HAUL COCOLITA | HAKURO | REAL TECHNIQUES | SLEEK | NAJEL

Cześć!
Na moim blogu dawno nie pojawił się żaden haul – głównie dlatego, że staram się minimalizować moje zapasy – robię to już kilka miesięcy, piszę Wam potężne denka, a końca i tak nie widać 😛 Z tego też powodu staram się nie odwiedzać drogerii ani nie buszować po sklepach internetowych – takie okazje kuszą, a ja nie chcę zamawiać tira przed ponowną przeprowadzką na studia 😛 Jeśli jesteście jednak ciekawi, jakie dobroci udało mi się kupić w czerwcu na stronie cocolita.pl – zapraszam do dalszej części posta 🙂

Zacznę od tego, co możecie zobaczyć tylko na pierwszym zdjęciu znajdującym się w tym poście. Bardzo lubię wykonywać makijaż gąbeczkami – jest to dla mnie najbardziej higieniczny sposób nakładania podkładu, korektora, a nawet sypkiego pudru. Nigdy nie wykroczyłam poza drogeryjny poziom – moimi pierwszymi były jajka z Ebelin, później próbowałam tych z Hebe, ale z marnym skutkiem (Ebelin były znacznie lepsze i… tańsze :P). Ostatnio głośno zrobiło się na youtubie o gąbeczce do makijażu z H&M – ją też przetestowałam i rzeczywiście jest najlepszą z tanich gąbeczek. Zapragnęłam czegoś więcej, a że nie maluję się tyle często, żeby sięgnąć po oryginalny Beauty Blender wybrałam Real Techniques. W cocolicie trafiłam  na świetną promocję. Gąbeczki w dwupaku kosztowały 41.90, co moim zdaniem jest naprawdę niską cenę. Używałam ich już kilka razy i muszę przyznać, że znacznie różnią się jakością od tańszych odpowiedników.
Drugim produktem, tym razem pielęgnacyjnym, jest mydło Aleppo z firmy Najel. Moje Aleppo z błotem z Morza Martwego jest już na wykończeniu, dlatego postanowiłam kupić kolejną kostkę. Postanowiłam wrócić do wariantu z olejem z czarnuszki, który ma wpływać pozytywnie na kondycję skóry trądzikowej. Nawet jeśli nie lubicie używać mydeł w pielęgnacji twarzy warto sięgnąć po nie podczas mycia pędzli. Aleppo jest niekwestionowanym zwycięzcą, jeśli chodzi o dopranie nawet największych brudasków. Całkiem spora kostka (100 gramów) kosztowała 13,90 zł.

Gratisem, który dostałam od drogerii w ramach prezentu do zamówienia jest paletka, którą możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej. To słynna Sleek – Storm, która swego czasu była hitem blogosfery. Z racji tego, że mam już wystarczającą ilość paletek do makijażu – przeznaczę ją na rozdanie 🙂

Głównym celem tego zamówienia były pędzle do makijażu. Od dawna marzyły mi się narzędzia do makijażu od Zoevy, ale jak na razie nie jest to moja półka cenowa – nie pracuję, nie zarabiam – nie będę naciągać rodziców 😛 Zdecydowałam się wziąć dobre, stare i sprawdzone już Hakuro. Jeśli chodzi o pędzle do twarzy wybrałam:
  • H50 – jako pędzel do nakładania podkładu i pudru.
  • H54 – jako pędzel do nakładania pudru i podkładu mineralnego
  • H14 – jako pędzel do nakładania rozświetlacza i bronzera
  • H24 – jako pędzel do nakładania różu
Używałam już każdej sztuki, każdą prałam i nie mam im nic do zarzucenia. Jestem prawie pewna, że tak jak pozostałe, które mam już w swojej kolekcji prawie 3 lata, będą mi dobrze służyć.

W swojej kosmetyczce miałam tylko 4 pędzelki do oczu, postanowiłam więc poszerzyć kolekcję, żeby móc czasem zmalować coś sensownego 😛 Wybrałam modele:
  • H79 – jako pędzel do blendowania cieni polecany przez RLM – to już moja druga sztuka
  • H74 – jako pędzel do blednowania cieni – moim zdaniem sprawdza się jeszcze lepiej niż tej wyżej
  • H76 – malutki pędzel ołówkowy do bardziej precyzyjnych czynności

Jak widzicie – tym razem skupiłam się na akcesoriach i udało mi się nie kupić kolejnych, niepotrzebnych kosmetyków. Przyznam, że było ciężko, ale na pewno nie jest to rzecz niemożliwa do zrealizowania. Jak zawsze polecam drogerię cocolita – mają fajne promocje, rabaty (mi to zamówienie udało się kupić 10% taniej) i spory asortyment. W ich ofercie są też kosmetyki naturalne oraz azjatyckie, za co bardzo ich cenię.

Co sądzicie o moim zamówieniu? Mam jeszcze pytanie – jakie dzienne kolory szminek M.A.C. są godne polecenia? Takie, które nie wpadają w brązy i beże 😉 Z góry dziękuję 🙂
Pozdrawiam:*

LABORATORIUM COSMECEUTICUM | POLNY WARKOCZ | MAZIDŁO KONOPNE DO CERY TŁUSTEJ I TRĄDZIKOWEJ

Cześć!

Temperatury panujące na zewnątrz, wyjazdy i zmęczenie wzięły górę – od czwartku oddawałam się przyjemnościom, a na bloga wchodziłam tylko po to, żeby odpisać na komentarze i odwdzięczyć się tym, którzy do mnie zajrzeli i pozostawili po sobie ślad.
Dawno nie pisałam żadnej recenzji kremu do twarzy, więc postanowiłam wykorzystać chwilę, zrobić piękne zdjęcia (skromna ja :P) i skrobnąć dla Was „kilka” słów. Jeśli macie ochotę poczytać o tym, co sądzę na temat nowej serii wypuszczonej przez Laboratorium Cosmeceuticum, czyli o Polnym Warkoczu – mazidle konopnym do cery tłustej i trądzikowej – zapraszam dalej 🙂

Przy niewielkich ogniskach rozpalanych na skraju pól
konopnych umawiali się w czerwcowe wieczory chłopcy z dziewczętami. Konop nie
tylko wielką moc ma w miłości i płodności i w działaniu magicznym. Też na skórę
dobroczynnie wpływa. Bardzo dobry na wszelkie krosty i nadmiernie tłuste lica.

Mazidło Konopne, którego receptura sformułowana została
wyłącznie w oparciu o wyselekcjonowane składniki naturalne, stworzone zostało z
myślą o pielęgnacji cery tłustej i trądzikowej. Nieprzypadkowy zatem jest wybór
tłoczonego na zimno, nierafinowanego oleju z konopi siewnej, który swą
strukturą zbliżony jest do naturalnego sebum. Dzięki temu mazidło reguluje
poziom natłuszczenia skóry, matowi cerę tłustą i mieszaną. Mazidło konopne to
gęsty krem o strukturze piankowej, która po aplikacji zamienia się w kremowe
masełko.

Opakowanie przywodzi mi na myśl stare, apteczne receptury i jest to skojarzenie jak najbardziej pozytywne. Krem zapakowany jest w słoiczek z grubego, ciemnego szkła, które chroni produkt przed kontaktem z promieniami słonecznymi. Zakrętka jest czarna, plastikowa, prosta. Zabezpiecza ją banderola, na której widnieje napis „polny warkocz”. Słoiczek ma dość dużą średnicę, więc nawet przy znacznym zużyciu kosmetyku raczej nie będzie problemów z jego wydobyciem.
Etykieta utrzymana jest w beżowo-brązowych tonach, znajdziemy na niej skład, obietnice producenta i krótki opis produktu, a także historię, którą mogliście przeczytać wyżej. Mimo tego, że krem ma dość tłustą konsystencję nic się z niej nie ściera. Mimo swojej prostoty przyciąga uwagę.

Tym razem producent wyszedł naprzeciw mojemu zwyczajowi i sam rozwikłał skład – informacje są rzetelne, w tym opisie znajdziecie nawet więcej, niż ja mogłabym Wam przekazać – koniecznie przeczytajcie,  bo to dawka naprawdę przydatnej wiedzy 😀

Masło Shea (Butyrospermum Parkii Butter)
również wspomaga działanie kojące i łagodzące w przebiegu zmian alergicznych i
przy dermatozach, odżywia i regeneruje skórę. Jest źródłem naturalnych
antyoksydantów (witaminy A i E), które chronią skórę przed wolnymi rodnikami.
Delikatny olej ze słodkich migdałów (Prunus Amygdalus Dulcis Oil) wykazuje działanie
synergiczne w przypadku różnego rodzaju zmian skórnych. Dobrze się wchłania
ułatwiając tym samym absorpcję składników aktywnych. Jest źródłem witamin i
minerałów.
Olej konopny (Cannabis Sativa Seed Oil)
zawiera bogactwo unikalnych kwasów tłuszczowych (NNKT) oraz moc substancji
bioaktywnie czynnych; witamin (A, C, tokoferoli, witamin z grupy B, witaminy
K1) i minerałów (m.in. magnez, wapń, cynk), dzięki czemu wykazuje pożądane
działanie przy różnego rodzaju dolegliwościach skórnych. Wysoka koncentracja
głównych składników oleju konopnego: kwasu linolowego oraz linolenowego w
odpowiednich proporcjach (3:1) determinuje jego szczególne właściwości. Olej
konopny wykazuje wysoką skuteczność w działaniu przy różnego pochodzeniu
dermatozach, egzemach, trądziku, łuszczycy, AZS. Działa ochronnie,
regenerująco, kojąco przy podrażnieniach, odczynach alergicznych, stanach
zapalnych i zmianach skórnych oraz antyoksydacyjnie wzmacniając układ
odpornościowy. Obecny w oleju chlorofil redukuje przebarwienia i poprawia
koloryt skóry.
Witamina E (Tocopheryl Acetate)
pełni rolę naturalnego antyutleniacza. Stymuluje procesy regeneracji naskórka.
Zapobiega powstawaniu i redukuje przebarwienia skóry potęgując tym samym
działanie chlorofilu obecnego w oleju konopnym.
Naturalny olejek z bergamotki (Citrus Aurantium Bergamia Fruit
Oil
)
uzupełnia pielęgnację cery trądzikowej ograniczając łojotok i
nadmierną pracę gruczołów łojowych. W połączeniu z naturalnymi olejami
roślinnymi działa regenerująco. Olejek z bergamotki zastosowany w formulacji
mazidła konopnego nie zawiera składnika uczulającego – bergaptenu, dzięki czemu
mazidło może być z powodzeniem stosowane również przez osoby ze skłonnością do
alergii.
Limonene, Linalool – substancje zapachowe, w tym wypadku pochodzenia naturalnego.
Jak widzicie skład jest prosty, ale bogaty. Moja skóra nie lubi zbyt dużej ilości emolientów w pielęgnacji, więc musiałam uważać ze stosowaniem tego kremu. Każdy olej może być potencjalnie komedogenny, ale olej konopny jest stricte przeznaczony do cery trądzikowej, zanieczyszczonej.

Krem mam ponad 4 tygodnie i przez taki okres czasu po niego sięgałam. Buzię smarowałam 1-3 razy w tygodniu zależnie od jej stanu – im bardziej była odwodniona tym częściej wybierałam to mazidło. Zużycie nie jest zbyt duże, ale widoczne. Nie nakładałam zbyt dużej ilości na twarz, więc podejrzewam, że nie zdążę zużyć zawartości 50 mililitrowego słoika przez zalecany przez producenta okres 6 miesięcy – pod koniec terminu przydatności zużyję go na łokcie, kolana i kostki.

Krem na gęstą, bogatą konsystencję, która po kontakcie ze skórą topi się i jest łatwa do rozsmarowania. Dzięki takiej konsystencji łatwo jest dozować odpowiednią ilość kosmetyku, co pozwala na kontrolowanie tego, ile mazidła ląduje na naszej twarzy. Przez to, że jest zbity jest również wydajny.

Mazidło konopne dostępne jest na stronie drogerii internetowej ecodrogeria.com.pl. Nigdzie indziej ich niestety nie widziałam, ale to nowa seria i może z czasem miejsc, gdzie będzie można ją znaleźć powstanie więcej.

Cena 50 mililitrowego słoiczka mazidła konopnego to niecałe 30 złotych. W ecodrogerii znajdziecie je za 28,50, a z rabatem, który będzie czekał na końcu tego posta będziecie mogli kupić je jeszcze taniej. Uważam, że za taką pojemność i wydajność nie jest to zbyt wysoka kwota, tym bardziej, że jest to kosmetyk naturalny.

 
Mazidło konopne otrzymałam od Laboratorium Cosmeceuticum w ramach współpracy – kilkanaście dziewczyn miało okazję poznać wszystkie 3 serie (każda z nas dostała kosmetyk dopasowany do potrzeb jej skóry) jeszcze przed premierą. Seria Polny Warkocz charakteryzuje się prostymi składami, składnikami pochodzenia naturalnego i prostymi, przyciągającymi oko opakowaniami.
Mazidło konopne ma troszczyć się o potrzeby skóry tłustej i trądzikowej. Czy rzeczywiście sprawdziło się na skórze skłonnej do niedoskonałości?
Krem aplikowałam tylko na noc, ponieważ jest on złożony z samych olejków i raczej żaden kosmetyk kolorowy nie chciałby dobrze się na nim trzymać – pozostawia na skórze tłusty film, który po kilku minutach jest mniej wyczuwalny niż na początku, ale nie wchłania się do pełnego matu.
Moja skóra, mimo tego, że jest mieszana często bywa też odwodniona – to skutek stosowania retinoidów. Krem świetnie poradził sobie z tym problemem – po nocnej kuracji skóra rankiem była napięta, nawilżona, gładka i miała zdrowy blask. Już jedna aplikacja w tygodniu potrafi poprawić jej nawodnienie – szczególnie latem, kiedy moja cera nie potrzebuje tak intensywnego odżywiania.
Warto na koniec wspomnieć, że trzeba z tym kremem uważać – nieodpowiedzialne, zbyt częste używanie może przyczynić do pojawienia się większej ilości zaskórników i niespodzianek. Tak bogata formuła nie będzie służyła w nadmiarze – w moim przypadku skóra zbuntowała się po roku używania olejów kilka razy w tygodniu.
Nie mniej jednak jest to ciekawy kosmetyk i od czasu do czasu będę po niego sięgała – świetnie nawilża i natłuszcza skórę. Stosowany z umiarem nie powoduje zapychania czy wysypu nowych krostek. Ma naturalny, ziołowy zapach, ale mi na szczęście nie przeszkadza. Uważam, że jest to produkt warty uwagi.

Mam już swoje ulubione kremy nawilżające, więc nie wiem – to opakowanie starczy mi na mniej więcej 6 miesięcy, a moja skóra lubi częste zmiany kremów. Na pewno będę o nim pamiętać 🙂

Lubicie kremy bazujące na naturalnych składnikach? Kojarzycie serię Polny Warkocz?
Pozdrawiam :*

Na koniec mam dla Was 10% rabatu w drogerii internetowej ecodrogeria.com.pl

SKIN79 | NATURAL 98 | YUM YUM CLEANSER | OCZYSZCZAJĄCY SORBET DO MYCIA TWARZY

Hej!
Czy Wy też lubicie testować kosmetyczne nowinki? Mnie kuszą na tyle, że często popełniam małe grzeszki i dokupuję sobie coś nowego, chociaż nie powinnam, bo najpierw chcę zużyć swoje zapasy 😛 Takim kosmetykiem był SKIN79 Natural 98 – Yum Yum Cleanser – czyli mus do mycia twarzy z nowej, bardziej naturalnej serii azjatyckich kosmetyków. Jesteście ciekawi jak sprawdziła się u mnie ta biała chmurka? Koniecznie przeczytajcie dalszą część posta 🙂

SKIN79
Natural 98 Yum Yum Cleanser 100g.
Nowa linia Natural 98 czerpie swą siłę z bogactw Natury. Wyjątkowa
formuła odżywia skórę już na etapie demakijażu. Mus o energetyzującym,
owocowym zapachu zawiera w sobie ekstrakt z nasion
łzawicy (chiński jęczmień perłowy), który ma silne działanie
antyoksydacyjne, zawiera substancję o właściwościach przeciwzapalnych oraz
działaniu antyhistaminowym. Wyciąg z łzawicy
pomocny jest w leczeniu cer trądzikowych, duża
zawartość lipidów działa korzystnie na cery dojrzałe i suche. 

Mus doskonale oczyszcza skórę z makijażu i sebum
bez konieczności podwójnego mycia twarzy. Ma
lekko kwaśne pH 5, nie narusza bariery ochronnej.

* Yum Yum Cleanser najlepiej przechowywać w chłodnym
pomieszczeniu.
SPOSÓB UŻYCIA: 

1. Nanieść odpowiednią ilość na suchą twarz i delikatnie masować.

2. Zwilżyć dłonie i rozmasować pozostałość musu. 

3. Dobrze spłukać letnią wodą.

 

Przyznam szczerze, że ten produkt przyciągnął moją uwagę właśnie opakowaniem. Słoiczek wykonany z solidnego, grubego plastiku jest zamykany na metalowy „zatrzask” – który mimo tego, że jest dość ciężki w zamykaniu, świetnie chroni zawartość przed wylaniem się – mogę nawet stwierdzić, że nie ma fizycznej możliwości aby mus opuścił wtedy słoik. Etykietka jest bardzo prosta, ale dobrze wykonana – znajdują się na niej nazwa i „logo” kosmetyku. Całość zapakowana jest w kartonik w neutralnym kolorze, który kojarzy się z ekologią, zbieraniem makulatury i kosmetykiem, którego proces tworzenia nie negatywnego wpływu na stan naszej planety. Opakowanie jak najbardziej na plus 🙂

Coix Lacryma-Jobi Ma-yuen Seed Water (66%), Sodium lauroyl Glutamate,
Glycerin
(gliceryna, substancja nawilżająca), Betaine (betaina – związek hydrofilowy o silnym działaniu nawilżającym), 1,2-Hexanediol, Carbomer, Hydroxyacetophenone,
Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Potassium Hydroxide,
Citrus Junos Seed Oil
(olejek z pestek drzewa Yuzu, jest to drzewko rodzące owoce podobne do cytryny, podobne właściwości ma też ten olej – odświeżające, rozjaśniające), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy – emolient, natłuszcza skórę), Camellia Japonica
Seed Oil
(olej z drzewa herbacianego, ma silne działanie antybakteryjne i antyseptyczne, stosowany w nadmiarze może wysuszać skórę), Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil (olej z pestek moreli – hamuje nadmierną utratę wody ze skóry), Olea Europaea (Olive)
Fruit Oi
l (oliwa z oliwek – emolient, natłuszcza skórę), Ocimum Basilicum (Basil) Oil (olej z bazylii – poprawia wygląd matowej skóry, ma działanie przeciwtrądzikowe), Citrus Aurantium Bergamia
(Bergamot) Fruit Oil
(olej z pomarańczy bergamoty – natłuszcza skórę, rozjaśnia, działa jak zastrzyk energii), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (olej z liści eukaliptusa – ma działanie antyseptyczne i odświeżające), Pelargonium
Graveolens Flower Oil
(olej z pelargonii pachnącej – geraniowy – uelastycznia, ściąga skórę, działa antyseptycznie i antybakteryjnie), Citrus Limon (Lemon) Peel Oil (olej ze skórki cytryny – odświeża, rozjaśnia skórę), Cymbopogon
Schoenanthus Oil
(olejek z trawy cytrynowej – działanie pobudzające odświeżające, antyseptyczne), Citrus Aurantifolia (Lime) Oil (olej z limonki, ma działanie tonizujące, ściągające, antyseptyczne, antybakteryjne i przeciwwirusowe oraz odświeżające), Citrus Aurantium
Dolcis (Orange) Peel Oil
(olej ze skórki pomarańczy – działanie podobne jak wyżej), Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil (olej rozmarynowy – ma działanie antybakteryjne i pobudzające),
Cananga Odorata Flower Oil (olejek ylangowy – zmniejsza przetłuszczanie się skóry), Coix Lacryma-Jobi Ma-yeun Seed Extract
(100ppm)
(ekstrakt z nasion łzawnicy chińskiej – wspomniany przez producenta w opisie, ma działanie antyoksydacyjne oraz przeciwzapalne), Water, Butylene Glycol, Brassica Napus Extract (ekstrakt z rzepaku), Freesia
Refracta Extract
(ekstrakt z frezji), Forsythia Suspensa Fruit Extract (ekstrakt z forsycji), Oenothera Biennis
(Evening Primrose) Flower Extract
(ekstrakt z prymulki), Calendula Officinalis Flower Extract (ekstrakt z nagietka),
Silica Dimethyl Silylate, Disodium EDTA.
Wybaczcie, ale tym razem ja, osoba słynąca z tłumaczenia praktycznie wszystkich składów, się tego nie podejmę 😛 Skład jest tak długi i tak bogaty, że odnalezienie działania każdego składnika przysporzyłoby mi naprawdę niemały kłopot. Mam nadzieję, że opisanie pokrótce działania najfajniejszych składników będzie dobrym zadośćuczynieniem 🙂 A tych składników mamy tutaj naprawdę sporo! Działania ekstraktów znajdujących się pod koniec składu niestety nie mogłam nigdzie znaleźć.
Ekstrakt z łzawnicy chińskiej rzeczywiście znajduje się w składzie, wytłumaczę Wam jednak co oznacza skrót ppm. Według informacji podanych w składzie w całym kosmetyku znajduje się 100 ppm tego ekstraktu, czyli 100 części na milion, co daje 0,001%, a w przeliczeniu na gramy – 0,001 grama. Nie oznacza to jednak, że ta substancja nie działa – nawet niewielkie stężenia potrafią pozytywnie wpłynąć na naszą skórę.

Na początku myślałam, że moje 100 gramów kosmetyku naprawdę szybko się skończy – oszczędzałam go więc jak mogłam – myłam buzię raz żelem, raz musem, nabierałam go szpatułką, którą znalazłam w opakowaniu. Moje obawy były jednak bezpodstawne – produkt jest na tyle wydajny, że spokojnie można nakładać go palcami. Wystarczy go odrobina, bo na twarzy zmienia swoją konsystencję na bardziej kremową – używam go już ponad miesiąc, a zużycia jak nie było, tak nie ma 😀

Konsystencja Yum Yum Cleansera jest tym, czym go do mnie przyciągnęło. Lubię używać kosmetyków pielęgnacyjnych o nietypowych konsystencjach – mam wtedy większą frajdę z ich stosowania, a zabawa z kosmetykiem to jedna z lepszych rzeczy, jaką możemy dostać w paczce razem z nim. Dla mnie jest to cytrynowy sorbet – bo taki też ma zapach – egzotyczny, orzeźwiający, niosący ze sobą energię. Dla nabiałożerców (a ja od nabiału stronię, nawet palcem nie dotykam :P) może być twarożkiem, ptasim mleczkiem albo ubitą na piankę słodką śmietanką. Bawcie się w słowotwórstwo, szukajcie dla niego nowych nazw – niektóre są naprawdę śmieszne 😛

Produkt dostępny jest w sklepie internetowym SKIN79,  niedawno ta marka pojawiła się też w kilku Rossmannach, a lista sklepów ma się sukcesywnie zwiększać. Wiem, że kosmetyki SKIN79 można znaleźć też w drogerii Pigment w Krakowie – ja jednak dostępu do niej nie mam i informacji potwierdzić nie mogę. Ktoś, coś? 😀

Aktualna cena tego kosmetyku to 79 zł, regularna cena jest wyższa – wynosi aż 110 zł. Dla niektórych osób może to być zbyt wygórowana kwota za niewielki produkt do mycia twarzy. Sama nie wiem, czy byłabym skłonna tyle za niego zapłacić, bo jestem kosmetycznym skąpcem. Z perspektywy czasu wiem jednak, że Yum Yum Cleanser jest wart swojej ceny.

Na początku miałam niemiłą przygodę z tym kosmetykiem. Kontaktowałam się nawet w tej sprawie z przedstawicielami marki na Facebooku. Po aplikacji musu na suchą twarz rano i umycie jej wodą i szczoteczką soniczną oraz aplikacji kosmetyków pielęgnacyjnych na mojej twarzy pojawiały się piekące, czerwone i opuchnięte place. Kilka dni szukałam winowajcy, wszystko wskazywało na to, że to Yum Yum Cleanser zaczął mnie uczulać…
TERAZ PRZESTROGA DLA WAS – Każdy kosmetyk składa się z kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu składników chemicznych – czy to pochodzenia naturalnego czy syntetycznego. Jak każda substancja – mogą wchodzić one w reakcję – tak było w moim przypadku – Cleanser wchodził w reakcję z filtrem przeciwsłonecznym i stąd reakcja alergiczna.
Kiedy przeniosłam mycie buzi tym produktem na wieczór nic podobnego nie miało miejsca i mogłam spokojnie oddać się relaksującym rytuałom, jaki oferował mi ten kosmetyk. Nie trzeba używać go zbyt wiele aby pokryć nim całą buzię. Po zetknięciu ze skórą i odrobiną wody zmienia swoją konsystencję na bardziej kremową. Dokładnie oczyszcza buzię z zanieczyszczeń i nadmiaru sebum. Ma w sobie delikatne drobinki, które masują skórę twarzy.
Nie zapycha, przyjemnie pachnie i jest bardzo wydajnym kosmetykiem. Urzekło mnie jego opakowanie – pięknie wygląda na łazienkowej półce. Cieszę się, że wśród azjatyckich kosmetyków można znaleźć coś o przyjaznym, bardziej naturalnym składzie – w tym przypadku znajduje się tu kilkadziesiąt ekstraktów – coś wielkiego. Mam nadzieję, że będzie takich kosmetyków coraz więcej.

Często zmieniam kosmetyki do mycia twarzy, więc nie wiem. Na pewno jeszcze kiedyś sobie o nim przypomnę, bo jest to jeden z ciekawszych produktów, jakich miałam okazję używać 😀

Lubicie kosmetyki azjatyckie? Co sądzicie o marce SKIN79? Lubicie innowacyjne produkty do twarzy?
Pozdrawiam 🙂
Recenzja powstała we współpracy z firmą SKIN79, ale nie miało to wpływu na moja opinię 🙂
http://skin79-sklep.pl

LABORATORIUM COSMECEUTICUM | SKONCENTROWANY HYDROLAT OCZAROWY NA BAZIE WODY Z ALPEJSKICH POTOKÓW

Hej!
Mniej więcej miesiąc temu miałam okazję zgłosić się do testów nowej serii – Polny Warkocz od Laboratorium Cosmeceuticum. Oprócz kremu w paczce znalazł się hydrolat oczarowy – nie jest to mój pierwszy tego typu produkt, ale przyznam, że jeszcze nie miałam okazji używać hydrolatów zamiast toniku. Jesteście ciekawi jak ten spełnił swoje zadanie? Koniecznie chodźcie dalej 🙂

Hydrolat Oczarowy z linii
HYDROLATUM
otrzymywany jest na bazie krystalicznie czystej wody czerpanej z
wysokogórskich potoków alpejskich, w procesie destylacji liści Oczaru
Wirginijskiego z parą wodną.
Hydrolaty z linii HYDROLATUM nie
są produktami ubocznymi powstającymi w procesie otrzymywania olejków
eterycznych, nie są również mieszaniną wody z dodatkiem olejków eterycznych.
Wszystkie hydrolaty z linii
HYDROLATUM
są produktami destylacji bogactwa materiału roślinnego z parą wodną
pochodzącą z krystalicznie czystych wód wysokogórskich potoków alpejskich.
Dzięki zastosowaniu przyjaznego
środowisku opakowania z ciemnego szkła, wyposażonego dodatkowo w atomizer
produkt jest bardzo wydajny oraz wygodny w użyciu.

 

Hydrolat zamknięty jest w szklanej buteleczce z ciemnego szkła zwieńczonej sprawnie działającym atomizerem. Szkło jest grube, dobrej jakości, jednak przy upadku – jak to szkło – na pewno się potłucze. Szata graficzna etykiety jest prosta, ale przejrzysta i bogata w ciekawe informacje. Na tylnej ściance znajdziemy informacje o właściwościach, zastosowaniu i sposobie użycia. Naklejka nie ściera się i nie odkleja. Buteleczka ma 100 mililitrów pojemności.

Hamamelis Virginiana Leaf
Water*, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate
Hydrolat z liści oczaru wirginijskiego (99,4%) – ma
działanie przeciwzapalne i antybakteryjne. Neutralizuje wolne rodniki. Ma
działanie ściągające, reguluje wydzielanie sebum. Wspomaga procesy gojenia się
ran. Uszczelnia ściany naczyń krwionośnych i zapobiega ich pękaniu – a za czym
idzie również rumieniowi.
Kwas cytrynowy – konserwant.
Sorbinian potasu – konserwant.
Benzoesan sodu – konserwant.
Skład jest krótki i prosty, nie znajdziemy tu zbędnych
substancji. Podstawą tego kosmetyku jest oczywiście hydrolat oczarowy, którego
właściwości mogliście poznać wyżej. Jego procentowa zawartość to 99,4%.
Konserwanty, które występują w tym produkcie nigdy mnie nie uczuliły, ale nie
mogę zagwarantować, że u żadnej osoby nie pojawi się reakcja alergiczna.  

Hydrolatu używam od miesiąca, a nadal jest go całkiem sporo wewnątrz opakowania. Stosuję go rano i wieczorem aplikując na twarz kilka „pryśnięć” – zostały mi jeszcze mniej więcej 2/3 płynu, więc oceniam, że starczy mi na kolejne 1,5-2 miesiące. Wydajność jest więc naprawdę dobra. 
Skoncentrowany hydrolat oczarowy znajdziecie między innymi na stronie internetowej ecodrogeria.com.pl. Nie wiem, czy jest gdzieś dostępny stacjonarnie, ale nie mam nic przeciwko zamawianiu produktów za pomocą sieci.
100 mililitrów hydrolatu kosztuje mniej więcej 20 złotych. Biorąc pod uwagę dobrą jakość zarówno opakowania, jak i produktu oraz jego wydajność uważam, że jest to naprawdę dobra cena.

Tak jak wspomniałam na początku posta, hydrolat otrzymałam w ramach współpracy, a raczej testowania nowej serii kosmetyków. Był dodatkiem do kremu, ale właśnie to on lądował częściej na mojej twarzy i to z prostego powodu – kremów nawilżających używam może raz, dwa razy w tygodniu.
Hydrolat ma lekko białawy kolor, szybko się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustej ani lepkiej warstwy.  Mniej więcej 5 psiknięć wystarcza na dokładne pokrycie całej buzi.
Hydrolat stosowany regularnie – codziennie rano i wieczorem – przyniósł naprawdę zaskakujące efekty. Nie spodziewałam się, że po tak krótkim czasie  stosowania moja skóra się unormuje. Coraz rzadziej pojawiają się na niej zaczerwienienia – szczególnie te na policzkach, do których miałam niemałe skłonności. Wydzielanie sebum również zdecydowanie się zmniejszyło – moja skóra nie przetłuszcza się w strefie T tak jak kiedyś – dzięki temu podkłady, pudry i wszystkie kosmetyki kolorowe trzymają się teraz zdecydowanie dłużej i lepiej wyglądają na mojej buzi. Jeśli chodzi o właściwości antybakteryjne – hydrolat na pewno je posiada, ale ostatnio stan mojej cery niestety się pogorszył i ten kosmetyk ma teraz pole do popisu.
Uważam, że jest to ciekawy produkt i cenię go za to, że jest wydajny i świetnie działa na moją skórę. Regulacja produkcji sebum jest dla mnie bardzo ważna – gdyby nie to, chyba żaden kosmetyk nie wyglądałby dobrze na mojej skórze. Na pewno będę próbowała jeszcze inne wersje – mam już hydrolat lipowy i neroli, ciekawe, które będą dla mnie najbardziej odpowiednie 🙂

Myślę, że tak. Toniki zużywam dość wolno, ale do ulubionych staram się wracać, a ten hydrolat na pewno zapadnie mi w pamięć na długi czas. Ma przystępną cenę, dobrze działa i podoba mi się jego opakowanie. Polecam 🙂

Na koniec mam dla Was 10% rabatu w drogerii internetowej ecodrogeria.com.pl
ecodrogeria.com.pl

SKIN79 | DARK PANDA | WYBIELAJĄCA CZARNA PANDA

Hej!
Niedawno pisałam Wam o tym, jak przeistoczyłam się w złego kota, a dzisiaj postanowiłam pokazać rytuał przejścia (albo też przemiany) w czarną pandę, która wygląda równie słodko jak jej poprzednik.
Przebarwienia potrądzikowe są obecnie moją zmorą – o ile wypryski pojawiają się już coraz rzadziej, to z ich pozostałościami przyjdzie mi mierzyć się jeszcze przez długie miesiące. Walka z nimi jest trudna i wyboista, więc jak tonący chwyta się brzytwy, tak ja sięgam po różne oręża i wyzywam je na regularną bitwę. Chcecie dowiedzieć się, jak poradziła sobie z nimi maska Skin79 For Datk Panda? Jeśli tak, zapraszam dalej 🙂

 Co producent pisze o masce?

SKIN79 Animal Mask – For Dark Panda
Innowacyjny design nowych masek w płacie zachęca do zabawy podczas
codziennej rutyny pielęgnacyjnej.
CZARNA PANDA to maska mocno wybielająca.
Stosowana regularnie wyrównuje koloryt skóry i niweluje cienie.
Wzbogacona o silny antyoksydant jakim jest witamina B3,
tu w postaci amidu kwasu nikotynowego 
pomaga zapanować nad przebarwieniami, zwiększa nawilżenie, 
poprawia barierę lipidową naskórka. 
Przeznaczona zarówno do cer z problemami, 
jak i tych bardziej wrażliwych czy dojrzałych.

Produkt wolny od parabenów, pochodnych formaldehydu i ftalanów.

Tak jak poprzednio, maska zapakowana jest w matowe opakowanie, tym razem z grafiką przypominającą rozpłaszczoną pandę 😛 Ma lekko różowy, pudrowy kolor. Nakłada się ją bardzo przyjemnie – mimo tego, że mam wąską twarz mogłam dokładnie ją dopasować przez co nie zsuwała się z twarzy. 
Jak przygotować twarz do nałożenia maski?
  •  Myjemy buzię i używamy toniku.
  •  Nakładamy na twarz maskę i dopasowujemy ją do kształtu naszej twarzy.
  •  Po 10-20 minutach ściągamy tkaninę z twarzy, a resztki żelu wmasowujemy w skórę twarzy, szyi i opcjonalnie dekoltu.
Przy ostatnim poście wspominałam Wam, że nie mogę narzekać na stan mojej skóry. Ostatnio znowu mi się pogorszyło i pewnie jest to kwestia zmiany leków – tym razem dostałam jeszcze antybiotyk doustny – kiedyś zaczęłam kuracją, ale trwała ona 3 dni, bo okazało się, że jestem uczulona na doksycyklinę – tym razem na szczęście nie zauważyłam niepożądanych reakcji.
Najwięcej przebarwień znajduje się u mnie na policzkach – są to płytkie blizny i lekkie zaczerwienienia, które prawdopodobnie będę musiała usunąć zabiegiem oferowanym przez dermatologię estetyczną. Staram się jednak wspomagać moją skórę w walce z tym zjawiskiem  – bo jak to mówią – lepiej zapobiegać, niż leczyć.
Maskę pandę nałożyłam na twarz, tak jak zaleca producent, czyli na 20 minut. Znów wzięłam książkę do ręki, więc ten czas minął mi bardzo szybko. Czy zauważyłam pozytywne efekty tego zabiegu?
Tak!  Skóra była napięta i rozjaśniona, jej koloryt nieco się wyrównał. Przebarwienia nadal są widoczne – maska na pewno nie spowoduje, że znikną, ale skóra delikatnie się ukoiła i uspokoiła, a to z kolei sprawiło, że nie rzucały się tak bardzo w oczy.

Jakie składniki aktywne mogą pozytywnie zadziałać na naszą skórę za sprawą tej płachty?

Glikol butylenowy – substancja nawilżająca, niektórzy jednak wolą unikać glikoli – ja natomiast nie widzę ku temu powodu.
Gliceryna – substancja nawilżająca, na niektóre osoby może działać komedogennie i powodować wysyp grudek, u mnie problem nie występuje.
Niacynamid – Witamina B3 – ożywia koloryt skóry, pomaga w usuwaniu przebarwień i czerwonych plam. Polecana dla osób ze skórą ziemistą, ale też suchą, bo poprawia funkcje bariery ochronnej skóry i podczas jej miejscowego stosowania zauważa się wzrost produkcji ceramidu i wolnych kwasów tłuszczowych w skórze. Pobudza mikrokrążenie.
Ekstrakt z nasion winogrona – niweluje cienie, zaczerwienienia, zmniejsza skłonność do powstawania siniaków.
Ekstrakt z lotosu orzechodajnego – źródło witamin z grupy B, witaminy C, miedzi i żelaza.
Ekstrakt z nasion jojoba – reguluje wydzielanie sebum. skuteczny w leczeniu dermatoz.
Trehaloza – konserwant.

Betaina – substancja hydrofilowa o silnym działaniu nawilżającym.
Alantoina – łagodzi podrażnienia, działa regenerująco, przyspiesza procesy gojenia.
Dalej konserwanty, zapach, PEG 60 w postaci uwodornionego oleju rycynowego.



Jak podoba Wam się kolejna testowana przeze mnie maska Skin79? 😀 Lepiej wyglądam jako panda, czy zły kot? Jakich właściwości szukacie w maskach do twarzy?
Pozdrawiam :*

PROJEKT DENKO | MAJ 2016 | ZNÓW JESTEM W FORMIE :P

Hejka!
Projekty denko są jednym z moch ulubionych rodzajów postów. Lubię czytać na blogach mini recenzje kosmetyków, które zostały zużyte przez dziewczyny – wtedy wiem, czy warto zwrócić na coś uwagę, czy lepiej sobie ten produkt odpuścić. Wiem też, że te posty cieszą się dość dużą popularnością na moim blogu, dlatego dzisiaj chętnie przychodzę do Was z kolejnym. Tym razem opiszę Wam pokrótce kosmetyki, które udało mi się zużyć w maju. Zapraszam z kawą albo herbatą – troche się tu tego znalazło 😉

WŁOSY:
  • L’BIOTICA, MASKA DO WŁOSÓW BIOVAX, KERATYNA + JEDWAB
 Jedna z nielicznych masek proteinowych, którą miałam w swoich zbiorach. Używałam jej średnio raz na tydzień, czasem na półtorej – zależnie od tego, czego potrzebowały moje włosy. Była zamknięta w szczelnym słoiczku, dzięki temu mogłam zabierać ją na podróże bez obaw, że coś wyleje mi się do walizki. Dobrze dociążała i odżywiała moje włosy. Sprawiała, że były miękkie i lśniące. Jedna z moich ulubionych masek z tej serii 🙂 Wydaje mi się, że jeszcze kiedyś do niej wrócę.
  • MARION, SERUM 7 EFEKTÓW Z OLEJEK ARGANOWYM
Nie wymagam wiele od ser silikonowych – mają dobrze zabezpieczać końcówki, nie sklejać ich i nie prowadzić do tego, że będą obciążone. To sprawdzało się idealnie i żałuję, że musiałam je wyrzucić. Kilka miesięcy temu minął termin jego ważności, ale nie zmieniło swoich właściwości, więc używałam go dalej. Teraz mam nowy produkt tego typu, więc postanowiłam zacząć używanie nowości. Mimo tego, że takie sera zużywa się bardzo wolno – będę o nim pamiętać ze względu na nietłustą konsystencję i bardzo przyjemny zapach, który długo utrzymywał się na moich włosach.
  • ALTERRA, SZAMPON DO WŁOSÓW DODAJĄCY OBJĘTOŚCI PAPAJA I BAMBUS
Szampony Alterry stosuję zamiennie i bardzo je lubię. Mam nawet kilka w zapasie, bo obłowiłam się na promocji dwa za 10 złotych 😛 ten jest jednym z moich ulubionych ze względu na swój piękny zapach – przypomina mi on pomarańczową oranżadkę z dzieciństwa 😛 Dobrze doczyszcza włosy, zmywa nawet oleje, nie podrażnia skalpu i nie plącze włosów. Mimo naturalnego składu dobrze się pieni. Jest tani i wydajny. Więcej po szamponie nie oczekuję 🙂 Na pewno będę do niego wracać 🙂
  • KALLOS ALGAE
Maski z Kallosa się kocha, albo nienawidzi. U jednych działają naprawdę dobrze, u innych włosy wyglądają lepiej po użyciu samego szamponu. Moje włosy piją wszystko jak popadnie, a ta maska wyjątkowo im się spodobała. Obojętnie- czy trzymałam ją 2 minuty, czy 30 – po wczesaniu dawała niesamowite efekty – lśniące i gładkie włosy, które w słońcu mieniły się na milion kolorów.  Litrowe opakowanie starcza na wieki (chyba że używacie go na spółkę z mamą – moja ma krótkie włosy, a pochłonęła jej więcej, niż ja :P). Polecam! Algi rzeczywiście występują w składzie, nie jest to tylko chwyt marketingowy.

CIAŁO:
  • BEBEAUTY, PŁYN DO KĄPIELI MALINOWA PANNA COTTA
Płyn, który wlewałam do wanny w celu wytworzenia piany. Tani, wydajny. Pianę jak miał robić, tak robił i to dość obficie. Miał ładny zapach, ale szkoda, że nie był on zbyt intensywny :C Lubię te płyny z Biedronki i pewnie jeszcze do nich wrócę 😀 To była jakaś edycja limitowana, ale z tego co się orientuję są też inne warianty dostępne w regularnej sprzedaży.
  • DOVE, ŻEL POD PRYSZNIC CARING PROTECTION
Chyba moja ulubiona wersja żeli Dove. Ma przyjemny, lekki zapach i bardzo bogatą konsystencję – na tyle, że pod koniec ciężko jest wycisnąć ją z opakowania. I to jest właśnie jedyny minus tego kosmetyku – przy małej ilości ciężko wydobyć go z butelki. Nawilża skórę, dobrze ją oczyszcza, nie podrażnia. Będę do niego wracać przed długi, długo czas 🙂 
  • FA, ANTYPERSPURANT FRESH & DRY – LOTUS FLOWER
Nie przepadam za antyperspirantami Fa, ale moja mama ostatnio kupiła dwa na promocji i musiałyśmy je zużyć. Nie są złe, ale jakoś nie odpowiadają mi ich zapachy – większość z nich jest mydlana, a ja wolę świeże nuty zapachowe. Chronić chronił – delikatnie, ale ja dużych problemów z nadmierną potliwością nie mam. Sama raczej do niego nie wrócę – to przeciętniak. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi antyperspiranty Rexony i Garniera.
  • BATH & BODY WORKS, ŻEL POD PRYSZNIC WINTER CANDY APPLE
W tamtym miesiącu pisałam Wam o balsamie tej marki, teraz przyszedł czas na kolejne kosmetyki. Żel pod prysznic ma większą pojemność (około 260 mililitrów), ale podobne opakowanie zamykane na klik, które pod prysznicem sprawdza się naprawdę dobrze. Sam producent obiecuje wybitnie pielęgnujące właściwości, a w rzeczywistości ten produkt to zwykły żel – takie możemy znaleźć nawet w Rossmannie. Jest gęsty, wydajny, dobrze się pieni, ale ma zbyt wysoką cenę jak na taką pojemność. Jedyne co go wyróżnia to intensywny zapach. Raczej nie kupię ponownie – na promocji będę wolała wybrać mydełko albo balsam. ZAWIERA SLES.
  • BATH & BODY WORKS, ANTYBAKTERYJNE MYDŁO W ŻELU SNOW KISSED BERRY
Mydełko, które moja familia zużyła w tempie ekspresowym. Pachniało tak pięknie, a zapach długo utrzymywał się na dłoniach – częsty był wyczuwalny nawet po wysmarowaniu rąk kremem. Mydło miało bardzo gęstą, żelową konsystencję  i zawierało w sobie delikatne drobinki. Pompka działała bez zarzutu – nie zacinała się, dawkowała odpowiednią ilość kosmetyku – po prostu wygodnie się z niej korzystało. Mydło miało jeden, dla mnie duży minus – moje dłonie mocno wysuszało i bez dobrze nawilżającego kremu by się nie obeszło. Mimo to pomyślę nad jego ponownym zakupem.
  • FARMONA, MUS DO CIAŁA TUTTI FRUTTI, BRZOSKWINIA I MANGO
Kosmetyk, który kilka razy podkradałam mamie i postanowiłam napisać chociaż kilka zdań na jego temat. Pamiętacie, jak w oddzielnej recenzji chwaliłam Farmonę za masełka do ciała z tej serii? Ten mus nie był już tak dobry ;C Miał gorszy skład,rzadszą konsystencję i nie był już tak bogaty, jak jego poprzednicy. Jest po prostu słabszy i więcej go nie kupimy. 
  • L’BIOTICA, ZŁUSZCZAJĄCA MASECZKA DO STÓP W SKARPETKACH
 Cały wywód muszę rozpocząć tak: NIGDY WIĘCEJ ZŁUSZCZAJĄCYCH SKARPETEK! :O Zastosowałam je tak jak producent przykazał – trzymałam na stopach mniej niż 90 minut, zdjęłam i czekałam na efekty. W tym czasie chodziłam w trampkach i starałam się nie wystawiać stóp na działanie promieni słonecznych. Czekałam tak 10 dni, potem 15, skóra była sucha, pękała, ale w ogóle nie mogła się złuszczyć, a pumeksu przecież użyć nie mogłam. Co gorsza więcej naskórka złuszczało mi się na zewnętrznej, górnej stronie stopy. Cały proces trwał 3 tygodnie, a na koniec i tak miałam takie same pięty, jak na początku. Nie mam problemów z nadmiernym rogowaceniem pięt i takie zabiegi chyba sobie odpuszczę. Nie przynoszą zadowalających efektów, a muszę czekać 3 tygodnie na to, żeby wyjść w sandałkach. Ja jestem na nie i żałuję, że produkt nie sprawdził się u mnie tak, jak u większości dziewczyn.


TWARZ
  • SYLVECO, RUMIANKOWY ŻEL DO TWARZY
Mój hit i ulubieniec w porannej pielęgnacji. Jest delikatny i ma krótki, przyjazny dla skóry skład. Zawiera kwas salicylowy. Ma poprawiać wygląd skóry trądzikowej i przyspieszać gojenie się wyprysków. Zgadzam się z tym drugim – podczas jego stosowania niedoskonałości rzeczywiście goiły się szybciej, Muszę wspomnieć, że niektóre osoby może wysuszać, spotkałam się już w internecie z podobnymi spostrzeżeniami. W moim przypadku nic złego się na szczęście nie działo.
  • GLY SKIN CARE, TONIK DO TWARZY
Nie spodziewałam się wiele po tym toniku, natomiast ostatecznie zużyłam go z przyjemnością i zastanawiam się, czy przypadkiem do niego nie wrócić. Ma krótki skład, zawiera alkohol, więc niektórym nie będzie to odpowiadało. Ekstrakt z cytryny działa wybielająco i po kilku miesiącach stosowania dało się zauważyć jego rozjaśniające działanie. Toni był lekki i dobrze odświeżał skórę nie pozostawiając na niej lepkiej warstwy. Nie miał zapachu. Aplikator działał dobrze nawet wtedy, kiedy w butelce znajdowało się niewiele kosmetyku. Osobiście polecam 😉
  • SYLVECO, ŁAGODZĄCY KREM POD OCZY
Krem, który wystarczył mi na pół roku stosowania, ledwie udało mi się zużyć go do cna przed końcem okresu przydatności do stosowania po otwarciu.Przez 4 pierwsze miesiące stosowałam go zarówno rano, jak i wieczorem, przez ostatnie dwa lądował natomiast na powiekach tylko przed rannym makijażem. Dość dobrze nawilżał, a był przy tym bardzo lekki. Szybko się wchłaniał i czuć było po jego zastosowaniu lekko oleistą mgiełkę. Pod koniec nie działał już tak dobrze jak na samym początku, ale winą obarczam tu zbyt długi czas stosowania tego samego kosmetyku. Spodobało mi się jego wygodne opakowanie air less. Pomyślę nad jego ponownym zakupem. 
  • SYLVECO, OCZYSZCZAJĄCY PEELING DO TWARZY
Peeling, który też starczył mi na długie miesiące stosowania. Sięgałam po niego raz w tygodniu aby pozbyć się suchych skórek z mojej buzi. Może nie miał idealnego zapachu, ale dobrze spełniał swoje zadanie. Małe i delikatne na pozór drobinki korundu dokładnie ścierały martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką i ładnie nawilżoną. Po zastosowaniu peelingu wyczuwalna była lekka warstwa okluzyjna, ale jeśli ktoś nie lubi takiego efektu łatwo było usunąć ją tonikiem labo płynem micelarnym. Chyba znalazłam coś lepszego, ale może jeszcze do niego wrócę, bo jest bardziej delikatni i kremowy niż jego następca.
  • PERFECTA, BALSAM DO UST SOFT LIPS, GRANAT O JAGODA
Nie będę się kryć. Do zakupu zachęcił mnie design opakowania – balsam wygląda jak kostka lodu i przyciąga uwagę. Opakowanie nie jest jednak pozbawione wad – kiedyś samo otworzyło mi się w torebce i cały balsam znalazł się w jej wnętrzu, brudząc wszystko, co popadnie. Co do działania – jest to naprawdę lekka wazelinka o słodkim zapachu, która nadaje się tylko do stosowania w ciągu dnia – na noc będzie zdecydowanie zbyt słaba. Zużyłam już jedno opakowanie, teraz używam jeszcze dwóch i więcej po nie nie sięgnę. Zawierają filtr przenikający, a ja staram się je z jej pielęgnacji wyeliminować.

Znacie któregoś z moich ulubieńców? Jak Wam poszło zużywanie kosmetyków w maju?
Pozdrawiam :*
Na samym końcu chciałam bardzo podziękować Magdzie z bloga optymistyczne-dni.blogspot.com. Zainspirowałam ją do stworzenia wpisu o blogach, które lubi i czyta i to właśnie moja strona znalazła się w jej personalnym rankingu.
Drugą osobą jest też Karolina z bloga swiatkosmetykoholiczki.blogspot.com. Ona z kolei doceniła moje głębokie analizowanie składów, za co bardzo jej dziękuję, bo wymaga to ode mnie naprawdę dużego nakładu pracy.
Dziękuję dziewczyny! :*

PODSUMOWANIE MAJA NA INSTAGRAMIE | CISZA…

Hej!
Dawno nie było na blogu podsumowania moich Instagramowych zdjęć. Może dlatego, że mój IG umiera śmiercią tragiczną poprzez zapomnienie – zdecydowanie powinnam częściej go odkurzać 😛 Jeśli macie ochotę na luźny post do kawki z dosłownie paroma zdjęciami (te tutaj możecie policzyć na palcach dwóch rąk) – zapraszam – będzie monotematycznie, co nie oznacza, że nieciekawie 🙂 Chodźcie!

Maj rozpoczęłam kilkoma recenzjami. Pierwszą z nich była moja opinia
na temat pomarańczowego kremu BB od Skin79.
Produkt bardzo przypadł mi
go dustu i używam go, kiedy nie chcę aplikować na twarz podkładu. Kremu
BB wcale nie czuję na buzi i jest to jedna z właściwości kosmetyku,
które najbardziej cenię. Mam jeszcze kilka ciekawych produktów tej marki
– na pewno jeden z nich pojawi się na blogu jeszcze w tym miesiącu 😀
Kolejnymi
kosmetykami, które testowałam i które nadal goszczą na mojej
kosmetycznej półce są produkty do włosów marki Petal Fresh. Bardzo je lubię i na
pewno przetestują kolejne wersje – ciekawi mnie ta z wyciągiem z drzewa
herbacianego. Mają świetne składy, naturalne, więc nie każdemu będą
odpowiadać, ale z tego co widziałam na innych blogach – wiele z Was je
używało i również je poleca 🙂
 
W maju mogliście również wygrać zestaw kosmetyków Annabelle Minerals, które ja uwielbiam. Zwyciężczyni na pewno będzie zadowolona z całego zestawu – chociaż ja cicho wzdycham do ich róży – na szczęście mam w swojej kosmetyczce dwa odcienie 😀 Rozdanie niedawno się zakończyło, a już mam w planach kolejne – obserwujcie bacznie mojego bloga – na pewno się nie zawiedziecie!
Nie mogło też zabraknąć wpisu o wielkiej promocji w Rossmannie. Jestem pewna, że większość kobiet w Polsce o niej usłyszała – nawet jeśli z niej nie skorzystały musiała im się obić o uszy – nie dość, że było o niej głośno w sieci, to jeszcze Rossmann zafundował nam reklamy, w których wystąpiły znane blogerki 🙂 Sama myślałam, że kupiłam tego znacznie mniej, ale tym razem nie szalałam i kupowałam kosmetyki z listy. Na dowolność pozwoliłam sobie tylko w przypadku produktów do ust, ale i tak nie znalazłam w szafach nic ciekawego :C
Przełomowym momentem minionego i obecnego roku jest… MATURA (pisana po raz trzeci :P). Tym razem siedziałam z nosem w książkach i potulnie wchłaniałam całą wiedzę. Polubiłam rozwiązywanie zadań i zaprzyjaźniłam się z podręcznikami. Jestem dobrej myśli, ale Centralna Komisja Egzaminacyjna chce mnie długo trzymać w niepewności – wyniki będą do odebrania dopiero 5 lipca – to jeszcze szmat czasu, a ja już nie mogę się doczekać. Medycyno – czekaj na mnie 😀
W drugiej połowie miesiąca miałam okazję uczestniczyć w szkoleniu dotyczącym manicure hybrydowego. Marka Indigo zaprosiła blogerki, które były obecne na ich warsztatach na Meet Beauty na darmowe doszkalanie, więc szkoda było nie skorzystać. Dzięki tym kilku godzinom nauczyłam się tego, że na maniucre lepiej przeznaczyć kilkanaście minut więcej – zrobić to dokładniej, aby później dłużej cieszyć się pięknymi paznokciami. Na pazurkach wylądował bodajże Baby Blue – piękny odcień, ale sama na pewno go nie kupię, bo dobrze kryje dopiero  przy 3 warstwie :C
Z okazji szkolenia miałam okazję pobyć u Mateusza aż 5 dni, co jest niemałym sukcesem 😛 Na co dzień nie mogę wyrwać się z domu, więc tak długo czas wolny to dla mnie niezły rarytas. Leniwe poranki spędzaliśmy w ogródku, natomiast wieczorami wybieraliśmy się na rowerowe wycieczki. uwielbiam jazdę po lesie – kto ma podobnie – ręka do góry 🙂 Na zdjęciu widzicie baby ananasa, który urzekł mnie swoim rozmiarem – za tym owocem nie przepadam, ale ten wyglądał tak słodko, że może mogłabym go zjeść 😛
Ostatnim już, ósmym zdjęciem jest to zrobione w lustrze. Bardzo spodobała mi się taka forma przekazu, dlatego wykorzystałam ten sposób przy tworzeniu nagłówka tego posta. Na fotografii możecie zobaczyć krem, którego bardzo się obawiałam – wydawało mi się, że tak bogaty skład nie będzie pasował mojej trądzikowej skórze. Teraz, po kilku tygodniach stosowania mogę szczerze powiedzieć, że jest to mój ulubieniec – i wcale nie dlatego, że dostałam go od marki. Polny Warkocz – mazidło konopne to krem o bogatej konsystencji, który w  przypadku mojej trądzikowej skóry (stosowany średnio 3 razy w tygodniu) pozwala na jej dobre nawilżenie i natłuszczenie – bez wzmożonej produkcji sebum, kaszki na czole czy większej liczby wyprysków. Niedługo pojawi się o nim osobny post. Jesteście ciekawi?

A Wam jak minął maj? Tak szybko jak mi, czy może bardzo się dłużył? Często odświeżacie swoje IG? Podawajcie nazwy, na pewno Was odwiedzę 🙂
Pozdrawiam :*

BLOGI, KTÓRE CZYTAM #1 + WYNIKI ROZDANIA Z ANNABELLE MINERALS

 Hej!
Jeszcze nigdy na łamach mojego bloga nie polecałam Wam innych, które regularnie czytam, i które uważam za warte uwagi. Postanowiłam wprowadzić u siebie serię „Blogi, które czytam”, którą będę od czasu do czasu aktualizowała – myślę, że na początku spróbuję przeznaczyć na to od 2 do 4 dni w miesiącu – taki czas wydaje mi się być najbardziej optymalnym.
Wiem, jak ważna jest wzajemna promocja – w dzisiejszej dobie internetu moda na blogi i kanały na youtube ogarnęła już wszystkich – od najmłodszych, po seniorów. Sama zawsze staram się przesiewać ziarna od plew – nie oceniam blogów po ilości obserwatorów i wyświetleń. Patrzę na nie tak, jak patrzyłabym na innego człowieka, bo za stroną, którą tworzy w sieci znajduje się prawdziwy człowiek z krwi i kości – nie maszyna, nie komputer – a osobnik z zaletami i wadami. Jeśli jesteście ciekawi, kogo polecę jako pierwszego – przewijajcie dalej 😛

Agnieszka to osoba, którą pokochałam za jej pozytywne nastawienie. Jest szczera i radosna – jak tylko wpadłam na jej bloga wiedziałam, że się polubimy 😛 Widziałyśmy się chwilkę na Meet Beauty i do tej pory żałuję,  że nie pogadałyśmy trochę dłużej.
Blog Agnieszki jest prowadzony w bardzo profesjonalnym stylu. Sama ma problem ze swoimi zdjęciami – twierdzi, że aparat jej nie słucha, ale według mnie nie ma w tym ani grama prawdy 😛 Spodobała mi się jej konsekwencja – wszystkie zdjęcia utrzymane są w podobnej kolorystyce i stylu. Dzięki temu wszystko wygląda schludnie i jest dopięte na ostatni guzik.  Jej teksty są bardzo obszerne i zawierają wiele informacji. Na pewno znajdziecie tu coś dla siebie! 🙂
Z Patrycją obserwujemy się już od dawna, mamy też ze sobą kontakt mailowy. Jest osobą szczerą i na jej blogu nie znajdziecie wpisów, które miałyby wprowadzać czytelnika w błąd. Pisze w sposób lekki i dobrze czyta się jej posty. Ma ładny szablon, a nagłówek przyciąga uwagę 😀 Rzetelnie przygotowuje wpisy o kosmetykach. Nie boi się wytykać błędów, nawet samej sobie, a przez to, ze je pokazuje może się przyczynić do rozwiązania Waszych. W ostatnim czasie je na blogu trochę nieobecna, tak, jak większość studentów 😛 Wybaczcie jej to 😛

Cechą, która łączy mnie z Magda jest fakt, że kiedyś też prowadziłam blogi na Onecie. Tak jak ona stwierdziłam, że nie jest to jednak najwygodniejszy system i kiedy chciałam przysiąść do strony „na poważnie” wybrałam blogspota 😀 Jest sympatyczną i miłą dziewczyną. Tak jak ja walczy ze zbieractwem. Znajdziecie u niej recenzje kolorówki, kosmetyków naturalnych, a także wpisy lifestylowe. Inspirują mnie jej zdjęcia. Nigdy nie mogę napatrzeć się na to, jak pięknie wykonuje manicure na swoich pazurkach 😀 Mam nadzieję, że po wielu latach praktyki będę tak samo dokładna jak ona 😛

Znacie te blogi? Macie jakieś godne polecenia, których być może jeszcze nie znam?
Pozdrawiam 🙂
W rozdaniu, które zakończyło się w środę 07.06.2016 roku wzięło udział ponad 80 osób! Jest to dla mnie wielkim zaskoczeniem – nie spodziewałam się, że na naturalne kosmetyki znajdzie się aż tylu chętnych 😀 Chciałabym każdemu podziękować, bo to właśnie dzięki Wam, czytelnikom, mój blog się rozwija a ja stale inspiruję się do jego regularnego prowadzenia. Nie wszystkie zgłoszenia były jednak poprawne – kilka osób nawet nie raczyło zaobserwować bloga i takich gagatków nie brałam pod uwagę przy losowaniu nagrody.  Im więcej kroków spełniliście, tym większa była szansa na zdobycie nagrody. Niestety miałam okazję wyłonić tylko jednego zwycięzcę i jest nim:
ROZDANIE Z KOSMETYKAMI ANNABELLE MINERALS WYGRYWA
OLIWIEER 
GRATULUJĘ I PROSZĘ O KONTAKT POPRZEZ EMAIL ALBO WIADOMOŚĆ PRYWATNĄ NA FACEBOOKU

Nie martwcie się 😛 Niedługo wystartuje nowy, wakacyjny konkurs, w którym do wygrania będą kolejne świetne nagrody 😀 Zostańcie jednak ze mną, bo osoby, które przyszyły tu tylko na rozdanie szybko trafią na moją czarną listę :C

YANKEE CANDLE | PINK DRAGONFRUIT | LETNI ULUBIENIEC?

Cześć i czołem!
Dawno nie było u mnie żadnych zapachowych wpisów, więc w tym tygodniu pojawią się prawdopodobnie aż dwa – dzisiaj i w niedzielę 😀 Wiecie przecież, że nie zdążyłam jeszcze rozebrać ostatniej kolekcji na części pierwsze, a znając życie niedługo Yankee pojawi się z kolejnymi nowościami 😀 Jeśli macie ochotę przeczytać, co myślę na temat dużego słoja Yankee Candle o zapachu Pink Dragon Fruit – koniecznie przeczytajcie dalszą część wpisu 🙂

Truskawkowa gruszka, czyli egzotyczna pitaja, uwodzi słodkim, niezwykle
soczystym smakiem i orzeźwiającym zapachem. Nazywana smoczym owocem
kojarzy się z gorącymi tropikami i przywodzi na myśl wakacje spędzane
pod wysokimi, rajskimi palmami Meksyku czy Malezji. Jej aromat został
sprawnie schwytany, a następnie zamknięty w różowym wosku świecy Yankee
Candle. Duży słój Pink Dragon to propozycja, która doskonale odpędzi
jesienną depresję i wprowadzi do wnętrza kilka promieni letniego słońca.
Pink Dragon to także sposób na wypełnienie domu wakacjami, które –
dzięki Yankee Candle – trwać mogą przez cały rok!

Styczność z tym zapachem miałam zaraz na początku mojej przygody z woskami Yankee Candle. Od razu przypadł mi go gustu – rzeczywiście kojarzy mi się z wakacjami w tropikach, palmami i ciepłym morzem (a może nawet oceanem :P). 
Zapach jest idealny na porę wiosenno-letnią. Owocowy, mocno energetyzujący napawa osoby przebywające w pomieszczeniu dużą dawką pozytywnej energii. Zapach jest słodko – kwaśny, nie przytłacza i nie mdli – powiedziałabym, że przy mieszaniu zapachów producent trafił w punkt, w złoty środek. Aromat jest orzeźwiający i rześki, dlatego jestem zwolenniczką sięgania po niego rano lub w południe – wieczorem wolę bardziej wyciszające zapachy. Lubię odpalać go w ponure i pochmurne dni – od razu poprawia mi się nastrój – swój udział ma w tym wyrazisty kolor świecy (chociaż za różem nie przepadam, ale ten prezentuje się naprawdę fajnie :P).
Świeca pali się bez problemów, nie tuneluje i ma dobrą moc. Nie pachnie jednak za mocno – dla mnie jest to ogromny plus, bo czasem przez intensywne zapachy zaczyna boleć mnie głowa. Świeca powinna palić się od 100 do 150 godzin.
Znajdziecie ją na goodies.pl w cenie 98 złotych. Ja swoją upolowałam na majowej promocji, kiedy kosztowała 78,40 🙂 

Podsumowując – jeśli jesteście fanami owocowych, słodkich zapachów przełamanych lekką, kwaśną nutą, to będzie coś dla was. Pink Dragon Fruit na pewno będzie moim ulubieńcem – nigdy nie jadłam tego owocu, więc zadowolę się tylko jego pięknym zapachem 🙂

Znacie smoczy owoc? Lubicie palić świece? Jakie zapachy wybieracie latem? Owocowe, kwiatowe, a może perfumowane i ciężkie?
Pozdrawiam 🙂

SKIN79 | ANGRY CAT | HISTORIA O TYM, JAK ZMIENIŁAM SIĘ W KOTA PRZYNOSZĄC TYM SAMYM UKOJENIE MOJEJ SKÓRZE

Skin 79 Angry Cat Zły kot

Hej!
Czy Wy też przed wyjazdem lubicie kompleksowo zadbać o skórę twarzy, ciała i włosy? Ja zawsze staram się przed kilkudniowymi wycieczkami maksymalnie udoskonalić moją pielęgnację, żeby później nie martwić się skomplikowanymi zabiegami, bo – jak wiadomo – walizka ma ograniczoną przestrzeń i pakowanie 5 maseczek, 20 kremów i 8 żeli jest całkowicie pozbawione sensu 😛 
Niedawno, w moje ciekawskie łapki, wpadły zwierzakowe maski do twarzy w płachcie od Skin79.  Pierwszą, jaką postanowiłam zużyć jest maska Angry Cat, czyli po polsku zły kot 😛 Czy oprócz idealnego dostosowania do mojego charakteru maska sprawdziła się na mojej lekko podrażnionej, trądzikowej skórze? Koniecznie przejdźcie dalej 🙂

Skin 79 Angry Cat Zły kot

Co producent pisze o tej masce?

SKIN79 Animal Mask – For Angry Cat

Innowacyjny design nowych masek w płacie zachęca do zabawy podczas

codziennej rutyny pielęgnacyjnej.
ZŁY KOT to maska silnie kojąca i nawilżająca.

Zawiera dużą dawkę wyciągu z aloesu i drzewa herbacianego. 
Idealne rozwiązanie dla osób borykających się z niedoskonałościami na twarzy,

błyskawicznie łagodzi podrażnienia.
Wyciąg z winogron spowalnia procesy starzenia.

Ekstrakt z kwiatu lotosu nawilża i przyspiesza gojenie.
Delikatny, zielono-kwiatowy zapach działa odprężająco.


Produkt wolny od parabenów, pochodnych formaldehydu i ftalanów
.

Ostatnio moja skóra jest w naprawdę dobrej kondycji. Od ostatniej wizyty u dermatologa miałam tylko 2 większe wysypy, a teraz na twarzy pojawiają się tylko pojedyncze wypryski.  Czasem, gdy chcę intensywniej złuszczyć naskórek używam retinoidów 3 dni pod rząd i powoduje to mniejsze lub większe podrażnienie mojej skóry. Teraz, kiedy świeci słońce ograniczam stosowanie mocno złuszczających substancji, żeby zmniejszyć ryzyko powstawania przebarwień lub utrwalenia tych po wypryskach.
Maska Angry Cat zapakowana jest w matowe, miętowe opakowanie. Grafika od razu przyciągnęła moją uwagę – na pewno zerknęłabym na nią, gdyby znalazła się na sklepowej półce. Na odwrocie możemy znaleźć instrukcję zarówno po koreańsku (stąd pochodzą produkty Skin79), jak i angielsku. Polski dystrybutor dokleja naklejkę z krótkim opisem działania maski, więc każdy jest w stanie stwierdzić, czy dana maska sprawdzi się w jego przypadku.
W jaki sposób producent zaleca zastosować maskę? Wszystko opisane jest w trzech prostych krokach:
  1.  Myjemy buzię i używamy toniku.
  2.  Nakładamy na twarz maskę i dopasowujemy ją do kształtu naszej twarzy.
  3.  Po 10-20 minutach ściągamy tkaninę z twarzy, a resztki żelu wmasowujemy w skórę twarzy, szyi i opcjonalnie dekoltu.

Nic bardziej prostszego, prawda? 

Zły kot to maska w płachcie, która wykazuje działanie kojące, nawilżające i wygładzające. Jak sprawdziła się u mnie? Skóra po jej zastosowaniu rzeczywiście była bardziej wygładzona, zaczerwienienia lekko zbladły, przez co koloryt wydawał się być wyrównany. Maska nawilżyła moją skórę i ukoiła ją – na początku obawiałam się pieczenia w okolicach policzków – tam gdzie skóra była najbardziej zaczerwieniona, ale nic podobnego nie miało miejsca. 

Maskę trzymałam  na twarzy 20 minut i przez ten czas nie odczuwałam żadnego dyskomfortu. Maska dobrze przylegała do twarzy i łatwo było ją dopasować, nie miałam więc problem z jej zsuwaniem się i mogłam oddać się ulubionym czynnościom – wtedy wybrałam czytanie.
Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że maski w płachcie działają na moją skórę lepiej, niż te tradycyjne – szczególnie jeśli szukam właściwości kojących i nawilżających. Maska Skin79 nie była wyjątkiem i na pewno do niej wrócę – będzie szczególnie przydatna przed większymi wyjściami.

Skin 79 Angry Cat Zły kot
SKŁAD:

Woda
Glikol butylenowy – substancja nawilżająca
Ekstrakt z liści aloesu – nawilżacz, ma działanie antybakteryjne i łagodzące, polecany jest w pielęgnacji wszystkich typów cery, także tych trądzikowych, bo pomaga w zwalczaniu przebarwień. Potrafi też przyspieszyć proces gojenia się wyprysków.
Ekstrakt z drzewa herbacianego – wykazuje silne działanie antybakteryjne i przeciwgrzybicze, polecany w pielęgnacji cer trądzikowych. Nie należy jednak przesadzać z ilością i częstotliwością jego stosowania – stosowany zbyt często lub w czystej postaci może wysuszać.
Ekstrakt z nasion winogrona – wykazuje działanie antyoksydacyjne, hamuje procesy starzenia się skóry, niweluje działanie stresu oksydacyjnego. 
Ekstrakt z kwiatu lotosu –  obfituje w przeciwutleniacze, ma silne działanie nawilżające. Uelastycznia skórę. Przywraca równowagę skórze tłustej i zanieczyszczonej.
Ekstrakt z nasion jojoba – skuteczny w leczeniu dermatoz.
Trehaloza – konserwant.
Betaina – substancja hydrofilowa o silnym działaniu nawilżającym.
Alantoina – łagodzi podrażnienia, działa regenerująco, przyspiesza procesy gojenia.
Ekstrakt z kwiatów krokosza barwierskiego – ma działanie przeciwzmarszczkowe, napinające. należy z nim uważać przy cerze trądzikowej, bo może przyczynić się do zaczopowania ujść mieszków włosowych i powstawania nowych wyprysków. 
Dalej mamy konserwanty, zapach itp.

Skin 79 Angry Cat Zły kot

Podobają Wam się maski Skin79? Lubicie maski w płachcie? Co sądzicie o składzie tego kosmetyku? Czy Wy też przed wyjazdami intensywniej dbacie o swoją skórę?
Pozdrawiam 🙂