MAX FACTOR | CLUMP DEFY | Maksymalne podkręcenie i pogrubienie?

 Hej!

Dawno nie pokazywałam Wam nic z kolorówki, dzisiaj przyszedł więc czas na recenzję tuszu do rzęs, którego aktualnie używam. Niejedna z Was (raczej powinnam napisać nas :P) narzeka na swoje rzęsy. Najczęstszymi przyczynami naszej rozpaczy jest ich długość, gęstość oraz stopień podkręcenia. 
Kiedy stosowałam sera do rzęs na swoje nie mogłam narzekać. Obecnie wróciły do swojej pierwotnej postaci i niestety muszę się mocno nakombinować, żeby makijaż oka wyglądał „jako tako” ;/ Jeśli jesteście ciekawi, czy tusz Max Factor Clump Defy spełnił moje oczekiwania – zapraszam Was do dalszej części posta.

Tusz do rzęs Clump Defy od Max Factor pozwoli na nasycenie rzęs z każdym pociągnięciem szczoteczki aby osiągnąć większą objętość przy utrzymaniu pięknie rozdzielonych i podkreślonych rzęs. Szczoteczka tuszu Clump Defy Max Factor nowej technologii posiada mocne, równo rozłożone włoski, które zapobiegają powstawaniu grudek i otulają rzęsy dając rezultat mega objętości. 

Opakowanie tuszu jest charakterystyczne dla tej serii produktów. Fioletowe, dość duże, opływowe. Jest matowe i przyciąga uwagę – choćby dzięki swojemu rozmiarowi. Ma płaskie dno, przez co można postawić produkt na półce, bez obaw, że się przewróci.
Sama szczoteczka jest silikonowa, w dość standardowym rozmiarze – będzie dobrze sprawdzać się przy makijażu zarówno małych, jak i większych oczu. Jest lekko wygięta w łuk, co jest flagową cechą tuszy podkręcających. „Włoski” są gęsto umieszczone na szczotce i dobrze wyczesują rzęsy. Warto dodać, że na grzebyku nie osadza się zbyt dużo tuszu – nawet tuż po otwarciu ilość kosmetyku, jaka ląduje na szczoteczce jest do przyjęcia.
Opakowanie ma pojemność 13 mililitrów.

Tusz ma ładny, głęboki czarny kolor, który nie blaknie – ani w ciągu dnia, podczas noszenia na oku, ani w czasie całego okresu stosowania. Uważam to za ogromny plus, bo nie lubię, kiedy tusze maja szarawe odcienie – mam wtedy wrażenie,  że moje rzęsy nie są podkreślone na tyle, ile powinny.

Przez swoją dużą pojemność tusz jest również wydajny. Kiedy stosuję go sama – kilka razy w tygodniu – ciężko zużyć mi go w całości przez okres 6 miesięcy (bo na tyle, według producenta, określony jest czas w jakim powinnyśmy ten kosmetyk zużyć). Na szczęście nie zasycha zbyt szybko, więc nie jest to duża strata – i tak wymieniam tusze co kilka miesięcy.
Co do trwałości – u mnie na oku wytrzymuje cały dzień. Niestety – nie w stanie nienaruszonym :C Przez kilka pierwszych godzin jest okej, później tusz nieznacznie się osypuje. Nie tworzy jednak efektu pandy – o to możecie się nie martwić. Wspomnę też, że mam tendencję do pocierania oczu dłońmi, więc część tuszu wykrusza się po prostu podczas tej czynności. Gdybym tak nie robiła, efekt końcowy na pewno byłby o wiele lepszy.
Tusz już na starcie ma praktycznie idealną konsystencję – niezbyt gęstą, ale też nie za rzadką. Nie skleja rzęs, ale trzeba go porządnie wyczesać – jest to tusz pogrubiający, potrafi się więc w dość dużej ilości osadzić na włoskach. W trakcie zużywania nie gęstnieje dość mocno – przyjemnie używa się go nawet pod koniec stosowania – pierwsze opakowanie zużyłam z przyjemnością.

Tusz dostępny jest we wszystkim drogeriach – począwszy od Rossmanna, po Hebe, Naturę i Super Pharm. Znajduje się też w ofercie większych supermarketów i sklepów internetowych. Jest to dość popularny produkt, więc nie będzie problemów z jego znalezieniem. 

Regularna cena tego tuszu waha się w granicach 50-60 złotych. Sama zawsze kupuję go  na promocji, np. -49% w Rossmannie i wtedy można znaleźć go za mniej więcej 30 złotych. W internecie jego cena oscyluje w granicach 26-30 złotych. Jak dla mnie nie jest to zbyt wygórowana cena za tusz – praktycznie wszystkie, które używam znajdują się właśnie w tej półce cenowej.

Gołe rzęsy | Jedna warstwa | Dwie warstwy

Mój pierwszy raz z tym tuszem miał miejsce mniej więcej dwa lata temu. Mama szukała czegoś nowego i koleżanka poleciła jej właśnie Clump Defy od Max Factora. Nigdy nie testowałyśmy tych tuszy – pozostawałyśmy wierne ulubionym maskarom z Loreala.
Na początku sceptycznie do niego podeszłam – lubię silikonowe szczotki, ale proste – tymi wygiętymi zdecydowanie trudniej manewruje mi się przy oku – być może dlatego, że mam opadającą powiekę i zdecydowanie łatwiej jest ją ubrudzić. Szczoteczka okazała się przyjemna w użytkowaniu – ma małe włoski, które dokładnie rozczesują rzęsy, a do tego ryzyko pobrudzenia całego oka jest dzięki temu zminimalizowane (wiem co mówię, mam do tego tendencję :P).
Tusz już na starcie ma dobrą konsystencję – nie jest ona ani za rzadka, ani za gęsta. Konstrukcja opakowania umożliwia nabieranie odpowiedniej jej ilości, przez co nie musimy martwić się jak zdjąć nadmiar kosmetyku ze szczotki.
Efekt jaki daje ten tusz jest moim zdaniem bardzo ładny, ale na pewno nie spektakularny. Zawsze nakładam go bardzo cienkimi warstwami – jedna, ale gruba może nieestetycznie posklejać rzęsy ;/ Moje są oporne na wszystkie możliwe sposoby – są proste jak druty i podkręcić je może tylko zalotka.
Tusz wydłuża rzęsy i delikatnie unosi je przy nasadzie dodając im tym samym większej objętości. Pogrubia i sprawia, że spojrzenie jest bardziej zalotne. Trzeba jednak uważać, żeby nie przesadzić z ilością – wtedy tusz nieładnie skleja rzęsy i sprawia, że mamy je dosłownie 3 na krzyż. Szybko zastyga i nie odbija się na powiekach w ciągu dnia.
Ma jeden mały minus – przy delikatnym tarciu potrafi się trochę osypać – nie jest to na szczęście zbyt widoczne.
Myślę, że tak. Używam już drugiego opakowania i jestem zadowolona z efektów, jakie daje na moich rzęsach. Może nie przebija mojego ulubionego VML, ale jest jego godnym zamiennikiem.
Tusze jakiej firmy są Waszymi ulubionymi? Jakich właściwości oczekujecie po idealnym kosmetyku tego typu? Miałyście okazję używać Clump Defy?
Pozdrawiam

YANKEE CANDLE | JELLY BEAN | Coś dla fanów Harrego pottera – fasolki wszystkich smaków?

Hej!
Tak porwały mnie świąteczne przygotowania, że nie zdążyłam złożyć wielkanocnych życzeń nikomu, oprócz kilku osób na snapie 😛 Mam nadzieję, że wybaczycie mi tę niedyspozycję i nie obrazicie się za ten mały nietakt. Dzisiaj zapraszam na krótki i przyjemny post, w przerwie na lanie wody – wierzę, że pogoda dopisuje i każdy wybierze się dzisiaj na świąteczny spacer 😀
Jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na temat wielkanocnej limitki Yankee Candle, która jest zarazem moją drugą świecą tej marki – zapraszam dalej 🙂

Limitowana Wielkanocna edycja dużego słoja Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: słodkie, owocowe żelki.

Kiedy zobaczyłam tą świecę nie mogłam się jej oprzeć. Widziałam na jej temat wiele pozytywnych opinii, a że jestem fanką słodyczy, to ciężko było mi przejść obok niej obojętnie. Zacznijmy od danych technicznych – Jelly Bean to duży, limitowany słoik dostępny w okolicach świąt Wielkanocnych. Nie jest to zapach tegoroczny. Taka świeca powinna palić się mniej więcej 100-150 godzin, zależnie od tego jak długo będziemy ją eksploatować podczas kolejnych paleń.
Wosk ma intensywnie fioletowy kolor – kojarzy mi się właśnie z fasolkami Jelly Beans, które można kupić np. w Rossmannie. Naklejka również przyciąga uwagę. Wyżej wspomniane, kolorowe cukierki umieszczone są w liliowym koszyczku – całość wygląda spójnie i kojarzy się w Wielkanocą (przynajmniej w minimalnym stopniu).

Nie wiem, czy tylko mój egzemplarz tak ma, czy to po prostu przypadłość tego zapachu, ale świeca wręcz ocieka olejkami eterycznymi. Przy pierwszym paleniu wybiły się one na wierzch i nawet po zastygnięciu pozostały na powierzchni świecy. Tak duża ich ilość skutkuje zwiększeniem intensywności zapachu – tej jest na tyle mocny, że ciężko mi wytrzymać do momentu, w którym świeca rozpala się do ścianek – aromat unosi się w całym domu, a kiedy mam słabszy dzień może nawet spowodować lekki ból głowy – miejcie na to wzgląd, jeśli nie lubicie bardzo intensywnych aromatów!
Jeśli chodzi o sam zapach – bardzo mi się podoba. Krótki opis producenta rzeczywiście dobrze go odzwierciedla. Główną nutą są tu słodkie żelki – jak dla mnie z przewagą tych winogronowych. Zapach nie jest mdły. Wyczuwam w nim lekko kwaśne nuty – coś jak w zielonych Skittles. Będzie idealny na wiosnę i lato – jak dla mnie można go nawet palic przy otwartym oknie – wtedy też będzie go bardzo dobrze czuć. 
Świecę znajdziecie na goodies.pl w cenie 98 złotych.

Na koniec chciałabym życzyć Wam wesołych Świąt Wielkanocnych.
Pełnych pokoju, miłości i radości.
Bogatego zajączka.
Chwili na zadumę i przemyślenia.
Inspiracji na nowe dni.
Wianuszka bliskich osób, na które zawsze będziecie mogli liczyć.
Lubicie Jelly Beans? Jak spędzacie świąteczny poniedziałek?
Pozdrawiam :3

GLY SKIN CARE | GLY MIST | TONIK DO TWARZY | Cytryna zadziałała?

Cześć!
Ile blogerek starało się wklepać Wam do głowy, że tonizowanie to ważna część pielęgnacji – zarówno tej porannej jak i wieczornej? Ja zrewolucjonizuję te poglądy! Aaa może jednak nie… 😛 Jak reszta dziewczyn uważam, że toniki są nam w życiu potrzebne – głównie dlatego, że po myciu twarzy przywracają naszej skórze naturalne, lekko kwaśne pH, przez co jest jej zdecydowanie łatwiej odnowić barierę obronną, chroniącą nas przed drobnoustrojami i zanieczyszczeniami. A chroniona skóra, to skóra szczęśliwa – pamiętajcie o tym!
Dzisiaj postanowiłam napisać recenzję toniku Gly Mist od GlySkinCare – pochodzącego z tej samej serii, co emulsja z kwasem glikolowym, o której mogliście przeczytać już na blogu. Jeśli jesteście ciekawi, co mam do powiedzenia na jego temat – zapraszam! 🙂

Orzeźwiający tonik do twarzy zalecany do stosowania rano i wieczorem w
celu oczyszczenia, odświeżenia oraz przywrócenia naturalnego odczynu
skórze.

Rodzaj cery: 
Wszystkie rodzaje cery.

Korzyści: 

  • Odświeża i orzeźwia
  • Oczyszcza
  • Przywraca naturalne pH
Sposób użycia:
Przemyj twarz tonikiem Gly Mist, pozostaw do
wyschnięcia, a następnie nałóż odpowiedni krem. Produkt nie zawiera
substancji zapachowych.
Toniku używam regularnie od ponad trzech tygodni. W tamtym tygodniu zrobiłam sobie od niego 5 dniową przerwę – wyjeżdżałam i potrzebowałam czegoś w mniejszej butelce. Przez ten okresu czasu ubyło mi niewiele produktu – jeśli miałabym pokazać Wam to na butelce, to zużycie kończy się mniej więcej na napisach pod GlySkinCare – moim zdaniem jest niewielkie.
Dzięki sprawnie działającemu atomizerowi tonik jest bardzo wydajny – na pewno starczy mi na dobre 3-4 miesiące częstego używania.
Design całej serii produktów GlySkinCare utrzymany w fioletowych tonach. Opakowanie toniku jest bardzo podobne do tego od emulsji. Jest półprzeźroczyste, więc łatwo nam monitorować to, ile kosmetyku już zużyłyśmy. Cała szata graficzna buteleczki jest minimalistyczna, a na jej odwrocie umieszczone są najważniejsze informacje – skład, sposób użycia i przewidywane efekty. Opakowanie ma pojemność 200 mililitrów, więc jest to dość standardowa ilość jak na tonik.

AQUA (Woda), CITRUS LIMON FRUIT EXTRACT (Ekstrakt z cytryny – zawiera dużą dawkę witaminy C, która rozjaśnia i rozświetla skórę. Jedno dodatkowo jednym z najlepszych przeciwutleniaczy, więc likwiduje wolne rodniki powodujące starzenie skóry. Delikatnie złuszcza naskórek. Szczególnie przydatny w pielęgnacji skóry zanieczyszczonej), PROPYLENE GLYCOL (Glikol propylenowy – substancja nawilżająca), ALCOHOL DENAT. (Alkohol. Może wysuszać, tutaj prawdopodobnie został umieszczony jako konserwant.), SODIUM CHLORIDE (Chlorek sodu, może podrażniać wrażliwców), IMIDAZOLIDINYL UREA (Pochodna mocznika, nawilża), GLYCOLIC ACID (Kwas glikolowy – eksofiliuje martwy naskórek), METHYLPARABEN (Paraben metylowy, może uczulać), PROPYLPARABEN (Paraben propylowy).
Skład jest całkiem niezły – gdyby nie parabeny nie mogłabym się przyczepić. Wiem, że zawsze mówię, że staram się unikać alkoholu – nigdy go jednak w 100% nie wyeliminowałam, bo znajduje się on w maściach na trądzik. Zdaję sobie sprawę z tego, że przez jego obecność tonik może podrażniać albo wysuszać, u mnie jednak to wysuszanie jest minimalne, a podrażnienia występują tylko wtedy, kiedy przeholuję ze złuszczaniem.  Pamiętajcie, że alkohol wzmacnia działanie składników aktywnych i czasem warto dać mu zielone światło – po prostu używajmy takich produktów z mniejszą częstotliwością. Do pozostałej części składu jestem pozytywnie nastawiona, bo te składniki mnie nie uczulają 😛 Plus za ekstrakt z cytryna na drugim miejscu w składzie.
Tonik jest przeźroczysty i konsystencja przypomina wodę i inne tego typu kosmetyki. Szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze – moment po aplikacji można nałożyć na niego krem bez ryzyka, że się zroluje lub stanie się  z nim coś złego.

Produkty GlySkinCare dostępne są w aptekach oraz niektórych sklepach internetowych. Warto szukać ich także w sklepie Diagnosis, chociaż obecnie nie jest dostępny na stronie.

Cena tego toniku nie jest zbyt wysoka. Za wydajny produkt o pojemności 200 mililitrów zapłacimy od 20 do 30 złotych – zależnie od sklepu internetowego.

Wybierając produkty od Diagnosis (bo dostałam ten tonik w ramach testów) chciałam zdecydować się na coś, co pozwoliłoby mi uzupełnić kurację retinoidami. Jak wiecie, mam problem z przebarwieniami, a nie potrzebowałam kolejnej emulsji z kwasem czy serum z witaminą C – te produkty już posiadam. Wiem, że w codziennej pielęgnacji twarzy tonik jest bardzo ważnym kosmetykiem. Zaryzykowałam i wybrałam Gly Mist.
Kiedy paczka do mnie trafiła i obejrzałam produkt z każdej strony trochę obawiałam się jego stosowania – głównie ze względu na skład. Postanowiłam jednak dać mu szansę i okazało się, że wcale nie wysusza tak, jak myślałam, że będzie. Owszem – tonik lekko wysusza skórę, choć w moim przypadku może ciężko określić na jaką skalę – i tak zrzucam skórę jak WONSZ 😀
W połączeniu z kuracją złuszczającą tonik daje świetne efekty – rzeczywiście przebarwienia szybciej bledną a koloryt skóry jest wyrównany. Efekty mogliście podziwiać w ostatniej trądzikowej aktualizacji. 
Czy go polecam? Tak, szczególnie dla osób o cerze tłustej lub mieszanej, poszarzałej zanieczyszczonej. Takich, które chcą wzmocnić działanie ulubionego serum z witaminą C albo latem odpocząć od kwasów. Dla osób ze skórą normalną też będzie okej – szczególnie wtedy, kiedy chcą wyrównać jej koloryt. Nie polecam go natomiast osobom przyjmującym Izotek – na pewno bardzo podrażniałby skórę.

Rzadko dwa razy wracam do tego samego toniku, a tego będę używać wieki, więc nie wiem 😛 Jego działanie mi się podoba, więc pewnie kiedyś sobie o nim przypomnę i wtedy sięgnę po niego ponownie.

Lubicie toniki z antyoksydantami? Dyskwalifikujecie produkt, jeśli ma niezbyt lubiany przez społeczność składnik, np. SLES lub alkohol? Co sądzicie o tym toniku?
Pozdrawiam :3
Dziękuję firmie Diagnosis za możliwość
przetestowania produktu. Fakt, że otrzymałam produkt za darmo nie
wpłynął na moją opinię na jego temat.

WARSZAWSKIE ZAKUPY | Teraz mam szlaban – naprawdę :D

To nie brudne paznokcie, to zniszczenia po Semilacach :C Jednak hybrydy NeoNail lepiej się u mnie sprawdzają :C

Hej!
Tak tak, wiem… Obiecywałam sobie, że nie kupię już nic na zapas 😛 Jadąc do Bydgoszczy i Warszawy miałam w planach tylko zakup lakierów hybrydowych i akcesoriów to tego manicure, ale wiecie jak to jest – promocje kuszą 😀 Jeśli jesteście ciekawi, co ciekawego udało mi się kupić – zapraszam do czytania!
Na początek zakupy paznokciowe. W Rossmannie znalazłam sondę do ozdabiania paznokci za niecałe 9 złotych. Ostatnia sztuka leżała sama w szafie Wibo i szkoda było jej nie wziąć 😛 Jeszcze nie miałam okazji jej testować, ale myślę, że może fajnie sprawdzić się przy wykonywaniu kropeczek albo niezbyt skomplikowanych zdobień na pazurach.
W prawym górnym rogu możecie zobaczyć 2 efekty syrenki – kupione na stoisku NeoNail. Wybrałam zielony i niebiesko-fioletowy. Jak na razie używałam tylko drugiego rodzaju, ale na paznokciach prezentuje się naprawdę fajnie 😀 Mamie tak się spodobało, że pewnie na dwóch rodzajach się nie skończy. Pyłek kosztował 7 zł za sztukę. Na środku widać (a właściwie nie za bardzo) wzornik.

Klipsy do ściągania hybryd dorwałam w Hebe za 11 złotych – to nawet taniej niż w internecie – tu za 10 sztuk płacimy 22 zł, a cena regularna w drogeriach internetowych krąży w granicach 30 zł.

Najdroższymi z tej paczki okazały się oczywiście lakiery 😀 Po Semilacu (którego użyłam raz :C) zaczęły mi pękać i łamać się paznokcie, więc stwierdziłam, że nie będę inwestować w ich hybrydy. Na moich paznokciach zdecydowanie lepiej trzymają się te z NeoNail. Nie powodują zniszczeń, nie odpryskują, dobrze się trzymają. Miałam kupić dwa kolory, ale ostatecznie wybrałam jeszcze trzeci.
W mojej kolekcji brakowało koloru nude – Natural Beauty – wzięłam więc bardzo jasny, różowo-beżowy kolor, który jest w pełni kryjący. Drugim, również klasycznym lakierem jest krwista czerwień – Sexy Red. Trzeci lakier to podobno hit – jest to odcień odpowiadający kolorowi roku zaproponowanemu przez Pantone. Acapulco, bo o nim mowa to przepiękny, mleczny błękit z domieszką liliowego koloru. Lubię niebieskie paznokcie, więc nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Każdy z lakierów kosztował 27,90 zł, a ich pojemność to 6 mililitrów. 

Na Facebooku wspominałam Wam, że niestety dzień kobiet musiałam świętować sama – Mateusz pracował, a ja nie miałam jak do niego pojechać. Muszę jednak przyznać, że chociaż wiedziałam, co dostanę, to byłam w szoku 😀 Co prawda dołożyłam się trochę do tego upominku, bo Dzień Kobiet to nie urodziny, ale jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona. Mogę skreślić  z mojej whislisty jedną pozycję 😀
Standardowo mogłam wybrać sobie zestaw próbek, zdecydowałam się więc na róż z Sephory i perfumy – Liu Jo i Happy Moments od Tous. Wszystko było zapakowane w opakowanie prezentowe a w środku czekał na mnie zabawny liścik.

Główną sprawczynią całego zamieszania jest paletka Too Faced Chocolate Bon Bons. Odkąd zobaczyłam jej zdjęcie w zapowiedziach wiedziałam, że może być między nami miłość 😀 Zastanawiałam się nad tradycyjną, pierwszą wersją, ale wiele osób odradzało mi ją ze względu na gorszą formułę cieni. Już jej używałam i rzeczywiście jest fantastyczna! 😀 Może nawet uda mi się wykonać dla Was jakiś makijaż – najpierw muszę jednak się podszkolić, bo uważam, że mój level jest zbyt niski na publiczne pokazywanie efektów pracy 😛

Do Tigera poszłam tylko po mini pianki do kawy (8 zł), ale na półce znalazłam też gąbkę konjac. Słyszałam o nich wiele dobrego i postanowiłam wziąć jedną sztukę na próbę 😀 Nie była zbyt droga – kosztowała 10 złotych.

W Super Pharm zdecydowałam się na różany tonik do twarzy z Evree, o którym wiele już czytałam i mam nadzieję, że się u mnie sprawdzi. O żelu z Avene – Cleanace też krąży wiele pozytywnych opinii, więc wzięłam mniejszą, 200 mililitrową wersję. Oba kosmetyki udało mi się kupić na promocji -35%. Za tonik zapłaciłam około 13 złotych, a za żel 22.

Podczas dni Lifestyle w Super Pharmie Mateusz poświęcił się i pojechał kupić mi mój ulubiony krem Effaclar Duo [+] (w końcu udało mi się namówić go też na egzemplarz dla niego) i filtr przeciwsłoneczny Anthelios XL Żel – krem suchy w dotyku. Niestety wersja, którą mam obecnie, czyli w formie fluidu nie była dostępna, więc zdecydowałam się na ten. Za duet Mateusz zapłacił 62 złotych.

Ostatnim już zakupem był zestaw próbek kremów BB od Skin79. Firma znów uraczyła nas promocją, gdzie trzy7 mililitrowe opakowania zostały przecenione z 90 na 35 złotych. Przesyłka kosztowała 10 złotych. Dodatkowo dostałam kilka gratisów, które na pewno przetestuję 🙂


Któraś z rzeczy Wam się spodobała? Też macie tak, ze nie planujecie zakupów a potem „jakoś to samo tak wychodzi”? 😛
Pozdrawiam :3

YANKEE CANDLE | ILLUMA LID | #1 Jak wspomóc palenie świecy?

Hej!
W tym tygodniu udało mi się opublikować wszystkie zaplanowane posty! WOW! 😀 Co prawda musiałam się sprężyć i dodawać je codziennie, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – odpoczęłam trochę od grania, a więcej czasu poświęciłam na dopieszczenie bloga i Was – ostatnio pisałam naprawdę wiele komentarzy i mam nadzieję, że mnie u siebie zauważyliście 😛
Obiecałam, że w tym tygodniu recenzje wosków już się nie pojawią, więc mam dla Was coś innego, ale pozostającego w temacie świec Yankee Candle. Taka świeca to drogi wydatek – sama zastanawiałam się nad nią bardzo długo i zamówiłam pierwszą po wielu miesiącach zastanawiania się, czy naprawdę warto.

Skoro kupujemy  świecę za prawie 100 złotych chcielibyśmy wykorzystać
jej możliwości w 100%. Świece Yankee Candle mają jeden knot i wiele osób
często skarży się na to, że konkretne egzemplarze wcale nie chcą rozpalać się do ścianek – świece tunelują, co powoduje, że duża część wosku pozostaje niewykorzystana – po pierwsze jest to nieekonomiczne, a po drugie – wygląda nieestetycznie. Jak temu zapobiec? Dzisiaj chciałam Wam pokazać pierwszy, najłatwiejszy, ale niekoniecznie najtańszy sposób na to, aby nasze świece paliły się równomiernie.

Gadżet, o którym mowa w poście i na zdjęciach to nakładka Illuma Lid. Jest to metalowy, zabudowany okrąg, który nakładamy na wierzch świecy. Dostępnych jest wiele wzorów i kolorów oraz wykończeń, ja natomiast zdecydowałam się na jedną z najbardziej zabudowanych – nie dość, że działa efektywniej to jeszcze ładnie wygląda. Mój model to Jarcon Silver – matowy, srebrny wzór ze słoiczkiem i serduszkiem.
Jak działa Illuma? Nałożona na świecę powoduje, że płomień pali się bardziej równomiernie. Dodatkowo wspomaga ogrzewanie ścianek słoika, ponieważ jest metalowa i się nagrzewa, a to z kolei skutkuje lepszym topieniem się wosku. Już rozwiewam Wasze obawy – spokojnie – świeca nie pęknie (moje stały na grzejniku z illumą i nic się z nimi nie stało). Dzięki tej nakładce nie musiałam martwić się o to, że Yankee będą paliły się niezbyt równomiernie.
Nakładka Illuma Lid jest dostępna w jednym, standardowym rozmiarze, który pasuje na wszystkie średnie i duże świece (na pilary i tumblery raczej też, ale nie jestem pewna, bo nie miałam żadnej  z tych form). Znajdziecie ją na goodies.pl w cenie 49.00 zł.

Podoba Wam się taka seria postów? Może następnym razem przestawić Wam metodę, która pomoże dobrze rozpalić się świecy bez pomocy nakładek – możemy wykorzystać to, co każdy z nas ma w domu? Jesteście ciekawi o czym mówię?
Pozdrawiam ;3

KOLEKCJA – Pure Essence:

KOLEKCJA Q1 –  My serenity

TRĄDZIK AKTUALIZACJA | Zmiany po 2,5 miesiąca nowego systemu lecznia podobnymi produktami

Hej
Pamiętacie jak w grudniu opowiadałam Wam o tym, jak zmieniła się moja twarz w 4 najgorszych miesiącach walki z trądzikiem? Listopad był miesiącem największego wysypu i wtedy miałam wszystkiego naprawdę dość – skóra piekła, była napięta, bo pod nią znajdowało się mnóstwo podskórnych nacieków. Dodatkowo wypryski często same pękały – nawet przy delikatnym myciu twarz. A kiedy coś na twarzy pęka – szybko robią się z tego bardzo czerwone przebarwienia i blizny. Jesteście ciekawi, co zmieniłam w swojej pielęgnacji, że po tak krótkim czasie stan mojej skóry dość mocno się poprawił? Zapraszam 🙂

Na wizycie kontrolnej u dermatologa dowiedziałam się, że stan mojej skóry uległ znacznej poprawie. Niestety mam na policzkach płytkie blizny, które są właśnie efektem pękania wyprysków, o którym wspomniałam wyżej. Dostałam również inny antybiotyk w postaci płynu nakładanego na skórę – nie jestem w stanie przypomnieć sobie jego nazwy, ale na pewno Wam ją napiszę jak tylko odbiorę go z apteki.
Na całą twarz nadal mam nakładać izotziaję – retinoid, który mobilizuje moją skórę do częstszego złuszczania się, a co za tym idzie do intensywniejszej walki z zanieczyszczeniami, które kryją się wewnątrz niej oraz tym, co widzimy na zewnątrz – przebarwieniami i płytkimi bliznami.
Jak widzicie na zdjęciach – moim zdaniem różnica jest znaczna. Do niedawna praktycznie nie miałam na twarzy ani jednego wyprysku. W tym tygodniu coś się popsuło – albo to wina zbliżającej się miesiączki, albo to nowy krem lub podkład mnie zapychają. Jak na razie odstawiłam oba produkty i będę szukać winowajcy kaszki i kilku wyprysków w okolicach brody.
Jakie są moje plany? Następną wizytę mam 7 czerwca, więc do tego czasu nadal będę walczyć z pojawiającymi się wypryskami i przebarwieniami. W wakacje pewnie wszystko przyschnie i ulegnie poprawie – nie będę mogła jednak zrezygnować z leczenia – sami wiecie jak skończyło się to w tamtym roku ;/
Jeśli do września moje przebarwienia czy blizny nie znikną w znacznym stopniu postaram się poszukać dobrego specjalisty i wybrać się na peeling chemiczny/medyczny czy inny zabieg, który pomoże mi z tym problemem. Trzymajcie kciuki, kolejna aktualizacja w czerwcu!
Moja aktualna pielęgnacja + plany na przyszłość (strzałki oznaczają produkty po jakie będę sięgać gdy poprzednik się skończy):
  • Rano
    • Mycie twarzy żelem Sylveco Rumiankowym —> Avene Cleanace —> Sylveco Tymiankowy
    • Tonik – Hibiskusowy Sylvec, od czasu do czasu GlySkinCare —> Różany Evree
    • Krem La Roche Posay Effaclar k [+] —> Effaclar Duo [+]
    • Kiedy wychodzę na zewnątrz – Effaclar Anthelios XL SPF 50+ Fluide —>Anthelios XL SPF 50+ Żel – krem suchy w dotyku
    • Punktowo antybiotyk

  • Wieczorem
    • Demakijaż Lipowym płynem micelarnym Sylveco
    • Mycie twarzy mydłem Aleppo z błotem z Morza Martwego + planuję kupić olejek Resibo do demakijażu
    • Tonik – taki jak rano
    • Maści od dermatologa – 3/4 dni pod rząd, w trakcie przerwy serum Ava z witaminą C i olejki – konopny mieszany z żelem aloesowym
    • Raz w tygodniu glinki + 1-2 inne maski
Macie jakieś rady odnośnie zmianach w pielęgnacji? Jak radzicie sobie z okiełznaniem trądzikowej skóry?
Pozdrawiam :* 

YANKEE CANDLE | VANILLA

Hej!
Obiecuję, że to już ostatni post w tym tygodniu jeśli chodzi o woski! Chcę się uporać z napisaniem recenzji najnowszej kolekcji Pure Essence, ponieważ Yankee Candle ma w planach wprowadzenie nowej, letniej edycji. Nie mogę się już doczekać, a chciałabym powoli wypalać zapasy, zapraszam Was więc do przeczytania mojej opinii na temat ostatniego już z trójki nowych zapachów – Vanilla.

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o
kwintesencji zapachu wanilii, słodkiej i aksamitnej, wyrazistej a jednak
nie narzucającej się.
Na samym początku chciałam zwrócić Waszą uwagę na to, do jakiej grupy zapachów producent zakwalifikował ten wosk. Moim zdaniem nijak ma się on do rześkości – wrzuciłabym go do worka z aromatami jedzeniowo-przyprawowymi (w końcu wanilia jest przyprawą :P).

Uwagę, na pierwszy rzut oka, przyciąga kolor wosku – mi przypomina waniliowy budyń (którego jeść nie lubię, ale podoba mi się jego zapach). Na etykiecie możemy zobaczyć białe storczyki z laskami wanilii – połączenie eleganckie i wprowadzające w spokojny nastrój. 

Po tej tarcie spodziewałam się zapachu czystej wanilii, jednak pozytywnie się zaskoczyłam. Zapach nie jest bardzo słodki i duszący – wręcz przeciwnie. Jego słodycz przełamana jest perfumowanymi nutami, przez co zapach nie jest mdły, ale wielowymiarowy. Ta „obca” nuta nie odbiera jednak korony tytułowej bohaterce – moim zdaniem nadaje jej po prostu bardziej wyrafinowanego nastroju.

Moc oceniłabym jako średnią, chociaż według mojego nosa praktycznie każdy wosk pachnie mocno 😛 Vanilla to zapach, który kusi prostotą, jak pozostałe z serii Pure Essence i myślę, że warto po niego sięgnąć. Polecam go szczególnie na leniwe wieczory – zapach na pewno nie należy do tych, które działałyby pobudzająco na nasz organizm.

Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 7 złotych.

Z czym kojarzy Wam się wanilia? Który wosk z kolekcji Pure Essence najbardziej przypadł Wam do gustu? 🙂
Pozdrawiam

KOLEKCJA – Pure Essence:

KOLEKCJA Q1 –  My serenity

YANKEE CANDLE | WHITE TEA | Jeden z najpiękniejszych, oczyszczających zapachów

Hej!
Wiem, że ten post miał pojawić się prawie tydzień temu, ale miałam dość niespodziewany wyjazd i nie zdążyłam przygotować postów na zapas :C Na szczęście udało mi się wrzucić zdjęcia i po 3 dniach intensywnych przeżyć postanowiłam na dłuższą chwilkę zasiąść do bloga.

Kontynuując zamysł napisania serii postów o woskach z najnowszej kolekcji Yankee CandlePure Essence postanowiłam przedstawić Wam dziś mojego ulubieńca z całej trójki. Za chwilę będziecie mogli przeczytać kilka słów o wosku White Tea. Zapraszam!



Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o
delikatnym, relaksującym aromacie białej herbaty z kilkoma kroplami
cytryny.
Pomyślcie o poranku w głuszy, po świetnie przespanej nocy. Jecie zdrowe śniadanie, a później popijacie białą herbatę siedząc w oranżerii. Marzenie? Moje tak – od zawsze mieszkam na odludziu, więc takie klimaty mnie kręcą. W ciszy, z dala od autostrad, sklepów i miast odpoczywam i wtedy mogę się naprawdę zrelaksować.
Kiedy w kominku pali się ten wosk, a ja zamykam oczy przenoszę się właśnie do tego pięknego miejsca. Możecie to sobie wyobrazić – zapach tej tarty musi być naprawdę relaksujący i odprężający. Nie ma w nim krzty sztucznych nut. Zapach jest naturalny, ale nie można nazwać go delikatnym, ponieważ dla mojego nosa jest dość mocno wyczuwalny. 
Rzeczywiście jego bazę stanowi aromat białej herbaty – czysty, świeży. Cytrusy nadają mu wielowymiarowości, ale nie są dominującą nutą. 
Polecam ten wosk na cieplejsze dni – możemy go palić właśnie teraz albo latem, chociaż i zimą świetnie sprawdzi się np. przy sprzątaniu mieszkania lub relaksacyjnych zabiegach – malowaniu paznokci, nakładaniu maseczek na twarz. Mi bardzo się spodobał i jestem pewna, że znajdzie wielu zwolenników.

Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 8 złotych.

Lubicie czyste zapachy? Po odświeżacze, woski lub świece sięgacie częściej zimą, czy może wtedy, kiedy robi się cieplej?
Pozdrawiam :*
KOLEKCJA – Pure Essence:

KOLEKCJA Q1 –  My serenity

YANKEE CANDLE | VERBENA | Boskie ziele?

Hej!
Dzisiaj zaczynamy weekend z najnowszą kolekcją Yankee Candle – Pure Essence. Na pierwszy ogień poszła u mnie werbena, która bardzo dobrze kojarzy mi się z zajęciami terenowymi z botaniki. Ciepło wspominam jej delikatnie cytrynowy zapach dzięki któremu łatwo było określić, że to właśnie o nią chodzi 🙂 Czy naturalny aromat został dokładnie odtworzony? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć – zapraszam do dalszej części posta 🙂

Wosk z kwiatowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o
odświeżającym zapachu kwiatów werbeny połączonej z cytrusami i kremową
wanilią.

Verbena to zapach świeży i wcale nie tak bardzo kwiatowy jak moglibyście pomyśleć. Werbena z natury jest rośliną, której olejki eteryczne znajdujące się np. w łodydze, mają lekko cytrusowy aromat. Jest on odprężający i działa kojąco – nie bez powodu zapach ten był wykorzystywany w celach leczniczych. Działał między innymi na bóle głowy, problemy skórne czy w celu podkręcenia metabolizmu.
Jak pachnie ten wosk? Rzeczywiście ma lekko cytrusowy aromat. Wanilia nie jest tu zbyt mocno wyczuwalna – robi delikatne tło, ale praktycznie „nie rzuca się w oczy” 😛 Zapach wosku jest intensywny, ale nie ma tu mowy o powodowaniu mdłości czy migren. Jestem nim pozytywnie zaskoczona i szczerze polecam go osobom lubiącym lekkie, nieprzytłaczające aromaty. 
Chciałam jeszcze opowiedzieć Wam skąd wziął się tytuł. Chciałam przytoczyć pewien interesujący cytat Aubrey’s Miscellanies. 

Werbena
pospolita była uważana za zioło o dużej wartości już w starożytności.
Od dawna utożsamiana była z boskością i innymi siłami nadprzyrodzonymi.
Ma ona równie długą historię jako roślina lecznicza. W starożytnym
Egipcie nazywana była „łzami Isis”. Celtyccy kapłani (druidzi)
prawdopodobnie używali jej w trakcie obrzędów na terytorium starożytnej
Anglii. W początkach ery chrześcijańskiej, legenda ludowa głosiła, że
werbeny pospolitej użyto żeby zatamować krwawienie z ran Jezusa po
zdjęciu z krzyża: stąd wzięła początek nazwa „święte zioło”. Chińskie
legendy nazywają ją „Zębem Smoka” odnosząc się do siły, która w niej
drzemie.

Wosk znajdziecie na goodies.pl w cenie 8 złotych.

Podoba Wam się nowa kolekcja Pure Essence? Co myślicie o zapachu Verbena?
Pozdrawiam

WRÓŻĘ Z PUSTYCH PUDEŁEK | PROJEKT DENKO | LUTY 2016

Hej!
Jak minął Wam Dzień Kobiet? Ja byłam na wizycie u dermatologa a wieczorem plotkowałam z mamą, babcią i sąsiadką 😛 Z Mateuszem niestety spotkać się nie mogliśmy, ale mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu uda mi się zagospodarować kilka dni na wyjazd do Warszawy 🙂
Dziś chciałam Wam pokazać produkty, które zużyłam w lutym. Z niektórymi pomogła mi mama – głownie tymi do ciała i włosów 😛 Wybaczcie mi też jakość dwóch ostatnich zdjęć – na miniaturce wyglądały na ostre a po zgraniu na komputer już tak różowo nie było. Starałam się jak mogłam, żeby je poprawić, ale nie jestem do końca zadowolona z efektów. Niestey pudełka po kosmetykach wylądowały w koszu i nie miałam okazji poprawić tych ujęć.
Jesteście ciekawi, co namiętnie zużywałam  w lutym? Zapraszam 😉

CIAŁO
Pisałam już recenzje tego olejku i nadal mam na jego temat taką samą opinię. Bardzo mi się spodobał, ponieważ dobrze nawilżał moje ciało i szybko się wchłaniał. Nie pozostawiał na skórze lepkiej warstwy, przez co nie trzeba było długo czekać na moment, w którym mogłam ubrać piżamy. Jedyne zastrzeżenia, jakie mam, to butelka – moja po zużyciu części olejku zaczęła przeciekać po położeniu, więc nie mogłam zabierać go w podróże. Na pewno sięgnę po inne wersje 😉
  • Mydło w płynie Isana, karmel i wanilia
Zazwyczaj nie pokazuję mydełek w projektach denko, ale to zauroczyło mnie swoim zapachem. Rzeczywiście jest to karmel połączony z wanilią. Bardzo słodki. Przypomina mi najlepsze cukierki z dzieciństwa – Dumle 😀 Lubię mydełka Isany za to, że są wydajne, tanie i nie wysuszają tak mocno moich dłoni. Niestety ta wersja nie jest już dostępna – była to zimowa edycja limitowana, więc nie kupię jej ponownie :C Na szczęście mam jeszcze połowę drugiego opakowania 😀
  • Żel pod prysznic Dove, Purely Pampering, Mleczko kokosowe i jaśmin
Jeden z dwóch „zimowych” zapachów Dove jakie posiadałam w swoich zapasach. Niestety nie spodobał mi się tak bardzo jak wersja, która pojawiła się w poprzednim projekcie denko, czyli ta z pistacją. Ten żel miał taką sama konsystencję i działanie, ale zapach był o wiele słabszy i mniej wyczuwalny. Mogę go polecić dla osób, które nie lubią mocnych aromatów. Raczej nie kupię ponownie. 
  • Płyn do kąpieli, Luksja, Carmel Waffle
Płyn, który lałam do wanny w celu uzyskania piany. Podobał mi się, bo dawał gęstą pianę a do tego pachniał ładnie, ale niestety nieco chemicznie. Nie trzeba było go zbyt wiele, dlatego okazał się wydajnym produktem. Kiedyś miałam wersję o zapachu jagodowej babeczki. Myślę, że kupię ponownie. 
  • Żel do higieny intymnej, Facelle, do skóry wrażliwej
W końcu udało mi się namówić mamę do przetestowania tego produktu. Miałam okazję używać tego płynu, ale w wersji aloesowej, która niezbyt mi się spodobała – głównie przez zapach. Tym razem przygoda z tym kosmetykiem przebiegała przyjemniej. Żel mocno się pieni i dobrze, ale delikatnie oczyszcza nie powodując podrażnień. Warto zaznaczyć, że nie zawiera SLS, a ostatnio nawet w tak delikatne produkty producenci potrafią go wpakować. Na pewno kupię ponownie. 
Tym razem użyłam tego masełka ze 3 razy – resztą zajęła się mama. Pisałam o nim już wiele razy, więc wiecie, że są do jedne z moich ulubionych masełek. Na razie jednak chyba będziemy od nich odpoczywać – zużyłyśmy wszystkie zapasy – w łazience stoi już ostatni słoik. Polecam, ale na razie nie zamierzam kupić ponownie.
  • Antyperspirant, Rexona, Spring Morning
Antyperspiranty Rexony należą do jednych z moich ulubionych. W moim przypadku rzeczywiście działają, chociaż nie mam wielkiego problemu z nadmierną potliwością. Ta wersja miała przepiękny, malinowo-kwiatowy zapach, dlatego używałam jej z przyjemnością. Mam nadzieję, że figuruje w standardowej ofercie, bo chętnie bym do niej wróciła.
  • Mydło w płynie, Yope, Wanilia i cynamon
Mam dwie próbki tych mydełek, ale po zużyciu tej mam wielką ochotę na pełną wersję 😀 Mydełka w ogóle nie wysuszają dłoni – to tak, jak zmienić żel z SLS na bez. Zapach obłędny, chociaż nie przepadam za cynamonem. Na szczęście, według mojego nosa, nie jest on zbyt mocno wyczuwalny. Pewnie kupię choć jedno opakowanie, bo cena na szczęście nie odstrasza 😛
  • Antyperspirant, Garnier neo, Fresh Blossom
To mój pierwszy antyperspirant w kremie. Postanowiłam dać mu szansę, bo to wersja pomiędzy tradycyjną kulką, a sztyftem. Za obiema wariantami nie przepadam, byłam więc ciekawa, jak spisze się u mnie ich mix. Jestem zadowolona! Nie dość, że antyperspirant dobrze działał, to jeszcze nie podrażniał ani nie wysuszał wrażliwej skóry pod pachami. Miał kwiatowo-owocowy, świeży zapach, który mi odpowiadał. Mam w zapasie jeszcze jedno opakowanie i zużyję je z przyjemnością.
  • Peeling do ciała, Wellnes & Beauty, Masło Shea i olej migdałowy
Lubię peelingi WB, ponieważ są wydajne, dobrze ścierają martwy naskórek i ładnie pachną. Do tego po ich użyciu skóra jest miękka i gładka w dotyku, a jest to skutkiem obecności olejków w tym kosmetyku. Jest to peeling solny, więc może podrażniać wrażliwą skórę – ja raczej nie miałam z tych problemów, chociaż czasem po goleniu potrafiło mnie coś zapiec. Będę szukała dla nich godny, cukrowych zamienników.
 

WŁOSY

  • Maska do włosów, Kallos Colour 
Jedna z moich ulubionych masek Kallosa. Może nie pachnie zbyt pięknie, ale zawiera filtry UV, dlatego lubię stosować ją w słoneczne pory roku. Jest gęsta, więc nie spływa z włosów. Moja czupryna dobrze się po niej rozczesuje, a kosmyki są lejące, gładkie i lśniące. Może nie jest to maska idealna, ale na pewno wrócę do niej latem.
  • Spray nadający objętość, CHI, Volume Booster

Jest to produkt, którego używała moja mama.  Ma krótkie, cienkie i farbowane włosy, którym często brak objętości nawet wtedy, kiedy są natapirowane i wysuszone na szczotce. Z pomocą przyszedł jej ten spray, który może i nie jest tani, ale rzeczywiście działa. Nie zawiera alkoholu a dzięki niemu włosy są ładnie odbite od nasady 😉 Mamy już drugą buteleczkę, tym razem postaram się przetestować, jak będzie spełniał swe zadanie na długich puklach (o ile można tak nazwać proste włosy xD).

  • Odżywka do włosów, Balea, Oil Repair
Zazwyczaj nie stosuję odżywek – praktycznie przy każdym myciu nakładam na włosy maseczki, nawet wtedy, kiedy nie mogę ich trzymać na głowie zbyt długo. Odżywkę Balea kupiłam mniej więcej za 1 Euro, więc „po taniości” 😛 Moje włosy lubią emolienty, więc i na ten kosmetyk dobrze zareagowały – były dociążone, miękkie i pięknie błyszczały. Przy następnej wizycie w DM na pewno kupię drugą sztukę 😉
  • Szampon do włosów, Alterra, Granat i Aloes
Szampony a Alterry lubię i stosuję je zamiennie. Mam jednak kilka ulubionych wariantów, po które sięgam częściej. Jednym z nich jest ten z granatem i aloesem, który fajnie nawilża moje włosy. Nawet kiedy nie stosowałam po nim maski tylko samą odżywkę bez spłukiwania były gładkie. Na pewno nie dociążone, ale dało się to przeżyć. Na pewno niejednokrotnie będę do niego wracać.

PAZNOKCIE

  • Lakier do paznokci, Maybeline, Forever Strong, 610 Ceramic Blue i 240 Lilac Charm
Od czasu do czasu przeglądam moje zbiory z lakierami i wyrzucam najbardziej zgęstniałe sztuki. Te lakiery kupiłam zaraz po założeniu bloga, czyli mają mniej więcej 3 lata. Niebieskiego używałam bardzo często, więc zużyłam go połowę. Fioletowy rzadziej lądował na paznokciach, ale także bardzo go lubiłam. Te lakiery trzymały się u mnie mniej więcej 4 dni, więc jest to dobry wynik. Żałuję, że nie nadają się już do użytku, ale mam ich godnych następców 😉
 

TWARZ

  • Maska nawilżająca, Ziaja
Po maseczki z Ziaji sięgam regularnie – stosuję je nawet kilka razy w miesiącu. Fajnie się sprawdzają, ale na pewno nie jest to efekt WOW, jaki można osiągnąć bardziej naturalnymi maskami. Wersja nawilżająca rzeczywiście sprawia, że skóra jest bardziej napięta i delikatnie rozjaśniona. Będę do niej wracać.
  • Tonik, La Roche Posay, Effaclar
Może na zdjęciu wygląda słodko, jest taki malutki, że aż zmusza do uśmiechu. Nic bardziej mylnego! Jak dla mnie ten tonik jest koszmarkiem wśród tego typu produktów. Bazował na alkoholu, śmierdział nim na kilometr ;/ Wysuszał i podrażniał skórę. Dobrze, że nie sięgnęłam po pełnowymiarową wersję – czasem nie czytam składów i zaliczyłabym wielką wtopę. NIE POLECAM!
  • Jajeczko do makijażu, Ebelin
Gąbeczka ze zdjęcia ma mniej więcej 5 miesięcy. Nie używałam jej codziennie, ale kilka razy w tygodniu zdarzało mi się aplikować nią makijaż. Od grudnia leżała nieużywana, bo zagubiła się w torbie z zużytymi kosmetykami. Bardzo ją polubiłam i dzięki cioci mam jej dość spory zapas 😀 Jeśli w wakacje uda mi się jechać do Niemiec na pewno kupię jeszcze kilka sztuk 😉
  • Klindacin T
Po wizycie u dermatologa w grudniu wykupiłam nową receptę. Zmienił mi się tylko jeden lek – maść z antybiotykiem. Klindacin świetnie u mnie działał, stosowałam go punktowo na wypryski – rano i wieczorem. W 2dni wszystko przysychało i nie było już tak widoczne. Gorzej radził sobie z podskórnymi naciekami, ale w tej kwestii również wspomagał mnie w walce z trądzikiem. Na razie do niego nie wrócę, bo wczoraj dermatolog przepisał mi jeszcze inny specyfik.
Uff 😛 Znacie któryś z zużytych przeze mnie kosmetyków? Lubicie oglądać projekty denko?
 
Pozdrawiam :3