YANKEE CANDLE | PEONY | Wiosna pełną parą

Hej!
Nie wiem jak u Was, ale na mazurach mamy coraz więcej słońca. powietrze może i jest mroźne, ale na pewno bardziej wiosenne niż było kilka tygodni temu. Ja nie mogę się doczekać już ciepła i zieleni – mam wtedy zdecydowanie więcej chęci i zapału do pracy! 😀 
Żeby poczuć w domu wiosnę w tym tygodniu zdecydowałam się na palenie wosku Peony, który pochodzi z nowej kolekcji Yankee Candle – My serenity. Czy rzeczywiście pachniał jak piwonia? Dalej się o tym przekonacie 😉

Wosk z kwiatowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu kwiatu dojrzałej piwonii.
Nie miałam jeszcze styczności z woskami z kwiatowej kategorii, obawiałam się więc, że ten może nie do końca przypaść mi do gustu. Lubię piwonie, ale teraz, zimą, ciężko jest mi wyobrazić sobie ich rzeczywisty zapach. Sam kolor i naklejka jak najbardziej wpisują się w kreatywne odwzorowanie wizji tego kwiatu – delikatny, brzoskwiniowo – różowy kolor , a naklejka to po prostu podobnego koloru kwiat.
Po wrzuceniu kawałeczka tarty do kominka po pokoju szybko rozniósł się piękny, kwiatowy aromat. Był świeży, słodko-kwaśny, ale nadal elegancki. Na jednym pokoju się nie skończyło – zapach jest tak intensywny, że objął większą część mojego mieszkania.
Moim zdaniem wosk ten idealnie nadaje się na wiosnę, lato, ale będzie świetnie odświeżał mieszkanie również zimą. Dawno nie paliłam wosku, który tak by mi się spodobał. Jak na razie jest to mój numer jeden z wiosennej kolekcji. Nie podejrzewałam, że będzie nim kwiatowy wosk 😛
Na pewno mogę polecić go miłośnikom nieprzytłaczających zapachów, które potrafią naładować nas pozytywną energią. Aura, jaką roztacza ten wosk rzeczywiście jest różowa – czyli taka, przez jaką optymiści patrzą na świat 😛
Zapach Peony znajdziecie na goodies.pl w różnych formatach. Wosk kosztował 8 złotych.

Lubicie kwiatowe zapachy? Myślicie, że ten wosk by Wam się spodobał?
Pozdrawiam :3

KOLEKCJA Q4 –  My serenity

LOREAL | TRUE MATCH | IVORY 1 | KOREKTOR IDEALNY

Hej!
Na moim blogu bardzo rzadko pojawiają się recenzje kosmetyków kolorowych. Przyczyną nie jest fakt, że ich nie używam, bo mam ich dość dużo, ale raczej to, że ostatnio mam większy problem z trądzikiem i nie chcę recenzować szminki kiedy mam wokół ust kilka czerwonych plam. Według mnie wygląda to nieestetycznie i wolę jeszcze trochę poczekać – aby efekt i dla mnie, i dla Was był zadowalający.
Idąc na kompromis postanowiałm Wam dziś opowidzieć o jednym z moich ulubionych korektorów, którego używam do maskowania cieni pod oczami. Natura (a raczej geny) obdarzyła mnie dość mocno widocznymi sińcami w tej okolicy, więc takie kosmetyki mogą się u mnie nieźle wykazać. Prawie jak test w ekstremalnych warunkach 😛
Dzisiaj opowiem kilka słów na temat korektora Loreal – True Match, który posiadam w najjaśniejszym kolorze, czyli Ivory. Jeśli jesteście ciekawi jak sprawdził się w tuszowaniu zasinień – zapraszam dalej 😉

Korektor z popularnej serii True Match.
Dopasowuje się do koloru oraz struktury skóry. Dzięki zawartości Opti –
Match świetnie wyrównuje kolor skóry, ukrywa niedoskonałości oraz cienie
pod oczami. Nie wysusza. Beztłuszczowa formuła.
Produkowany jest w 9 odcieniach – po 3 odcienie dla każdego rodzaju skóry (ciepły, neutralny i chłodny).
Opakowanie korektora podobne jest do innych kosmetyków z serii True Match – dominują tu przeźroczyste opakowania ze srebrnymi akcentami. Korektor należy do tych, z rodzaju „błyszczyków” – zakrętka zakończona jest gąbkowym, niewielkim aplikatorem. Z opakowania wydostaje się odpowiednia ilość produktu. Na górze umieszczona jest naklejka z nazwą koloru – w moim przypadku jest to numerek 1 – Ivory. Warto zaznaczyć, że nie należy ono do największych – pojemność tego kosmetyku to zaledwie 5,5 mililitra. 

Testowałam kosmetyk na różnych polach i moim zdaniem jego pigmentacja jest różna – zależnie od tego JAK i GDZIE jest aplikowany. Jeśli chodzi o okolicę wokół oczu – zazwyczaj nakładałam go palcem – ładnie się wtedy wtapiał, a krycie nadal pozostawało dość duże – lub gąbeczką Ebelin – wtedy krycie było o stopień niższe, ale korektor wyglądał na bardziej mokry niż po aplikacji palcami.
Próbowałam również maskować nim wypryski. Tu krycie wydawało mi się niższe, niezależnie od tego jak go nakładałam. Pamiętajcie jednak, że moje przebarwienia są dość mocno widoczne – na jasnej skórze wręcz świecą się jak czerwone diodki. Korektor delikatnie je przykrył, ale więcej od niego nie wymagałam. Jak sama nazwa wskazuje nie jest to kamuflaż – w celu zamaskowania większych przebarwień muszę po prostu używać bardziej treściwego produktu.

Aqua, Cyclopentasiloxane, Hydrogenated
Polyisobutene, Glycerin, Sorbitan Isostearate, Propylene Glycol,Titanium
Dioxide, Ozokerite, Phenoxyethanol, Magnesium Sulfate, Disteardimonium
Hectorine, Diosidium Glutamate, Methylparaben, Acrylates copolymer,
Butylparaben, Aluminum Hydroxyde, Alumina, Magnesium Ascorbyl Phosphate,
Calcium Pantetheine Sulfonate, Dextran Sulfate, Silica. May Contain: CI
77891 / Titanium Dioxide, CI 77499, CI 77492, CI 77491 / Iron Oxides,
Mica.
Jest mi zdecydowanie ciężej opisać skład kosmetyków kolorowych niż pielęgnacyjnych. Wydaje mi się jednak, że nie jest zły – co prawda zawiera parabeny i konserwanty, ale nie jest to produkt ani naturalny,a ni organiczny. Mi krzywdy nie robi –  nie wysusza, nie zapycha, nie podrażnia wrażliwej skóry wokół oczu. 
Aktualnie nie używam tego korektora codziennie, ale została mi go tylko resztka – zostawiłam ją specjalnie po to, aby napisać tego posta. To malutkie opakowanie starczyło mi na około 5-6 miesięcy codziennego stosowania! Nie oszczędzałam go przy nakładaniu, ale też nigdy nie należałam do osób, które nakładają duże ilości korektora pod oczy. Zazwyczaj kończyło się to tym, że większa ilość nie równała się mocniejszemu kryciu, a przez anatomiczną budowę oka mam tendencję do zbierania się produktów w zmarszczkach czy załamaniach. 
Jeśli chodzi o trwałość – nie mam mu nic do zarzucenia. Nałożony w rozsądnej ilości i dobrze przypudrowany trzymał się na skórze cały dzień i nie musiałam go w między czasie poprawiać. Z niedoskonałości znikał szybciej, bo już po kilku godzinach od nałożenia.

Nie jest ani rzadka, ani gęsta. Łatwo sunie po skórze i wklepany palcem dobrze się w nią wtapia. Korektor jest bezzapachowy. Ma ładny, jasny, żółtawy kolor, który dobrze maskuje fioletowe zasinienia. Ciemniejsze warianty nie są już tak żółte – ich odcień jest bardziej neutralny.

Korektor Loreal True Match dostępny jest we wszystkich drogeriach i sklepach, które mają w swoim asortymencie szafy Loreal. W Polsce dostępne są 4 odcienie tego kosmetyku – ja posiadam najjaśniejszy z nich.  Można go również kupić w wielu sklepach internetowych i to właśnie tam znajdziecie go w bardziej okazyjnej cenie.

Standardowa cena tego kosmetyku to mniej więcej 36 złotych, warto jednak polować na promocje. Mi udało się kupić go za 18 złotych, czyli połowę ceny z drogerii. W drogeriach internetowych jego zakup to koszt mniej więcej 20 złotych.
Jak wspomniałam we wstępie zawsze miałam problem z cieniami pod oczami. Nie wynika to ani z  niewyspania, ani z choroby czy też przemęczenia. Nie mam więc na to większego wpływu – kremy ani nawadnianie nie pomaga. Pozostało mi więc walczyć z nimi w bardziej doraźny sposób, czyli po prostu je maskować.
Korektor Loreal byl moim drugim, którego używałam w tym celu. Wcześniej pod oczy nakładałam podkład, później przerzuciłam się na mocno kryjący kamuflaż Catrice. Ciężkie produkty sprawiały, że mimo stosowania kremów skóra stała się przesuszona i szorstka. 
True Match Concealer kupiłam na promocji w Rossmannie. Polecała go RLM, a że spodobało mi się jego krycie i jasny kolor postanowiłam po niego sięgnąć. Wiedziałam też, że będzie dobrze współpracował z podkładem z tej samej serii. Korektor nie wysusza skóry, dobrze się na niej trzyma i nie wchodzi w załamania. Do tego jest wydajny, a jego cena na promocji wcale nie jest wysoka. Moim zdaniem dobrze maskuje cienie pod oczami i ujednolica kolor powieki. Ma dość suche, matowo – satynowe wykończenie, podobne do tego, jakie daje podkład z tej serii. 
Po kilku miesiącach używania stał się moim ulubieńcem i jestem pewna, że będę do niego wracać.

Tak. Nie znalazłam jeszcze korektora o tak fajnym kolorze i kryciu, który nie byłby ciężki i nie wysuszałby mojej skóry. Cenię go za to, że nie zbiera się w załamaniach i daje naturalny efekt. Polecam 😀
Od lewej – bez korektora, jedna warstwa korektora – korektor + puder  
Znacie korektor Loreal True Match? Podobają Wam się jego właściwości i efekt, jaki daje? Jakie korektory na mocne zasinienia polecacie?

Pozdrawiam!

PACZKA NIESPODZIANKA OD LOREAL | Czyli jak poprawić humor drobnym gestem :D


Hej!
Chciałam Wam dziś napisać o przesyłce, która w tamtym tygodniu poprawiła mi humor na kilka dni. Loreal również tym razem się postarał i przyznam, że wiele dziewczyn może się poczuć dzięki nim docenione i rozpieszczone. Tak było też w moim przypadku, a jeśli chcecie się dowiedzieć, co znajdowało się wewnątrz tajemniczego pudełka (o ile już nie widzieliście go na innych blogach :P) zapraszam dalej 😉

W ładnie zapakowanej paczuszce znajdowały się 2 tusze do rzęs. Oba, czyli Volume Million Lashes i Volume Million Lashes Feline miałam okazję testować, chętnie więc przekonam się jak sprawdzą się wersja Extra Black, czyli jeszcze czarniejsze niż tradycyjne mascary 😀 
Volume Million Lashes Extra Black – to standardowa wersja mascary ze zwykłą szczoteczką, której kolor jest jednak intensywniejszy. Dodaje rzęsom objętości i dokładnie je rozczesuje.
Volume Million Lashes Noir Feline – to najnowsza mascara z rodziny VML – ma za zadanie podkręcać rzęsy by nadać spojrzeniu drapieżnego, kociego wyrazu. Ma szczoteczkę z drobnymi rzęskami, przez co łatwo dostać się nią nawet w okolice kącików oka.
Co mnie najbardziej urzekło? Chyba kartka, którą znalazłam w środku – zapakowaną w piękną, złotą kopertę. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że marka Loreal naprawdę zainteresowała się moją osobą i blogiem, którego tworzę – a to, według mnie, duże wyróżnienie.

Jeśli tak jak ja jesteście fankami tuszy VML, albo nie miałyście okazji ich jeszcze testować, zapraszam Was na konkurs, w którym codziennie do wygrania są właśnie te, kultowe już, mascary. Główną nagrodą są dwie sztabki złota, więc gra jest warta świeczki. Więcej informacji i konkursie znajdziecie na stronie www.lorealparis.pl.
Dziękuję marce Loreal za świetny prezent i kilka miłych słów.
Lubicie mascary Loreal Paris? Lubicie takie prezenty?
Pozdrawiam :3

YANKEE CANDLE | MOONLIGHT | Tym razem męski żel pod prysznic :P

Hej!
Dziś post dość późno, bo wybrałam się z rodzicami i bratem do kina. Na jaki film? Nie powinno to być dla Was zaskoczeniem 😛 Jako fanka Marvela, Superbohaterów i fantasy nie mogłam odpuścić sobie Deadpoola 😀 Z filmu jestem zadowolona, polecam szczególnie tym, którzy lubią czarny humor 😀 
Co do posta – tradycyjnie w niedzielę zapraszam Was na recenzję wosku Yankee Candle. Kolejna nowość została przeze mnie przetestowana. Dzisiaj opiszę Wam Moonlight, czyli zapach, który skojarzył mi się z męskim żelem pod prysznic 😛 Chodźcie dalej 😛

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu bambusa, nut drzewnych i paczuli.
Najpierw chciałabym wspomnieć o czymś, o czym zapomniałam napisać tydzień temu. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, czy to jakaś wada produkcyjna konkretnej serii, ale wszystkie moje nowe woski z kolekcji Q4 mają dziurki w opakowaniach. Mimo tego, że trzymam je szczelnie zamknięte w woreczkach strunowych ten delikatnie mi się odbarwił. Na początku był delikatnie niebieski, a teraz jest praktycznie biały. Na szczęście nie wpłynęło to na zapach tarteletki.
Etykietka przyciąga uwagę – rzeczywiście mamy tu wieczór na plaży, który mi kojarzy się z relaksem, odpoczynkiem i spokojem. Szum wzburzonych fal na pewno zadziałał by na mnie kojąco – uwielbiam przebywać nad morzem 🙂
Przechodząc do meritum – tak jak w temacie zapach wosku skojarzył mi się z męskim żelem pod prysznic. Jest to zapach świeży, ale nie rześki. Delikatnie słodki. Tą słodycz nadaje mu prawdopodobnie ciepły zapach paczuli. Spodziewałam się czegoś ostrzejszego, co będzie pachniało „prawdziwym” facetem. To jest jednak tylko namiastka – zapach przypomina mi żele pod prysznic Old Spice, za którymi za bardzo nie przepadam. Będzie idealny dla fanek perfum, które są męskie, ale jednak otulające. Ja zdecydowanie bardziej wolę ostre nuty. Może gdyby wymienić paczulę na inny składnik połączenie z bambusem i drzewem bardziej przypadłby mi do gustu.
Zapach Moonlight znajdziecie na goodies.pl w cenie 8 złotych.
Spodobałby się Wam ten zapach? Czy wolicie męskie, ale otulające zapachy, czy tak jak ja – ostrzejsze, jeszcze bardziej świeże?
Pozdrawiam i do wtorku! 😀
KOLEKCJA Q4 –  My serenity

PODSUMOWANIE STYCZNIA NA INSTAGRAMIE | PIERWSZA ŚWIECA HYBRYDY I KONIEC WIEDŹMINA

Hej!
Zdaję sobie sprawę z tego, że jest połowa lutego, ale na podsumowanie poprzedniego miesiąca nigdy nie jest za późno. W styczniu nie działo się u mnie nic ciekawego, poza tym, że mamy już nowy rok i raz byłam w Warszawie. Jeśli jesteście jednak ciekawi, co mam do pokazania, zapraszam dalej 🙂 Dziś będzie krótko i na temat 😀

Jedne z moich dwóch ulubionych lakierów – Golden Rose Jolly Jewels i Maybelline Super Stay. Tutaj po ponad 10 dniach noszenia, jestem zaskoczona ich jakością i trwałością 😀

Fioletowa szminka i złoty eyeliner to odkrycia początku roku. Oba produktami jestem oczarowana i na pewno będę częściej z nich korzystać w codziennym makijazu ( o ile mój makijaż można nazwać codziennym – malowanie się raz na tydzień to jest to :D)

Weemini pytała, co mam w okolicach łazienkowej pielęgnacji. Znajdziecie u mnie Alterrę, Baleę, Kallosa, Evree, La Roche Posay (na szczęście już nie :P), Wellnes & Beauty i Dove. Praktycznie ze wszystkich tych kosmetyków jestem zadowolona.

Przeszłam Wiedżmina 3, a potem dodatek. Smutno mi, bo przez książkę zżyłam sie z bohaterami – szczególnie Ciri, Yennefer i Geraltem. Niedługo przechodzę od nowa, bo w maju wychodzi nowy dodatek 😀

Zamówienie z goodies – Illuma to wczesny prezent walentynkowy od Mateusza, woski to nowości z wiosennej kolekcji. To wielkie, różowe coś, to mój pierwszy słój Yankee Candle o zapachu Cotton Candy. Mniam 😀

Szkoda, że tylko na zdjęciach moja skóra wygląda tak nieskazitelnie :C Na ustach matowa pomadka Maybelline, która niestety nie jest dostępna w Polsce :C

Premiera waty cukrowej od Yankee Candle – jest moc, zapach bardzo mi się spodobał 😀 Z przyjemnością wypalę ją do dna 😛

Moje paznokcie po Vitapilu. Ten suplement zadziałał świetnie nie tylko na moje włosy, ale też paznokcie. Już dawno nie miałam ich tak długich – zazwyczaj szybko się łamały :C

Pepe. Więcej nie będzie :C Zaginął, nie wrócił, straciliśmy nadzieję.

Pierwszy Boomerang ;P Nie rozumiem, że to tak dziwnie zapętla ten mini filmik i mruga się, jakby miało się nerwowe tiki xD

Moje pierwsze, samodzielnie wykonane hybrydy. Myślałam, że to o wiele cięższa czynność i że pójdzie mi to zdecydowanie gorzej. Jestem z efektów zadowolona – lakier trzymał się na paznokciach 2 tygodnie. Musiałam go zdjąć tylko z powodu ogromnych odrostów, które wyglądały nieestetycznie.

Ten sam lakier, ale w świetle dziennym. Dla ciekawskich to Neo Nail – Forever Calm – piękny, niejednoznaczny kolor – raz jest to śliwka, raz fuksja, a raz malinowo-buraczana czerwień 😛 Podobny do Sally Hansen Cheryy Cheryy Bang Bang.

Selfie przed wyjazdem do Mateusza. Już dawno nie miałam tak dobrego zdjęcia, aż jestem zdziwiona 😀
Śledzicie mnie na Instagramie? Podawajcie swoje nazwy, chętnie pooglądam Wasz profile 😀 Które zdjęcie spodobało Wam sie najbardziej? 😀
Pozdrawiam

GlySkinCare | EMULSJA PILINGUJACA | 5% KWAS GLIKOLOWY

Hej!
Zimą i jesienią korzystamy z możliwości rozszerzenia pielęgnacji o produkty z kwasami – w pochmurne dni ryzyko fotouczulenia, czy pojawienia się przebarwienia posłonecznego jest zdecydowanie niższe. Kiedy otrzymałam propozycję współpracy od sklepu Diagnosis z możliwością wybrania dowolnego produktu zdecydowałam się własnie na Emulsję Pilingującą z 5% kwasem glikolowym. Przygoda z kwasem migdałowym pozytywnie mnie zaskoczyła, postanowiłam więc spróbować czegoś nowego. Jeśli jesteście ciekawi mojej opini na temat kosmetyku GlySkinCare – zapraszam dalej 🙂

Opis produktu:
Lotion Lite 5 (5% kwasu
glikolowego) – delikatnie pelingująca emulsja do twarzy na noc,
przeznaczona do cery normalnej lub tłustej.
Rodzaj cery:
Cera normalna, tłusta.
Korzyści:
  • Usunięcie martwego naskórka
  • Lepsze przenikanie skłądników aktywnych zawartych w kosmetykach w głąb skóry
  • Rozjaśnianie przebarwień posłonecznych, hormonalnych, pociążowych
  • Spłycanie zmarszczek
  • Spowalnianie procesów starzenia skóry
  • Regulacja wydzielania sebum
Sposób użycia:
Przed
użyciem wstrząśnij butelką. Umyj twarz Gentle Cleanser, a następnie
rozprowadź warstwę emulsji na twarz, delikatnie wcierając. Przy
pierwszym zastosowaniu pozostaw emulsję na skórze przez 2 godz., a
następnie umyj twarz Gentle Cleanser. Jeśli w ciągu 24 godz. nie pojawią
się podrażnienia, stosuj emulsję na całą noc. Zawarty w preparacie kwas
glikolowy może wywołać łagodne uczucie mrowienia lub zaczerwienienie
skóry. Objawy te związane są
z aktywnym działaniem preparatu i są
przemijające. Nie należy stosować emulsji na uszkodzoną skórę. Przy
stosowaniu preparatów złuszczających należy zrezygnować z opalania oraz
stosować filtry przeciwsłoneczne SPF 30.
W przypadku dostania się preparatu do oczu przemyć ciepłą wodą. Produkt nie zawiera substancji zapachowych.

Emulsja zapakowana jest w fioletowy kartonik, na którym znajdują się wszystkie potrzebne informacje – od sposobu użycia po skład. Sam produkt znajduje się w plastikowej, smukłej buteleczce z pompką, która jest półtransparentna i można dzięki temu kontrolować zużycie produktu. Pompka działa bez zarzutu – nie zacina się, dozuje odpowiednią ilość emulsji. Całość wygląda profesjonalnie i estetycznie. Pojemność opakowania to 100 mililitrów.

Aqua, Glycolic Acid (kwas glikolowy), Cetearyl Alcohol, PPG-11 Stearyl Ether,
Linoleamidopropyl PG-Dimonium Chloride Phosphate, Phenoxyethanol,
Isopropyl Palmitate, Hexylene Glycol, Propylene Glycol, Citrus Limon
Fruit Extract, Ethylhexylglycerin.
Skład moim zdaniem prezentuje się naprawdę fajnie. Już na drugim miejscu w składzie mamy wymieniony w nazwie produktu kwas glikolowy – jego stężenie jest więc znaczne. Skład może nie należy do naturalnych, ale producent nie wspomina, że jest to kosmetyk eco, więc nie ma się do czego przyczepić. Za kwasem znajdują się jeszcze emolienty, glikol propylenowy, który wykazuje działanie nawilżające i ekstrakt z owoców cytryny, który działa rozjaśniajaco. Ja jestem na tak.

Produkt jest naprawdę wydajny. Ma pokrycie całej twarzy wystarczy 1, maksymalnie 1,5 pompki, a całe opakowanie to aż 100 mililitrów kosmetyku.  Starczy na dobrych kilka miesięcy stosowania, tym bardziej, że nie nakładam go na twarz codziennie.

Cena kosmetyku waha się w granicach 60 złotych. Na pierwszy rzut oka może wydawać się to dosć spory wydatek, ale przeliczając to na pojemność i wydajność – wcale nie jest to cena wysoka. Moim zdaniem adekwatna do jakości produktu. Na wizażu podana jest kwota w wysokości 78zł, ale ja jeszcze nie spotkałam się z tak wysoka ceną.

Emulsja dostępna jest w dobrych sklepach internetowych i niektórych drogeriach online.  Niestety nie moglam znaleźć możliwości zakupu tego kosmetyku w sklepie producenta, czyli www.diagnosis24.pl

Produkt, jak sama nazwa wskazuje, ma postać dość gęstej emulsji, która nie spływa z dłoni, ale jest na tyle żadna, że łatwo rozsmarować ją na twarzy. Ma biały kolor i szybko się wchłania nie pozostawiając przy tym żadnej powłoczki na skórze.  Zapach na początku nie należy do najprzyjemniejszych – jest odrobinę mdły, ale na twarzy wyczuwalne są tylko lekko cytrusowe nuty, które szybko się ulatniają. 

Emulsję testowałam przez niecały miesiąc.  Miałam tą przyjemność rzetelnie przygotować się do tej recenzji, ponieważ producent nie narzucił mi czasu opublikowania posta, co bardzo się chwali. Moja skóra przyzwyczaiła się do stosowania substancji złuszczających – od lat nakładam  na nią retinoidy, a niedawno miałam okazję używać serum z kwasem migdałowym. Postępowałam jednak według zaleceń producenta, czyli wykonałam próbę uczuleniową – pozostawiłam emulsję przy żuchwie na 2-3 godziny, zmylam produkt i odczekałam cały dzień.  Reakcja alergiczna nie wystąpiła w moim przypadku, mogłam więc spokojnie przejść do testów. Przez pierwszy tydzień nakładałam emulsję 3 dni w tygodniu – od piątku do niedzieli na mniej więcej 4 godziny. Później stosowałam produkt na całą noc. Jakich efektów możecie się spodziewać? Po kilku tygodniach używania zauważyłam zmniejszenie się czerwonych przebarwień potrądzikowych – tych, które były mocno zaognione i były skutkiem wyprysków, które pojawiły się po zmianie maści przeciwtrądzikowych. Zauważyłam też oczyszczenie porów, szczególnie w okolicach nosa – czarnych kropek jest teraz zdecydowanie mniej, a pory są przez to mniej widoczne. Dodatkowo moja skóra jest ładnie napięta, a koloryt na czole odrobinę się wyrównał.

Plus za to, że jest to kosmetyk wyprodukowany w Polsce, a dokładniej, w niedalekim Białymstoku. Warto wspierać rodzime marki – my też mamy się czym pochwalić 😉

Jak oceniam więc produkt? Dla takich weteranów jak ja może być trochę za słaby – działał, ale spodziewałam się choć trochę lepszych efektów. Bałam się sięgnąć po wersję 10%, ale był to błąd  z mojej strony – miałam już kontakt  z kwasami i nie powinnam się ich tak obawiać 😛 Dla osób zaczynających przygodę z tego typu produktami będzie to na pewno dobre rozwiązanie.
Na kolejne opakowanie 5% emulsji się nie skuszę, ale po jej zużyciu pomyślę nad mocniejszą, 10% wersją. 

Stosujecie produkty z kwasami? Czy kosmetyki GlySkinCare są Wam znane?
Pozdrawiam 

Dziękuję firmie Diagnosis za możliwość przetestowania produktu. Fakt, że otrzymałam produkt za darmo nie wpłynął na moją opinię na jego temat.

YANKEE CANDLE | LEMONGRASS & GINGER | MUSUJĄCA TABLETKA?

Cześć!

Dawno nie pokazywałam Wam żadnych wosków, a już od dawna gości u mnie nowa kolekcja Yankee Candle Q1 – przepełniona pastelowymi kolorami i wiosennymi zapachami. U mnie słońca brakuje już  od dawna, więc postanowiłam wrzucać do kominka coś lżejszego, co naładuje mnie pozytywną energią. Na pierwszy ogień poszedł wosk Lemongrass & Ginger, który na sucho spodobał się mojemu bratu. Jak myślicie, przypadł mi do gustu? Zaraz o tym opowiem 😉

 Wosk z aromatycznej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu trawy cytrynowej i imbiru.
Pierwsze, co rzuca się w oczy po zobaczeniu tej tarteletki to jej limonkowy kolor. Mi kojarzy się on bardzo pozytywnie i nastraja mnie radośnie. Czemu? Nie wiem 😛 Może dlatego, że kojarzy mi się z wczesną wiosną, którą bardzo lubię.  Naklejka również pozostaje w egzotycznych klimatach i doskonale pokazuje to, czego możemy oczekiwać po tym zapachu.
Po rozpuszczeniu wosku Lemongrass & Ginger w kominku w pokoju szybko unosi się zapach. Nie jest on bardzo intensywny, ale nie mogę powiedzieć, że w ogóle go nie czuć. Jego moc oceniłabym na średnią – nie przyprawi o ból głowy, ale nie będzie też wysuwał się na pierwszy plan. Mi ten aromat rzeczywiście kojarzy się z limonką okraszoną pikantną nutą imbiru. Mimo, że jest mocno cytrusowy nie pachnie „łazienkowo, ale nie przypomina też nic wykwintnego. Kojarzy mi się odrobinę z musującymi tabletkami o smaku cytrynowym – delikatnie i przyjemnie szczypie w nos. Ktoś niedoświadczony może powiedzieć, że pachnie tak, jak posprzątane mieszkanie 😛
Czy mi się spodobał? Tak, ale na pewno nie trafi do grona ulubieńców. Jest to fajny, kwaskowaty zapach, ale nic w nim wyjątkowego, a szkoda,. Będzie idealny na ciepłe dni, kiedy sięgam po energetyzujące mieszanki. Podsumowując – polecam, ale tylko fanom owocowych, świeżych aromatów 😀
Zapach znajdziecie na goodies.pl w kilku wariantach – wosku (8 zł), samplerów, tealightów i 3 rozmiarów świec 🙂

Spotkaliście się z najnowszą kolekcją Yankee Candle? Lemongrass & Ginger byłby dla Was, czy to jednak nie te klimaty?
Pozdrawiam :3

PUPA VAMP EXTRTREME MASCARA + MAKIJAŻ INSPIROWANY STYLEM VAMP

Hej!
Wracam do Was po tygodniowej nieobecności. Nie mogę powiedzieć, że byłam umierajaca, ale czułam się naprawdę źle. W zeszłą sobotę dostałam dużego krwotoku z nosa – na tyle dużego, że w obawie przed moim mdleniem zadzwoniliśmy po karetkę. Na szczęście po 15-20 minutach krwotok ustał i już się nie powtórzył. Napędziło mi to niezłego stracha – krew po prostu leciała jak szalona – mimo że jestem twardą osobą pod koniec miałam nogi jak z waty i trzęsłam się jak galareta – byłam bliska pierwszemu w historii omdleniu :O Zaraz po tym złapała mnie infekcja i byłam zmuszona przyjmować antybiotyk – jak widzicie – niezła kombinacja.
Wszystko jest już na dobrej drodze, a ja mogę powrócić do blogowania, za którym, przyznam szczerze, tęskniłam. Matura coraz bliżej, mam wiec coraz więcej nauki, ale mam nadzieję, że kilka postów w tygodniu będę ws stanie wyprodukować 😛 
Kończąc ten długi wstęp – zapraszam Was na recenzje tuszu Pupa Vamp Extreme, który udało mi się wygrać w konkursie „Zostań gwiazdą blogosfery”. Jeśli uda mi się przejść do drugiego etapu, czyli najlepszej dwudziestki „zawodników” to od Was będzie zależało, jakie zdobędę miejsce. Na koniec przygotowałam moją interpretację makijażu w stylu wamp – mam nadzieję, że dostrzeżecie w niej coś pozytywnego – ostatnio w ogóle się nie maluję i moje umiejętności są na naprawdę kiepskim poziomie 😛 Zapraszam dalej 😉

Tusz do rzęs nadający efekt ekstremalnej objętości.
Synergiczne połączenie bogatej, kremowej formuły i szczoteczki o
innowacyjnym kształcie zapewnia zaskakującą i natychmiastową objętość
rzęs. Formuła miękko osadza się na rzęsach i nie obciąża ich.
Wysoka koncentracja czystych, głęboko czarnych pigmentów – efekt
atramentowo-czarnych rzęs.
Synergiczne działanie nadających strukturę wosków i żelowej fazy wodnej,
która otula rzęsy kolorem i optycznie je pogrubia. W formule połączono
dwa polimery najnowszej generacji, które tworzą miękki, elastyczny film
na rzęsach dla długotrwałego efektu pogrubienia, bez grudek i
osypywania.

Nie zawiera parabenów. Niskie ryzyko alergii. Testowana okulistyczne.
Odpowiednia dla osób o wrażliwych oczach i noszących soczewki
kontaktowe.

Tusz zapakowany jest w kartonik utrzymany w kolorach srebra i czerwieni. Na kartoniku pokazany jest właściwe opakowanie tuszu. Zawarte są na nim wszystkie potrzebne informacje – opis produktu, skład, kolor maskary i jej nazwa oraz pojemność i przydatność po otwarciu. Samo opakowanie tuszu jest srebrne, o metalicznym, lustrzanym wykończeniu – wygląda bardzo ładnie. Jego kształt to dość wysoki walec. Pojemność pełnowymiarowego opakowania to 12 mililitrów.

Nie wiem, czy powinnam to umieścić w tej kategorii, ale muszę przyznać, że ten tusz ma bardzo ładny, soczysty, czarny kolor. Podoba mi się to, bo kiedy kupuję maskarę w kolorze czarnym – nie chcę, żeby był on wyblakły, albo grafitowy 😛

Myślę, że takie opakowanie może wystarczyć na 6 miesięcy codziennego użytkowania, ale nie wiem, po jakim czasie ten tusz stanie się na tyle gęsty, że będzie brzydko wyglądał na rzęsach. Według mnie 3-4 miesiące użytkowania to minimum.

Tusz używam zaledwie od kilku dni i ma on jak dla mnie zbyt mokrą konsystencję. Wiem, że to się zmieni, kiedy formuła trochę przyschnie i czekam na ten moment. Kiedy pomagamy sobie grzebyczkiem nawet na samym początku możemy otrzymać zadowalający efekt. Kiedy pozostawimy rzęsy same sobie – mogę się one trochę posklejać. Po kilku tygodniach ten problem na pewno minie – większość tuszy do rzęs tak ma 😛

Maskary Pupa dostępne są w sieci perfumerii Douglas.pl. Vamp Extreme znajdziecie pod tym linkiem [KLIK]. Może ze stacjonarną dostępnością jest trudniej, bo ja do najbliższego mam ponad 100 km (ale w te strony nie jeżdżę :P), a do Warszawy czeka mnie ponad 200 kilometrowa podróż. Na szczęście można też zamawiać te produkty w Internecie – to dla mnie ogromny plus 🙂

Na stronie Douglas cena tej mascary to 69 złotych. Jest to średnio-półkowy tusz. Na promocjach (np. -20% podczas nocy zakupów) można ją kupić zdecydowanie taniej.

Jak wspomniałam wyżej maskarę wygrałam w pierwszym etapie konkursu „Zostań gwiazdą Blogosfery”. Nie miałam jeszcze kosmetyków marki Pupa, więc byłam ciekawa, jak ten tusz sprawdzi się w moim przypadku. Kiedy nie używam odżywek moje rzęsy są dość krótkie i proste, ale nie mogę powiedzieć, że jest ich mało. Od tuszy wymagam przede wszystkim pogrubienia, dobrego rozczesywania i rozdzielania włosków i chociaż delikatnego ich wydłużenia. Czy znalazłam te cechy w mascarze Vamp Extreme? Wydaje mi się, że tak. Mimo, że na początku trochę ciężko mi się z nią pracowało ze względu na lepką i rzadką konsystencję, po kilku razach uzyskałam naprawdę zadowalający efekt. Rzęsy mocno zyskały na objętości, były delikatnie sklejone, ale przeczesanie  grzebykiem załatwiło sprawę. 
Co do opakowania – jestbardzo fajne, przyciąga uwagę. Jestem fanką silikonowych szczoteczek, więc i ta szybko mi „podpasowała” 😛 Na początku miałam problemy z okiełznaniem jej rozmiarów, ale tutaj też poszło szybko i sprawnie.

Jeszcze nie wiem – dopiero zaczęłam stosować ten tusz i muszę sobie wyrobić na jego temat bardziej szczegółową opinię. Myślę jednak, że przypadnie mi do gustu 😀
Zapraszam Was jeszcze na mój makijaż inspirowany stylem Vamp. W rzeczywistości wyszedł o wiele mocniejszy, ale aparat zjadł mi kolory z powieki 😛 Dostałam się do 50 najlepszych osób i będę walczyć o dalsze nagrody! 😀 Może makijażystką nie jestem, ale z samego makijażu jestem zadowolona.

Czym dla mnie jest styl vamp? Drapieżnością, czymś co kusi. Nie bez powodu zdecydowałam się na wyraźne podkreślenie linii rzęs i powiększenie ust. Zmodernizowałam trochę ten makijaż – kobieta vamp, mimo tego, że dąży po trupach do celu, wcale nie musi być wulgarna – wręcz przeciwnie – powinna kusić i kokietować na wysokim poziomie. Co sądzicie o takiej interpretacji tego stylu?

Robiąc złą minę wyglądam jak naburmuszony dzieciak, który nie dostał zabawki xD
Podoba Wam się mój makijaż? Co sądzicie o tym tuszu?
Pozdrawiam! :3

PROJEKT DENKO | STYCZEŃ 2016 | JEST MOC ! :P

Hej!
Żeby zbilansować to, co kupiłam i znaleźć miejsce na nowe rzeczy powinnam zużywać to, co mam aktualnie na „stanie” 😛 Ostatnio ostro się za to wzięłam (zresztą same chwaliłyście mnie pod ostatnim denkowym postem :P), bo nie chcę już gromadzić tak wielkich zapasów (dla mnie po 2-3 produkty tego samego typu to dużo). Dziś pokażę Wam więc produkty, które udało mi się wykończyć w styczniu. Nie ma tego tak dużo jak ostatnio, ale i tak jestem zadowolona z wyniku. Zapraszam 🙂

CIAŁO:

  • GAL, ODŻYWKA KERATYNOWA W KAPSUŁKACH TWIST OFF
To produkt, który kupiłam w aptece i używałam do olejowania paznokci. Miał bardzo fajny skład – dużo olejków – między innymi rycynowy i z ogórecznika. Jedna kapsułka spokojnie wystarczyła na posmarowanie wszystkich paznokci i skórek wokół nich. Zazwyczaj robiłam taki zabieg na noc i rano budziłam się z miękkimi, wypielęgnowanymi skórkami bez zadziorek. Przy regularnym stosowaniu kapsułki wzmocniły paznokcie, ale później stosowałam je tylko od czasu do czasu i efekt nie był już tak dobry. Myślę, że jeszcze do nich wrócę, bo były niedrogie i fajnie się sprawdzały. Taką kapsułkę łatwiej jest zabrać w podróż niż półlitrowy słoik oleju kokosowego 😛
  • ŻEL POD PRYSZNIC, DOVE GO FRESH, OGÓREK I DRZEWO HERBACIANE
Żele pod prysznic Dove to już klasyka w moich projektach denko. Praktycznie nie używam już innych, bo te świetnie sprawdzają się na mojej skłonnej do wysuszania skórze. Pięknie pachną, są kremowe i dobrze się pienią. Ta wersja to zdecydowanie świeży, wiosenno letni zapach, ale moja mama wyjęła z szafki akurat taki 😛 Ich cena również jest zadowalająca – nie raz za 750 mililitrową butlę płaciłam 12-13 złotych, a te żele przez swoją konsystencję są naprawdę wydajne. Polecam osobom, które szukają odpoczynku od silnych detergentów 🙂

WŁOSY:
  • SZAMPON DO WŁOSÓW DODAJĄCY OBJĘTOŚCI, ALETRRA PAPAJA I BAMBUS
To jedna z moich ulubionych wersji szamponów z Alterry. Jestem im wierna od dłuższego czasu, bo moje włosy dobrze z nimi współpracują. Wersja z papają i bambusem naprawdę dodaje moim włosom objętości i delikatnie odbija je u nasady. Pięknie pachnie pomarańczową oranżadą i przyjemnie się ją stosuje. Szampon dobrze się pieni, a piana jest gęsta i dobrze wnika między włosy. Na promocji można dorwać te myjadła  za niecałe 6 złotych i jeśli lubicie delikatniejsze szampony, to naprawdę warto przetestować te 🙂
Szampony Batiste jak na razie najlepiej sprawdzają się na moich włosach – nie znalazłam jeszcze ich godnego zamiennika. Wersję Cheryy bardzo lubię za świeży, słodko-kwaśny zapach wiśni, który można spotkać np. w rozpuszczalnych gumach do żucia 😛 Jeśli chodzi o samo działanie szamponu – przedłuża świeżość moich włosów o kilka godzin. Stosuję go tylko w awaryjnych sytuacjach i tego samego dnia myję głowę i włosy. Pamiętajcie, żeby nie używać tych szamponów zbyt często i nie zostawiajcie ich na noc, bo mogą przyczynić  się do wypadania włosów. Od kliku miesięcy można znaleźć i kupić je w Rossmannie.

TWARZ:

  • POMADKA BALEA, BANANOWO – TRUSKAWKOWA
Ostatnio w denku pisałam Wam na temat arbuzowej pomadki tej firmy, dzisiaj przyszedł czas na zakręconą – bananowo-truskawkową. Od razu powiem, że z tamtej wersji byłam bardziej zadowolona. Tutaj skład był odrobinę lepszy, ale nie pasował mi smak (którego właściwie nie było) i zapach tej pomadki (mdły, bananowy, zero truskawek :C). Szkoda, bo zapowiadało się nieźle, a wyszło jak zawsze 😛 Do tej wersji nie wrócę, ale na pewno zaopatrzę się w podobną do arbuzowej 🙂
  • TUSZ DO RZĘS, LOREAL SO COUTURE
Mój numer jeden wśród tuszy do rzęs. Żaden poprzednik nie rozczesywał moich krótkich, ale gęstych włosków tak dobrze, jak ten. Pięknie wydłużał, pogrubiał i trzymał się na oku cały dzień. Nie było mowy o efekcie pandy czy osypywaniu – ten tusz był nie do zdarcia nawet przed niektóre płyny micelarne 😛 Ma w składzie alkohol, ale nie wpłynęło to zbytnio na stan moich rzęs. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam 😀

  • IZOTZIAJA

To maść, retinoid, o której wspominałam już w poprzednim projekcie denko. Działa złuszczająco na skórę powodując zmniejszenie ilości zaskórników, wyrównanie kolorytu cery i szybsze pozbycie się wyprysków. Wysusza skórę, a po 4 dniach stosowania z rzędu jestem obsypana suchymi skórkami 😛 Znacząco wpłynęła na kondycję mojej skóry – pory są widocznie oczyszczone, skóra bardziej napięta i mniej zanieczyszczona. Gdyby nie policzki – byłoby naprawdę ok. Kosztuje niewiele, bo mniej więcej 15 złotych i jest dostępna na receptę.

Na blogu znalazła się recenzja tego toniku.  W moim przypadku nie pomógł, a czasami nawet trochę szkodził. Mimo niezłego składu potrafił mnie podrażniać. Szkoda, że nie zauważyłam  pozytywnego działania tego specyfiku, bo zapowiadał się naprawdę fajnie. Przy stosowaniu maści złuszczających skóra często jest podrażniona, a ja nie chciałam nasilać tego efektu ubocznego innymi kosmetykami. Nie polecam i nie kupię. 

Recenzja tego produktu również pojawiła się na blogu. Płyn fajnie zmywał makijaż, ale był mniej wydajny do swojego różowego brata. Milo go wspominam, bo miał choć część cech idealnego płynu micelarnego – był delikatny, dobrze radził sobie nawet z mocniejszym makijażem i nie pozostawiał lepkiego, czy tłustego filmu ani mgły na oczach. Mógłby być jednak bardziej wydajny, bo jego cena w stosunku do pojemności względem Garniera jest dużo wyższa.

  • NACOMI, OLEJ JOJOBA
To mój pierwszy olejek do twarzy, którego regularnie używałam. Olej jojoba nie charakteryzuje się może najniższą komedogennością, ale jest kosmetykiem specyficznym – ma skład zbliżony do ludzkiego sebum, więc nie powinien zaszkodzić nawet skłonnej do zapychania skórze. Nie zauważyłam,aby coś złego działo się z moją skórą podczas jego stosowania – wręcz przeciwnie – byłą ona ładnie napięta, nawilżona, a suche skórki były mniej problematyczne i pojawiały się rzadziej. Polecam ten olejek każdej posiadaczce skóry tłustej i skłonnej do niedoskonałości – na pewno będziecie zadowolone 🙂 Jedynym minusem był brak pipety albo chociaż jakiejś zatyczki w nakrętce – czasem przez tak duży otwór wylewało mi się zbyt dużo oleju, co spowodowało jego szybsze zużycie.
  • NAJEL, MYDŁO ALEPPO Z OLEJEM Z CZARNUSZKI
W tym przypadku to również mój debiut. Nie wiedziałam jak moja skóra zareaguje na ten naturalny czyścik, ale na szczęście to mydło również okazało się strzałem w dziesiątkę. Dokładnie oczyszczało moją skórę, chociaż nie zawierało SLS-ów. Po umyciu twarzy tym mydełkiem „piszczała” ona z czystości. Konieczne było stosowanie toników, ale ja i tak włączyłam je do regularnej pielęgnacji. Sebum, zanieczyszczenia, resztki makijażu – temu mydłu nic nie było straszne 😛 Teraz mam inną wersję, ale nie wykluczę, że wrócę do tej 🙂
O tym kremie również pisałam już na blogu. Użyłam go do twarzy tylko kilka razy, bo nie za bardzo podobała mi się warstwa, jaką po sobie pozostawiał i bałam się, że będzie mnie zapychał. Ostatecznie zużyłam go do pielęgnacji szyi i dekoltu. Nie nawilżał zbyt mocno, ale skóra po jego zastosowaniu była przyjemnie gładka, ale to uczucie utrzymywało się tylko do momentu, w którym nie umyliśmy twarzy. Skład również nie był zbyt ciekawy. Osobiście nie polecam i nie kupię go ponownie.

  • LA ROCHE POSAY, KREM EFFACLAR K
Postanowiłam odpocząć od Effaclaru Duo [+] i postanowiłam wypróbować jego brata z tej samej serii – Effaclar K. Teh krem miał być podobny do poprzednika i chyba muszę się z tym zgodzić. Nie podrażniał mojej skóry, po jego zastosowaniu ładnie wyglądała. Nie działa tak szybko jak Duo [+], ale mam wrażenie, że efekty jakie daje, są bardziej długofalowe. Wyrównał koloryt mojej cery i sprawił, że nie wyglądała tak szaro jak zawsze. Pomagał w oczyszczaniu i zmniejszaniu widoczności porów. Mam jeszcze jedno opakowanie i pod koniec jego używania na pewno napiszę Wam oddzielną recenzję na temat tego kremu. Myślę, że kupię go ponownie.
Kolejny produkt, który debiutował już na moim blogu. Podobnie jak ja uważacie, że zbyt mocno wysusza nawet mieszaną czy tłustą skórę. Mi to wcale w walce z trądzikiem nie pomagało – wręcz przeciwnie – im bardziej sucha i spękana była moja skóra tym więcej krostek się na niej pojawiało. Na pewno nie kupię pełnej wersji, ten żel niestety nie wpisuje się w moje potrzeby. 
  • SYNERGEN, DUET ŻEL-MASECZKA DO TWARZY
Nigdy nie widziałam tych maseczek w Rossmannie, a że były na promocji, to wrzuciłam sobie jedną do koszyka. Zabieg składał się z żelu, którym mieliśmy oczyścić twarz i maseczki, którą potem na nią aplikowaliśmy. O ile żel okazał się naprawdę fajnym produktem, łagodnym dla skóry o tyle maska już tak bardzo mnie nie zachwyciła- miała alkohol wysoko w składzie i trochę mnie przez to podrażniła. Gdyby żel sprzedawany był solo w większych pojemnościach – na pewno bym do niego wróciła. Przez maseczkę raczej nie kupię ponownie.
Znacie któryś produkt z mojego styczniowego denka? Wolicie taką formę tych postów – mini recenzje – czy może mam robić je o wiele krótsze?
Pozdrawiam :3

ZNOWU ZAKUPY | HAUL IKEA | BATH & BODY WORKS | NATURA | BERSHKA

Hej!
Ostatnio zarzekałam się, że nic już nie kupię, bo mam wszystko, co mi potrzeba 😛 W weekend postanowiłam jednak odwiedzić Mateusza i wyszło jak wyszło – zawsze się tak kończą nasze wspólne wypady do stoicy 😛 Nie ma tego wiele, ale jeśli jesteście ciekawi, na co tym razem się skusiłam – zapraszam dalej 😛

Zestaw aplikacyjny do maseczek – czekał u Mateusza na odbiór. W moim Hebe niestety nie był dostępny, a kiedy kupiłam glinki potrzebowałam też narzędzi do ich rozrobienia. Chciałam coś niewielkiego i przeznaczonego tylko do tego celu. Zestaw kosztował 15 złotych i zawiera w sobie niewielką miseczkę, szpatułkę, syntetyczny pędzelek i miarki w trzech rozmiarach. Już miałam okazję przygotowywać w nim maseczkę i przyznam, że fajnie się sprawdza 🙂
Podkład Pierre Rene Skin Balance w kolorze 020 Champagne – mój romans z podkładem Loreal True Match trwa od dawna i postanowiłam poszukać czegoś, co byłoby jego fajnym zamiennikiem. Opinie o podkładzie Pierre Rene czytałam na wielu blogach i w większości były pozytywne. Ostatnio mam większy problem z przebarwieniami, więc postanowiłam go wypróbować. Odcień jest delikatnie za ciemny, ale przy dobrym roztarciu nie stwarza to większych problemów. Na pewno jego recenzja pojawi się na blogu. Akurat trafiłam na promocję -40% na tą markę w Naturze i zapłaciłam 18 złotych. 
Świeca Sinnlig kokosowa – tej wersji jeszcze nie miałam, więc wrzuciłam ją do koszyka. Jest to mniejsza wersja tych świec, kosztowała mniej więcej 4 złotych. Mam nadzieję, że będę ją czuć, bo jak na razie tylko dwa zapachy były na tyle intensywne – waniliowa i poziomkowa.

Tejn , sztuczna owcza skóra – mam zawsze ciemno w pokoju i brakowało mi jasnego tła, na którym mogłabym robić zdjęcia. Ta narzutka sprawdza się w tej roli świetnie, zresztą widziałam takie jej wykorzystanie na wielu blogach. Kosztowała  50 złotych i jest dość duża – spokojnie zmieszczą się na niej nawet większe produkty.

Balsam do ciała BBW, Vanilla Bean Noel – w weekend obowiązywała promocja na kolekcję świąteczną, na której żele i balsamy kosztowały 20 złotych, a mydełka 10. Zawsze chciałam wypróbować kosmetyki Bath & Body Works, ale ich ceny były dla mnie nie do przyjęcia. Balsam ma piękny, słodki zapach, ale jego skład nie zachwyca ;/ Na pewno nie wydałabym na taki produkt 60 złotych.
Żel pod prysznic Winter Candy Apple – zapach tego żelu jest słodki, jabłkowy, bardzo przyjemny. Niestety żele te zawierają SLES, więc prawdopodobnie będzie wysuszał moją wrażliwą skórę.
Mydełko w żelu Snow Kissed Berry – mydełko ma zapach słodkich owoców i staje się bardziej intensywny po spienieniu. Również zawiera SLES, ale ciężko znaleźć mydło w  płynie, które by go nie zawierało. Zużyję je z przyjemnością.

Ostatnią już rzeczą jest kurtka upolowana w Bershce na dziale z promocjami. Była przeceniona z 240 zł na 80. Lubię parki, ta jets krótsza, ale nadal ciepła i wygodna. Może na największe mrozy nie będzie wystarczająco ciepła, ale w tym roku już się takie nie zapowiadają.  Ma bardzo miły, futrzany kaptur, a podszewka jest pikowana. Myślałam, że rozmiar L będzie na mnie za duży, ale po zmierzeniu okazało się, że M-ka miałaby za krótkie rękawy :c Na szczęście ma ściągacze w pasie i łatwo jest zmniejszyć jej obwód.

Lubicie spontaniczne zakupy? Ja chyba zrobię sobie detoks 😛
Pozdrawiam i życzę, żeby pączki poszły… tam gdzie chcecie 😀