeden z cenniejszych olei, polecany dla skóry tłustej i z niedoskonałościami. Byłam ciekawa jak zadziała na moją skórę głowy i włosy – wcześniej nie pomyślałam o użyciu go w taki sposób. Jeśli jesteście ciekawi jak sprawdza się u mnie duet  od Molpharmy – szampon i balsam konopny do włosów – zapraszam dalej 🙂

Szampon:
Szampon powstał w oparciu o długoletnie doświadczenie farmaceutów
zdobyte w recepturze aptecznej. Tworzy gęstą pianę, nawilża, regeneruje
oraz zabezpiecza skórę głowy. Doskonały do suchych i wrażliwych włosów, a
także zniszczonych farbowaniem. Połączenie aktywnych składników takich
jak olej konopny, lecytyna jaj, D-panthenol i oliwa z oliwek powoduje,
że po umyciu włosy stają się nawilżone i gładkie w dotyku, jednocześnie
odporne na wysuszenie.
Balsam:
Naturalny balsam konopny do włosów, który idealnie wygładza strukturę
włosa oraz nadaje im połysk i miękkość. Zawarte w nim składniki takie,
jak olej konopny posiadają bogate właściwości odżywcze, dzięki czemu
pomagają w utrzymywaniu i układaniu fryzury oraz znakomicie spisują się
podczas rozczesywania włosów. Olej z konopi – intensywnie odżywia włosy i
sprawia że łatwiej się rozczesują, działa łagodząco na podrażnioną
skórę głowy, D-panthenol – nawilża włókno włosowe, gwarantuje połysk
włosów, zmniejsza tendencję do rozdwajania się końcówek

Opakowania obu produktów są do siebie bardzo podobne. Szata graficzna jest minimalistyczna i rzeczywiście może kojarzyć się z produktami aptecznymi.  Etykiety są wykonane z papieru, ale jest on na tyle śliski i dobrej jakości, że nie dzieje się z nimi nic złego, kiedy sięgamy po kosmetyki mokrymi dłońmi. Zarówno szampon, jak i balsam znajdują się w białej butelce o pojemności 200 mililitrów. Szampon opatrzony żółtą etykietką i jest odrobinę niższy. Zamykany jest na klik, który dość łatwo się otwiera – na pewno nie połamiemy przy tej czynności swoich paznokci. Balsam ma zielone akcenty na etykiecie i ciekawe zamknięcie – moim zdaniem świetnie sprawdzi się w podróży, bo jego samoistne otworzenie jest czymś mało prawdopodobnym. Opakowania wykonane są z dość twardego plastiku, i o ile nie przeszkadza mi to podczas używania szamponu, tak z wyciśnięciem balsamu mam czasem problem – lepiej jest go stawiać do góry nogami, bo przyspiesza o cały proces wydobycia kosmetyku z butelki.

Zacznijmy od składu szamponu. Zaraz po wodzie w oczy rzuca nam się nieszczęsny SLES – nie jest to składnik, który wyeliminowałam całkowicie ze swojej pielęgnacji, ale nie sięgam po niego tak często, jak kiedyś. Zaraz za silnym detergentem mamy wspomniany przez producenta olej konopny. Jakież był moje zdziwienie, kiedy kosmetyk nie podrażnił mojej skóry głowy ani nie wysuszył włosów – zapewne było to zasługą odpowiedniej proporcji – duża zawartość oleju pomagała chronić kosmyki. W składzie znajduje się niestety dużo PEG-ów, a także parabeny :C Prawie na szarym końcu znaleźć możemy tokoferol, czyli witaminę E, zwaną też witaminą młodości i – na mecie – kwas mlekowy, który ma działanie nawilżające.
Balsam ma natomiast o wiele bardziej przyjemny skład. Na samej górze znajdziemy olej sojowy, delikatne detergenty, emolienty i tytułowy olej konopny. Zaraz za nim znajduje się kwas mlekowy i D-panhenol, które pozytywnie wpływają na nawilżenie włosów i ich ogólny wygląd. Karagen to polisacharyd bogaty w mostki siarczkowe (sulfonowe). Ciekawym składnikiem są też proteiny z pszenicy, które jednak nie są przez każde włosy dobrze tolerowane. Dalej nie znalazłam nic ciekawego – na szczęście tym razem obeszło się bez parabenów i PEG-ów. 
Żaden z kosmetyków mnie nie podrażnił ani nie uczulił, mimo tego, że ich skład nie jest w 100% naturalny. Ich działanie na włosy mnie zaskoczyło, ale o tym przeczytacie troszkę niżej 🙂

Zarówno szampon, jak i balsam są kosmetykami średnio wydajnymi. Szamponu na szczęście nie trzeba używać zbyt wiele, żeby cieszyć się obfitą pianą – prawdopodobnie to zasługa SLES, który dobrze się pieni.  Balsam jest lekki i łatwo rozprowadzić go równomiernie na długości włosów, ale na pewno nie staczy na tak długo, jak szampon – przeczuwam, że skończy się o wiele szybciej.

Szampon ma tradycyjną konsystencję, charakterystyczną prawie dla wszystkich tego typu produktów. Jest bezbarwny i nie występują w nim żadne drobinki czy perła (jak ma to miejsce w drogeryjnych odpowiednikach). Balsam ma lekką, delikatnie oleistą konsystencję przez co łatwo jest równomiernie nałożyć go na końce. Oba kosmetyki mają delikatne, ale przyjemne zapachy, które nie zostają zbyt długo na włosach – dla jednym może to być plusem, innym ta właściwość nie przypadnie do gustu 🙂

Produkty firmy Molpharma dostępne są na ich stronie, która niestety jest aktualnie w przebudowie. Możecie znaleźć ich też na Facebooku. Widziałam te kosmetyki w kilku aptekach internetowych, więc dostępność mogę określić jako średnią – kiedy strona producenta zacznie działać, będzie ona na naprawdę dobrym poziomie.

Ceny obu kosmetyków wahają się między 25, a 30 złotych, co jest raczej średnią półką cenową. W sklepach znajdziemy wiele tańszych, ale też droższych kosmetyków. Nie jest ona nie do przeskoczenia, i o ile nie przeszkadza mi tak mocno w balsamie, tak z ceną szamponu nie do końca się zgadzam – powinna być choć o 10 złotyh niższa.

Szamponu jak i balsamu używałam w duecie raz na tydzień – moje włosy nie potrzebują mocnego oczyszczania częściej niż raz na kilka myć. Szampon dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy z silikonów, brudu czy innych zanieczyszczeń, ale nie sprawia, że piszczą one z czystości – jest to zasługa oleju konopnego, który znajduje się w składzie zaraz za SLESem. Dobrze się pieni, więc przyjemnie się go używa. Włosy są po nim ładnie odbite u nasady i lśniące – podejrzewam, że mogłoby obyć się bez maski, czy odżywki, ale po myciu zawsze nakładam je na moje kosmyki. 
Balsam ma lekko oleistą konsystencję, ale nie obciąża włosów. Wystarczy lekkie wtarcie we włosy, spienienie i wczesanie, żeby po 2 minutach z odżywką cieszyć się włosami jak po niejednej, lekkiej masce. Spodobało mi się jej działanie i zapach – przyjemny, słodki, nienachalny. 
Po zastosowaniu tego duetu na włosy były one miękkie, gładkie i lśniące. Szampon nie przyspieszał przetłuszczania ani nie wydłużał świeżości fryzury. Odżwyka nie obciążała włosów. Nie mam też zastrzerzeń co do opakowań – nawet problem ze zbyt twardym plastikiem przy odżywce udało mi się obejść. Nie podoba mi się jednak cena szamponu – moim zdaniem powinna być choć trochę niższa – nie jest to niestety produkt idealny.

Nie wydaje mi się – produkty Molpharmy są naprawdę dobre, ale żaden z nich nie oczarował mnie na tyle, żeby ponownie do neigo wrócić. Balsam jest zdecydowanie ciekawszą opcją niż szampon, więc jeśli chcielibyście wypróbować jeden z nich – wybierzcie odżywkę.

Znacie produkty Molpharmy? Czy olej konopny był Wam znany? Stosowałyście go na włosy?
Pozdrawiam :*
Produkty testowałam dzięki uprzejmości formy Molpharma, ale nie wpłynęło to na moją recenzję.

GLY SKIN CARE | ARGAN ILLUMINATING DRY OIL FOR BODY & HAIR | ULUBIENIEC MOICH WAKACJI?

Hej!
Wczoraj wieczorem wróciłam do domu – jakoś udało mi się przetrwać 21 godzinną podróż w autobusie pełnym  ludzi 😛 Wrzesień jest dla mnie ostatnim miesiącem wakacji, dlatego będę starała się jak najczęściej publikować wpisy i organizować wszystko tak, żeby blog nie wiał pustkami wtedy, kiedy wrócę na zajęcia. Mam nadzieję, że plany zdadzą egzamin, bo, przyznam szczerze, ostatnich kilka miesięcy mocno mnie rozleniwiły ;__;
Dzisiaj chciałam opowiedzieć Wam olejku, który dostałam od Diagnosis. Na pewno jest ona Wam znana, widziałam wiele blogerek, które z nimi współpracują. Czy Argan Illuminating dry oil for body & hair został moim ulubieńcem? Czy zdał egzamin? Czy rzeczywiście pięknie rozświetlał muśniętą skórę? A może pozytywnie wpłynął na kondycję moich włosów? – odpowiedzi na te pytania znajdziecie w dalszej części posta 🙂

Rozświetlający suchy olejek arganowy do ciała i włosów.
Nawilżająca,
delikatna formuła suchego olejku arganowego natychmiast się wchłania nie
pozostawiając na skórze tłustej warstwy. Obecny w składzie olejek
arganowy oraz witamina E nawilżają ciało pozostawiając je jedwabiście
miękkie w dotyku. Olejek arganowy stosowany na wilgotne lub suche włosy
pomoże wydobyć ich naturalne piękno i blask bez efektu obciążenia. Złote
drobinki pięknie rozświetlą Twoje ciało i włosy.
Korzyści:
  • Nawilża
  • Szybko się wchłania
  • Lekka formuła
  • Skóra pięknie rozświetlona
Sposób użycia
Wstrząśnij przed użyciem.
Ciało:
Spryskaj ciało suchym olejkiem arganowym a następnie wmasuj delikatnie w
skórę. Włosy: Rozetrzyj 1-2 porcje olejku arganowego w dłoniach, a
następnie wetrzyj we włosy. Produkt nie zawiera substancji zapachowych.
Produkt przebadany dermatologicznie.

Tak jak obiecuje producent – olejek ma naprawdę lekką konsystencję. Jest ona mocno wodnista, a produkt przypomina olej tylko przez to, że podczas smarowania wydaje nam się tłusty. Bardzo spodobał mi się ten fakt, ponieważ czasem się spieszę i szukam kosmetyków, które szybko się wchłaniają i nie brudzą ubrań.
Drobinki są niewielkie i niewyczuwalne pod palcami – przypominają mieniący się pyłek, a nie brokat i najłatwiej zaobserwować to po wstrząśnięciu opakowania. Pod względem konsystencji olejek od Gly Skin Care nie odbiega od tych, które miałam okazję używać.
Rzeczywiście jest to olejek suchy – nie pozostawia charakterystycznej tłustej warstewki i nie trzeba jej usuwać, np. ręcznikiem.

Opakowanie przypomina mi inne produkty z Gly Skin Care. Buteleczka ma charakterystyczny, obły kształt, a zakrętka przy atomizerze jest w kolorze srebrnym. Opakowanie wykonane jest z dość twardego plastiku, niepodatnego na odkształcenia czy pęknięcia. Etykiety są minimalistyczne, aczkolwiek ładnie się prezentują. Co najważniejsze – nawet pod wpływem tłuszczu napisy się nie ścierają.
Atomizer działa bez zarzutu i łatwo jest dzięki temu zaaplikować olejek wprost na ciało. Nie wydobywa się z niego mgiełka, więc aplikację na włosy warto poprzedzić tą na rękę – nawet producent zaleca takie działanie. W innym przypadku włosy mogą wyglądać nieestetycznie i zbijać się w strąki przez zbyt dużą ilość kosmetyku, które na nie trafiła.
Brązowa buteleczka ma 125 mililitrów i znajdziemy na niej obietnice producenta, skład i sposób użycia.
Cyclopentasiloxane – silikon, emolient suchy, który nie pozostawia na skórze lepkiej warstwy. Jest lotny, czyli samoistnie odparowuje ze skóry i włosów i nie trzeba zmywać go, np. silnymi detergentami. Silikon ten jest bezpieczny dla zdrowia, wykazuje czynności antystatyczne, czyli zapobiega elektryzowaniu się włosów. Zastosowany nawet w wysokim stężeniu nie przenika w głąb skóry, ponieważ jak inne silikony ma charakter lipofobowy i hydrofobowy, przez co nie wykazuje powinowactwa do struktur naskórka.
Diisopropyl Adipate – emolient suchy, pełni funkcję rozpuszczalnika dla substancji hydrofobowych (nie rozpuszczających się w wodzie).
Dimethicone – kolejny silikon lotny i emolient suchy. Wygładza skórę. Jest bezpieczny w takim samym stopniu jak wspomniany wyżej cyclopentasiloxane.
Octocrylene – filtr UV, znajduje się na liście bezpiecznych substancji fotoochronnych, jego maksymalne stężenie w kosmetyku wynosi 10%.
Decyl
Oleate
– emolient tłusty, tworzy na skórę warstwę okluzyjną, która zapobiega odparowywaniu wody i innych substancji.
Argania Spinosa Kernel Oil – olej arganowy, jeden z najbardziej znanych i popularnych olei. Wzmacnia włosy, skórę i paznokcie, chroni przed działaniem wiatru i słońca.
Tocopheryl Acetate – pochodna witaminy E, czyli silnego antyoksydantu. Hamuje procesy starzenia wywołane przez promieniowanie UV i wolne rodniki. Może wbudować się w strukturę naskórka, przez co wzmacnia jego funkcje obronne. Zapobiega odparowywaniu wody, łagodzi stany zapalne, wzmaga procesy regeneracji.
Mica – poprawia wygląd, daje efekt rozświetlonej skóry, wzmaga lśnienie włosów.
CI 77981 – dwutlenek tytanu, barwnik.
CI 77491 – tlenek żelaza, barwnik, mineralny filtr UV.
CI 77492 – tlenek żelaza żółty, barwnik.

Produkty Gly Skin Care dostępne są w aptekach i niektórych drogeriach internetowych, widziałam je np. w ofercie Cocolita.pl Znalazłam go też w ofercie sklepu internetowego Diagnosis24.pl. Moim zdaniem produkty te są o wiele lepiej dostępne niż miało to miejsce jeszcze kilka miesięcy temu.

Nie wiem, czy tylko ja tak mam i jestem odosobnionym przypadkiem, ale jeśli stosuję suche olejki na całe ciało, znikają one w zastraszająco szybkim tempie. Przy używaniu olejku raz na dwa – trzy dni zniknie z mojej półki w ciągu 1,5 miesiąca, co nie jest zbyt imponującym wynikiem. Wydajność określam jako średnią – inne kosmetyki z tej samej kategorii zużywałam tak samo szybko. Jeśli ograniczyłabym stosowanie tylko na włosy – służyłby mi dłużej, podobnie jak dwufazowe odżywki w sprayu.
Cena waha się w granicach 50 złotych, więc nie jest to najtańszy kosmetyk, z jakim miałam do czynienia. Dla porównania suchy olejek, o którym opowiadałam Wam kilka miesięcy temu w ulubieńcach kosztuje mniej więcej 35 złotych – różnica jest więc spora. Czy ten od Gly Skin Care jest lepszej jakości?

Olejek otrzymałam już dość dawno, ale przez mój wyjazd do Niemiec nie miałam jak go zrecenzować. Nie chciałam, żeby post był niechlujny, bo od razu zwrócilibyście na to uwagę. Napisałam do przedstawiciela, z którym jestem w regularnym kontakcie i bez problemów przełożyliśmy termin recenzji o ponad 2 tygodnie.
Pokładałam w tym olejku duże nadzieje – chciałam mieć w końcu jakiś kosmetyk, który ładnie rozświetli moją jasną skórę. Opalone mam tylko ręce – bo to je najczęściej odsłaniam – reszta skóry ma natomiast zimowy kolor (czytaj – biało-żółty :P). 
Aplikacja przebiega bezproblemowo. Łatwo jest go wsmarować w ciało a dzięki atomizerowi nie „pobierzemy” zbyt dużej jego ilości. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy, która jest cechą rozpoznawczą tradycyjnych olei. 
Jak zadziałał na moją skórę olejek, który otrzymałam od Diagnosis? Średnio :C Od razu po aplikacji skóra wygląda ładnie, na dobrze nawilżoną i wygładzoną. Niestety potrzebuje ona zdecydowania mocniejszego nawilżenia – na drugi dzień efekty, jakie daje mi ten olejek po prostu znikają. Moim zdaniem jest to wina składu – na samym jego początku mamy kilka silikonów, które po kilku godzinach samoistnie odparowują ze skóry.
Na włosach sprawdza się o wiele lepiej – nie obciąża ich, ale nie zauważyłam też wzrostu nawilżenia. Cieszy mnie jednak fakt, że nie są w gorszej kondycji, bo chlorowana woda z basenu, słońce i sól morska dały im się mocno we znaki. Po aplikacji włosy wyglądają na mocniejsze, zdrowsze i bardziej lśniące. 
Na koniec – jak sprawa ma się z drobinkami, które miały pięknie rozświetlać? SŁABO. Są one widoczne pod światło, kiedy spryskamy ciało produktem, ale po rozsmarowaniu niewiele ich w moim przypadku zostaje – praktycznie tak, jakbym nie stosowała czegoś, co ma sprawić, że moja skóra będzie się pięknie mienić. Na włosach efekt mamy podobny – nie zauważyłam, żeby drobinki na nich osiadały i jeszcze mocniej odbijały światło.
Podsumowując – jestem z tego produktu średnio zadowolona. Nie zrobił mi krzywdy, ale też mnie nie zachwycił, a jego cena jest dość wysoka. Myślałam, że zdobędę kolejnego ulubieńca moich wakacji, okazało się natomiast, że otrzymałam produkt, który niedostatecznie nawilża moją skórę. Na włosach sprawdził się o wiele lepiej, ale niestety drobinki, które powinny rozświetlać i być widoczne – znikają. Wydaje mi się, że może to być skutkiem zbyt małej ich ilości. Przed wyjazdem odstawiłam produkt do szafki, aby pyłek opadł na dno. Okazało się, że warstwa ma może 2-3 milimetry, nie dziwne więc, że po wymieszaniu jest on widoczny tylko w butelce.

BEZ LAMPY BŁYSKOWEJ

Nie. Inne produkty tej firmy znacznie bardziej przypadły mi do gustu. Zachęcona pozytywnymi opiniami na kilku blogach skusiłam się na ten olejek nie patrząc nawet na skład – może gdybym to sprawdziła nie dotknęłoby mnie uczucie rozczarowania. Moim zdaniem nie spełnia od podstawowej funkcji – nie rozświetla. Gdyby to robił nie miałabym mu za złe, że słabiej nawilża – byłby dodatkiem do balsamów, który aplikowałabym przed wieczornym wyjściem.

Z LAMPĄ

Co sądzicie o tym olejku? Myślicie, że mógłby przypaść Wam do gustu?
Pozdrawiam!

Produkt otrzymałam do testów od Diagnosis, ale nie wpłynęło to na moją opinię. Jest ona rzetelna i poparta kilkutygodniowym używaniem kosmetyku.

ULUBIEŃCY LIPCA | VICTORIA'S SECRET | SKIN79 | LILY LOLO

Hej!
Jak wiecie jestem za granicą i niestety mam tu problem z dostępem do komputera. Miałam dla Was zaplanowanych kilka postów, ale nie wiem jak to się stało, że… znikły… Nie został po nich nawet ślad w formie kopii roboczej – czy komuś przydarzyła się podobna sytuacja? Dodam też, że zaczęły znikać jeden po drugim, tego samego dnia… No cóż – po powrocie do domu będę musiała do nich przysiąść jeszcze raz.
Udało mi się namówić mojego brata i wysłał mi kilka zdjęć z mojego aparatu. Dzisiaj postanowiłam zaprosić Was na post o ulubieńcach lipca – będzie coś z kolorówki, pielęgnacji, a nawet jeden zapach! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś o produktach Victoria’s Secret, Skin79 i  Lily Lolo – przejdźie do dalszej części wpisu!

VICTORIA’S SECTER, MGIEŁKA DO CIAŁA O ZAPACHU AQUA KISS
Mgiełka Aqua Kiss to jedna z dwóch, które otrzymałam kilka tygodni temu w prezencie od Mateusza. Naczytałam się na ich temat wiele, a opinie były skrajne – od tych wychwalających te kosmetyki po takie, w których widniało stwierdzenie, że nie są one warte złamanego grosza. Postanowiłam przekonać się na własnej skórze, czy będą czymś, co pokocham, czy może je znienawidzę.
Aqua Kiss była moim faworytem od samego początku. Zapach  frezji i sokrotki wydawał mi się być kuszący, tym bardziej, że lubię oba te gatunki. Nie mam zbyt wielu perfum o kwiatowych nutach – chyba nie do końca mi odpowiadają. Gdzieś z tyłu mojej głowy krążyła myśl, że z tymi może być podobnie.
Na szczęście pozytynwie się zaskoczyłam. Zapach jest świeży, rześki, kwiatowy i bardzio dziewczęcy. Przez swoją delikatność idealny na co dzień. Jak widzicie – zużyłam go już sporo – głównie dlatego, że stosuję go praktycznie codziennie i nie szczędzę, jeśli chodzi o ilość. Na skórze utrzymuje się może 3-3,5 godziny, na ubraniach jest wyczuwalny zdecydowanie dłużej. Nie pryskam nią włosów – ma w składzie alkohol. Chciecie bardziej szczegółową recenzję?

Nie spodziewałam się, że ten azjatycki kosmetyk tak bardzo przypadnie mi do gustu! Ma naprawdę długi skład (którego wyjaśnienie możecie znaleźć po kliknięciu w tytuł tego akapitu), obawialam się, że może niedostatecznie oczyszczać lub spowodować reakcję alergiczną. Na początku miałam z nim pewne problemy, ponieważ nie polubił się z moim filtrem z La Roche Posay.
Obecnie stosuję go wyłącznie w wieczornej pielęgnacji, do dwuetapowego oczyszczania skóry twarzy. Bardzo dokładnie oczyszcza, skóra aż piszczy od czystości, ale nie jest przy tym wysuszona, a to dla mnie bardzo ważne. Wystarczy jego niewielka ilość, aby dokładnie oczyścić twarz. Ma w sobie mikrogranulki, które są gładkie i nie ścierają skóry zbyt mocno – między innymi dlatego nadaje się do codziennego stosowania. Dobrze współpracuje z moją soniczną szczotką z Dermo Future. Na razie mam zapas kosmetyków do oczyszczania twarzy, ale myślę, że kiedyś do niego wrócę.

Nigdy nie myślałam, że kosmetyki mineralne mogą tak bardzo przypaść mi do gustu. W poście na ich temat pisałam Wam, że ciągle wydawało mi się, że nie są to kosmetyki dla mnie. Potrzebuję dość mocnego krycia – szczególnie na policzkach, gdzie mam najwięcej przebarwień potrądzikowych.
Ten korektor potrafi działać cuda – przy umiejętnym nakładaniu zakryje nawet większe zasinienia i czerwone plamki. Dodatkowo podczas jego stosownia wypryski giną znacznie szyciej – najprawdopodobniej glinka, którą ma w składzie delikatnie je podsusza, co przyspiesza proces gojenia. 
Odcień Blondie jest bardzo jasny, wręcz wpadający w kolor kości słoniowej. Idealnie sprawdzi się u bardzo bladych osób – u mnie lekko się odznacza, ale przyktyty warstwą podkłądu mineralnego ładnie się stapia i nie rzuca w oczy. Mam ochotę na wypróbowanie delikatnie ciemniejszego lub zielonego odcienia – może jeszcze trafią w moje ręce 🙂

Znacie któregoś z moich lipcowych ulubieńców? Może macie coś godnego polecenia?
Mam nadzieję, że za mną tęsknicie 😛 Pozdrawiam i do zobaczenia!

LETNIE NIEZBĘDNIKI | WIBO | LA ROCHE POSAY | URIAGE | PAESE | VICTORIA'S SECRET

Hej!
Jestem ciekawa, czy chętniej wykonujecie zabiegi pielęgnacyjne latem, czy zimą? Przyznam, że u mnie różnie z tym bywa – pewne łatwiej przychodzą mi latem, inne zimą. Kiedy jest ciepło nie przepadam za smarowaniem ciała olejami czy balsamami, za to większą uwagę przykuwam do dokładnej depilacji i złuszczania martwego naskórka. Zimą chętniej sięgam po masła do ciała, ale często zapominam o dbaniu o stopy. O skórę twarzy dbam jednakowo – wiem, że kiedy na kilka dni sobie odpuszczę będą na mnie później czekać wypryski, zaskórniki i zanieczyszczona skóra.

Każda pora roku wiąże się u mnie z pewnymi niezbędnikami, o których chciałabym Wam opowiedzieć. Lato kojarzy mi się z konkretnymi kosmetykami i bez nich nie wyobrażam sobie mojego makijażu czy pielęgnacji. Też tak macie? Stosujecie produkty okresowo, czy nie zwracacie większej uwagi na otaczającą Was aurę? Jeśli jesteście ciekawi co znalazło się w przygotowanym przeze mnie zestawieniu – zapraszam dalej 😀

WODA TERMALNA URIAGE – NAJLEPSZA, BO IZOTONICZNA!
Po wodę termalną staram się sięgać regularnie. Nic tak dobrze nie łagodzi podrażnień. Sprawdza się nawet w awaryjnych sytuacjach takich jak lekkie oparzenie, przeholowanie z opalaniem czy ugryzienie komara. 
Zawsze sięgam po wodę Uriage, ponieważ nie wymaga ona osuszania. Nie chcę dodatkowo podrażniać mojej skóry wycieraniem nadmiaru wody – wybieram więc takie, które mają takie samo stężenie soli mineralnych, jakie znajdują się w komórkach naskórka – to zapobiega wysuszaniu skóry, ponieważ proces osmozy nie zachodzi (w wielkim uproszczeniu :P).
Woda termalna z Uriage ma wygodny, sprawnie działający atomizer i niezbyt wysoką cenę – za 150 mililitrową butelkę płacę na promocji od 13 do 15 złotych. Jest wydajna i starcza na długo – zużyłam dopiero 1 opakowanie – starczyło mi na kilka miesięcy 🙂
Zauważyłam też, że po regularnym pryskaniu wodą termalną wypryski na skórze goją się zdecydowanie szybciej.

BIBUŁKI MATUJĄCE WIBO – POGROMCY TŁUSTEJ SKÓRY!

Bibułki matujące to gadżet, którego nie może zabraknąć w mojej wakacyjnej kosmetyczce oraz torebce, którą aktualnie noszę. Może zabraknąć w niej pudru, ale nie tych małych kawałków pergaminu.
Odkąd używam matujących filtrów (o których wspomnę jeszcze w tym poście) nie mam tak dużego problemu z przetłuszczaniem w strefie T. Jeśli do kompletu mam na buzi podkład mineralny – makijaż jest nie do zdarcia i bibułki nie są mi wtedy potrzebne.
Kiedy jestem pomalowana tradycyjnym, płynnym podkładem po kilku godzinach od aplikacji, moje czoło, broda i skrzydełka nosa zaczynają błyszczeć. Nie chcę wtedy używać pudru, bo wiem, że w połączeniu z sebum stworzy on na mojej skórze nieestetycznie wyglądające ciastko. Bibułki matujące rozwiązują sprawę – wybieram te najzwyklejsze, najtańsze, bo wszystkie, moim zdaniem, działają tak samo.

PUDER RYŻOWY (LUB BAMBUSOWY) PAESE – JEDEN, BY SEBUM RZĄDZIĆ
Przyznam szczerze, że po drogeryjne pudry w kompakcie sięgam niezwykle rzadko – zazwyczaj zabieram je tylko na krótkie wyjazdy – za słabo matują moją skórę, a do tego przyczyniają się do zapychania porów. Odkąd poznałam pudry Paese trwały makijaż nie jest dla mnie pojęciem obcym. 
Pudry stosuję pod podkład, kiedy stawiam na minerały oraz na zakończenie w celu utrwalenia podkładów (i drogeryjnych i mineralnych). Bardzo dobrze sprawdzają się w przypadku cer tłustych i mieszanych – trzymają całość w ryzach cały dzień – nie muszę nic poprawiać, a to dla mnie cenna właściwość.
Stosowane z umiarem nie bielą i nie wysuszają, ale u osób wrażliwych mogą przyczynić się do przesuszania skóry. Absorbują sebum, przez co skóra wyświeca się zdecydowanie później. Mają tendencję do podkreślania suchych skórek, ale na szczęście nie mam z nimi ostatnio większych problemów.

MGIEŁKI VICTORIA’S SECRET – UWODZICIELSKIE, INTRYGUJĄCE I PIĘKNIE PACHNĄCE
Latem zdecydowanie częściej sięgam po mgiełki zapachowe – są lekkie, mają świeże zapachy, nie przytłaczają. Niektóre mają jedną wadę  – ich zapach szybko znika :C Niedawno dostałam od Mateusza dwie mgiełki od Victoria’s Secret, które od dłuższego czasu były na mojej chciejliście.
Mango Temptation to zapach słodki, owocowy, idealny na ciepłe dni. Ma w sobie kwaśną nutę hibiskusa i słodycz mango. Jest soczysty, potrafi mnie naładować pozytywną energią. Aqua Kiss to zapach kobiecy, kwiatowy, ale nadal delikatny – nie sposób przejść obok niego obojętnie. Główne utz to stokrotka i frezja. Na mojej skórze utrzymują się dość długo – mniej więcej kilka godzin. Nie są tak intensywne i trwale jak perfumy, ale maja w sobie to coś i kiedy na zewnątrz jest ciepło sięgam po nie zdecydowanie częściej.

LA ROCHE POSAY, ANTHELIOS XL, ŻEL KREM SUCHY W DOTYKU

Filtry to nieodłączni towarzysze mojej porannej pielęgnacji. Odkąd stosuje retinoidy moja skora jest o wiele bardziej narażona na powstawanie przebarwień. Wole zapobiegać, niż leczyć, wiec praktycznie każdego dnia nakładam na twarz filtr z SPF 50+. Te z La Roche Posay sa moimi ulubionymi – nie bielą skory, nie tworzą smug, a do tego wzdłużają trwałość makijażu – moja skora dzięki nim praktycznie w ogóle się nie świeci. Nie zapychają i skutecznie chronią – za to je lubię!
Jakie są Wasze kosmetyczne niezbędniki, których używacie latem? Postaram się odwiedzać Wasze blogi, ale komentarze będę zamieszczać niestety bez polskich znaków :C
Pozdrawiam :*

TRĄDZIK | AKTUALIZACJA CZERWIEC | GDYBY NIE 3 X WYSYP BYŁOBY PIĘKNIE…

Cześć!
Ta aktualizacja miała trafić tu już dawno, ale ostatnio wiele złego dzieje się z moją buzią. Na szczęście znów schodzę na dobre tory – pozwoliłam sobie na zbyt wiele odstępstw od diety, antybiotyki też zrobiły swoje. Zauważyłam pewne prawidłowości, o których zaraz Wam wspomnę. Jeśli jesteście ciekawi, na jakim etapie walki z trądzikiem jestem – chodźcie dalej!

Jak możecie zauważyć na zdjęciach – wiele przebarwień zniknęło – szczególnie tych mniejszych przy nosie, ustach i brodzie. Ten fakt niezmiernie mnie uszczęśliwia – oznacza to, że jestem na dobrej drodze, a moja pielęgnacja przynosi efekty. 
Jeśli chodzi o kurację dermatologiczną – obecnie jestem na etapie jej podtrzymywania. Retinoidy zewnętrzne (nadal Izotziaja) stosuję tylko 2 razy w tygodniu – przeważnie w poniedziałek i wtorek, żeby złuszczyć się do weekendu. Zauważyłam, że mojej skórze taki system odpowiada – jest teraz o wiele gładsza i lepiej nawilżona – wieloletnie stosowanie maści mocno ją nadwyrężyło, a jak wiadomo – nadmiar też potrafi mocno zaszkodzić. 
Dermatolog przepisał mi kolejny antybiotyk doustny. Jak wspominałam w jednym z poprzenich wpisów – jestem uczulona na Doxycyklinę, nie mogłam więc ponownie jej zastosować. Jedyną szansą był dla mnie Tetralysal. Przez dwa tygodnie (1 opakownanie) miałam obserwować, czy nie wystąpi u mnie uczulenie na promienie słoneczne. O ile uczulenie nie wystąpiło w zbyt dużym nasileniu, tak nawet synbiotyki i leki osłonowe nie pomogły w złagodzeniu dolegliwości na tle układu pokarmowego. Jak wiecie – nie jem nabiału, ponieważ nie toleruję laktozy. Nie dostarczałam do organizmu odpowiedniej liczby pozytywnych bakterii, więc antybiotykoterpia negatywnie odbiła się na moim zdrowiu.
Negatywne działanie antybiotyku na mój organizm sprawiło, że w czerwcu i lipcu miałam 3 większe wysypy, ale myślę, że moja skóra i tak nie wygląda tak źle jak w marcu. Myślę, że następna aktualizacja pojawi się pod koniec sierpnia – wtedy, kiedy wrócę z wakacji w Niemczech. Mam nadzieję, że zmiana klimatu nie odbije się na stanie mojej skóry.
Co do prawidłowości, o których miałam wspomnieć – zauważyłam, że im więcej wody piję, tym lepiej zachowuje się moja skóra. Muszę się do tego zmuszać – 3 szklanki spokojnie wystarczą mi na cały dzień (+1 kubek herbaty rano), a to stanowczo za mało. Na szczęście poprawa nawyków idzie mi całkiem dobrze – do końca wakacji powinnam wyrobić w sobie samoistną chęć sięgania po butelkę z wodą.
Moja pielęgnacja z tego okresu:

RANO
  • Żel tymiankowy z Sylveco, teraz Avene Cleanace + szczotka soniczna Dermo Future
  • Hydrolat oczarowy, teraz hydrolat neroli
  • Krem La Roche Posay Effaclar Duo [+]
  • Filtr UV La Roche Posay Anthelios XL Krem-żel suchy w dotyku SPF 50+
WIECZOREM
  • Olej z pestek arbuza (do zmycia makijażu)
  • Płyn micelarny Garnier różowy
  • Skin 79 Yum Yum Cleanser + szczotka soniczna Dermo Future
  • Hydrolat oczarowy, teraz hydrolat neroli
  • Izotziaja + Klindacin T punktowo na wypryski (poniedziałek i wtorek), Ava serum z witaminą C plus naprzemiennie Gorvita Żel aloesowy i La Roche Posay Effaclar H (środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela). Punktowo na wypryski stosuję wtedy pastę Lassari, olejek z drzewa herbacianego albo Octenisept
OKAZJONALNIE 
  • Woda termalna Uriage
  • Maseczki – Babuszka Agafia dziegciowa maska oczyszczająca, Avon, czarna maska, glinka zielona, maski w płachcie Lomi Lomi

Pamiętacie jak wyglądała moja skóra kilka miesięcy temu? Widzicie poprawę? 
Trzymajcie kciuki!

WYNIKI WAKACYJNEGO ROZDANIA!

Hej!
Kilka dni temu skończył się konkurs, w którym do wygrania były kosmetyczne niezbędniki na lato i strój kąpielowy. Przez błąd bloggera i utrudnione dodawanie blogów do obserwowanych zainteresowanie nie było zbyt duże i płynęło głównie od osób, które już mojego bloga obserwowały.
Wcale nie ułatwiło mi to wybrania zwycięzcy – każda z odpowiedzi miała w sobie coś ciekawego, a ja mogłam wybrać tylko jedną. Postanowiłam dać pole do popisu mojej intuicji – wybrałam odpowiedź, którą sama mogłabym zamieścić w podobnym konkursie. Jesteście ciekawi kto jest zwycięzcą? Przejdźcie dalej 🙂

Jeśli chodzi o konkrety – chęć wzięcia udziału w konkursie wyraziło 16 osób. Dużo, mało? To wszystko zależy od tego, jak się na tę liczbę patrzy. Jeśli chodzi o obserwatorów sprzed rozdania i tych, którzy dołączyli po jego publikacji – rozkłada się to mniej więcej w proporcji 1:1. Wszyscy konkursowicze to kobiety (po spojrzeniu na nagrodę w ogóle mnie to nie dziwi :P).
Zwycięska odpowiedź to:

Według mnie najważniejszy na wakacjach (oczywiście oprócz pozytywnego
nastawienia) jest strój kąpielowy, ale taki idealny w którym czujemy się
pewnie. Mój idealny strój kąpielowy nie dość, że musi być bardzo,
bardzo wygodny to musi też idealnie zakrywać niedoskonałości. Jako
kobieta strasznie wstydzę się chociaż odrobinki tłuszczu, a cellulit to
moja zmora. Dlatego mój strój nie może się wbijać w mój tłuszczyk, w
żaden sposób nie może go uwydatniać, albo wizualnie mnie pogrubiać.
Najlepszym wyjściem chyba by było owinięcie się folią i na to strój –
efekt niewidocznego tłuszczyku zapewniony. Jednak to by wyglądało
dziwnie, więc trzeba odpowiednio dobrać wielkość stroju oraz oczywiście
materiał i krój. Im mniej wycięty tym mniej tłuszczyku na wierzchu.
Dlatego ja preferuję mało wycięte majtki oraz normalny biustonosz. Nie
widzi mi się noszenia dołu od bikini, za który robią nitki dentystyczne
wchodzące w tyłek. Nawet w takim bardziej zabudowanym bikini można
wyglądać bardzo kobieco i seksownie. Trzeba pamiętać, że faceci też wolą
jak coś jest zakryte żeby ponieść się wyobraźni 😀
Kiedy to czytam – mam wrażenie że pisałam to własnoręcznie! 😀 Bardzo krytycznie podchodzę do swojego wizerunku, dlatego ta odpowiedź trafiła do mnie najbardziej. Reszta wirowała wokół dobrego towarzystwa, okularów, kremów z filtrem i pozytywnego nastawienia. Żałuję, że nie mogę nagrodzić każdej z Was :C
Tym razem nagroda wędruje do:

MALINOWY SKARBIEC

Gratuluję, wysyłam maila i proszę o jak najszybszy kontakt 🙂 
Pozdrawiam 🙂
 

PODSUMOWANIE LIPCA NA INSTAGRAMIE | MATURA | TRÓJMIASTO | STUDIA

Cześć!
Ostatnio narzekałam Wam, że czerwiec minął mi bardzo szybko. Jak na złość lipiec zleciał jeszcze szybciej – jak tak dalej pójdzie stanę się babcią zanim zdążę mrugnąć okiem 😛 Wiem, że wiele z Was śledzi mnie na Instagramie i jest na bieżąco ze wszystkimi newsami, ale lubię przygotowywać posty z podsumowaniami – to swego rodzaju mini pamiętnik, a tym był kiedyś ten blog. Co z tego, że ewoluował – pewne tradycje warto jest podtrzymywać 😀 Jeśli jesteście ciekawi co robiłam w lipcu – zapraszam! 🙂

Na początku lipca Instagramem zawładnęły buty Loft 37, które można było kupić w Biedronce. Po swoje musiałam wybrać się do innego miasta, ponieważ u mnie nie były dostępne. Na początku było super, wzięłam rozmiar większe niż noszę zazwyczaj, żeby mnie nie piły i co? Uwierają mnie tak mocno, że nie jestem w stanie chodzić w nich dłużej niż pół godziny. Żałuję, że poszłam za tłumem i je kupiłam – wolałabym przeznaczyć te pieniądze na coś bardziej wartościowego lub po prostu dołożyć i kupić coś, w czym mogłabym normalnie chodzić. W każdym razie – nie polecam. Miałam kiedyś zwykłe, gumowe buty biedronkowej produkcji i były one o wiele bardziej wygodne. Te to po prostu buble :C
Jak wiecie (lub też nie) na przełomie czerwca i lipca miałam w domu remont. Mój i brata pokój zmienił się całkowicie – nowy kolor ścian, panele, meble. Pipi na tyle wystraszyła się całego procederu, że nie chciała przechodzić przez próg – ewidentnie nie pasował jej nowy zapach, a do tego nie miała już gdzie się położyć – jej ulubiony fotel wylądował w koszu (jak tak w ogóle można :P), a jak kot może funkcjonować bez tronu? Na szczęście po kilku dniach postanowiła zbadać nowy teren. Na zdjęciu Pipi i jej władcza poza – tron ewoluował z fotela na łoże – takiej to dobrze 😀
Nie mogłam się też doczekać wakacji – mieliśmy z Mateuszem zaplanowany wyjazd nad morze – kocham Bałtyk i Trójmiasto, w tym roku też nie mogło mnie tam zabraknąć. Ustalając termin myślałam, że pogoda bardziej nam dopisze – niestety przez większość czasu było pochmurno, a do tego często padało :C Udało mi się jednak wypocząć – brakowało mi takiego resetu 🙂 A Wy gdzie spędziliście swoje wakacje? A może urlop dopiero przed Wami?

Oczekiwany wyjazd nadszedł, jak wspominałam wyżej – pogoda niestety nie dopisała, ale nie przeszkodziło nam to w tym, by się dobrze bawić. Z racji tego, że do Gdańska i Sopotu jeżdżę regularnie od kilkunastu lat to ja byłam przewodnikiem w tej grupie 😛
Powyższe zdjęcia pochodzą z Gdańska. Na pierwszym możecie zobaczyć wieżę budynku dworca w Gdańsku. Na drugim widnieje koło widokowe, z którego rozpościera się widok na całą starówkę – bilety są dość drogie – płacimy 25 złotych za 15 minutową przejażdżkę, ale wrażenia są niezapomniane. Tym razem widzieliśmy panoramę w dzień – za rok na pewno wybierzemy się tam nocą. Myślę, że odczucia będą wtedy zupełnie inne. Co do trzeciej ilustracji – na pewno wiecie o co chodzi. Żuraw to jedna z najbardziej charakterystycznych budowli w Trójmieście – znajdziecie ją i w szkolnych podręcznikach, i pocztówkach, a także wszelkiego rodzaju przewodnikach. Mieliście okazję zobaczyć go na żywo?

Selfie z nową parasolką musi być 😀 Myślałam, że deszcz nie będzie nam straszny, ale jednak bardzo się myliłam 😀 Parasolki zaczęły drożeć momentalnie, bo nie było się gdzie schować – na ulicach pojawiali się nawet sprzedawcy, których wcześniej nie było 😀 Proponowali i parasole i płaszcze przeciwdeszczowe – szkoda, że w takich wysokich cenach 😛
Kto lubi bańki mydlane? Ręka do góry 😀 Nie wiedziałam, że aparatem w telefonie mogę robić tak fajne zdjęcia 😀 Pomnik Neptuna, to kolejna gdańska atrakcja, którą warto zobaczyć, tym bardziej, że znajduje się po drodze do koła widokowego i Żurawia. Jeśli chodzi o samo fotografowanie – jest ciężko – zawsze znajduje się tam tłum ludzi 😛
Jedną z najważniejszych informacji miesiąca był fakt, że poprawiłam maturę. I to nie byle jak! Nie spodziewałam się, że tym razem wszystko pójdzie aż tak gładko i sprawnie. Wynik 90% z biologii rozszerzonej i 88% z chemii zagwarantował mi miejsce na pierwszych listach na kierunek lekarski. Jak widzicie – nie warto się poddawać – lepiej uparcie dążyć do wyznaczonego sobie celu. Spełniłam swoje marzenie, mam nadzieję, że dalej też sobie poradzę :3

Jedyne słoneczne selfie z wyjazdu. Ostatniego dnia wyszło słońce ((na 3 godziny, ale wyszło :P) i postanowiliśmy wykorzystać okazję i poleżeć na plaży. Mimo stosowania filtrów spaliłam plecy i tyłek, ale nie narzekam – to pamiątka z wakacji 😀 Uwielbiam ten klimat – szum morza, skrzeczenie mew, charakterystyczny zapach słonej wody, jodu i wodorostów – całość niezwykle skutecznie mnie odpręża – na tyle, że mam ochotę zostać tam na zawsze.
Ostatnie już zdjęcia z Gdańska. Oba pochodzą z wieży Bazyliki WNMP. O ile zdanie – wystarczy pokonać 400 schodków jest łatwe do przyswojenia, tak sama wysokość już nie bardzo 😛 W połowie marszu nogi odmawiają posłuszeństwa – miejsca jest mało, ludzi dużo, powietrza też niewiele. Moim zdaniem warto się jednak przemęczyć – na szczycie czekają na nas piękne widoki – o wiele ładniejsze niż na samym Diabelskim Młynie.

Na szczęście druga połowa miesiąca obfitowała w słoneczne dni. Może nie było aż tak upalnie (poza ostatnim tygodniem), żeby nosić krótkie spodenki, ale odczuwało się, że atmosfera jest typowo letnia. Spędzałam dużo więcej czasu na dworze, a dzięki temu lepiej się czułam. Za to lubię lato! 😀
Moje ostatnie hybyrydy. Bardzo mi się podobają, ale niestety będę musiała je już ściągnąć, bo po pierwsze – wyjeżdżam do Niemiec, a po drugie – po niespełna dwóch tygodniach odrosty są już tak duże, że całość nie wygląda zbyt estetycznie. Granat to lakier Indigo Santorini, a brokat to pyłek Mistero Milano Rainbow Effect w odcieniu Blue. Nie będę skromna i powiem, że są piękne 😀
Skuszona pozytywnymi opiniami kupiłam olejek Nuxe. Jeszcze nigdy nie używałam kosmetyków tej marki, więc ciekawi mnie podwójnie. Na razie użyłam go tylko raz, więc nie mogę się wypowiedzieć na temat jego działania. Jedno wiem na pewno – intensywny zapach nie każdemu będzie odpowiadał.

Jeśli chodzi o koniec miesiąca – stało się! Nie, nie, nie chodzi o oświadczyny, ślub itp. 😛 Wybrałam miasto, uniwersytet, miejsce, w którym chcę spędzić kolejnych kilka lat mojego życia. Na początku bardziej skłaniałam się ku Bydgoszczy, ale po zapoznaniu się z opiniami na temat uczelni wybrałam Białystok – uważam, że warunki kształcenia są ważne, może nie ważniejsze niż nakład pracy, ale na pewno sprzyjają dobrym wynikom. Mam nadzieję, że nie będę żałować. A może nawet będę miała okazję spotkać którąś z Was?
Na koniec zdjęcie, które zgłosiłam w konkursie McDonalda. W moim mieście pojawiły się ciężarówki tej fastfoodowej sieciówki, zainteresowanie było małe, więc dlaczego miałabym nie skorzystać? Wystarczyło zrobić na zdjęciu coś szalonego – wstydziłam się, ale i tak nikt na mnie nie patrzył xD Opłacało się – wygrałam kamerę do zadań specjalnych – Go Pro 😀
Jak Wam minął lipiec? Mój był świetny 😀 Byliście już na wakacjach, czy urlop jest jeszcze przed Wami?
Pozdrawiam :*