ZAPACHY | YANKEE CANDLE | Magiczne różowe piaski – Pink Sands

Hej dziewczyny!
Na mazurach pogoda całkiem niezła – troszkę padało, ale teraz świeci słońce. Jak dla mnie są to już ostatnie dni „wakacyjnej pogody” – coraz więcej będzie pochmurnych dni, a coraz mniej światła. Niestety – taka kolej rzeczy, a że mi to nie do końca odpowiada, świadczy o tym, że powinnam wyjechać w tropiki 😛
Chcąc zatrzymać te ciepłe chwile na dłużej przy sobie, sięgam więc po ostatnie z lekkich, letnich zapachów. Do mojego kominka tym razem wpadł wosk Yankee Candle o pięknej nazwie Pink Sands i wymownej grafice na opakowaniu. Czy to, co przykuło w nim moją uwagę znalazło odniesienie w rzeczywistości? Czy wosk mi się spodobał? Jeśli jesteście ciekawi odpowiedzi na te pytania – zapraszam dalej 🙂

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: cytrusy, słodkie kwiaty oraz wanilia.
Uwielbiam palić woski ze względu na to, że zapach przez nie wydzielany jest zazwyczaj intensywniejszy i trwalszy. Wosk Pink Sands należał do takiej kategorii wosków – był długo wyczuwalny w powietrzu, ale nie na tyle mocny, by przyprawiać o zawroty i ból głowy. Moim zdaniem producent trafnie opisał ten aromat – jest rześki, ale nie łazienkowy – paliłam go w pokoju dziennym i nadawał on pomieszczeniu słonecznego klimatu. Wanilia jest wyczuwalna w postaci słodyczy, jest w tle, więc osoby nie przepadające za tą przyprawą nie muszą się martwić. Cała nuta zapachowa może przywodzić na myśl tani odświeżacz powietrza, ale nic bardziej mylnego – aromat jest delikatny, dzienny, ale też romantyczny i niewinny. Polecam osobom, które lubią słodkie zapachy przełamane odrobiną świeżości i kwaskowatości.
Balans jest dobrze zachowany, zapachy świetnie się ze sobą komponują. Ja swój wosk kupiłam za  7 złotych na stronie goodies.pl. Ma on w sobie coś magnetycznego, coś co przyciąga. Sprawia to, że pewnie kiedyś do niego wrócę 🙂
Lubicie rześkie zapachy? Jakie są wasze ulubione, jesienne aromaty?
Pozdrawiam 🙂

PROJEKT DENKO | Wykończeni we wrześniu

Hej dziewczyny!
Trzymam się mocno mojego postanowienia i nawet kiedy kupię nowy kosmetyk najpierw staram się zużyć te, które mam już zaczęte. A że pootwieranych produktów miałam dużo i stan ich zużycia był od minimalnego do bardzo dużego, projektów denko jest u mnie teraz naprawdę sporo. Mam też pomocnika w osobie mojej mamy, z którą zużywanie i pilnowanie się idzie mi zdecydowanie łatwiej 😀 Jeśli ciekawi Was, co ostatnio gościło w mojej kosmetyczce – zapraszam do dalszej części posta 🙂

CIAŁO:

  • Dove, Żel pod prysznic Granat & Werbena cytrynowa
Ostatnio stałam się wielką fanką żeli Dove, czemu sama się dziwię. Broniłam się przed nimi rękoma i nogami, a teraz, kiedy zmienili formułę stwierdzam, że nie wiem czemu byłam tak negatywnie nastawiona. Nie wysuszają skóry, pięknie pachną i dobrze oczyszczają skórę. Ta wersja jest jedną z moich ulubionych. Aromat, jaki unosi się podczas kąpieli jest nieziemski. Na pewno będę do niego wracać.
  • Lactacyd, Emulsja do higieny intymnej Sensitive
Mój ulubiony płyn do higieny intymnej. Jest delikatny, ma krótki skład i nie zawiera zbędnych substancji. Dobrze oczyszcza nie podrażniając przy tym wrażliwych okolic. Jest wydajny i ma pompkę, co jest dla mne ogromnym plusem. Kiedyś była tylko jedna wersje tego płynu i nie zawierała SLES. Teraz tylko dwie są wolne od tej substancji – Sensitive i Med. Kupię ponownie
  • Rexona Woman, Antyperspirant o zapachu Cotton
Antyperspiranty Rexony są moimi ulubionymi na równi z tymi od Garniera. Świetnie neutralizują nieprzyjemny zapach i zapobiegają nadmiernemu poceniu się. Nie mam z tym większych problemów, ale czuję się zdecydowanie pewniej, kiedy użyję tego kosmetyku. Myślę, że kiedyś jeszcze po niego sięgnę.
  • Isana, Pianka do golenia o zapachu Brzoskwini
Pianka, którą kupiłam zachęcona pozytywnymi opiniami przeczytanymi na wielu blogach i wizaz.pl. Pianka była gęsta, nie spływała z ciała i dość dobrze zmiękczała włoski. Zapach był ładny. Nie przepadam jednak za piankami i uważam, że są mniej wydajne niż żele – ta skończyła się niespodziewanie szybko. Już jej nie kupię.
  • Perfecta, Solny peeling do ciała Kryształowa rosa
Sięgnęłam po niego pod wpływem impulsu,  kiedy mama powiedziała podczas zakupów w Hebe, że skończył jej się peeling do ciała. Nie byłam z niego zbyt zadowolona. Zapach był mocny, świeży, czasem drażnił mój wrażliwy nos. Peeling, w przeciwieństwie do tego z Wellnes & Beauty, podrażniał moje ciało. Parafina na pierwszym miejscu w składzie też nie zachęca do ponownego zakupu. Więcej po niego nie sięgnę.
  • Wellnes & Beauty, Żel pod prysznic Mango i papaja
Kupiłam miniaturkę z myślą o moim wyjeździe nad morze. Nie było nic bez SLS, więc wybrałam taki produkt, którego zapach najbardziej mi odpowiadał. Żel mnie nie zawiódł, zanadto nie wysuszał i nie sprawiał, żeby moja skóra była ściągnięta. Starczył na kilka dobrych myć. Jeśli będę jeszcze kiedyś wybierała się na krótki wypad na pewno wpadnie do mojego koszyka.

 TWARZ:

  • La Roche Posay, Krem Toleriane Ultra Fluide
Krem, o którym pisałam Wam we wczorajszym poście. Nawilżać nawilżał, ale nie w takim stopniu, w jakim bym chciała. Na lato był okej, na zimę na pewno za mało treściwy. Jeśli byłby tańszy na pewno istniałaby szansa na ponowny zakup, jednak cena 90 złotych mnie odstrasza :C
  •  Merz Special Dragges

W tym miesiącu postanowiłam połączyć te tabletki z innymi – magnezem. Przez moją wadę serca magnez słabiej mi się przyswaja i często mam jego niedobory w organizmie. Z taką pomocą wypadanie włosów naprawdę się zmniejszyło, paznokcie też są mocniejsze. Cera jak cera – nadal leczę się z wakacyjnych wybryków i pewnie nieprędko to minie, ale na poprawę w tej kwestii zbytnio nie liczyłam. Pisałam już o efektach w połowie kuracji i o ogólnym planie brania tego suplementu. Wpadajcie 🙂

WŁOSY:

  • Alterra, Szampon Jojoba i migadł
Szampony Alterry stosuję zamiennie i każdy działa na moje włosy tak samo. Są po nich błyszczące, sypkie, miękkie. Nawet wtedy, kiedy nie zastosuję maski czy odżywki do spłukiwania. Moim zdaniem świetne szampony za niską cenę. Pisałam już o wersji Pszenica i morela oraz Makadamia i figa. Na pewno kupię ponownie.
  •  L’biotica, Maska intensywnie regenerująca Biovax Orchid 
Maska, która skusiła mnie do zakupu swoim opakowaniem. Kupiłam ją na promocji za 12 złotych. Maski Biovax zawsze sprawdzały się u mnie świetnie, z działania tej natomiast jestem średnio zadowolona. niby wszystko było okej, ale włosy nie były ani bardzo błyszczące, ani miękkie – wręcz przeciwnie – delikatnie spuszone i sztywne. Nie wrócę do niej więcej, wolę tradycyjne wersje, które są tańsze i lepiej działają.
  • Kallos, Keratin
Maska keratynowa, która na moich włosach sprawdzała się świetnie. Nie używałam jej zbyt często, bo moje włosy wolą humektanty i emolienty zamiast protein, ale czasem potrzebowały i tego składnika. Świetnie odżywiała włosy, sprawiała, że były lśniące i odżywione. Nie jest to moje pierwsze opakowanie na pewno jeszcze do niej wrócę, kiedy zużyję swoje zapasy.

KOLORÓWKA:

  • Bourjois, Puder sypki w kolorze peach
Puder, który był głównie używany przez moją mamę. Podkradałam go jej czasami i muszę przyznać, że fajnie się sprawdzał. Było go naprawdę dużo w opakowaniu, przez co stał się wydajny. Miał lekko żółty odcień, który świetnie dopasowywał się do  koloru skóry. Mama kupiła go jeszcze raz, więc bardzo jej się spodobał.
  • Rimmel, Stay Matte 003 Pech glow
Puder pasowany, który naprawdę bardzo lubię. Pisałam jego osobną recenzję.  U mnie sprawdza się świetnie, dobrze matuje, nie zapycha, jest wydajny. Będę do niego wracać jeszcze wiele razy. Ma fatalne opakowanie, ale wybaczam mu to przez jego działanie.

INNE:

  • Świeca Omtalad

Na jej temat tylko kilka słów – nie pachniała intensywnie. Zawiodłam się, bo świece z IKEI zazwyczaj dobrze się u mnie sprawdzają. Ta zaczęła wydzielać aromat dopiero po całym dniu palenia. Nie spodobał mi się jednak i do niej nie wrócę. Inaczej wyobrażałam sobie zapach czerwonych owoców ze śmietanką.

  • Świeca Sinnlig

Moje ulubione świece z IKEI. Te z kolei pachną intensywnie i nie ma z nimi większych problemów. Moimi ulubionymi są poziomkowa i waniliowa. Ta ze zdjęcia autentycznie pachnie tymi owocami. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na temat waniliowej zajrzyjcie koniecznie do posta sprzed kilku miesięcy.  

 
Znacie któryś z tych produktów? Polecacie jakieś zamienniki?
 
Pozdrawiam :3

LA ROCHE POSAY | TOLERIANE ULTRA FLUIDE | Ukojenie dla wrażliwej skóry

Hej dziewczyny!
Ostatnio pisałam o masełkach do ciała, które miały je nawilżać i natłuszczać. Skóra mojej twarzy również nieustannie tego potrzebuje, bo leki, które przepisuje mi dermatolog prowadzą do ciągłego złuszczania naskórka. Niejednokrotnie na twarzy pojawiają się suche place, które nieestetycznie wyglądają na nagiej skórze, jak i przykryte makijażem. Nadal szukam idealnego kremu nawilżającego, który zminimalizowałby podrażnienie i zniwelował suchość skóry. Czy Toleriane Ultra Fluide od La Roche Posay spełniał swoje zadanie? Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam Was do dalszej części posta 🙂

Ultra-kojąca, nietłusta pielęgnacja, która
łączy silne działanie kojące Neurosensyny, składnika zmniejszającego
oznaki podrażnień oraz wody termalnej z La Roche-Posay, która posiada
naturalne właściwości kojące i przeciwdziałające podrażnieniom. Ultra
hermetyczne opakowanie nowej generacji pozwala na utrzymanie czystości
formuły o minimalnej ilości składników i optymalnej tolerancji. Bez konserwantów, bez parabenów, bez środków zapachowych, bez alkoholu,
bez barwników, bez lanoliny. Świeża, nietłusta konsystencja. 
Krem zapakowany jest w dwa kartoniki. Pierwszy, wewnętrzny, jest oryginalny, z francuskimi napisami. Zewnętrzny, dodatkowy opatrzony jest polskim tekstem. Samo opakowanie kosmetyku jest ciekaw i warto poświęcić mu troszkę uwagi. Produkt zamknięty jest hermetycznie w plastikowym, estetycznym opakowaniu. Otwieramy je przez zakręcanie i odkręcanie korka. Moim zdaniem to świetne rozwiązanie, bo nie ma problemu z bakteriami czy zanieczyszczeniami dostającymi się do środka buteleczki.

Aqua, Glycerin (gliceryna, substancja nawilżająca, wbrew pozorom niekomedogenna), Squalane (skwalan, składnik pozyskiwany z oliwek, który jest lekkim, szybko wnikającym olejkiem; dba o prawidłowe natłuszczenie i nawilżenie skóry oraz o jej warstwę hydrolipidową; chroni delikatnie przed szkodliwym promieniowaniem UV) ,
Propanediol
(glikol, naturalny rozpuszczalnik np. kwasów), Butylene Glycol, Butyrospermum Parkii Butter (masło shea, które nawilża i natłuszcza skórę), Pentylene
Glycol, Dimethicone, Polymethylsilsesquioxane,Polysorbate 20, Glyceryl
Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, Dimethiconol, Aluminum Starch
Octenylsuccinate, Ammonium Polyacryldimethyltauramide,Disodium EDTA,
Acetyl Dipeptide-1 Cetyl Ester
Skład kosmetyku nie powala na kolana, ale nie jest też najgorszy. Nie zawiera substancji, które potencjalnie mogłyby zapychać skórę, ale nie jest naturalny, pozbawiony konserwantów i silikonów. Za taką cenę oczekujemy czegoś wyjątkowego, co będzie świetnie działać, a tu skład jak w kremie za kilkanaście złotych ;/
Kosmetyk jest średnio wydajny, starczył mi na dwa miesiące codziennego stosowania. Aby nałożyć go na całą twarz musiałam użyć trzech pompek co nie jest niewielką ilością. Myślałam, że dzięki lekkiej konsystencji będzie trzeba go użyć niewiele, ale się przeliczyłam :C

Konsystencja tego kremu jest bardzo lekka, czasem bardziej przypominał mi serum niż właściwe mazidło do twarzy. Przez swoją delikatność idealnie nadawał się pod makijaż oraz do stosowania latem, kiedy moja skóra nie tolerowała cięższych produktów. Zimą się nie sprawdzi, chyba że stosowany pod inny krem.

Krem dostępny jest w Super Pharmie oraz wielu aptekach, zarówno stacjonarnych i internetowych. Jest średnio dostępny, łatwiej znaleźć jego „cięższego” brata, czyli Toleriane Ultra. Na początku nie mogłam go dostać nawet w Super Pharmie, ale od jakiegoś czasu jest w ich stałej ofercie.
Cena kosmetyku jest moim zdaniem naprawdę wysoka. W Super Pharmie oscyluje w granicach 85-90 złotych, natomiast w aptekach jest on tańszy nawet o 20-30 złotych. Swój kupiłam na promocji -50% i wtedy mogłam przełknąć to, że tyle kosztuje. Moim zdaniem oryginalna cena nie jest adekwatna do jakości produktu.

Krem kupiłam z myślą zadbania o odpowiednie nawilżenie mojej odwodnionej skóry. Jak wspominałam wyżej, przez leki na trądzik często borykam się z nadmierną suchością, przez którą żaden makijaż nie wyglądał ani perfekcyjnie, ani estetycznie. 
Podczas używania tego produktu nie miałam większych problemów z moją skórą. Była ona dobrze nawilżona, przestała się łuszczyć a suche skórki pojawiały się u mnie naprawdę rzadko. Krem nie zapychał, nie wpływał na powstawanie nowych stanów zapalnych i nie działał ani niekorzystnie, ani pozytywnie na czas ich gojenia. Nawilżenie jednak utrzymywało się krótko – po odstawieniu kremu skóra szybko powróciłaby do stanu wyjściowego – ratowały mnie tylko olejki, które stosowałam na noc.
Jeśli miałabym wybierać ulubiony krem nawilżający, z którym miałam styczność do tej pory zdecydowanie byłby to lekki krem głęboko nawilżający Pharmaceris A. Ten też był fajny, ale za taką cenę mogę znaleźć coś zdecydowanie lepszego – skusiłam się zachęcona pozytywną opinią Karoliny ze Stylizacji, ale chyba oczekiwałam od niego zbyt wiele.

Nie kupię, bo za taką cenę będę miała kilka tańszych, sprawdzonych i dobrych produktów. Krem fajny, ale dla osoby o mniejszych wymaganiach, która nie ma problemów z warstwą lipidową skóry, którą po kuracji retinoidami należałoby zregenerować.

Polecicie jakieś kremy nawilżające do cery mieszanej, trądzikowej? Lubicie kosmetyki La Roche Posay? Miałyście okazję testować ten krem?
Pozdrawiam :3

FARMONA | Tutti Frutti | Masło do ciała

Hej kochani!
W ostatnim poście na temat zużytych kosmetyków wspomniałam Wam o masełkach do ciała, które ja i moja mama bardzo polubiłyśmy. Jesienią i zimą nasza skóra potrzebuje większej dawki nawilżenia i natłuszczenia, w innym wypadku jest sucha, pęka. Sprawia nam to nie mały dyskomfort, a czasem (np. w u mnie w okolicach łokci, kolan i kostek) ból, gdyż naskórek pęka głęboko – niejednokrotnie pojawiała się u mnie nawet krew. Zwykłe balsamy czy mleczka nie dawały sobie rady, w zanadrzu miałam kilka olejków, ale czasem potrzebowałam odskoczni i czegoś innego. Przypadkiem wrzuciłam więc do koszyka, na promocji w Rossmannie, masło do ciała Farmona Tutti Frutti. Jeśli jesteście ciekawi, czy przynosi mojej skórze niezbędne ukojenie – zapraszam dalej 🙂

Dzięki zawartości afrykańskiego masła
Karite głęboko nawilża, odżywia i ujędrnia, sprawiając że ciało staje
się zachwycająco miękkie, delikatne i jedwabiście gładkie. Bogata
konsystencja pieści zmysły, czarne drobinki masują ciało, a zniewalająco
słodki zapach egzotycznych owoców uwodzi i relaksuje. 

Konsystencja masła jest naprawdę zbita i gęsta. Pod wpływem ciepła naszych dłoni staje się jednak lżejsza i pozwala na łatwe wsmarowanie produktu w ciało. Tą cechą przypomina raczej masła z The Body Shop niż te z Rossmanna, które można znaleźć w półlitrowych słoikach. Bardzo lubię taką gęstość produktu – nic nie spływa, nic nie ucieka, nie ma problemu z wysmarowaniem połowy łazienki 😛

Masełka dostępne są we wszystkich drogeriach stacjonarnych (np. Hebe, Rossmannie, Naturze czy Super Pharmie), okazjonalnie pojawiają się także między innymi w Biedronce. Znajdziecie je także w wielu sklepach internetowych. Plus za to – nie trzeba się zbytnio naszukać, kiedy chcemy je szybko kupić.

Masełka są tanie, ponieważ za jedno opakowanie zapłacimy około 15 złotych. Swoje kupowałam na promocji i wtedy ich cena oscyluje w granicach 10-12 złotych, więc jest to produkt na każdą kieszeń, tym bardziej, że pojemność wcale nie jest mała.

Masła Tutti Frutti są wydajne, przez to, że ich konsystencja jest gęsta i mocno zbita. Już niewielka ilość wystarcza aby pokryć nim całe ciało. Jedno opakowanie wystarczało mi na kilka tygodni codziennego stosowania, mojej mamie ze zużyciem go idzie trochę szybciej, ale ona woli nakładać na siebie większą ilość kosmetyków 😀

Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea)
Butter
(masło shea/ karite, które nawilża naszą skórę, natłuszcza ją i zmiękcza; ma także niewielki filtr UV, który chroni skórę przed szkodliwym promieniowaniem), Ethylhexyl Stearate (emolient, który tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną, stosowany sam, bezpośrednio na skórę może być komedogenny), Paraffinum Liquidum (Mineral Oil) (parafina, czyli olej mineralny również jest emolientem tłustym, tworzy na powierzchni skóry ochronny film, może przyczynić się do powstawania zaskórników, jeśli jest stosowana samodzielne), Cetearyl
Alcohol, Ceteareth-20, Glycerin
(gliceryna, ma działanie nawilżające), Glyceryl Stearate, Sodium Acrylate,
Isohexadecane, Polysorbate 80, Cera Alba(Beeswax)
(wosk pszczeli, kolejny emolient tłusty, który ma podobne właściwości do poprzednich), Cyclopentasiloxane,
Cyclohexasiloxane, Dimethicone, Parfum, Simmodsia Chinensis (Jojoba)
Butter
(masło jojoba, nawilża i natłuszcza skórę), Hydrogenated Jojoba Oil (olej jojoba, nawilża, zmiękcza i natłuszcza skórę, ma działanie regeneracyjne), Iron Oxides, Xanthan Gum, Disodium
EDTA, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben,
2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, BHA, Geraniol, Citronellol, Limonene,
E150cc, CI16255.
Jak widzicie, skład nie jest zły, ale naturalnością nie powala. Na początku bałam się, że parafina może mnie zapychać i na ciele będą tworzyć się małe krostki. Na szczęście nic podobnego się nie stało i nie musiałam odstawić kosmetyku. Dzięki zawartości wielu emolientów, skóra po regularnym smarowaniu staje się gładka, sprężysta i dobrze nawilżona.
Opakowanie tradycyjne dla kosmetyków o podobnej konsystencji. Słoiczek jest dobrym rozwiązaniem, pozwala  na zużycie produktu do końca bez konieczności cięcia opakowania i walki z nim o resztki kosmetyku. Zakrętka nie sprawia problemów przy odkręcaniu. Etykietki są estetyczne, od razu widać o jakim zapachu będzie konkretne masło. Pojemność to 275 mililitrów – zarówno niższego, jak i wyższego słoiczka.

Moim zdaniem masełko Farmona Tutti Frutti jest warte Waszej uwagi. Razem z mamą zużyłyśmy już kilka opakowań i jestem naprawdę zadowolona z efektów. Masło szybko uporało się z najgorzej wysusznymi partiami mojego ciała. Skóra przestała się łuszczyć i nie była już tak mocno napięta. Mimo skłonności do powstawania na plecach zaskórników, po stosowaniu tego kosmetyku ich stan nie uległ zmianie.
Masło ma przyjemną konsystencję, która dobrze się wchłania i nie pozostawia na długo tłustej warstwy, jak to się ma w przypadku stosowania olejków na suche ciało. Uczucie nawilżenia nie jest krótkotrwałe.
Zapach kosmetyku niektórym wydaje się chemiczny. Mojego nosa nie drażni i wszystkie mi się podobają, najbardziej wersja malina&jeżyna – aromat przypomina mi różową mambę.
Podsumowując – za niewielkie pieniądze możemy zdobyć naprawdę niezłe masełko do ciała, które dobrze nawilży naszą skórę. Polecam i mam nadzieję, że dzięki mojej opinii ktoś się na nie skusi 😀

Na pewno sięgnę jeszcze po inne wersje zapachowe, żeby wybrać tą, która najbardziej mi odpowiada. Na razie jednak wróciłam do poprzedniego punktu w pielęgnacji mojego ciała – olejków.
Miałyście przyjemność stosować masło do ciała Farmona Tutti Frutii? Jakie tego typu produkty polecicie?

PS Mam nadzieję, że nowy szablon bloga Wam się spodoba. Mateusz zarwał kilka nocy, żeby wstawić go tak, aby wszystko działało jak należy. Szablon stworzony przez Blokotka.

Wakacje 2015 | POLSKIE MORZE | TRÓJMIASTO

Hej dziewczyny! 
Przygotowałam dziś dla Was post, który bardziej będzie fotorelacją niż wpisem. Jak wiecie, w poprzedni weekend wybraliśmy się z Mateuszem do Sopotu – aby odpocząć, pozwiedzać i naładować akumulatory. Czy wypoczęliśmy? Psychicznie na pewno tak –  z fizycznej strony z relaksem było już dużo gorzej. Codziennie 25 kilometrowe maratony wykończyły mnie i moje ścięgno – nadal dochodzę do siebie po tych eskapadach xD Zachęcam do obejrzenia zdjęć – nie są wybitnej jakości, bo nie zależało mi na tym – chciałam przede wszystkim się wyłączyć i skupić na sobie i moim chłopaku. Mam jednak nadzieję, że coś wpadnie Wam w oko 🙂 Zapraszam 🙂

Lubicie przebywać nad morzem czy preferujecie góry? Jak spędziliście wakacje?
Pozdrawiam :3

KERATYNOWE PROSTOWANIE WŁOSÓW | Q & A – Pytania i odpowiedzi

Hej dziewczyny!
Od wykonania przeze mnie zabiegu keratynowego prostowania włosów minęło już prawie 9 miesięcy, postanowiłam więc wszystko podsumować i odpowiedzieć na najczęściej powtarzające się pytania pod włosowymi aktualizacjami. Sama przed wizytą u fryzjerki starałam się znaleźć na ten temat jak najwięcej informacji, a jedynie na nielicznych stronach były one zrozumiałe dla takiego fryzjerskiego laika jak ja i do tego przejrzyście wypisane. Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu zaspokoję Waszą ciekawość i chęć poszerzenia swojej wiedzy na ten temat. Jeśli więc jesteście ciekawi, jaką mam opinię na temat keratynowego prostowania włosów – zapraszam dalej. Chciałam też wspomnieć, że nie jestem profesjonalistką i mogę się w pewnych kwestiach mylić, ale starałam się posiąść jak najbardziej prawdziwą wiedzę na ten temat, pochodzącą z odpowiednich, wiarygodnych źródeł. Mam nadzieję, że mi się udało 🙂

1. NA CZYM POLEGA ZABIEG KERATYNOWEGO PROSTOWANIA WŁOSÓW?
Nasze włosy, codziennie narażane na niesprzyjające warunki atmosferyczne (wysuszające słońce, czy wiatr plączący nasze włosy, a także suche powietrze spowodowane nagrzewaniem pomieszczenia przez grzejniki czy ciągła wilgoć), uszkodzenia mechaniczne czy np. częste prostowanie lub suszenie gorącym nawiewem ulegają zniszczeniom, które są coraz bardziej widoczne. Takich zmian nie jesteśmy w stanie odwrócić samym stosowaniem kosmetyków. Zniszczone włosy należy ściąć, albo właśnie spróbować odbudować je surowcem, z którego są stworzone. 
Zabieg
ten ma na celu przywrócić włosom ich odpowiednią strukturę i blask,
spowodować, żeby wróciły do naturalnego „stanu zdrowia”.  Zabieg polega na wprasowywaniu we włosy pod wpływem wysokiej temperatury płynnej kreatyny – białka, ich naturalnego budulca.
Nie jest on obojętny dla naszej fryzury, nie jest jednak szkodliwy – wręcz przeciwnie. Jak wyżej wspomniałam, włosy po uzupełnieniu ubytków keratyną stają się silne, gładkie i pięknie lśniące. 

Podczas zabiegu wykonywanych jest kilka kroków:
  • Włosy są dokładnie myte szamponem z mocnym detergentem, aby zlikwidować z ich powierzchni wszelkie zanieczyszczenia, osady z szamponów i odżywek czy sylikonowych ser. Ten krok ma również na celu otworzenie łusek włosa, aby keratyna mogła się przez nie dostać do jego wnętrza.
  • Aby włosy nie były bardzo mokre, fryzjer delikatnie je podsusza. Do zabiegu wystarczy, aby były lekko wilgotne.
  • Właściwy, główny krok to nakładanie na włosy płynnej keratyny, pasmo po paśmie, w odległości 0,5-1 centymetra od skóry głowy. Po nałożeniu preparatu na włosy musimy odczekać około 30 minut, aby miał on szanse zadziałać.
  • Ostatnim już działaniem jest dokładne wysuszenie i wyprostowanie włosów. Ma to na celu wprasowanie specyfiku we włosy.

2. DLA KOGO PRZEZNACZONY JEST ZABIEG KERATYNOWEGO PROSTOWANIA WŁOSÓW?

Przede wszystkim dla osób, których czupryna w jakiś sposób ucierpiała. Najlepsze efekty uzyskamy właśnie na włosach puszących się, zniszczonych, czyli wysokoporowatych. Jeśli nie radzicie sobie ze swoimi włosami, różne metody pielęgnujące, które stosujecie nie mogą nic wskórać, a nie chcecie ścinać całej zniszczonej części, to ten zabieg jest właśnie dla Was.
Moim zdaniem do keratynowego prostowania najbardziej kwalifikują się włosy:
  • zniszczone częstym prostowaniem i suszeniem
  • farbowane
  • rozjaśniane
  • ogólnie w złej kondycji spowodowanej niewłaściwą pielęgnacją czy uszkodzeniami mechanicznymi
  • puszące się
  • plączące się
  • pozbawione blasku i gładkości

Włosy kręcone również nadają się do przeprowadzenia tego zabiegu.


3. JAKIE EFEKTY SĄ WIDOCZNE PO KERATYNOWYM PROSTOWANIU?

Zabieg sprawia, że nawet bardzo zniszczone włosy nabierają blasku. Wyglądają zdrowo i takie są – nie jest to tylko złudne uczucie – keratyna wnika w uszkodzone miejsca i je wypełnia. Kosmyki są dociążone, nie puszą się i nie plączą. Nie będą już wymagały używania prostownicy, bo będą „z natury” proste. Z wysokoporowatych mogą przejść w te nisko- i przy odpowiedniej  pielęgnacji efekt ten może utrzymać się nawet do kilku miesięcy.
4. CENA ZABIEGU
Cena keratynowego prostowania włosów zależy od tego, w jakim salonie je wykonujemy oraz od długości i gęstości naszych włosów. Warto również wspomnieć o tym, że w mniejszych miastach cena za tą usługę jest dużo niższa niż w metropoliach. Za moje włosy w większym mieście musiałabym zapłacić dwa razy tyle, ile kosztowały mnie w rodzinnej miejscowości. Ceny są naprawdę różne i wahają się mniej więcej od 250 do nawet 500-600 złotych.

5. JAK DŁUGO UTRZYMUJE SIĘ EFEKT PROSTYCH, LŚNIĄCYCH WŁOSÓW?

Fryzjerzy, którzy wykonują zabieg deklarują, że efekt powinien utrzymać się na włosach od kilku tygodni do nawet 6 miesięcy. U mnie najbardziej widoczny był właśnie przez 6-7 miesięcy, później przez słoną, morską wodę i słońce kondycja włosów trochę się pogorszyła. Nie wróciłam jednak do stanu wyjścia, a w moim przypadku od prostowania minęło już prawie 10 miesięcy. Jestem nadal zadowolona z tego, jak moje włosy wyglądają, bo przez grudniową wizytą u fryzjera były w strasznym stanie. Farbowana część była tak zniszczona i sucha, że gdy włosy się splątały nie mogłam ich rozczesać. Teraz nadal błyszczą, ale nie są już tak lejące, miękkie, gładkie i proste – chociaż to i tak niebo a ziemia między stanem początkowym. Musicie jednak pamiętać, że włosy nie odrosłymi całkowicie, a farbowana część ma się naprawdę nieźle 🙂
6. JAK DBAĆ O WŁOSY PO PROSTOWANIU KERATYNĄ?
W moim przypadku pielęgnacja przed i po niewiele się zmieniła. Musicie jednak pamiętać o kilku ważnych rzeczach, o których wspomnę niżej. Warto wspomnieć też, że 2 tygodnie przed i 2 tygodnie po zabiegu nie powinno się wykonywać koloryzacji.
Mycie:
  • wybieramy delikatne szampony bez SLS, SLES i ich pochodnych (np. ALS) oraz silikonów 
  • włosy myjemy delikatnie, starając się ich nie plątać i nie szarpać – działa to źle w każdym wypadku, nie tylko po zabiegu keratynowy
Pielęgnacja:
  • unikamy produktów zawierających w składzie wyżej wymienione składniki i dodatkowo tych z alkoholem i solą (Sodium Chloride)
  • w maskach dopuszczalne są silikony, ale takie, które można spłukać delikatnym szamponem czy samą wodą (lub takie, które odparowują z włosów samoistnie)
  • kilka razy w tygodniu (np. co 2 mycia) włączamy do pielęgnacji kosmetyki z keratyną
  • pomocne w utrzymaniu efektów jest regularne olejowanie włosów 
Ponadto przez pierwsze 2-4 dni:
  • nie wiążemy włosów w kucyk, nie splatamy ich
  • nie myjemy włosów
  • nie zakładamy włosów za ucho (jeśli zrobimy to na chwilkę nic się nie stanie – ważne, żeby nie były w tej pozycji zbyt długo, bo mogłyby się odkształcić)
  • nie moczymy włosów
  • podczas snu należy uważać na odkształcenia (ja strasznie się wiercę a na szczęście nic mi się nie odgniotło :P)
6. PLUSY I MINUSY KERATYNOWEGO PROSTOWANIA WŁOSÓW
Plusy:
  • zniszczone włosy zostają odbudowane i nie ma potrzeby ich ścinania
  • włosy stają się miękkie, lśniące i gładkie
  • stylizacja włosów nie jest już niezbędna – prawie zawsze wyglądają ładnie 😛
  • włosy mniej puszą się i plączą
  • kosmyki są mniej wrażliwe na warunki atmosferyczne (wilgoć, słońce)
  • włosy są mniej podatne na odkształcenia (w nocy związuję włosy a rano nie było na nich śladu po gumce, teraz problem powrócił)
  • włosy odzyskują dawne zdrowie
Minusy:
  • cena – zabieg jest dość drogi, bo jak wspomniałam cena waha się w granicach 250-500 złotych
  • jeśli ktoś wykona prostowanie nieumiejętnie (np. sam w domu, chociaż nie każdy, kto robi to na własną rękę nie potrafi zabiegu wykonać) może popalić i zniszczyć włosy
  • na początku włosy są mocno obciążone i przyklapnięte
  •  jeśli ktoś nie pielęgnował włosów przed zabiegiem tak jak wykonuje się to po – będzie musiał zmienić cały swój plan, co wiąże się z dokupieniem dodatkowych kosmetyków, zmianą nawyków itp.

Mam nadzieję, że post się przyda i się podoba 😀
Czy któraś z Was przeszła keratynowe prostowanie włosów? A może macie na nie ochotę?
Pozdrawiam :3

Mój sposób na stres | KOLOROWANKI DLA DOROSŁYCH

Hej wszystkim!
Ja pewnie buszuję gdzieś na plaży w Sopocie, a Wam przygotowałam post, żebyście przypadkiem o mnie nie zapomnieli ani się nie nudzili 😀 Mam nadzieję, że dzisiejszy, luźny post przypadnie Wam do gustu, bo będę pisać o czymś, co mnie porwało i nie chce oddać 😛
Od dziecka byłam miłośniczką kolorowanek. Rodzice musieli mi zapewnić dostęp do najlepszych kredek (żeby nie było, musiały być różnych rodzajów – nie wiedziałam, czy będę chciała danego dnia malować kredkami świecowymi, czy może suchymi pastelami xD) i świeżych kolorowanek. Co do tego drugiego – nie było to trudne, bo kilkanaście lat temu w kioskach dostępne były książeczki do kolorowania.
Tak zostało mi do dziś i nie mogłam przejść obojętnie gdy na półce zobaczyłam coś, co szybko stało się nową modą – kolorowanki dla dorosłych. Nie mogłam się oprzeć i zainwestowałam w dwie,  które moim zdaniem wyglądały najbardziej ciekawe. Jeśli jesteście ciekawi,  co mają w środku Japońskie Inspiracje i Inwazja Bazgrołów,  zapraszam do dalszej części posta 😀

Japońskie Inspiracje to książka z serii  Kolorowy Trening Antystresowy. Kartki po obu stronach zapełnione są obrazkami, które przywodzą na myśl dalekowschodnie, tradycyjne malowidła. Okładka jest miękka i nie utrudnia kolorowania. Niżej znajdziecie zdjęcia pochodzące właśnie z tej książki.  Sami widzicie, że trzeba poświęcić trochę czasu, żeby wypełnić stronę, ponieważ na rysunkach znajduje się wiele szczegółów.

Drugą książką do kolorowania jest Inwazja Bazgrołów, obok której nie mogłam przejść obojętnie. Uwielbiam doodle (tak nazywają się te śmieszne ludziki), a tutaj jest ich cała masa.  Książka, w porównaniu do poprzedniej, jest wykonana tak, aby jeszcze wygodniej się na niej pracowało. Kartki są sklejone i grube, co umożliwia otwarcie kolorowanki na płasko przy jednoczesnym nie zniszczeniu grzbietu. Okładka z przodu jest miękka, z tyłu natomiast podklejona grubą tekturą, dzięki której mamy stabilne podłoże nawet w podróży.  Niżej znajdziecie kilka ilustracji z książki i jeden pomalowany przeze mnie obrazek. 

Jeśli chodzi o kredki – warto zainwestować w te lepsze.  Ja zdecydowałam się na Bambino.  Miałam je już wcześniej, ale ograniczała mnie ilość kolorów,  które mogłam wybrać. 12 to zdecydowanie za mało.  Postanowiłam więc zamówić przez Internet paczkę 24 kredek.  Jak na razie mi to wystarcza. Są miękkie i dobrze się nimi maluje. Polecam 😛

Kolorowanki dla dorosłych są Wam znane?  Jakie macie sposoby na odstresowanie?
Pozdrawiam :3

Ulubieńcy sierpnia 2015 | WELLNESS & BEAUTY | RIMMEL | VERSACE

Hej dziewczyny!
Ostatni miesiąc wakacji minął mi niespodziewanie szybko. Nadal żyję sierpniem i nie mogę się odnaleźć w teraźniejszości 😛 Jak dla mnie wcale nie jest połowa września. Część z Was poszła już do szkoły, pewnie wiele czeka w tym roku jakiś ważny egzamin, matura, czy pierwsza sesja. Będę z Wami całym sercem, bo sama, już po raz trzeci, zamierzam podejść do matury. 
Jeśli chodzi o kosmetyki – w sierpniu niezbyt często sięgałam po kolorówkę – głównie ze względu na to, że malowałam się tylko wtedy, kiedy naprawdę musiałam, bo chciałam dać mojej skórze odpocząć. Co do pielęgnacji – starałam się ją dobierać bardziej świadomie, więc też nie miałam w tej kategorii zbyt wiele nowych produktów, które mogłyby stać się ulubieńcami. 
Jest ich niewielu, za to są to moje hity poprzedniego miesiąca (Ba! Nawet całych wakacji :P). Będę dziś mówić o peelingu Wellnes & Beauty z masłem shea i olejem migdałowym, perfumach Versace Bright Crystal i podkładzie Rimmel Match Perfection. Jeśli jesteście ciekawi, co sądzę o tych trzech produktach, zapraszam do dalszej części posta. 

Peeling Wellnes & Beauty z masłem  Shea i olejem migdałowym

Jest to moje drugie opakowanie tych peelingów. Pierwsze, które miałam było o zapachu papai i mango, ta natomiast pachnie bardzo słodko, ale nie mdło. Słoiczek ładnie wygląda na łazienkowej pólce, a samo działanie kosmetyku mnie zachwyca. Mimo tego, że jest to peeling solny nie podrażnia mojej wrażliwej skóry nawet po goleniu. Szczypie tylko wtedy, kiedy mam na ciele jakąś większą rankę. Mimo tego, że drobinki są niewielkie to ścierają martwy naskórek mocno. Skóra po takim zabiegu jest wygładzona i miła w dotyku. Przez zawartość olejków w składzie nie trzeba po jego zastosowaniu dodatkowo nawilżać ciała. Mój hit za niewielkie pieniądze.

Podkład Rimmel Match Perfection  w odcieniu 101 Classic Ivory

Moje odkrycie wakacji. Zamówiłam tester innego koloru na kosmetykach z ameryki i bardzo mi się ten podkad spodobał. Dobrze dopasowuje się do koloru skóry i wygląda na niej naturalnie, promiennie. Nie można dzięki niemu osiągnąć efektu maski. Jest miłą odskocznią od Loreal True Match, ponieważ ma zupełnie inne wykończenie – jest ono bardziej świetliste, mokre. Całkiem nieźle kryje a do tego udało mi się kupić go zawrotną cenę 8,19 złotego na promocji w Rossmannie. Ostatnią butelkę złapał dla mnie Mateusz 😀

Perfumy Versace Bright Crystal
Zdecydowanie ulubione perfumy sierpnia. Towarzyszyły mi przy wszystkich większych wyjściach. i dzięki nim czułam się pewna siebie. Flakon jest piękny a zapach uzależnia. Jest słodki, ale ma w sobie coś świeżego i kwaskowatego. Długo utrzymuje się na mojej skórze, a na ubraniach potrafi przetrwać kilka dni. Znam go od lat, miłość przeszła z mamy na mnie 😀 Gdy skończy mi się ta buteleczka, na pewno trochę od niego odpocznę i wrócę po kolejną 😀
Znacie któregoś z moich ulubieńców? Macie coś godnego polecenia, co u Was sprawdziło się w poprzednim miesiącu?
Pozdrawiam :3

PRZECZYTAĆ TYLE, ILE MAM WZROSTU | Stephen King Cmętarz Zwieżąt

Hej dziewczyny!
Nie było mnie tutaj kilka dni, bo nadal odpoczywałam psychicznie po mojej wyprawie do Bydgoszczy i piątkowej poprawce. Niedospanie dawało mi się we znaki, te kilka dni chodziłam przemęczona i nie mogłam zmotywować się do działania. Dodatkowo w poniedziałek były moje urodziny, i mimo tego, że nie urządzałam przyjęcia, bo czekam z tym na tatę i babcię to spędziłam cały dzień poza domem 😀 W końcu zmieniła mi się cyferka z przodu, a to już coś oznacza 😛 
Opiekuję się również kotkami, które rosną jak na drożdżach. Spotkała nas niestety niemiła niespodzianka. Dzień po narodzinach moich miśków znalazłam jeszcze jednego, czwartego, który niestety musiał urodzić się martwy – miał skręcony kark :C Nie mogliśmy jednak na to nic poradzić :C
W piątek wyjeżdżam też do Sopotu na weekend. Chcemy z Mateuszem trochę się wyciszyć, pobyć sami i pooddychać powietrzem przesyconym jodem – na Litwie nie odczułam tego tak mocno jak po wyjazdach nad zatokę. Mam nadzieję, że uda mi się przygotować dla Was posty na ten okres i porobić dużo zdjęć nadających się do fotorelacji. 
Wracając do tematu posta – chciałam napisać Wam dziś o książce, którą czytałam nie pierwszy raz i którą mogę z czystym sumieniem polecić 😀 Porozmawiamy więc o Cmętarzu Zwieżąt Stephena Kinga. Zapraszam!

Przechodząc stricte do tematu książki na wstępie warto zaznaczyć, że klimat utrzymany jest gdzieś pomiędzy horrorem a fantasy. Książka nie jest zbyt gruba, szybko się ją czyta. Potęguje to fakt, że jest wciągająca i gdy już zacznie się ją wertować, ciężko jest się od tego oderwać. Stephen King tworzy wokół fabuły niezwykłą aurę, którą uważny czytelnik wychwyci od razu – mnie się taka magia podoba.
Mimo, że wielką fanką horrorów nie jestem, to książka porwała mnie na tyle, że w przeczytałam ją już trzykrotnie, oczywiście w dość dużym odstępie czasowym. Historia toczy się w USA, a jej głównymi bohaterami są ludzie blisko ze sobą związani – lekarz, jego żona i ich dwójka dzieci oraz ich nowi, mili sąsiedzi – para staruszków, których imiona to Jud i Norma. Doktor przeprowadził się do niewielkiego miasteczka Ludlow z powodu zmiany pracy. Nowy dom był spełnieniem ich marzeń. Nie wiedzieli jednak, że to w Ludlow, cichym zakątku ma ich spotkać największa życiowa tragedia, coś o czym nawet nie śmieli pomyśleć.
Niedaleko ich posesji znajduje się ścieżka, prowadząca głęboko w las. Na jej końcu znajduje się tytułowy Cmentaż Zwierząt – miejsce pochówku zwierząt, które liczyło sobie kilkadziesiąt lat. Biła od niego dziwna aura, w powietrzu było coś magnetycznego, coś, co przyciągało za stary wiatrołom. Nikt jednak nie wiedział, że to niewinne z pozoru miejsce miało stać się przyczyną ogromnej tragedii.
Książkę Kinga polecam z czystym sercem, warto poświęcić jej trochę czasu. Do swojego wyniku 62,5 centymetra dodaję 3 i osiągam tym samym 65,5 centymetra 😛 Jeszcze długa droga przede mną, ale walczę wytrwale i się nie poddaję 😛
Lubicie Kinga? Miałyście okazję czytać tą książkę?
Pozdrawiam 🙂

DRESSLINK | Pędzle Real Techniques za 5,56$ zestaw!

Hej wszystkim!
Poprawka już za mną i trochę odetchnęłam z ulgą. Co ma być to będzie, teraz nie da się już zmienić ani odpowiedzi, ani arkusza 😛 Studenckie wakacje nadal trwają, w ten weekend szykuje mi się wypad nad morze, więc na pewno zaleję Was zdjęciami. 
Ważną wiadomością jest również to, że Zosia urodziła! Mam w domu trzy małe koteczki. Na szczęście poród odbył się bez komplikacji, a sama mamuśka od razu zaopiekowała się maleństwami. Musicie mi wierzyć na słowo, że są słodkie 😛 Jak podrosną na pewno je tutaj pokażę. 
W dzisiejszym poście chciałam pokazać Wam pędzle, które wybrałam sobie do zrecenzowania w ramach współpracy ze sklepem internetowym dresslink.com. Jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na ich temat – zapraszam do dalszej części posta 🙂

Szukałam czegoś właściwego dla siebie i zdecydowałam się na dwa zestawy pędzli, bo to właśnie tych akcesoriów brakowało mi w moim codziennym makijażu. Pierwszy z nich to set o nazwie „travel essentials”. W jego skład wchodzą trzy pędzle, które mają stanowić potrzebne nam minimum na wszelkich wyjazdach. Zestaw kosztuje 5,56 $ i obecnie jest w promocji. Więcej informacji znajdziecie o nim TUTAJ.
Drugi zestaw przeznaczony jest do makijażu oka. W jego skład wchodzi 5 pędzli różnego kształtu i pełniących różne funkcje. Jego nazwa to „starter set” i również kosztuje 5,56$. Jeśli szukacie dokładniejszego opisu, zerknijcie TU.
Pędzle z obu zestawów umieszczone są w praktycznych opakowaniach, które służą zarówno za etui, chronią pędzle przed uszkodzeniami mechanicznymi oraz dzięki nim możemy postawić pędzle na półkę.

Na zestaw „travel essentials” składa się (od lewej):

  • Essential foundation brush – pomarańczowy pędzel, który według producenta ma nam służyć do nakładania podkładu na naszą twarz. Czy jednak jest do tego odpowiednim narzędziem? Moim zdaniem – nie. Nie lubię płaskich, języczkowych pędzli do nakładania płynnych produktów na twarz. W moim makijażu lepiej sprawdza się przy nakładaniu rozświetlacza lub pudrowania okolic pod oczami.
  • Deluxu crease brush – pędzel, który w tym zestawie przeznaczony jest do makijażu oka. Moim zdaniem średnio się do tego nadaje – jest zbyt duży. Możemy nim, według mnie, nałożyć jedynie cień na całą powiekę. Ja znalazłam dla niego inne zastosowanie – nakładam nim rozświetlacz na szczyty kości policzkowych (tak, tak, wiem, że są to kości jarzmowe :P) i sprawdza się wtedy świetnie!
  • Multi task brush – według producenta – pędzel wielozadaniowy. Myślę, że jest to trafne określenie, ponieważ kształt pędzla oraz jego wielkość umożliwiają wykonanie kilku kroków w makijażu. po pierwsze – możemy nim przypudrować całą twarz. Jest dość mocno zbity, przez co dobrze wtłoczy kosmetyk w naszą skórę. Po drugie i trzecie – nakładanie bronzera i róża tym pędzlem to też dobre wyjście. Z całej trójki ten pędzel stał się moim ulubieńcem i to właśnie jego jakość wykonania jest najlepsza.

Na zestaw „starter set” składa się (od lewej):

  • Deluxu crease brush – czyli mój ulubiony pędzel z całej piątki. Można nim nałożyć cień na całą powiekę, zaakcentować wewnętrzny kącik czy podkreślić załamanie. Lubię takie wielozadaniowe akcesoria, bo w podróży mogę ograniczyć ich ilość. Włosie jest bardzo miękkie i elastyczne, dobrze przyjmuje cienie i pozwala na dobre ich rozcieranie.
  • Base shadow brush – pędzel, który ma dla mnie podobne zastosowania do poprzednika. Spełnia się we wszystkich funkcjach znakomicie, z tym wyjątkiem, że jest mniejszy, mniej zbity i bardzie precyzyjny. Z jego pomocą nałożymy cień również na dolną powiekę. Coś w jego środku grucha, ale nie wiem co to jest i co jest tego przyczyną – pędzel i tak działa bez zarzutu, więc staram się nie zwracać na to uwagi 😛
  • Accent brush – pędzel do zadań specjalnych. Jak nazwa wskazuje przeznaczony jest do akcentowania. Ja używam go do nakładania cieni na dolną powiekę i zaznaczania wewnętrznego kącika. Jest sztywny i bardzo zbity. Przypomina zwykły, większy pędzel języczkowy.
  • Fine liner brush – pędzel do kresek. Moim zdaniem nie nadaje się do tej czynności. Ma jedną zasadniczą wadę – jest zbyt duży i zbyt gruby – trzeba byłoby mieć wielkie oczy mutanta żeby ta kreska nie wyglądała na przerysowaną xD Ja używam go do makijażu ust. Kiedy nie mam pod ręką konturówki sprawdza się świetnie, gdy potrzebujemy wykonać precyzyjny makijaż warg.
  • Brow brush – pędzel do brwi. Na mój gust – za wielki, ale da się nim wykonać makijaż, tyle, że niezbyt precyzyjny. Do kreski też się nie nadaje, bo jest zbyt szeroki. Muszę znaleźć dla niego inne zastosowanie.

Jak wspomniałam, pędzle zamknięte są w dwóch etui. Na pierwszy rzut oka widać, że opakowania się od siebie różnią. Jedno jest obite grubym materiałem, a drugie miękką gąbką. Oba jednak dobrze spełniają swoje zadanie i nie pozwalają na uszkodzenie pędzli.

Jeśli miałabym podsumować to, jak wykonane są pędzle – jestem na wielkie tak. Włosie jest miękkie, nie wypada, a trzonki dobrze leżą w dłoni. Pędzle fajnie się piorą i nie tracą przy tym kształtu ani włosia. Pewnie zastanawiacie się, czy są to oryginalne pędzle Real Tecniques? Moim zdaniem tak. Dlaczego więc są takie tanie i można je kupić na stronie chińskiego sklepu? Dlatego, że każdy z nich ma jakiś mały mankament, który jednak nie przeszkadza w użytkowaniu – albo napis jest delikatnie starty, albo farba, którą wykonane są napisy pobrudziła gdzieś pędzel. Jeden, jak wspomniałam wyżej, ma coś w środku, co grzechocze. Według mnie, są to pędzle, które nie przeszły kontroli jakości i nie zostały dopuszczone na rynek.

Podsumowując – są to pędzle bardzo dobrej jakości za niewielkie pieniądze. Jeśli będę miała okazję na pewno dokupię sobie jeszcze jeden zestaw, który pozostał mi do skompletowania kolekcji (pomarańczowy). Mogę Wam je śmiało polecić – nie zawiedziecie się 😀
Jeśli chodzi o kontakt ze sklepem – jest bardzo dobry. Cały zakup nie sprawił mi kłopotów, w każdej chwili mogłam skontaktować się z pracownikiem. Paczka doszła w osiem dni roboczych, a miała przyjść w 10-25 dr, więc jestem tych faktem pozytywnie zaskoczona. Sklep mogę polecić z czystym sercem – jak na razie produkty lepsze niż w BPS.

Co sądzicie na temat tych pędzli? Miałyście okazję współpracować ze sklepem dresslink.com?
Pozdrawiam :3

 Jeśli chcecie dokonać zakupów w wyżej wspomnianym sklepie – skorzystajcie ze zniżki, którą dresslink.com przygotował specjalnie dla moich czytelników.