YANKEE CANDLE | MADAGASCAN ORCHID | Ostatni punkt podróży do Afryki

Hej!
Aby zakończyć sezon jesienny, a przejść do świątecznych klimatów chciałam Wam dziś opowiedzieć o ostatnim już wosku z kolekcji Q3 Out of Africa. Dni są coraz zimniejsze i krótsze, chciałam więc przywołać ciepły klimat do mojego mieszkania. Czy udało się ściągnąć promienie słońca dzięki zapachowi Madagascan Orchid? Czy i tym razem Yankee Candle udało się doskonale odzwierciedlić zapach egzotycznych kwiatów? Jeśli jesteście ciekawi – zapraszam dalej 🙂

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii
Classic. Intensywny i intrygujący aromat białej orchidei z Madagaskaru,
która kwitnie tylko przez jeden dzień.
Przyznam się bez bicia i powiem od razu, że naprawdę nie wiem, jak pachnie orchidea z Madagaskaru. Nigdy nie miałam okazji jej wąchać, ciężko będzie mi więc powiedzieć, czy zapach wosku dobrze odzwierciedla  naturę. Przechodząc jednak do meritum – sam kolor wosku bardzo mi się spodobał. Buraczane, ciemne bordo jest jednym z tych, które kojarzą mi się z piękną jesienią. 
Zapach wyobrażałam sobie jako bardzo kwiatowy, rześki, lekki. Troszkę się pomyliłam, bo po rozpaleniu wydobywająca się woń jest ciepła, głęboka, wcale nie kojarząca się z polskimi kwiatami. Aromat nie jest też podobny do tego, którym raczą nas doniczkowe storczyki czy orchidee. Zapach jest słodki i delikatnie perfumeryjny. Ewidentnie wyczuwalna jest w nim kwiatowa nuta. Ciężko jest mi go opisać i porównać do czegokolwiek mi znanego. Jest intensywny, ale nie przyprawia o zawroty głowy. Według mnie po dłuższym czasie może stać się męczący.
Gdybym miała możliwość ponownego zakupy Madagascan Orchid chyba bym tego nie powtórzyła. Zapach nie jest nieprzyjemny, ale nie wpasowuje się też w kanon moich ulubionych. Sama nie wiem, co o nim myśleć – zostawię resztki na później i wrócę do niego kiedy za oknem zrobi się cieplej.
Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 7 złotych.
Lubicie kwiatowe zapachy? Jak według Was pachną białe orchidee?
Pozdrawiam :3

PROJEKT DENKO | Wykończeni w październiku i listopadzie

Hej!
Nie wiem czy Wy też tak macie, ale ja mam ogromną satysfakcję z  tego, że udało mi się wykończyć jakiś produkt. Po rozpoczęciu przygody z blogowaniem na poważnie miałam tendencję do otwierania kilku opakowań kosmetyku tego samego typu – czy to szamponu, czy balsamu. Wiązało się to z długim czasem używania kosmetyków. Na półkach piętrzyły się wieżyczki zbudowane z masek do włosów i pomadek do ust, a ja ciągle dokupowałam nowe rzeczy – przeczytałam recenzję i coś mnie zaciekawiło, promocje w sklepach też często kusiły. Zmobilizowałam się jednak do zrobienia porządku i skutecznie uszczuplam swoje zapasy. Dziś chciałam Wam pokazać pudełka po produktach zużytych w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Zapraszam 🙂

CIAŁO:

DOVE, GO FRESH, OGÓREK I ZIELONA HERBATA
O żelach Dove wspominałam na łamach bloga już kilka razy. Kupując pierwszy podchodziłam do całej sprawy sceptycznie, ale teraz muszę szczerze przyznać, że jestem nimi zachwycona. Moja skóra w końcu nie jest wysuszona, a balsamowanie, czy olejowanie ciała co 2 dni w zupełności wystarcza – pozbyłam się już bardzo suchych miejsc na ciele (pozostało kilka, ale taka już moja uroda 😛 poza tym i tak wyglądają zdecydowanie lepiej niż kiedyś). Żele świetnie się pienią i mają kremową konsystencję. Skóra po ich użyciu jest miękka i nie można mówić o uczuciu ściągnięcia. Do tego przez kilkadziesiąt minut i na nas i w łazience unosi się piękny zapach – w tym wypadku świeżego ogórka i trawy cytrynowej. Polecam!
BABYDREAM, OLEJEK DO CIAŁA
Olejek ten zabierałam ze sobą w podróże ze względu na jego niewielkie rozmiary. Olejowałam nim zarówno ciało, jak i włosy i w obu przypadkach sprawdził się doskonale. Włosy były miękkie, sprężyste i lśniące, a skóra jędrna, napięta i dobrze nawilżona. Mimo niewielkich wymiarów starczył mi na naprawdę długi okres czasu. Olejek ma krótki i wartościowy skład. Nie do końca odpowiadał mi jego zapach, ale po użyciu nie był aż tak intensywny i nie drażnił mojego nosa. Chętnie sięgnę po jego pełną wersję, bo jest to produkt niedrogi, a idealnie wpasowuje się w potrzeby mojej skóry. 
LACTACYD, EMULSJA DO HIGIENY INTYMNEJ SENSITIVE
Mój ulubiony płyn do higieny intymnej. Dlaczego o nim wspominam? Niestety ciężko jest teraz znaleźć produkt z tej kategorii bez SLS, czyli takiego, który nie naruszałby naturalnej bariery ochronnej naszego organizmu. Jak na razie w moim domu gości tylko Facelle i wspomniany wyżej Lactacyd. Nie podrażnia i delikatnie, ale skutecznie oczyszcza. Będę do niego wracać i również polecam. Pisałam o nim w poprzednim denku. 



WŁOSY:

ALTERRA, SZAMPON KOFEINA – BIOTYNA

Szampony Alterry stosuję zamiennie, na promocji kupuję różne warianty raczej nie zwracając uwagi na to, czy produkt jest w 100% dostosowany do potrzeb mojej skóry głowy i włosów. Jak dla mnie taki kosmetyk ma po prostu moje kosmyki myć, a przy tym nie powodować wysuszenia, plątania. Szampon nie powinien być też czynnikiem, który spowoduje podrażnienia skalpu. Szampony Alterry dobrze myją włosy, są pozbawione silnych detergentów, a do tego nawet po samym szamponie i odżywce w sprayu są one miękkie, lśniące i sypkie. Na pewno kupię ponownie, chociaż ta wersja ma średni zapach 😛

FARMONA, HERBAL CARE, SZAMPON CZARNA RZEPA
Raz na jakiś czas (2-3 razy w miesiącu) myję włosy mocniejszym szamponem. Ten tutaj jest naprawdę świetny – ma krótki skład i doskonale domywa włosy z wszelkich zanieczyszczeń i produktów, które zdążyły się na nich osadzić w ciągu kilku tygodni pielęgnacji. Szampon nie ma zbyt przyjemnego zapachu, ale wybaczam mu to przez jego dobre działanie. Jest wydajny, a udoskonalona buteleczka z mniejszym otworem sprawia, że oszczędzamy produkt podczas mycia – dozujemy odpowiednią jego ilość. O jego skrzypowym bracie pisałam już dawno temu. Na pewno do niego wrócę, ale chcę przetestować jeszcze inne szampony o podobnym działaniu.
FARMONA, JANTAR, ODŻYWKA Z WYCIĄGIEM Z BURSZTYNU
Jantar to zdecydowanie najbardziej popularna odżywka do skóry głowy w sieci. To z nią zetknęłam się na początku mojego włosomaniactwa i pozostałam jej wierna do dziś. Nie zawiera alkoholu przez co nie będzie podrażniać nawet wrażliwych skalpów. U mnie nie powoduje szybszego przetłuszczania się włosów, za co bardzo ją cenię – w innym wypadku musiałabym je myć codziennie, a to nie jest mi na rękę. Bardzo przyspiesza porost włosów, więc mogę polecić ją osobom, które walczą o każdy centymetr przyrostu w miesiącu. Po 3 tygodniach kuracji mam na głowie mnóstwo baby hair, które są cieniutkie, ale mocne. Jeśli jesteście ciekawi i chcecie dowiedzieć się o niej więcej zajrzyjcie do posta, w którym zawarłam pełną jej recenzję.

L’BIOTICA, BIOVAX NATURALNE OLEJE, DWUFAZOWA ODŻYWKA DO WŁOSÓW BEZ SPŁUKIWANIA

Odżywkę w spray stosuję rano, przed każdym czesaniem oraz po myciu włosów. Jej głównym zadaniem jest pomoc w rozczesaniu moich plączących się kosmyków. Ta odżywka radziła sobie z tym dobrze, ładnie nabłyszczając przy tym włosy. Były po niej jeszcze miększe, bardziej lśniące a do tego pięknie i słodko pachniały. Jej używanie było dla mnie przyjemnością, jest jednak jedno ALE – atomizer zamiast rozpryskiwać mgiełkę produktu czasem psikał strumień cieczy i sprawiało to, że włosy były sklejone i nie wyglądało to zbyt estetycznie. Myślę, że wrócę jeszcze do tych odżywek, bo są godnymi zamiennikami moich ulubionych Gliss Kurów. 
ALTERRA, SZAMPON GRANAT – ALOES
Jest to chyba mój ulubiony wariant szamponów Alterry. Pachnie bardzo ładnie i najbardziej nawilża moje włosy nie powodując przy tym ich obciążenia. Mini wersję zabierałam ze sobą do podróżnej kosmetyczki. Taka mała butelczka starczyła mi na 5 albo 6 myć i jest to moim zdaniem niezły wynik. Do tego szamponu wrócę na pewno – jest tani, dobry i nie oczekuję do myjących włosy produktów więcej.
ALTERRA, ODŻYWKA DO WŁOSÓW GRANAT – ALOES
Miałam szampon z tej serii, miałam maskę, przyszedł więc też czas na odżywkę. Tak jak szampon, o którym pisałam wyżej, zabierałam ją na podróże i również sprawdziła się świetnie. Sprawiała, że moje włosy były lśniące, lejące, miękkie i wygładzone. Czasem delikatnie traciły przez to objętość, ale zbytnio mi to nie przeszkadzało. Wrócę do tej odżywki, gdy uszczuplę swoje włosowe zapasy. Warto polować na nią w promocji – kosztuje wtedy około 6 złotych. 
DOVE, OXYGEN MOISTURE, SUFLET DO WŁOSÓW

Niedawno pisałam Wam o tej masko-odżywce posta i wspominałam w nim, że mimo mało wybitnego składu moje włosy bardzo polubiły ten produkt. Moje kosmyki lubią emolienty, a tych w tym kosmetyku nie brakowało. Nie był zbyt wydajny i tani, ale raz na jakiś czas mogę sobie na taki kosmetyk pozwolić i „dożywić” moje włosy czymś bardziej chemicznym. Odżywka miała ciekawą, napowietrzoną konsystencję i świeżo pachniała, a zapach utrzymywał się na włosach przez wiele godzin. Wygładzała włosy. Po jej zastosowaniu wyglądały na bardziej zdrowe i mocne. To już drugie zużyte opakowanie i jeszcze kiedyś kupię następne.

TWARZ:

NIVEA, ODŚWIEŻAJĄCA PIANKA OCZYSZCZAJĄCA

Ta pianka również miała już swoje pięć minut na blogu. Kupiłam ją na promocji w Rossmannie i niestety nie byłam zadowolona. Jej konsystencja była bardzo lekka, przez co szybko zmieniała się w lepką ciecz zamiast delikatnie sunąć po twarzy stawiała opór. Jej zapach też niezbyt mi pasował, bo był bardzo intensywny i mocno perfumowany. Moja skóra po jej zastosowaniu była ściągnięta. Zawierała alkohol. Na pewno nie kupię jej ponownie. 
ZIAJA, OCZYSZCZANIE LIŚCIE MANUKA, TONIK ZWĘŻAJĄCY PORY  NA DZIEŃ/NA NOC
Jest to jeden z moich ulubionych toników. Jest bardzo wydajny przez to, że posiada atomizer (który może być dla jednych plusem, a dla innych wadą tego kosmetyku). Może i nie zwężał znacząco porów, ale moja skóra była po nim rozświetlona i dobrze nawilżona, a przy tym oczyszczona. Stosowałam go rano i wieczorem i moim zdaniem świetnie wspierał kremy i sera w działaniu antytrądzikowym. To moje drugie opakowanie i na pewno nie ostatnie. O całej serii kilka słów napisałam w oddzielnym poście.
GARNIER, PŁYN MICELARNY 3W1 DO SKÓRY NORMALNEJ I MIESZANEJ
Zaskoczona tym, jak dobrze sprawdził się u mnie jego starszy, różowy brat, postanowiłam sięgnąć po zieloną wersję przeznaczoną do skóry mieszanej i normalnej, czyli takiej, której bliżej do mojego typu cery. Niestety okazała się moim zdaniem słabsza od poprzednika. Nie dość, że słabiej zmywała makijaż (mówię tu o tym niewodoodpornym) to jeszcze zawierała alkohol, który przyczyniał się do powstawania suchych skórek  Mam jeszcze jedno opakowanie, ale następnego już nie kupię – zdecydowanie lepiej sprawdziła się u mnie wersja do skóry wrażliwej.



ZIAJA, IZOTZIAJA

Izotziaja to żel, który przepisuje mi dermatolog. Jest to retinoid, przyczynia się więc do szybszego złuszczania naszej skóry i powstawania nowych warstw naskórka. Zapobiega to powstawaniu zaskórników, wyprysków. Mobilizuje też skórę do walki z przebarwieniami. Warto wspomnieć, że stosowanie retinoidów przeciwdziała powstawaniu zmarszczek, ponieważ  wpływa na powstawanie kolagenu w warstwie nazwanej skórą właściwą.
BORJOIS, PODKŁAD 1 2 3 PERFECT
Podkład, który zużyłam już dawno temu, ale gdzieś zniknął mi w szafce. Kupiłam go na promocji w Rosmannie 1+1, która obowiązywała w drogeriach mniej więcej rok temu. Mimo tego, że fajnie krył i dobrze utrzymywał się na mojej skórze to więcej po niego nie sięgnę. Na twarzy wyglądał pudrowo i było widać, że mamy coś na twarzy. Kolory podkładów Bourjois są dla mnie za ciemne, to ten dodatkowo na mojej skórze oksydował i sprawiał wrażenie jeszcze ciemniejszego. Odznaczał się od szyi i na mojej neutralnej karnacji wypadał pomarańczowo, a taki efekt raczej nie jest pożądany 😛 Dla mniejszych bladziochów niż ja może być fajnym produktem, ja niestety mówię mu nie.

INNE:

SOLO CARE AQUA, PŁYN DO SOCZEWEK

Soczewki noszę już dobrych kilka lat i to, moim zdaniem, jest najlepszy płyn do ich higieny. Dzięki niemu moje miesięczne soczewki od pierwszego dnia po otwarciu do ostatniego są wygodne w noszeniu i nie uwierają mnie w powieki. Dzięki niemu na soczewkach nie zbierają się białkowe złogi – polecam go więc wszystkim, którzy mają tłusty, gęsty film łzowy. Butelka 360 mililitrów starcza mi na 3/4 miesiące codziennego stosowania. Na pewno sięgnę po niego ponownie. 
YANKEE CANDLE, PINK SANDS
Wosk, który podbił moje serce. Tuż po rozpaleniu trafił do grona moich ulubieńców – był słodki, kwiatowy, ale też świeży, przez co nie wydawał się ciężki. Więcej o tych różowych piaskach możecie przeczytać w oddzielnym poście

CHUSTECZKI ODŚWIEŻAJĄCE – GO PURE FRESH MINT, BABYDREAM FEUCHTEWASHLAPPEN I GESICHT & HANDE
Chusteczki nawilżane nosiłam w torebce, aby mieć czym wytrzeć ręce w miejscach, których zwykłe umycie było niemożliwe, a nakładanie żelu antybakteryjnego na ubrudzone czymś ręce to dla mnie głupota. Wszystkie trzy sprawdzały się fajnie, były dobrze nawilżone, a te z Babydream poradziły sobie nawet ze zmyciem makijażu w podróży. Najmniej nasączone były te turkusowe z bobaskiem, ale nie można było na nie narzekać. Tanie i dobre, pewnie jeszcze kiedyś po nie sięgnę.
Uff – udało się, dobrnęłam do końca tego denka. Zdecydowanie powinnam pisać takie posty raz w miesiącu, bo później nie mogę skończyć pisać, a takie długie posty są męczące zarówno dla Was jak i dla mnie 😛
Miałyście okazję wypróbować któryś z pokazanych przeze mnie kosmetyków? Może macie dla nich jakieś godne zamienniki? Lubicie tak pisane projekty denko – z mini recenzjami zużytych produktów?
Pozdrawiam :3

WŁOSOWA AKTUALIZACJA | Ostre cięcie i listopadowe włosy

włosowa aktualizacja listopad

Hej!
Ostatnio ominęłam pisanie posta o moich włosach z dość błahej przyczyny – nie miał mi kto zrobić dobrego zdjęcia 😛 Na mojej głowie działo się może niewiele, ale zdecydowałam się na dość duże cięcie, którego niestety na zdjęciach za bardzo nie widać. Pod nożyczki poszło około 5-7 centymetrów moich postrzępionych końców, które pozostały jeszcze z okresu farbowania. Na początku byłam przerażona i myślałam, że nie przyzwyczaję się do nowej długości – włosy z takich za łopatki stały się nagle kosmykami do obojczyków. Na szczęście szybko odrosły i teraz widzicie efekt po miesiącu od wizyty u fryzjerki. Zdecydowałam się zamienić prostą linię na bardzo łagodny łuk w kształcie litery U i myślę, że dzięki temu moje włosy prezentują się zdecydowanie lepiej. Jeśli jesteście ciekawi czego używałam i jak pielęgnowałam włosy na przełomie ostatnich dwóch miesięcy – zapraszam 🙂

włosowa aktualizacja listopad

Włosy niestety nadal wypadają. Proces ten zahamował trochę, teraz mieści się raczej w wysokiej normie. Na mojej głowie pojawiło się dużo baby hair, szczególnie w okolicach skroni i czoła, a także przy karku. Nie mierzyłam włosów po cięciu, ale podrosły około 3 centymetrów (lub więcej), z czego jestem bardzo zadowolona (włosy ścinałam 22 października). Przez ostatnie 1,5 tygodnia miałam problem z nadmiernie przetłuszczającym się skalpem, ale to raczej wina nakładania maski blisko skóry głowy, a nie problem rozregulowania gruczołów łojowych. Włosy myłam co 2-3 dni, maskę i silikonowe serum na końce nakładałam po każdym myciu. Nieregulanie stosowałam też wcierkę Joanna Rzepa – starałam się stosować ją po każdym myciu włosów, minimum raz w tygodniu. Z podobną częstotliwością olejowałam też włosy na noc. Silniejsze detergenty stosowałam raz na dwa tygodnie. 
Produkty jakie stosowałam:
  • Szampony – Alterra kofeina i biotyna, Alterra morela i pszenica, Farmona Herbal Care czarna rzepa
  • Odżywki – Gliss Kur Hyaluron Hair Filler, Biovax 3 oleje (odżywki w sprayu, bez spłukiwania)
  • Maski – Kallos Algae, Kallos Colour, Dolce Latte – maska z proteinami mlecznymi, Biovax Keratin
  • Oleje – Babydream Fur Mama
  • Serum –  Biovax A+E
  • Wcierki – Joanna Rzepa
  • Inne – Tangle Teezer, Invisibooble, turban przy niektórych maskach
Jak widzicie, moje włosy prezentują się teraz całkiem nieźle. Są wygładzone, lśniące, mniej się plączą. Raz zdarzyło mi się delikatnie je przeproteinować przez co były delikatnie puszyste, ale zazwyczaj są lejące i śliskie. Ciężko jest związać z nich luźny kucyk, gdyż gumka sama zsuwa się i upięcie nie wygląda za dobrze. Końce nie rozdwajają się, ładnie się układają. Włosy suszyłam prawie po każdym myciu zimnym nawiewem suszarki, kilkakrotnie schły naturalnie. Nie jest to jednak wygodne, bo potrafią schnąć kilka godzin.

Co sądzicie o moich włosach? Też wolicie je porządnie ściąć co kilka miesięcy, jeśli ich stan nie jest zbyt dobry, czy hodujecie je za wszelką cenę i staracie się niwelować zniszczenia?
Pozdrawiam :3

YANKEE CANDLE | Egyptian musk – czy tak pachniało w piramidach?

Hej!
Ostatnio totalnie wypadłam z rytmu i nie ominęłam pisanie kilku postów :C Nie jestem z tego zadowolona, ale taki reset chyba był mi potrzebny, bo pisanie postów przychodziło mi trochę ciężko. Przechodząc do rzeczy chciałam Wam dziś napisać o wosku Yankee Candle, który mnie zaciekawił. Pachniał bardzo mocno już przez opakowanie i byłam ciekawa jak ten aromat się rozwinie w kominku. Jesteście zainteresowani jak pachniały piramidy, komnaty faraonów a może nawet szaty ich żon – zapraszam dalej 🙂

 Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Aromat
uwodzicielskiego piżma połączonego ze szczyptą wanilii i drzewa
cedrowego.

Od razu przejdę do tego, że wosk Egyptian Musk według mnie w ogóle nie pachnie rześko. Jest to zapach ciężki, przytłaczający. Piżmo jest bardzo mocno wyczuwalne, a nuta wanilii i drzewa cedrowego dodaje  temu aromatowi jeszcze głębszego i bardziej wielowymiarowego charakteru. Zapach jest mocny, ciężki  i na pewno nie każdemu przypadnie do gustu.
Mi bardzo przypomina perfumy przeznaczone na wieczór, których aromat kusi i uwodzi. Czuję w tym wosku jakiś drogi materiał, z którego mogła być wykonana przepiękna i elegancka kreacja. Jest w tym zapachu coś z kremowości i pudrowości, ale w żadnym przypadku nie jest to zapach przeznaczony tylko dla starszych pań. 
Niestety to zapach nie dla mnie – jest za mocny i w moim małym pokoju nawet odrobina wrzucona do kominka przyprawia mnie o ból głowy.  Nie lubię też tak ciężkich aromatów, nawet jesienną i zimową porą.
 

Czy jest to zapach Egiptu? Moim zdaniem nie do końca. Złoto faraonów kojarzyło mi się z innymi aromatami – luksusowymi, jednak bardziej świeżymi – olejkami, kadzidełkami i orientalnymi kwiatami. Jak na razie to najmniej udany zapach z jesiennej kolekcji – w mojej ocenie zyskałby 2,5/5 gwiazdek, co nie jest imponującym wynikiem.

Wosk znajdziecie na stronie goodies.pl w cenie 7 złotych.

Lubicie takie mocne zapachy? jak wyobrażaliście sobie aromaty Egiptu?
Pozdrawiam

HAUL COCOLITA.PL | Kultowe produkty Sylveco

sylveco kosmetyki

 Hej!
Dziś przygotowałam dla Was haul z internetowej drogerii cocolita.pl. Zaczynają kończyć mi się produkty pielęgnacyjne, więc postanowiłam w końcu wypróbować polecane mi przez wiele osób kosmetyki Sylveco. Złożyłam zamówienie na tej stronie, a nie mintishop, bo tam niestety brakowało tego, co miałam na swojej liście. Paczka przyszła błyskawicznie, a ja, jako gratis, dostałam paletkę cieni, co bardzo mnie zaskoczyło –  wartość zamówienia nie była kolosalnie wysoka, a taka miła niespodzianka poprawiła mi humor na cały dzień. Jeśli jesteście ciekawi, co znalazło się w paczce – zapraszam do dalszej części posta 🙂

Na początku chciałam Wam przedstawić produkty do makijażu, których nie będzie wiele. Pierwszym z nich jest kosmetyk, którą możecie wygrać w rozdaniu świątecznym, które ruszyło 18 listopada. Szminka Freedom Pro Lipstick Pro Red w odcieniu Red wine, ma naprawdę idealny kolor i będzie pasowała osobom z chłodnym jak i ciepłym typem urody. To neutralna, krwista czerwień, która, moim zdaniem jest must have każdej kobiety. Cena tej szminki to 5.00 zł. 
Drugim kosmetykiem jest paleta Sleek Au naturel, która w moim zamówieniu była gratisem – nie spodziewałam się, że coś o dość dużej wartości trafi do mnie w prezencie. Myślę, że paletkę zostawię dla Was, bo sama rzadko wykonuję makijaż oczu i tylko by się zmarnowała. A szkoda – prawda? :P. Cena takiej palety to mniej więcej 40 złotych. Sleek na chwilę wyszedł z mody, ale moim zdaniem palety są godne polecenia i warte uwagi – sama mam dwie i jestem z nich zadowolona 🙂

Przechodząc już do właściwej części zamówienia, chciałam pokazać Wam kilka produktów Sylveco. Są to polskie kosmetyki naturalne, których ja nie miałam jeszcze okazji testować. Jak wspomniałam, wiele z Was polecało je na swoich blogach i w końcu musiałam się skusić na zamówienie by przetestować je na własnej skórze. Do koszyka wpadły więc dwa żele. 
Pierwszym z nich jest rumiankowy żel do twarzy, który ma działanie kojące i oczyszczające. Przeznaczony jest do cery spękanej, czerwonej, wrażliwej. Pomaga przy nadmiernym łuszczeniu i rogowaceniu a także łagodzi zmiany zapalne.
Tymiankowy żel do twarzy ma natomiast silne właściwości antyoksydacyjne i antyseptyczne. Polecany jest do cery trądzikowej, gdyż wspomaga walkę z przebarwieniami i rumieniem. Działa łagodząco i przyspiesza regenerację naskórka.
Cena każdego z tych oczyszczających produktów wynosi 17.00 złotych za 150 mililitrów.

Zdecydowałam się również na oczyszczający peeling do twarzy z korundem. Przeznaczony jest do cery skłonnej do przetłuszczania się i z rozszerzonymi porami. Zawiera korund, ekstrakt ze skrzypu i drzewa herbacianego, które wspomagają walkę z trądzikiem. Nie jest zalecany przy skórze z wieloma wykwitami, ale u mnie na szczęście stany zapalne pojawiają się już bardzo rzadko. Cena słoiczka z peelingiem to 19,90 złotego za 75 mililitrów. 
Krem pod oczy Dermedic, o którym pisałam Wam niedawno już się kończy, szukałam więc dla niego godnego zastępcy.  O łagodzącym kremie Sylveco pod oczy słyszałam i dobre i złe słowa, postanowiłam sama go wypróbować i wyrobić sobie na jego temat opinię. Patrząc na skład myślę, że będę zadowolona i mam nadzieję, że moje przypuszczenia będą trafne. Pojemność kremu to aż 30 mililitrów, a cena – 23,90 złotego i jest to najdroższy produkt, który trafił do koszyka.

Przechodząc do ostatnich w tym haulu kosmetyków chciałam pokazać Wam lipowy płyn micelarny, który niedawno podbił blogsferę i wiele osób ma o nim naprawdę dobre zdanie. Producent zapewnia, że jest to delikatny, ale skuteczny preparat do demakijażu, który nawilża skórę i chroni ją przed nadmierną utratą wody. Ma też zmniejszać zaczerwienienia, na czym bardzo mi zależy. Kosztował 18.00 złotych. Jeśli się sprawdzi, będzie dla mnie zamiennikiem płynów Loreala i Garniera.
Maluszek, którego widzicie na zdjęciu to hibiskusowy tonik do twarzy. Czytałam o nim na wizażu i podobno ma łagodzić zaczerwienienia i przyspieszać regenerację naskórka, blizn za pomocą soku aloesowego, który jest w nim zawarty. Mam nadzieję, że nie są to cuda na kiju, bo po zaleczeniu wyprysków borykam się z problemem przebarwień na policzkach, które bardzo powoli bledną. Kosztował 15,90 zł.
Za całe zamówienie, łącznie z przesyłką zapłaciłam niecałe 131 złotych. Myślę, że to dobra cena, bo kosmetyki wystarczą mi na długi czas – później będę uzupełniała ewentualne braki. Niedługo biorę się do testów i na pewno dam Wam znać, jak te produkty będą się u mnie sprawdzać.
Znacie drogerię cocolita.pl? Lubicie produkty Sylveco? Może macie jeszcze inne kosmetyki naturalne godne polecenia – szczególnie te do skóry mieszanej, skłonnej do wyprysków?
Pozdrawiam :3

HAUL ROSSMANN -49% | Szaleństwo w złym tego słowa znaczeniu (i nie chodzi tu o ilość kupionych kosmetyków :P)

haul rossmann

Cześć dziewczyny!
Dla mnie promocja w Rossmannie już się skończyła 😛 Kupiłam to co chciałam i nie będę już wchodzić do tego przybytku szatana, bo jeszcze coś mnie skusi a i tak wydałam sporą sumkę 😛 Tym razem przygotowałam się do cotygodniowych wypadów – miałam listę z zakupami – głównie po to, żeby nie kupić miliona niepotrzebnych, ale ładnych rzeczy. Nadprogramowo kupiłam 3 produkty, ale po ogólnym przejrzeniu toaletki zastąpią one po prostu te, które się już do użytku nie nadają. Jeśli jesteście ciekawi, co wrzuciłam do koszyka – zapraszam 🙂

haul rossmann -49% usta i paznokcie



PAZNOKCIE I USTA – TYDZIEŃ PIERWSZY

Postanowiłam tym razem zainwestować w coś, czego nie kupiłabym w cenie regularnej. Wybór padł na Rouge Edition Velvet w odcieniu 06 Pink Pong (26 zł). Już dawno miałam ochotę na drugą pomadkę z tej serii i w końcu mam ją w swojej kolekcji. Kolor jest piękny – nasycona fuksja to coś, co lubię. Postanowiłam też uzupełnić zapasy moich ulubionych odpowiedników EOS, czyli kostek lodu Soft Lips z Perfecty (7,64 zł). Zdecydowałam się na dwa nowe smaki (truskawka i brzoskwinia – mango), ale muszę przyznać, że truskawka pachnie średnio :C 
Jeśli chodzi o paznokcie to zdecydowałam się tylko na dwa lakiery – biały z Rimmela (5,52 zł), który nosi nazwę White Hot Love i numerek 703. Ma w sobie delikatny, srebrny pyłek, który znosi efekt korektora na paznokciach 😛 Lubię lakiery z tej serii i mam nadzieję, że ten również fajnie się sprawdzi. Pierwszą nadprogramową rzeczą jest właśnie lakier Sally Hansen Xtreme Wear 240 Babe blue (7,64 zł). Uwielbiam niebieskie kolory na paznokciach i ten zastąpi mi stary lakier, który bardzo lubiłam. Również ma w sobie delikatne drobinki, ale nie rzucają się one w oczy, kiedy lakier jest na paznokciach.

haul rossmann -49% loreal volume million lashes feline, max factor clump defy, maybelline color tatoo pernament taupe creme de rose, maybelline satin brow dark brown

OCZY – TYDZIEŃ DRUGI

Zacznę może od tuszy do rzęs. Jak wiecie, jestem fanką tych z Loreala. Testowałam już wszystkie wersje i teraz chciałam wypróbować nowości, czyli Volume Million Lashes Feline (31,11 zł). Opakowanie jest tak piękne, jak pozostałych produktów z tej serii. Mam nadzieję, że ta sprawdzi się tak samo dobrze jak poprzedniczki. Drugim tuszem, który już miałam jest Max Factor Clump Defy (30,60 zł). Jest tu tusz, który fajnie pogrubia i podkręca rzęsy, a to właśnie moim kłaczkom jest potrzebne. Wybrałam zwykłą wersję, bo nie lubię wodoodpornych formuł. Uzupełniłam zapas Maybelline Color Tattoo (12,74 zł) w odcieniu 40 Pernament Taupe, którego używam zazwyczaj do wypełniania brwi. Jeśli chodzi o dodatkowy produkt, to sięgnęłam po drugi cień – 91 Creme De Rose, który będzie idealnie sprawdzał się jako baza pod cienie. Jako uzupełnienie makijażu brwi wybrałam kredkę Maybelline Brow Satin w odcieniu Dark Brown (14,27 zł), która będzie idealnie sprawdzać się w czasie podróży – jest kompaktowa i zajmuje mało miejsca.

rossmann -49% wibo trio róż rozświetlacz bronzer, korektor maybelline affinitone 01 nude beige, korektor astor perfect stay 001 ivory, puder rimmel lasting finish 001 porcelain

TWARZ – TYDZIEŃ TRZECI

Ostatnio w swojej kosmetyczne mam tylko pudry sypkie, a stare opakowania Paese mają to do siebie, że puder jest wszędzie, tylko nie w nich. Szukałam dobrego pudru w kompakcie, który nie byłby przy tym drogi, bo korzystałabym z niego tylko w podróży. Miałam wybrać mój ulubiony Loreal True Match, ale cena mnie trochę zniechęciła. Wybrałam więc stosunkowo nowy produkt, czyli Rimmel Lasting Finish w odcieniu 001 Light Porcelain (17,34 zł). Miał lepsze oceny na wizażu niż Affinitone, więc to on ostatecznie wpadł do mojego koszyka. Uzupełniłam też zapas korektorów i zdecydowałam się na Astor Perfect Stay w kolorze 001 Ivory (15,80 zł) i Maybelline Affinitone w odcieniu 01 Nude Beigie (14,28 zł). Miały całkiem dobre opinie a szukałam czegoś nowego do przetestowania 😀 Ostatnim nieplanowanym już zakupem jest trio 3 steps to perfect face contour palette z Wibo (8,66 zł). Widziałam, że robi ono furorę i w wielu Rossmannach jest już niedostępne. 
MOJE WRAŻENIA
Na sam koniec, w podsumowaniu, chciałabym wspomnieć o zachowaniu konsumentek i samego personelu. W pierwszym tygodniu u mnie było całkiem spokojnie. Przyjechałam tuż po otwarciu, ludzi nie było w ogóle – miałam ten komfort, że mogłam pomedytować nad szafami i wybrać to, co chcę. Okazało się jednak, że wszystkie pomadki Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze, który mnie interesował były otwarte. Poprosiłam ekspedientkę, żeby sprawdziła, czy nie ma może nowego egzemplarza w szufladzie. Na moje pytanie odpowiedziała, że pomadka jest otwarta maksymalnie od kwietnia i nikt się nią nie malował, więc mogę ją kupić. Nie kupiłam… Szminka leżała w najgorszym wypadku otwarta 7 miesięcy, a jej termin ważności upływa po 12 miesiącach… Podczas promocji na kosmetyki do oczu kobieta otwieraja wszystkie tusze. Poprosiłam ekspedientkę o nowy z szuflady, niestety nie było. Otwierającej pani nie zwróciła uwagi ;/ To samo działo się też w ostatnim tygodniu – pootwierane, powylewane korektory, pomacane róże i pudry… Ludzie, przecież tak nie można! Nawet jeśli nie ma testera, to nie oznacza to, że jesteśmy uprawnieni do otworzenia pełnowymiarowego kosmetyku…  Kiedy zrozumieją to Ci, którzy takie „akcje” urządzają na porządku dziennym?
Co Wam udało się kupić? Też denerwuje Was, gdy wszystko jest pootwierane i użyte?
Pozdrawiam :3

YANNKE CANDLE | Baobaby, sawanna i ciepłe słońce – wosk Serengeti Sunset

 Hej!
Nie wiem jak u Was, ale na mazurach pogoda wariuje – co minutę zmienia się ze słonecznej, an pochmurną. Takie uroki jesieni 😛 Cieszę się, że nie spadł jeszcze śnieg i temperatury ciągle są powyżej zera – nawet w nocy.  Brakuje mi jednak kolorowych liści na drzewach, ciepłych dni, takiej prawdziwej, polskiej jesieni. Postanowiłam więc zaprosić ją do domu i zapalić wosk w przepięknym, pomarańczowym kolorze – Serengeti Sunset. Czy dzięki niemu przeniosłam się do Afryki, pod baobaby? Dowiecie się w dalszej części posta 🙂

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii
Classic. Uwodzicielski aromat słodkich owoców, cytrusów, kwiatów lotosu i
bursztynu przenoszący nas na afrykańskie Serengeti o zachodzie słońca.
Czytając o tym zapachu miałam na myśli coś słodkiego, przełamanego delikatną, ciepłą, kwiatową nutą. Nie do końca wiedziałam, jaki może być tego finalny efekt, ale spodziewałam się jednego – albo będzie ciekawy i dość świeży, albo tak słodki, że nie będę się w stanie z nim polubić. Wąchając go przez folię nie mogłam doszukać się konkretnego zapachu – tarteletka przyjechała do mnie razem z innymi woskami i tamte przyćmiły jej aromat. Zaryzykowałam i wrzuciłam 1/3 to miseczki kominka. Zapach szybko się uniósł i rozwinął. Najpierw wyczuwałam w nim słodkie owoce złamane delikatnie cytrusami, później zapach stał się o wiele głębszy – myślę, że aromat kwiatów i bursztynu stał się bardziej intensywny. Nie pachnie bardzo intensywnie, ale miłym umilaczem, który będziemy wyczuwać w tle. Bardzo się z nim polubiłam i utwierdziło mnie to w przekonaniu, ze kolekcja Q3 jest naprawdę udaną kompozycją zapachów. Czy przeniosłam się do Afryki? Myślę, że jest w tym aromacie wyczuwalna nuta ciepłego, nagrzanego zachodzącym już słońcem, piasku. Kwiaty i bursztyny nadają mu wielowymiarowości i przełamują słodycz perfumeryjną nutą. 
Ten wosk Yankee Candle bardzo mi się spodobał. Może nie trafi do grona ulubieńców, ale chętnie do niego wrócę 🙂 Znajdziecie go na goodies.pl w cenie 7 złotych.
Przemawia do Was ten zapach? Zapaliłybyście go jesienią, aby nadać wnętrzu ciepłego charakteru?
Pozdrawiam :3

DERMEDIC | HYDRAIN3 HIALURO | Najlepszy krem pod oczy?

Cześć!
Jeśli chodzi o pielęgnację skóry wokół oczu, dopiero od niedawna zaczęłam się nią poważniej interesować. Wcześniej nakładałam pod oczy ten sam krem, który aplikowałam na całą twarz (o ile był to krem nawilżający). Z racji mojej krótkowzroczności i takiej, a nie innej budowy anatomicznej oka jestem narażona na szybsze powstawanie zmarszczek. Szukałam więc kremu, który dobrze nawilży i  złagodzi podrażnienia. Padło na polska firmę Dermedic i ich krem Hydrain3 Hialuro, który przeznaczony jest do cery suchej. Czy znalazłam ideał? Dowiecie się niżej 🙂

Skutecznie pielęgnuje delikatną skórę wokół
oczu. Zapobiega procesowi starzenia skóry wokół oczu. Przeciwdziała
tworzeniu się opuchlizny wokół oczu. Do stosowania również pod makijaż.
Wzmacnia fibroplasty odpowiadające za produkcję włókien kolagenowych i
elastynowych.
Przeznaczenie: skóra wyjątkowo wysuszona, wymagająca intensywnej pielęgnacji nawadniającej.
Redukuje opuchliznę wokół oczu. Do stosowania również pod makijaż. Skoncentrowana ilość składników aktywnych. 

Około 30 złotych, ja swój egzemplarz kupiłam jednak na promocji -50% na marki podczas dni Lifestyle i zapłaciłam za niego 16-17 złotych. Uważam, że to dobra cena ja za taką jakość i pojemność.

Krem jest dermokosmetykiem, czyli znajdziemy go i w aptekach i w drogeriach. Sama widziałam go w Hebe, Super Pharmie oraz aptece Gemini. Jest więc łatwo dostępnym produktem, co oczywiście jest dla nas plusem.

Krem ma dość „powszechną” konsystencję – nie jest ani gęsty, ani rzadki, powiedziałabym, że w sam raz. Dzięki temu szybko się wchłania i pozwala na aplikację makijażu – np. korektora, cieni, czy bazy pod nie. Nie pozostawia lepkiej warstwy i uczucia zamglonych oczu. 

Kiedy kupujemy krem zapakowany jest on w dość duży, prostokątny kartonik. Na kartoniku zapisane są wszystkie potrzebne informacje, które możemy przeczytać przed użyciem kosmetyku. Tubka, w której znajduje się produkt ma pojemność 15 mililitrów. Uważam, że to idealna wartość – w czasie zużywania krem ani się nie przeterminuje, ani nie znudzi. I, co również jest ważne, nie skończy się tak szybko.
 Aqua (woda :P), Prunus Amygdalus Dulcis
(Sweet Almond) Oil
(olej ze słodkich migdałów, który działa natłuszczająco i pośrednio nawilżająco), Silica (and) Titanium Dioxide (and) Iron Oxides (krzemionka, która działa matująco, dwutlenek tytanu, który jest filtrem UV i tlenki żelaza) ,
Glycerin (gliceryna, czyli substancja nawilżająca), Sodium Hyaluronate (pochodna kwasu hialuronowego, jego sól, ma działanie nawilżające), Betaine (betaina, związek pochodzący z buraka cukrowego, nawilża), Propylene Glycol (glikol propylenowy – również substancja nawilżajaca) (and) Chlorella
Vulgaris Extract
(ekstrakt z glonu chlorella), Cetyl Alcohol, Tocopheryl Acetate (eter kwasu octowego i witaminy E), Acrylates/C10-30
Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, DMDM Hydantoin (and)
Methylchloroisothiazolino ne (and) Methylisothiazolinone, Allantoin (alantoina, która działa łagodząco),
Parfum.
Moim zdaniem skład tego kosmetyku jest naprawdę dobry, choć nie można nazwać go naturalnym. Znajduje się w nim dużo składników aktywnych, których zadaniem jest nawilżenie skóry. Naprawdę nie mam się do czego przyczepić, ale ostrzegam, że ekspertem w tej dziedzinie nie jestem 😛
Krem jest wydajny. Mam go już około 3-4 miesiące i jest bliski zużycia, a używałam go codziennie rano i wieczorem nie szczędząc przy nakładaniu.

Skóra wokół moich oczu jest naprawdę cienka i delikatna. Często więc się przesusza, a potrafią wzmagać to korektory, które aplikuję w to miejsce – cienie są bardzo widoczne i przy mojej bladej twarzy powodują „efekt przegłodzonego wampira”.  Krem pozwolił mi zachować równowagę hydrolipidową i podczas jego stosowania nie miałam problemów z przesuszeniem, czy uczuciem ściągnięcia. Na cienie za bardzo nie wpłynął, ale w moim przypadku to raczej wina genów, a nie innych czynników, którym mógłby przeciwdziałać ten krem. Fałdki stały się mniej widoczne, a skóra wyraźnie napięła. Nie podrażniał oczu, nie sprawiał, że wzrok stawał się na kilka chwil zamglony. Idealnie sprawdzał się też pod makijażem – nigdy nie zdarzyło mi się, aby się rolował albo skracał utrzymywanie się kosmetyku. Polecam wszystkim młodym dziewczynom, które chcą zadbać o okolice oczu 🙂

Będę testować jeszcze inne kremy, ale jestem pewna, że kiedyś do niego wrócę. Sprawdzał się świetnie i był niedrogi – nie muszę szukać więcej 😀

Jakie Wy kosmetyki stosujecie, aby zadbać o skórę wokół oczu? Olejki, kremy, a może żele?
Pozdrawiam :3

WARSZTATY FOTOGRAFICZNE OLYMPUS | MEET BEAUTY | Relacja

Hej dziewczyny!
Chciałam dziś napisać kilka słów na temat warsztatów fotograficznych Olympus, które odbyły się na konferencji Meet Beauty w październiku tego roku. W relacji z całego wydarzenia wspomniałam, że nie byłam do końca usatysfakcjonowana – zabrakło mi wtedy praktyki, która pomogłaby w wykorzystaniu nowych wiadomości „na żywo”. Teraz, z perspektywy czasu, moja opinia uległa diametralnej zmianie! Cieszę się, że mogłam tam być, bo nabyłam wiele informacji, z których zaczęłam w końcu czerpać w praktyce. Jeśli jesteście ciekawi i chcecie poznać kilka szczegółów – zapraszam 🙂

Przed zajęciami miałam kontakt z lustrzanką, byłam jednak świadoma, że nie wykorzystuję możliwości swojego aparatu w 100%. Gdy weszłyśmy na salę każda z nas otrzymała swój testowy egzemplarz – mi niestety trafił się średniozaawansowany model – bez wymiennej optyki, ale taki, którym mogłam się do woli bawić parametrami. Zajęcia były prowadzone przez utalentowane rodzeństwo – samouków z wykształceniem informatycznym – Dianę i Rafała, których bliżej możecie poznać na dr5000.com. Cieszyłam się, że będą to młode osoby, bo dzięki temu dużo łatwiej było nam się ze sobą komunikować.

Bardzo niekorzystne zdjęcie, ale niech będzie 😛
Na starcie padło oczywiste stwierdzenie, że aby zrobić piękne zdjęcie wcale nie trzeba mieć drogiego aparatu czy fotograficznego sprzętu. Zazwyczaj wystarczy to, co mamy w domu – za blendę świetnie może posłużyć biały karton, który kosztuje kilkadziesiąt razy mniej. Jest to na pewno pomocne i budujące w początkowych stadiach nauki – nie zawsze możemy od razu inwestować w wiele gadżetów
Najwięcej czasu poświęciliśmy na omówienie parametrów takich jak: przysłona, czas naświetlania czy ISO. Okazało się, że dostosowanie tego do panujących warunków nie jest takie trudne – aparat sam pokazuje nam, co zmienić – trzeba tylko chcieć pokombinować z opcjami, aby zadowolić się świetnymi efektami. Fajną ciekawostką był np. fakt zaklejania tyłu buteleczki perfum białą kartką, co pozwoliło uniknąć prześwitów tła.

Na początku bardzo się stresowałam – miałam wrażenie, że w gronie 30 uczestników jestem jedyną, która po wzięciu aparatu do ręki nie może się przyzwyczaić – przed oczami ciągle stawał mi interfejs mojej lustrzanki 😛 Prowadzący szybko jednak rozwiali ciężką atmosferę pomagając każdemu, kto miał problem z obsługą sprzętu.
Na pierwszym miejscu postawiona była jednak nasza kreatywność – często proste metody, o których w ogóle nie myślimy dają najlepsze rezultaty. Zdjęcia wykonane telefonem też mogą być piękne – bo ważny jest ich klimat i emocje, które chcemy pokazać.
Diana i Rafał wspominali też o tym, że dobrze jest wyrobić sobie swój styl w fotografii, dzięki czemu zdjęcia będą rozpoznawalne i będzie mniej problemów z ich kradzieżą. Nie wiem czy ja mam swój styl, ale chyba nie lubię się tak ograniczać i z tego pomysłu akurat nie skorzystam 😛

Na koniec postaram się odpowiedzieć na pytanie, czy warsztaty Olympus w
ogóle mi się przydały?
Moim zdaniem tak, i to bardzo. Wyciągnęłam
zakurzony statyw, biały karton, przełączyłam tryb z półautomatycznego na
manualny i zaczęłam się bawić.
Zajęcia pomogły mi przemóc stres i
okazało się, że robienie świetnych jakościowo zdjęć (bez ziarna, ostrych
cieni) wcale nie jest tak czasochłonne jak mi się wydawało, a do tego
daje ogromną satysfakcję. Zainspirowana warsztatami postanowiłam w końcu kupić lampę pierścieniową i już pod koniec listopada będę miała ją u siebie. Mam nadzieję, ze wtedy moje zdjęcia będą jeszcze lepszej jakości. Przygotowałam Wam też kilka moich prób, żeby
pokazać efekty tego szkolenia. Widzicie różnicę?

Tu bardziej subtelny efekt, ale zwróćcie uwagę na cień i białe serduszko przy słoiku 🙂
Podsumowując – warsztaty bardzo mi się przydały,  cieszę się, że mogłam w nich uczestniczyć. Warto podkreślić fakt, że mimo iż sponsorem był Olympus to twórcy zajęć przypominali nam, że to nie marka i aparat robię z nas fotografa, ale zdjęcia i to, jak nad nimi pracujemy. Podobało mi się również to, że organizatorzy zwracali naszą uwagę na to, że jak najlepsze zdjęcie powinno powstać już na poziomie aparatu, a nie przeróbki w programie graficznym, bo to da nam pewność spójnych zdjęć (np. w jednym poście). 
Aparaty Olympus spodobały mi się ze względu na ich duże możliwości – wiele z ich modeli jest mniejszych od standardowych lustrzanek, a robią podobnej jakości zdjęcia. Ich design również przyciąga uwagę – styl vitntage/retro, bardzo mi się podoba 😀 Uważam, ze taki aparat to ozdoba kobiecych zbiorów 🙂

Widzicie różnice w zdjęciach? Miałyście świadomość, że tak prostym sposobem można poprawić ich jakość?
Pozdrawiam :3

NIVEA | HIT CZY KIT? | Odświeżająca pianka oczyszczająca do cery normalnej i mieszanej

Hej dziewczyny!
Dawno nie pisałam na blogu o kosmetyku, który się totalnie u mnie nie sprawdził. Raz, ze rzadko mam w swojej kolekcji takie produkty, bo przed zakupem staram się analizować skład i opinie innych. Dwa – moja skóra jest teraz tolerancyjna – kiedyś stan alergiczny pojawiał się przy połowie produktów – teraz zdarza się to ze zdecydowanie mniejszą częstotliwością. Dziś opowiem Wam jednak o kosmetyku, który nie do końca spełnił moje oczekiwania. mowa tu o odświeżającej piance oczyszczającej do cery normalnej i mieszanej z Nivei. Jeśli jesteście ciekawi, jak ten produkt sprawdził się u mnie – zapraszam dalej 🙂

 Odświeżająca pianka oczyszczająca wzbogacona witaminą E i Hydra IQ:
– głęboko oczyszcza skórę,
– pomaga utrzymać naturalny poziom nawilżenia skóry,
– mycie twarzy staje się przyjemnością dzięki delikatnej piance i przyjemnemu zapachowi,
– formuła z witaminą E jest szczególnie łagodna dla skóry,
– skóra jest głęboko oczyszczona, miękka i odświeżona, wygląda zdrowo i pięknie.
 
Pianka umieszczona jest w  tradycyjnym dla tego typu kosmetyków opakowaniu z pompką. Pompka działała u mnie bez zarzutu, nie zacinała się, powodowała, że płyn zamieniał się w puszystą pianę. Samo opakowanie jest estetycznie wykonane, etykietki nie odchodzą i nie odstają. Butelka jest niebieska, ale transparentna, przez co możemy kontrolować ilość kosmetyku, która kryje się w opakowaniu. Pojemność to 150 mililitrów.

 Aqua, Glycerin (gliceryna, nawilża skórę, zatrzymuje w niej wodę, ale u niektórych osób może powodować trądzik kosmetyczny), Decyl Glucoside (emulgator, ma łagodne działanie myjące),
Alcohol Denat. (alkohol etylowy, może wysuszać i podrażniać wrażliwą skórę), Disodium Cocoyl Glutamate (substancja myjąca, połączenie naturalnych środków myjących pochodzących z kokosa i kwasy glutaminowego), Glyceryl Glucoside,
Tocopheryl Acetate
(ester kwasy octowego i witaminy E), Nelumbium Speciosum Flower Extract (ekstrakt z kwiatów lotosu, ma działanie nawilżające, antyseptyczne, ściągające), Panthenol (środek łagodzący podrażnienia),
Propylene Glycol (środek nawilżający), PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, PEG-200 Hydrogenated
Glyceryl Palmate, Sodium Sulfate, Poly- quaternium-10, Sodium Chloride,
Citric Acid, Sodium Benzoate, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl
Alcohol, Geraniol, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Parfum.
Przyznam się bez bicia, że ten produkt wrzuciłam do koszyka na promocji w Rossmannie nie patrząc zbyt szczegółowo na jego skład. Pobieżnie sprawdziłam tylko, czy nie zawiera SLS/SLES, które mocno wysuszają moją skórę. Niestety wysoko w składzie ma alkohol, który potrafił delikatnie podrażnić moją skórę. Skład nie zachwyca, ale nie jest też tragiczny. U niektórych osób taka kombinacja może się całkiem nieźle sprawdzić.

Pianka jest dość lekka, przez co trzeba nałożyć jej na twarz większą ilość. Jest aksamitna i puszysta, wydaje się być bardzo delikatna. Na twarzy szybko się rozpuszcza i tworzy lepką warstwę, która niezbyt chce się później pienić. Mam jeszcze jedną pianką i konsystencja tamtej odpowiada mi zdecydowanie bardziej.

Pianka dostępna jest we wszystkich drogeriach stacjonarnych, tak jak i reszta produktów Nivei. Często znajduje się tez na różnych promocjach.
Regularna cena pianki jest średnia jak na tego typu produkt. Na pewno znajdą się tańsze, ale również i droższe kosmetyki. Wynosi ona 16 złotych. Mi udało się kupić tą piankę na promocji -40% w Rossmannie (bodajże z okazji Dnia Matki), czyli kosztowała około 10 złotych.
U mnie ta pianka się nie sprawdziła. Zużyłam ja, ale nie odpowiadało mi w niej kilka rzeczy. Po pierwsze powodowała uczucie ściągnięcia, co nie jest pożądanym skutkiem używania takich produktów do mycia twarzy. Nie polubiłam jej też ze względu na jej mocny, perfumowany zapach, który potrafił podrażnić mój nos (a nie należy on do najwrażliwszych).  Moim zdaniem kosmetyki do pielęgnacji twarzy powinny pachnieć delikatnie, subtelnie. Nie do końca spodobała mi się też jej konsystencja – używałam bardziej zbitych pianek i lepiej usuwały zanieczyszczenia. Żeby jednak nie wieszać na niej psów, powiem też kilka pozytywnych słów. Pianka była tania, a skład (oprócz tego alkoholu i gliceryny tak wysoko) nie jest zły. Powaliła mnie na kolana również swoją wydajnością – jak na złość nie chciała się skończyć 😛 Plus za dostępność, bo znajdziecie ją nawet w większych supermarketach, a nie tylko drogeriach 😉

Nie kupię, bo mojej cerze nie odpowiada. Nie twierdzę, że to totalny bubel, ale w moim przypadku akurat kit. 
Lubcie pianki, czy wolicie bardziej treściwe żele? Jesteście fanami Nivei, czy raczej patrzycie na ich produkty z przymrużeniem oka?
Pozdrawiam :3