YANKEE CANDLE | COTTON CANDY | Mój pierwszy słój

Hej!
Jak wiecie bardzo lubię palić woski Yankee Candle, ale postanowiłam spróbować czegoś innego – od dłuższego czasu kusiły mnie ich świece. Zapisałam się do facebookowej grupy, przeczytałam wiele postów i postanowiłam zaryzykować. Rozważałam zakup średniego, lub dużego słoja. Słyszałam, że maluszki nie są zbyt mocno wyczuwalne, a szkoda wyrzucać mi ponad 40 złotych na mini świeczkę, która nie będzie pachnieć – od tego mam IKEĘ i ich lampionki za 4 złotych 😛 Zdecydowałam się w końcu na limitowany zapach, który po sprzedaniu wszystkich egzemplarzy nie będzie dostępny – Cotton Candy. Jesteście ciekawi, czy świeca o zapachu waty cukrowej przypadła mi do gustu? Zapraszam dalej 🙂

Duży słój z aromatycznej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu waty cukrowej.

Cotton Candy to moja pierwsza świeca Yankee Candle. Na początku obawiałam się, że nie będę umiała poprawnie jej rozpalić i będzie tunelować, co niekorzystnie wpłynęłoby na jej wydajność i moc zapachu. Obiecałam sobie nie palić jej, dopóki nie dokupię nakładki Illuma Lid. Tak się złożyło, że wygadałam się na ten temat Mateuszowi i razem ze świeczką przyjechała do mnie niezbędna pomocnica. Od razu mogłam więc brać się do działania i zacząć testować nową zabawkę 😛
Duża świeca Yankee Candle powinna palić się od 100 do 150 godzin – to naprawdę dość długi czas. Zależy on od tego, na ile będziemy pozostawiać świecę rozpaloną. Optymalny czas to 3-4 godziny i jeśli będziemy trzymać się w tych ramach to świeca teoretycznie powinna palić się dłużej, niż wtedy, kiedy będzie odpalona prez kilkanaście godzin.
Jeśli chodzi o sam zapach – Cotton Candy pochodzi z kolekcji Food & Spice. Lubię jedzeniowe zapachy, które nie kojarzą się wyłącznie z cynamonem i przyprawami korzennymi – inne mieszanki palę z przyjemnością. Nie miałam jak przetestować tej świecy w formie wosku (do tego podobno mocno różni się on od zapachu świeczki), więc obawiałam się, że zapach może być zbyt słodki i mdły, co mogłoby mi przeszkadzać lub po prostu się nie spodobać. Nic bardziej mylnego. Owszem – świeca pachnie bardzo słodko, rozgrzanym cukrem – tak jak w okolicy wózka z maszyną do wyrobu waty cukrowej. Jest w tym aromacie jednak coś jeszcze – dla mnie są to perfumeryjne nuty, które nadają mu głębi i wielowymiarowości. Sama zakochałam się w tym zapachu i cieszę się, że się na niego zdecydowałam. Dla mnie to wspomnienie z dzieciństwasłodycz, sklejone palce, kropelki rosy w tej cukrowej chmurce. Bardzo polecam i jeśli ktoś ma na niego ochotę – radzę się spieszyć, bo ma wielu fanów i szybko znika ze sklepowych pólek. 
Znajdziecie ją na goodies.pl w cenie 98 złotych.

Podobają Wam się słodkie zapachy? Lubicie watę cukrową? Macie jakąś świecę Yankee Candle?
Pozdrawiam :3

LA ROCHE POSAY | EFFACLAR | ŻEL OCZYSZCZAJĄCY | Hit czy kit?

Hej!
Postanowiłam iść za ciosem i dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję kolejnego kosmetyku do pielęgnacji cery trądzikowej. Możecie być zdziwieni, że wydaję opinię na temat produktu, którego używałam w formie miniaturowej. Otóż nic bardziej mylnego 😛 Żelu  Effalcar od La Roche Posay używałam już kilka razy, bo wiele znajomych osób mi go polecało. Czy byłam zadowolona? Czy dobrze wpłynął na stan mojej zanieczyszczonej skóry? Dowiecie się później 😉

Żel La Roche Posay Effaclar Puryfing
Foaming Gel przeznaczony jest do skóry wrażliwej i tłustej, zmniejsza
łojotok i ułatwia eliminację łoju, równocześnie nie powodując podrażnień
skóry. Wskazany do codziennej pielęgnacji skóry ze skłonnością do
powstawania trądziku i/lub podrażnionej środkami wysuszającymi.
Oczyszczający żel do twarzy La Roche Posay Effaclar Puryfing Foaming Gel
łagodnie eliminuje zabrudzenia dzięki swej nieagresywnej bazie
myjącej, bez mydła , bez barwników, bez alkoholu, bez parabenów.
Poprawia stan naskórka i dzięki działaniu soli cynku ułatwia usunięcie
nadmiaru łoju. W rezultacie stosowania skóra odzyskuje równowagę
fizjologiczną i jest doskonale przygotowana do zabiegów pielęgnacyjnych.
Zawarta w żelu woda termalna z La Roche-Posay (pH 5,5) koi i łagodzi
podrażnienia. Nowa formuła to według producenta nie tylko niższa cena i
większa pojemność, ale także wyższa skuteczność.

Opakowanie, to zależnie od pojemności – tubka (50,100 mililitrów) albo butelka z pompką (400 mililitrów). Miałam tylko te mniejsze pojemności i wygodnie mi się je użytkowało. Tubka miała niewielki otwór co zapobiegało wylewaniu się nadmiernej ilości żelu. Stylistyka opakowania utrzymana jest w podobnym tonie do reszty produktów tej firmy – minimalistyczne napisy, żadnych grafik, połączenie bieli, czerni i intensywnie niebieskiego koloru.
Aqua/Water, Sodium Laureth
Sulfate
(silny detergent, sól kwasu siarkowego, mocno wpływa na barierę lipidową skóry, u wrażliwców potrafi wręcz tą barierę naruszyć, może mocno wysuszać skórę; w internecie znalazłam wzmiankę, że jest substancją potencjalnie komedogenną), PEG-8 (sunstancja nawilzająca), Coco-Betaine (bardzo łągodna dla błon i skóry substancja myjąca, niejonowa), Hexylene Glycol (glikol heksylenoy, substancja wpływająca na nawilżenie skóry), Sodium Chloride (chlorek sodu, czyli popularna sól; jak wiadomo może wpływać drażniąco na skórę), PEG-120
Methyl Glucose Dioleate
(emolient), Zinc PCA (związek cynku, ogranicz produkcję sebum przez co wpływa na zmniejszenie przetłuszczania się skóry), Sodium Hydroxide, Citric Acid, Sodium
Benzoate, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Parfum/Fragrance
Jak sami widzicie, skład nie powala na kolana. Moim zdaniem jest bardzo przeciętny, a może nawet gorzej – produkt napakowany jest chemią. Na plus nie działa też to, że skład jest krótki. Występuje w nim wiele substancji, które mogą podrażnić wrażliwą skórę, a między innymi do takiej kierowany jest ten kosmetyk. Silny detergent, który pojawia się na początku składu może mocno ingerować w warstwę hydrolipidową skóry, a powszechnie wiadomym jest fakt, że kiedy nadmiernie „osuszamy/wyjaławiamy” skórę tłustą, zaczyna się ona produkować jeszcze większą ilość sebum.

Żel jest wydajny, wystarczy niewielka jego ilość aby dokładnie umyć twarz, ponieważ w kontakcie z wodą mocno się pieni. Takie małe, 50 mililitrowe opakowanie starczyło mi na mniej więcej 3-4 tygodnie codziennego stosowania, a wcale go nie oszczędzałam 😛 W tym tygodniu stosowałam go nawet rano i wieczorem, aby przyspieszyć jego zużycie.

Żel jest dermokosmetykiem, co oznacza, że jest dostępny w aptekach i drogeriach z częścią apteczną. Ja kosmetyki La Roche Posay najczęściej kupuję w Super Pharm albo Gemini, ponieważ tam ich ceny wypadają najbardziej korzystnie.

Żel ma ciekawą konsystencję. Niby jest lejący i spływa z dłoni, co możecie zobaczyć na zdjęciu niżej, ale jest przy tym dziwnie lepki i jakby gęsty 😛 Nie ma koloru – jest przeźroczysty. Nie umiem tego dokładnie opisać, ale mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Dzięki takiej konsystencji kosmetyk jest naprawdę wydajny – trzeba się trochę pomęczyć z jego zużyciem.
Cena zależna jest od wielkości opakowania. Moja miniaturka, której używałam teraz pochodzi z promocyjnego opakowania kremu i nie jest dostępna w regularnej sprzedaży. Czasem w pudełkach znajduje się też 100 mililitrowa wersja i jeśli lubicie ten produkt to warto właśnie wtedy w niego zainwestować. Cena 400 mililitrowej butelki, czyli największej pojemności , osyluje w granicach 90 złotych, przy czym często występują na te kosmetyki promocje i można je kupić nawet 40 czy 50% taniej.

Żelu Effaclar od La Roche Posay miałam okazję używać już kilka razy. Nigdy nie kupiłam pełnowymiarowego opakowania – kilka razy udawało mi się upolować kremy z 50 lub 100 mililitrowymi wersjami tego żelu. Zdążyłam wyrobić sobie opinię na jego temat i niestety kolejny raz zachwytów nie będzie. Przed pierwszym zakupem nie wiedziałam w ogóle nic o tym kosmetyku. Po przeczytaniu opinii na wizażu spodziewałam się, że bardzo dobrze wpłynie na moją trądzikową cerę – dobrze ją oczyści nie podrażniając jej przy tym. Niestety na jednym z tych pól się zawiodłam. Owszem, żel świetnie oczyszcza skórę, ale w moim przypadku skutkuje to wysuszeniem i ściągnięciem, a niekiedy nawet podrażnieniem. Nie lubię efektu ściągnięcia – moja skóra i tak jest wysuszona przy kuracji dermatologicznej i nie chcę jej dodatkowo obarczać, bo może skutkować to nadprodukcją sebum (a tego bym oczywiście nie chciała, bo to jeden z problemów, które przez leczenie i odpowiednią pielęgnację chcę zniwelować). Do plusów tego kosmetyku można zaliczyć to, że świetnie się pieni, jest bardzo wydajny i ma przyjemny, delikatny zapach. Cena regularna jest moim zdaniem trochę za wysoka, ale często bywają promocje, na których możemy mieć 400 mililitrów tego kosmetyku za niecałe 50-60 złotych.

U mnie się nie sprawdza, przynajmniej nie stosowany regularnie i raczej
nadal pozostanę przy swoim i nie sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie.
Miniaturki będę zużywać, ale z mniejszą częstotliwością (np. 2-3 razy w
tygodniu powinny wystarczyć).

Spotkałyście się z tym żelem „sam na sam”? Spodobał Wam się, czy macie mieszane uczucia tak jak ja? Wolicie delikatne, czy intensywnie działające produkty do twarzy? 
Pozdrawiam

YANKEE CANDLE | SNOWFLAKE COOKIE | Słodki killer

yankee candle snowflake cookie goodies.pl recenzja

Hej!
Chyba wyrwałam się z jakiegoś letargu – mam więcej chęci do życia, energii i siły do działania. Jestem z tego niezmiernie zadowolona – ciągłe zmęczenie i zniechęcenie zaczynało mi doskwierać. Może w końcu przestanę pisać o tym, że wezmę się za regularne blogowanie i naprawdę zacznę wprowadzać ten plan w życie 😛 Pierwszym krokiem był powrót do regularnego kosmentowania Waszych blogów – mam nadzieję, że to zauwazyłyście. A teraz – zapraszam na recenzję wosku, który w moim wypadku okazał się być słodkim killerem, a mowa tu o Snowflake Cookie od Yankee Candle 😛

yankee candle snowflake cookie goodies.pl recenzja

Wosk z okolicznościowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic.
Wyczuwalne aromaty: ciastka, cynamon oraz waniliowa polewa.
Patrząc na ten wosk nie mogłam się doczekać momentu jego odpalenia. Może nie przepadam za różowych kolorem, ale kojarzy mi się z maślanymi ciasteczkami i pobudza moją wyobraźnię (a także kubki smakowe :p). Naklejka świetnie odzwierciedla ten zapach – widnieją na niej ciasteczka pokryte lukrem i ozdobione jadalnymi perełkami – takie rzeczy lubię – słodkie a nie tuczy 😛
Po wrzuceniu dosłownie 1/5 tarty do kominka momentalnie rozszedł się po pokoju zapach bardzo, ale to bardzo słodki, jednak nie mdły i przytłaczający. Tak właśnie pachną maślane ciastka oblane sporą ilością cukru. Cynamon, czy inne przyprawy grają raczej drugie skrzypce i podczas palenia nie wysuwają się na pierwszy plan. Wanilia jest ukazana w tym zapachu trochę z innej strony – nie jest tak oczywista jak mogłoby się to wydawać.
Zapach jest bardzo mocny i długo utrzymuje się w powietrzu – nawet wietrzenie pokoju nie pomogło – musiałam czekać aż zapach sam się ulotni. Jak napisałam w temacie posta – w moim małym pokoju jest po prostu słodkim killerem. Może nie ma między nami bezgranicznej miłości, myślę jednak, że zostawię sobie resztę tarty i będę ją wypalać w chwilach, kiedy za oknem będzie ciemno i ponuro – przy herbacie i dobrej książce ten zapach na pewno znajdzie sobie miejsce.
Snowflake cookie znajdziecie na goodies.pl w cenie 8 złotych. Aktualnie nie jest dostępny, ale myślę, że pojawi się tam na święta, w przyszłym roku – w końcu jest to seria okolicznościowa 😉

yankee candle snowflake cookie goodies.pl recenzja
Podobają Wam się takie słodkie zapachy, czy może nie lubicie ulepków? Jakie zapachy Kringle Candle moglibyście mi polecić? Szukam odskoczni od Yankee Candle 😛
Pozdrawiam cieplutko i życzę miłej niedzieli 🙂

UNDER 20 | AKTYWNY TONIK GŁĘBOKO OCZYSZCZAJĄCY I ZWĘŻAJĄCY PORY

Hej!
Już dawno na łamach bloga nie zamieszczałam żadnej recenzji, postanowiłam więc trochę nadrobić braki w tym zakresie. Z racji tego, że niedługo będę publikować kolejny projekt denko (luty tuż tuż :C) chciałam poopowiadać szerzej o niektórych produktach, które się w nim znajdą. Jeśli macie cerę skłonną do niedoskonałości i nadal jesteście na etapie poszukiwania dobrego toniku – zapraszam na posta, w którym wyrażę swoją opinię na temat aktywnego toniku głęboko nawilżającego i zwężającego pory od Under 20. Jesteście ciekawi? Koniecznie przejdźcie dalej 🙂

Aktywny tonik głęboko oczyszczający idealny
do intensywnej pielęgnacji skóry z widocznymi niedoskonałościami.
Dzięki innowacyjnej kompozycji skoncentrowanych substancji czynnych
(salicylan sodu i witamina PP) i substancji tonujących, w aktywny sposób
przyczynia się do szybkiej poprawy kondycji skóry: aktywnie oczyszcza,
zwęża pory i matuje, zmniejsza przetłuszczenie skóry, zapobiega
trądzikowi. Efekt: głęboko oczyszczona skóra bez niedoskonałości
Producent zaleca stosować wraz z innymi kosmetykami z serii Anti! Acne Intense. 

Opakowanie toniku jest proste i przypomina inne z firmy Under 20. Charakterystyczne nadruki sprawiają, może od razu wiemy po jakiej marki produkt sięgamy. Co do szaty graficznej – prosta, ale przeznaczona dla młodszych „użytkowniczek” kosmetyków – produkty te nie wyglądają luksusowo, ale i takimi nie są. Najważniejsze, że naklejki się nie odklejają, a napisy nie wycierają. Buteleczka wykonana jest z twardego plastiku co pod koniec stosowania utrudnia wydobycie resztek kosmetyku. Otwór jest mały co zapobiega wylewaniu się nadmiernej ilości płynu na wacik. Zamknięcie na klik działa bez zarzutu – nawet w podróży nic się nie otwiera. Między łączeniem dwóch części etykiety zostawiona jest mała przerwa, która pozwala na obserwowanie ilości zużytego kosmetyku. Pojemność buteleczki to 200 mililitrów. Ogólnie rzecz biorąc nie mam się do czego przyczepić – jedynym minusem jest materiał, z jakiego zostało wykonane to opakowanie.

Aqua, Polysorbate 20 (emulgator, substancja biodegradowalna, bezpieczna dla skóry i środowiska), Glycerin (gliceryna ma działanie nawilżające, wiąże wodę, ale może u niektórych osób powodować trądzik kosmetyczny),
Panthenol (pantenol, hydrofilowa substancja nawilżająca, ma działanie przeciwzapalne i wspomaga szybszą regenerację naskórka), Sodium Salicylate (salicylan sodu, substancja konserwująca, która zapobiega wtórnemu zakażeniu kosmetyku mikroorganizmami), Propylene Glycol (glikol propylenowy, substancja nawilżająca), Niacinamide (witamina PP, w przypadku skóry tłustej i trądzikowej wspomaga regulację prazy gruczołów łojowych), Allantoin (alantaoina, nawilża skórę, wspomaga proces regeneracji naskórka, działa przeciwzapalnie i łagodzi podrażnienia),
Disodium EDTA (konserwant), Ethylhexylglycerin (pochodna gliceryny), Salix alba (Willow) Bark Extract (ekstrakt z wierzby białej, ma działanie przeciwzapalne, bakteriostatyczne, ściągajce, uszczelnia naczynia włosowate i wspomaga złuszczanie martwego naskórka), Silver (nano), Phenoxyethanol, Methylparaben, Parfum,
Limonene, Hexyl Cinnamal, Linalool, Benzyl Salicylate, BDutylphenyl
Methylpropional, Cl 60730, Cl 42090, Cl 77820

Wydajność tego kosmetyku oceniam jako średnią. Starczył mi mniej więcej na 1,5 miesiąca codziennego – porannego i wieczornego używania, co moim zdaniem, nie jest złym wynikiem. Nie trzeba lać go zbyt dużo na wacik, aby przemyć nim całą twarz, co również jest dla mnie plusem.

Konsystencją tonik Under 20 nie odbiega od reszty tego typu kosmetyków, jakie miałam okazję używać. Jest lejący i ma delikatnie niebieski kolor. Jest klarowny i nie zawiera żadnych drobinek czy mini-kapsułek. Przyjemnie się z nim pracuje, bo dzięki lejącej konsystencji szybko się wchłaniał i pozwalał na przejście do dalszych etapów pielęgnacji.

Ja swój egzemplarz kupiłam w Biedronce, ale na aktywny tonik głęboko oczyszczający jest również dostępny w innych sklepach i drogeriach – sprawdzałam jego dostępność w internetowej drogerii Rossmanna i można go tam kupić. Podejrzewam więc, że będzie również znajdował się w innych drogeriach na półkach z produktami pielęgnacyjnymi do młodej skóry z problemami.

Jego regularna cena to mniej więcej 15 złotych, ale mi udało się go kupić na promocji za 11 złotych w Biedronce – wtedy, kiedy obowiązywała gazetka z produktami pielęgnacyjnymi i kolorówką. W tej kwestii nie mam się do czego przyczepić – jest to dość standardowa cena i wiele podobnych kosmetyków ma zbliżoną cenę.

Kupiłam ten kosmetyk nie sprawdzając nawet dokładnie jego składu. Rzuciłam tylko na niego okiem, sprawdziłam czy nie ma wysoko w składzie alkoholu, który mnie podrażnia i wrzuciłam go do koszyka. Jego używanie zaczęłam mniej więcej 1,5-2 miesiące temu i z wydaniem na jego temat opinii zwlekałam do momentu, w którym tonik po prostu się skończył. Jakie są moje odczucia? Mieszane… Niby tonik nie zrobił mi krzywdy, ale nie zauważyłam również zbyt wielu pozytywnych efektów jego działania. Przy czwartym dniu (w tygodniu) stosowania maści złuszczających, skóra po przemyciu tym tonikiem była jeszcze bardziej podrażniona i zaczerwieniona, a do tego delikatnie piekła. Nie zmniejszył ilości powstających zaskórników czy niedoskonałości, nie oczyszczał i nie zwężał porów. Plusem jest fakt, że szybko się wchłaniał i pozostawiał skórę matową, bez żadnej warstwy okluzyjnej. Co do obecności miedzi – nie zauważyłam jej w składzie... Nie wiem po co producent wprowadza konsumenta w błąd i wprowadza fałszywe informacje na etykietę kosmetyku. Na wizażu spotkałam skład, w którym występuje związek miedzi, natomiast na moim toniku jak wół napisane jest, że w składzie znajdują się nano cząsteczki srebra. Kto może mi powiedzieć, co się znajduje w tym kosmetyku? Sama nie wiem 😛 
Podsumowując – nie jest to bubel, ale nie jest to również kosmetyk, który stał się moim hitem. Nie ma ani zbyt wielu wad, ani pozytywów, ale używałam już lepszych produktów tego typu.

Nie. Mojej twarzy zwyczajnie nie przypadł do gustu i nie zamierzam dawać mu drugiej szansy. Zdecydowanie lepiej sprawdził się u mnie tonik z Ziaji.

Lubicie kosmetyki Under 20? Znacie ten tonik? Jakie toniki/hydrolaty możecie polecić do skóry zanieczyszczonej, mieszanej, skłonnej do trądziku?
Pozdrawiam :3

PODSUMOWANIE GRUDNIA NA INSTAGRAMIE | Paznokcie, Sylwester, 500 Obserwatorów i Kolorowanki!

Hej!
Grudzień był naprawdę pięknym miesiącem – święta, rodzinna atmosfera, regeneracja sił i ładowanie akumulatorów. Bardzo szybko mi zleciał – ani się obejrzałam, a byłam już w nowym, 2016 roku – przynajmniej ciałem, bo co do ducha, to nadal jestem zagubiona gdzieś w ubiegłym 😀 U mnie grudzień był miesiącem praktycznie bezśniegowym, za to teraz temperatury sięgają u mnie nawet -18 stopni, czyli patrząc na resztę kraju – mieszkam na terenie polskiej Syberii 😀 Na Instagramie może nie pojawiło się zbyt wiele zdjęć, ale te, które się znalazły, są warte uwagi. Bez przedłużania – zapraszam na mix grudniowych zdjęć! 🙂

Lakiery hybrydowe wygrane na blogu minimalniee.blogspot.com. Jeszcze nie miałam okazji ich używać, bo nadal jestem przed zakupem lampy, ale kolory są piękne i na pewno będę nimi chętnie malować paznokcie 🙂

Pozostając w temacie paznokci przedstawiam Wam jeden z moich ulubionych lakierów – Rimmel Salon Pro 711 Punk Rock. Jest to tak nieoczywisty kolor, że dzięki temu w różnym świetle wygląda na fioletowy, granatowy, a nawet grafitowy. Po prostu cudo!
Pisałam już, że lubię śmieszne skarpetki. Wy też tak macie? 😀

Kolejny manicure, tym razem postawiłam na odcienie niebieskiego, które swoją drogą bardzo lubię nosić na paznokciach.

Fioletowa szminka jest u mnie fajną alternatywą dla mocnych fuksji. A Wy – lubicie?

Nowe pędzle Hakuro to jeden z kilku zakupów, jakie miałam okazję wykonać podczas dnia darmowej dostawy. Z obu jestem bardzo zadowolona i z przyjemnością ich używam 🙂

Miałam okazję robić również próbny arkusz maturalny z chemii dla nowej podstawy. Oczywiście poziom rozszerzony. Moja opinia? Progi pójdą w górę jeszcze bardziej :C

Balsamy z Rossmanna są naprawdę fajne, ale szkoda, że nie mają zapachu :C Już udało mi się obdarować nimi moją przyjaciółkę i jedną z Was 🙂

Nie mogłam się oprzeć i zamówiłam kolejne staniki Magic Box 😀 3 sztuki za 80 złotych, deal życia 😀

Koszula w sówki, choinka i szminka na ustach – jest radość! 😀

Postanowiłam zaryzykować i sięgnęłam po czerwoną szminkę. WOW, jestem pod wrażeniem 😀 Zdecydowanie częściej będę się nią malować 😀

W grudniu mój Instagram również miał swoje małe święto – 500 obserwatorów, to jest coś ♥ Dziękuję!

Nowe kredki musiałam przetestować na nowej kolorowance 😀 Colorino – jestem na tak! 😀

9 najpopularniejszych zdjęć na moim Instagramie w roku 2015. Które podoba Wam się najbardziej? 😀

Sylwestrowy szał w domu 😀 Makijaż był, sukienka też – przynajmniej do północy 😀 Potem wskoczyłam w ciepłe piżamki i dalej leczyłam swoją chorobę :C
Coś przyciągnęło Waszą uwagę? Jak minął Wam grudzień?
Pozdrawiam :3

YANKEE CANDLE | SEASON OF PEACE | Czyżby powtórka z rozrywki?

Hej!
Zima u mnie niestety nie wygląda tak pięknie jak jest to uwiecznione na etykietce tego wosku – może i śniegu jest dużo, ale ciągle brakuje mi tego niebieskiego nieba. Wczoraj delikatnie poświeciło słońce, właśnie wtedy udało mi się zrobić te zdjęcia. Dzisiaj znów jest szaro, ponuro i zimno. Czy kolejny wosk od Yankee Candle pomógł mi przezwyciężyć ponurą aurę? I co w ogóle może oznaczać powtórka z rozrywki? Jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na temat tarty Season of Peace? Zapraszam 🙂

Wosk z okolicznościowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic.
Wyczuwalne aromaty: bergamotka, mięta pieprzowa, patchoula oraz drzewo
cedrowe.

Czytając opis tego zapachu sama nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Podejrzewałam, że zapach będzie ciepły, otulający i, być może, delikatnie kwiatowy. Ochoczo wrzuciłam więc wosk do konika i trochę się zdziwiłam. Albo mój nos jest dziwny, albo ten wosk jest praktycznie taki sam jak opisywany już przeze mnie Egyptian Musk. Widzę w nich naprawdę ogromne podobieństwo – ciężkie, perfumeryjno-mydlane nuty, ciepło, choć ten zapach jest bardziej świeży niż ten pochodzący z letniej kolekcji. Delikatnie kojarzy mi się z zapachem wypięlęnowanych, starych, drewnianych mebli. Niestety nie wyczuwam w nim zapachu mięty pieprzowej.
Mi nie przypadł do gustu – mimo tego, że nie jest bardzo intensywny, to po pewnym czasie staje się duszący. Jest to propozycja dla osób lubiących mocne, ale niezbyt wyraziste aromaty. Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 8 złotych.

Miałyście okazję wąchać ten wosk? Jak myślicie, spodobałby Wam się, czy nie?
Pozdrawiam :3

PROJEKT DENKO | Grudniowa mobilizacja i porządki w kosmetykach!

Hej dziewczyny!
Jestem z siebie dumna – w grudniu udało mi się wykończyć praktycznie wszystkie otwarte kosmetyki 😀 Niedługo będę mogła przejść do nowości i już nie mogę się niektórych doczekać. Do działania zmobilizowały mnie chyba przedświąteczne porządki – przez puste opakowania nie zamykała mi się szafka, a jak wiecie, nie wygląda to zbyt estetycznie. Postanowiłam więc raz dwa zużyć to, co zaplanowałam, zrobić zdjęcia i pozbyć się niepotrzebnych śmieci. Jesteście ciekawi, co znalazło się w dzisiejszym projekcie denko? Zapraszam dalej 🙂 

CIAŁO:

  • ŻEL POD PRYSZNIC, DOVE PURELY PAMPERING, PISTACJA I KWIAT MAGNOLII

Jak wiecie od niedawna stałam się fanką żeli Dove. Nie wysuszają one mojej podatnej na to skóry, pięknie pachną, są kremowe i dobrze się pienią. Na początku obawiałam się, że ta wersja zapachowa nie do końca się u mnie sprawdzi – lubię pistacje, ale sam zapach żelu wydawał mi się odrobinę dziwny. Po kilku użyciach zmieniłam zdanie i moja opinia uległa zmianie. Zapach był słodki, czuć było te lekko słonawe pistacje. Otulał i sprawiał, że kąpiel była naprawdę odprężająca. Na zimę – jak znalazł. Kupię ponownie.

  • ŻEL POD PRYSZNIC, OCEANIA AROMATIC, LEMON ENERGY

Używałam tego żelu jako płynu do kąpieli. Dawał fajną piankę i ładnie pachniał a do tego był tani i ogólnie dostępny – pochodzi z Biedronki. Nie wyróżniał się może niczym szczególnym i pewnie do niego nie wrócę, bo jednak płyny do kąpieli bardziej się pienią i zazwyczaj mają intensywniejsze zapachy.

  • ŻEL POD PRYSZNIC, ORIGINAL SOURCE, WIŚNIA I POKRZYWA

Limitowana, halloweenowa edycja żelu Original Source. Lubię ich używać ze względu na intensywne i pobudzające aromaty. Ten tutaj zostawił u mnie Mateusz, więc nie zużyłam całego opakowania sama. Zapach był dziwny, coś mi przypominał, ale nie jestem w stanie stwierdzić co 😀 Miał lejącą konsystencję jak każdy żel tej marki. Fajna odmiana raz na jakiś czas. Na pewno kupię jeszcze inne wersje zapachowe.

  • OLEJEK DO CIAŁA, BABYDREAM FUR MAMA

Był to pierwszy olejek, po który sięgnęłam po dłuższej przerwie w olejowaniu ciała. Zdałam sobie sprawę, że działa to na nią zdecydowanie lepiej niż wszelkiego rodzaju balsamy. Skład tego kosmetyku bardzo mi się spodobał, a do tego zapach odpowiadał mi zdecydowanie bardziej niż wersji dla malutkich dzieci. Olejek świetnie nawilżał ciało, stosowałam go co 2 dni i nie musiałam się martwić suchą skórą na łydkach czy innych partiach ciała najbardziej narażonych na wysuszanie. Jego cena jest rewelacyjna i na pewno do niego wrócę.

  • PŁYN DO HIGIENY INTYMNEJ, LACTACYD SENSITIVE

Jeden z moich ulubionych płynów do higieny stref intymnych. Dobrze oczyszcza, ale nie podrażnia przy tym delikatnej skóry. Pisałam o nim już wiele razy, więc na pewno wiecie, że kupię go ponownie 🙂

  • MASŁO DO CIAŁA, FARMONA TUTTI FRUTTI, KIWI I KARAMBOLA

Masełko, które miałam okazję testować już na własnej skórze, tym razem zużyła mama. Jak wspomniałam wyżej, w paragrafie z olejkiem do ciała, zimą stawiam na najbardziej nawilżająco-natłuszczające produkty. Masłem musiałabym smarować się codziennie, a nie jest to moja najbardziej ulubiona czynność i pewnie często bym z niej rezygnowała ryzykując przy tym gorszym stanem skóry. Latem chętnie do nich wrócę, teraz poziom nawilżenia jaki dają mnie nie zadowala.

WŁOSY:
  • MASKA DO WŁOSÓW, KALLOS ALGAE
Maska bardzo przypadła do gustu mojej mamie – sama nie byłabym w stanie wykończyć jej w tak krótkim czasie. Litrowe opakowanie kosztuje mniej więcej 15 złotych, a jakość w stosunku do ceny to, w moim przypadku, prawdziwa bajka. Dzięki tej maseczce moje włosy były pięknie wygładzone, lśniące i dociążone. Nie przyspieszała ich przetłuszczania, ale nigdy nie kładłam jej od nasady aż po końce. Zapach na początku nie do końca mi odpowiadał, ale się do niego przyzwyczaiłam. W ruch poszło kolejne opakowanie. Warto dodać, że w składzie naprawdę występuje ekstrakty z alg i glonów, więc nie jest to tylko chwyt marketingowy. Dla mocno zniszczonych włosów może okazać się niewystarczająca, ale myślę, że na włosach  średnioporowatych może fajnie zadziałać 🙂
  • SZAMPON DO WŁOSÓW, ALTERRA, MORELA I PSZENICA
Szampony Alterry stosuję zamiennie i praktycznie nie zauważyłam między nimi różnic. Ta wersja jednak ostatnio mnie trochę zawiodła. Wydaje mi się, że czasami powodowała u mnie delikatny łupież. Wątpię, że był od spowodowany niedokładnym spłukaniem szamponu, a odżywek czy masek na skalp nie nakładam. Na razie nie będę wracać do tej wersji – mam jeszcze wiele innych do wyboru 😀
TWARZ:
  • PIANKA DO TWARZY, HIMALAYA HERBALS, NEEM Z MIODLĄ INDYJSKĄ
Kosmetyk ten znalazłam w Hebe i zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłam go kupić. Jak wiecie, byłam rozczarowana pianką z Nivei, ta natomiast sprawowała się już zdecydowanie lepiej. Nie zawierała silnych detergentów, ale nie była też od nich w pełni wolna -w składzie można było znaleźć ALS, który powodował na mojej skórze delikatny efekt ściągnięcia. Jedna pompka tej pianki wystarczyła na dokładne oczyszczenie twarzy, Produkt miał bardzo ładny zapach. Nie wiem czy do niej wrócę – mam jeszcze wiele innych żeli do przetestowania na swojej liście i rzadko powielam się w tej kwestii 🙂
  • KREM DO TWARZY, EFFACLAR DUO [+]
To krem, który rzeczywiście wspomaga moją walkę z trądzikiem. Po wakacyjnej przerwie zdecydowałam się do niego wrócić i uważam, że jest to dobra decyzja. Razem z produktami od dermatologa walczy z przebarwieniami, grudkami i małymi wypryskami. Nie jest cudotwórcą, ale jego działanie jest widoczne. Bardzo fajnie sprawdza się pod makijażem, bo delikatnie matuje i utrzymuje w ryzach moją strefę T. Mam w zapasach jeszcze jedno opakowanie – zużyję je i pewnie odpocznę od niego, żeby moja skóra za bardzo się nie przyzwyczaiła 🙂
  • TUSZ DO RZĘS, LOREAL VOLUME MILLION LASHES
Cała seria tych tuszy to moi faworyci w tej kategorii. Wiodą prym już od kilku lat i raczej nie zastąpię ich innym produktem. Czasem testuję coś nowego, ale kiedy nie wiem po co sięgnąć, wracam do sprawdzonego ulubieńca. Złota i fioletowa wersja to moi faworyci i praktycznie zawsze można znaleźć je w mojej kosmetyczce 🙂 Kupię ponownie 😀
  • KREM POD OCZY, DERMEDIC, HYDRAIN HIALURO
Bardzo fajny krem pod oczy, który dobrze nawilżał. Sprawdził się zdecydowanie lepiej niż poprzedni, o którym pisałam. Miał lekką, szybko wchłaniającą się konsystencję i nie powodował, że korektor utrzymywał się w okolicach oczu krócej lub zbierał się w załamaniach. Na razie szukam czegoś bardziej treściwego, ale latem powinien zdać egzamin i zastanowię się nad powrotem do tego kosmetyku.
  • SERUM, BIELENDA PROFEESIONAL, SUPER POWER MEZO SERUM Z 10% KWASE MIGDAŁOWYM

Kolejny produkt do twarzy, który świetnie się u mnie sprawdził. To kosmetyk, który aplikowałam nocą pod olejki. Wspomagał walkę z przebarwieniami, delikatnie złuszczał naskórek i sprawiał, że moja skóra stała się bardziej promienna i napięta. Krostki znikały z mojej twarzy szybciej, nawet wtedy, kiedy miałam przerwę od maści. Teraz stosuję inny produkt, ale do tego z Bielendy wrócę na pewno. Mój drogeryjny hit.

  • POMADKA OCHRONNA DO UST, BALEA, ARBUZ
Pomadka za grosze o wspaniałym zapachu i smaku. Skład też był fajny i używałam jej z przyjemnością. Smarowałam nią usta w ciągu dnia, stałą na moim biurku żebym o niej nie zapominała. Kiedy będę w DM po raz kolejny na pewno wezmę jeszcze inne smaki, bo ta pomadka bardzo fajnie nawilżała usta 🙂
  • MASEŁKO DO UST, NIVEA, JAGODA
Powiem tak – te masełka znudziły się i mnie i moim ustom ;/ Nie nawilżają już jak na początku i raczej do nich nie wrócę. Brakuje mi w nich smaku, a zapach też nie należy do najintensywniejszych. Wiem, że mają wielu zwolenników, mnie pierwsze, karmelowe opakowanie też kupiło, ale w tym momencie to już chyba za dużo. Nie kupię ponownie. 
  • ZIAJA, OCZYSZCZANIE LIŚCIE MANUKA, PASTA GŁĘBOKO OCZYSZCZAJĄCA PRZECIW ZASKÓRNIKOM
To już moje drugie opakowanie tego produktu i przyznam, że jestem z niego bardzo zadowolona. Jest to peeling mechaniczny więc nie mogłam go stosować, kiedy miałam na twarzy wypryski, ale kiedy się zagoiły wracałam do niego regularnie, raz w tygodniu. Pozbywał się suchych skórek i delikatnie oczyszczał, ale nie oznaczało to całkowitego pozbycia się zaskórników. Nie mniej były one mniej widoczne, a cera wyglądała na mniej zanieczyszczoną. Na 100% wrócę do tego produktu.
  • ZIAJA, MASECZKI DO TWARZY, NAWILŻAJĄCA I OCZYSZCZAJĄCA
To jedne z najtańszych i najlepiej sprawdzających się na mojej skórze maseczek. Nawilżająca naprawdę sprawia, że skóra jest bardziej błyszcząca, rozjaśniona, nawilżona. Ozzyszczająca pomaga w szybszym gojeniu wyprysków, ale nie są to spektakularne efekty. Regularnie do nich wracam, bo dzięki nim moja skóra wizualnie wygląda zdecydowanie lepiej. 
  • MASKA W PŁATKU, BIELENDA, SUPER POWER MEZO MASKA
Używałam jej pierwszy raz, więc nie wiem do końca, czy jest warta swojej wyższej ceny 😛 Po przeleżeniu z bawełnianym płatkiem nasączonym płynem około 20 minut moja skóra była delikatnie rozjaśniona i mocniej napięta. Raczej do niej wrócę, jeśli uda mi się ją upolować na promocji i przetestować razem z innymi produktami z tej serii.
  • PŁATKI KOSMETYCZNE, CAREA
To moje ulubione płatki do demakijażu. Nie rozwarstwiają się, są mięciutkie i nie zostawiają zbyt dużej ilości pyłku.  Nic dodać, nic ująć. Polecam 😀
  • ŚWIECA, IKEA, SINNLIG, LODY WANILIOWE
To jedna z dwóch wersji zapachowych świeczek z Ikei, którą rzeczywiście czuję podczas palenia. Może zapach nie zabija intensywnością, ale jest przyjemny, otulający o bardzo słodki. Po jej odpaleniu od razu poprawia mi się nastrój. Na pewno będę do niej wracać 🙂
Któryś z tych produktów jest Wam znany? Jak Wam poszło zużywanie produktów w grudniu?
Pozdrawiam :3

YANKEE CANDLE | CANDY CANE LANE | Miętowe tic tac?

Hej!
U mnie dziś iście zimowa pogoda! Od 7 napadało śniegu po łydki i tak już zostało. „Tradycja” palenia zimowych wosków Yankee Candle trwa w najlepsze i dziś porozmawiamy o jednym z nich. O takim, który od początku plasował się na szczycie listy tych do zamówienia. Byłam ciekawa co ja wyczuję po jego rozpaleniu, bo co nos, taka interpretacja zapachu. Jedni twierdzili, że to zapach waniliowych ciasteczek, inni, że miętowych tic taców. A co w Candy Cane Lane wyniuchałam ja? Odpowiedź na pytanie znajdziecie w dalszej części posta 😉

Wosk z okolicznościowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic.
Wyczuwalne aromaty: mięta pieprzowa, słodkie ciasteczka oraz kremowy
waniliowy lukier.
 
Nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie ten wosk trafi do mojego kominka. Zapach bardzo spodobał mi się po samym opisie. Na pierwszy rzut oka widać zimową naklejkę z domkiem z piernika, który jest ozdobiony lukrem. Wosk ma przepiękny, intensywnie czerwony kolor, który przyciąga uwagę i ładnie wygląda podczas palenia w kominku. 
Zapach jest momentalnie wyczuwalny i unosi się w pomieszczeniu od rozpalenia, aż po długi czas po zgaszeniu tealighta. Na początku jest on mocno miętowy, ale słodki. Pachnie jak tytułowe, miętowe tic taci. Później zapach rozwija się, mięta delikatnie gaśnie i na pierwszy plan wybijają się kremowe ciasteczka. Nuta waniliowego lukru również jest wyczuwalna. Im dłuższy czas palenia tym bardziej zapach staje się słodki. 
Bardzo mi się spodobał i myślę, że w  przyszłym roku (o ile jeszcze będzie wtedy dostępny) do niego wrócę. Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 8 złotych. Ceny Yankee niestety w tym roku podwyższyło ceny i w każdym sklepie pewnie pójdą one w górę :C

Miałyście okazję go palić? Spodobałby Wam się Wam zapach podobny do smaku tic taców?
Pozdrawiam :3

BLOGOWE PLANY NA 2016 ROK

Hej wszystkim!

Choroba nadal mi nie odpuszcza, po kibicowaniu naszym siatkarzom mam dodatkowo zdarte gardło i ogólnie moje samopoczucie oceniam na złe :C Do tego wczoraj mój tata wyjechał z powrotem do pracy i znów nie będziemy się widzieć przez kilka tygodni. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się wrócić do regularnego blogowania i wdrażania w życie planów i postanowień noworocznych. Dziś porozmawiamy sobie o tym, co chciałabym zmienić w sposobie prowadzenia bloga. Zapraszam!

  • JESZCZE WIĘKSZA SYSTEMATYCZNOŚĆ
W 2015 roku udało mi się naprawdę dość systematycznie pisać posty. Zdarzały się dłuższe, czy krótsze przerwy, ale każdy potrzebuje czasem przerwy na zregenerowanie sił. Jestem tylko człowiekiem, a nie maszyną, więc nie jestem w stanie pisać postów codziennie. Zostanie przy 3-4 postach tygodniowo jest moim zdaniem najlepszym wyjściem. Zastanawiam się jednak, czy pisać posty, co 2 dni, czy może ustalić ramowy plan, na przykład – posty w poniedziałek, środę, piątek (albo poniedziałek, czwartek, sobota) i dodatkowy w niedzielę. Co o tym sądzicie? Który pomysł jest lepszy?
  • LEPSZE ZDJĘCIA

Ostatnio moje zdjęcia bardzo ewoluowały – zaczęłam dbać o światło, tło – czyli coś, do czego wcześniej nie przywiązywałam większej uwagi. Teraz mój kitowy obiektyw nie do końca mi wystarcza, więc odkładam fundusze na nowy – stałkę canona – 50mm 1.8. Mam nadzieję, że uda mi się go kupić w pierwszej połowie tego roku i poskutkuje to jeszcze lepszą jakością zdjęć. A Wy, zauważyliście różnicę w wyglądzie zdjęć?

  • POMYSŁY NA NOWE POSTY

Ostatnio na mojego bloga wkradło się trochę zbyt dużo monotonii, z czego nie jestem zadowolona. Brakuje mi tu serii DIY, postów motywacyjnych czy nawet moich realizacji kuchennych przepisów. W końcu świat na kosmetykach się nie kończy 😛
  • UPORZĄDKOWANIE STARYCH POSTÓW I ETYKIET

Przyznam szczerze, że mam problem z postami z początków bloga. Część z nich przywróciłam do wersji roboczej, bo na początku blog ten bardziej przypominał pamiętnik, niż miejsce, jakim jest teraz. Bałagan w etykietach również nie pozwala mi na poprawną segregację wpisów, a Wam przeszkadza w ich wyszukiwaniu. Niestety taka edycja zajmie mi dużo czasu i pewnie dam radę to zrobić dopiero po maturze. Mam nadzieję, że w tym roku dojdzie to jednak do skutku i nie będę tego odkładać w nieskończoność 🙂

  • STWORZENIE MAPY STRONY

Nie tylko nietrafione etykiety utrudniają znalezienie właściwego posta. Archiwum na blogerze nie jest zbyt dobrze zaplanowane i nawet ja czasem borykam się z problemem znalezieniem szukanych przeze mnie treści. Myślę, że mapa strony jest fajnym pomysłem i świetnie sprawdza się na blogach – wtedy łatwo znaleźć interesujący nas wpis. Ten punkt zostanie pewnie zrealizowany w podobnym czasie jak ten wyżej – będzie to czasochłonne, ale też satysfakcjonujące zajęcie. Myślicie, ze to dobry pomysł?

  • STWORZENIE DOKŁADNEGO PROFILU URODOWEGO

W związku z edycją zakładki „O mnie” poprzedni plan urodowy niestety ucierpiał. Tak naprawdę w ogóle znikł ze strony. Wiem, że czasem jest to przydatne, szczególnie wtedy, kiedy szukacie recenzji jakiegoś kosmetyku, jesteście ciekawi jego działania i chcecie zobaczyć, jaki stan włosów czy skóry występuje u mnie i jak w takich kategoriach działa dany produkt. Firmy szukające blogerek do współpracy też na to patrzą, ale mam wrażenie, że zdecydowanie rzadziej – nie raz dostawałam propozycje w ogóle niedostosowane do moich preferencji 😛
Wraz z nowym rokiem i u Was szykują się zmiany na blogach? Macie jakieś plany w tej kwestii?
Pozdrawiam :3

ULUBIEŃCY GRUDNIA | Balea | Wibo | Ponownie Bourjois

wibo 3 steps to perfect face contour palette trio bourjois rouge edition velve 06 pink pong balea oil repair odżywka

Cześć!
Niedługo na blogu pojawią się ulubieńcy roku, postanowiłam jednak podsumować ubiegły rok dopiero po napisaniu posta na temat ulubieńców grudnia. Znajdą się tu bowiem kosmetyki, których używałam właśnie podczas makijażu i pielęgnacji w ciągu ostatniego miesiąca i niektóre z nich nie zostały przeze mnie poznane na tyle dobrze, żeby wrzucać je do jednego worka z pozostałymi perełkami. Zapraszam Was dziś na posta, w którym pojawią się: odżywka z olejem arganowym z Balei, paletka do konturowania od Wibo oraz ponownie Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze 06 Pink Pong. 

bourjois rouge edition velvet swatch 06 pink pong blog

BOURJOIS, POMADKA ROUGE EDITION VELVET, 06 PINK PONG
Jest to pomadka, która już drugi raz pojawia się w ulubieńcach. Jest jednak naprawdę tego warta. Na moich ustach lądowała dość często, bo mam do niej wielkie zaufanie. Długo się trzyma, ne wysusza i nie podkreśla zbytnio suchych skórek (ale nie mogę też powiedzieć, że je maskuje). Kolor wpija się w usta i przy minimalnych poprawkach wytrzymuje u mnie cały dzień. Nie raz spisała się na medal w podbramkowych sytuacjach i na pewno nie raz będę do niej wracać.

Co do koloru – jest piękny, mocno nasycony – uwielbiam takie fuksje. Optycznie wybiela zęby i dzięki temu jeszcze częściej mamy ochotę się uśmiechać 🙂

wibo 3 steps to perfect face contour palette blog

WIBO, PALETA DO KONTUROWANIA TWARZY, 3 STEPS TO PERFECT FACE

Swoją sztukę dorwałam na promocji w Rossmannie w listopadzie ubiegłego roku. Bronzer jest niestety nie dla mnie – niektórzy mówią, że ma ładny, neutralny odcień, ale na mojej bladej twarzy wypada zdecydowanie zbyt pomarańczowo. Róż jest jednym z najpiękniejszych, jakie miałam w swojej kolekcji. Nadaje twarzy zdrowemu blasku i jest dobrze napigmentowany (chociaż na ręce tego nie widać) i opalizuje na złoto. Rozświetlacz w stosunku do różu ma nieco zbyt chłodny odcień, ale używam go z innymi kosmetykami tego typu lub solo. Bardzo przypomina mi Diamond Iluminator – daje taflę blasku, nie ma w nim nieporządanych drobinek.

wibo 3 steps to perfect face contour palette blog

Wszystkie trzy produkty mają aksamitną, delikatnie kremową konsystencję. Troszkę się osypują, ale nie jest to uporczywe i nie przeszkadza w ich użytkowaniu. Opakowanie jest małe, solidne i posiada duże lusterko. To trio fajnie sprawdza się u mnie w podróży, kiedy nie nie mogę zabierać ze sobą zbyt wielu kosmetyków.

wibo 3 steps to perfect face contour palette blog swatch swatches

wibo 3 steps to perfect face contour palette blog

BALEA, ODŻYWKA DO SPŁUKIWANIA OIL REPARIR Z OLEJEM ARGANOWYM

Odżywkę, o której tu piszę kupiłam już dawno temu –  w wakacje. Pół roku czekała w kolejce, żebym mogła jej użyć. Kosztowała niewiele, a moje włosy naprawdę ją pokochały. Opakowanie – miękka tuba – jest wygodne i nie trzeba się zbyt mocno gimnastykować, żeby wydobyć z niego produkt. Kosmetyk ma rzadką konsystencję, przez co delikatnie spływa z włosów. Po użyciu tej odżywki moje włosy są dociążone, lśniące i mięsiste – kochają emolienty, a w tej odżywce można znaleźć ich sporo. Polecam ją osobom ze zniszczonymi lub suchymi włosami – powinna ładnie je wygładzić. 
Znacie kosmetyki, które stały się moimi grudniowymi ulubieńcami? Co Wam wpadło ostatnio w oko i nie rozstajecie się z tym na krok?
Pozdrawiam :3