Mini haul :3

Hejooo!
Robię sobie przerwę od nauki i przyszłam napisać szybkiego posta. Dzisiaj Oliwia (BFF :D) pokazała mi sklep Glitter, który jest likwidowany i wszystko jest przecenione o 75%. Oczywiście jak sroka nie mogłam napatrzeć się na tą biżuterię, która naprawdę była warta uwagi ( a przynajmniej jej część 😛 ). Nie mogłam się zdecydować co wziąć i wybrałam w końcu 3 naszyjniki i stojaczek na biżuterię (mój jeden zmarł śmiercią tragiczą a nie miałam okazji go wymienić) i za wszystkie te rzeczy zapłaciłam 39 złotych! ;D W (Lidlu) upolowałam też Zniszcz ten dziennik za 20 złotych ;D Coś czuję, że będzie seria! 😀

Stojaczek jest dość duży i prezentuje się na półce bardzo elegancko. Cała moja biżuteria się na nim zmieściła i wygląda to ciekawie 😀 Najbardziej podoba mi się miejsce na pierścionki. Cena przed promocją to 70 zł, ja zapłaciłam niecałe 18.

Patrzyłam również na kolczyki, ale nie znalazłam nic, co porwałoby moje serce 😛 Może jednak się zastanowię i pójdę do sklepu gdy będzie mniej ludzi i będę mogła skupić się na sobie a nie na pilnowaniu torebki i unikaniu przepychania 😛 W końcu do koszyka trafiły 3 naszyjniki, bardzo delikatne, które wybraliśmy razem z Mateuszem :3

Pierwszy składa się z trzech serduszek w różnych kolorach – złotego, srebrnego i różowego złota. Kosztował 30 zł, a ja kupiłam go za 8 złotych.

Drugi ti dwie, malutkie, złote, przeplatające się obrączki – jedna gładka a druga ozdobiona niewielkimi cyrkoniami. Jego cena również wynosiła 30 zł, a po przecenie 8.

Ostatni już – srebrne, płaskie kółeczko było najtańsze i kosztowało 25 zł. Po promocji tylko 7 złotych – żyć, nie umierać 😛

Tutaj możecie jeszcze zajrzeć jakie ksiażki znajdziecie taniej w LIDLU <KLIK>

Podoba Wam się biżuteria? Miałyście w rękach książkę Zniszcz ten dziennik?
Pozdrawiam :3

[AKTUALIZACJA WŁOSÓW] Styczeń – miesiąc po keratynowym prostowaniu

Hej!
Dzisiaj szybki post, ale myślę, że będzie dla Was ciekawy. Ja uczę się do sesji i nie mam na raziezbyt dużo czasu, co nie oznacza, że ot tak zostawię bloga 😛 Oby do  i potem wolne 😀 Do czasu sesji poprawkowej 😛

Nie przedłużając zapraszam Was na aktualizację pielęgnacji włosów. Równy miesiąc temu ( 27 grudnia ) byłam na zabiegu keratynoego prostowania włosów. Jak na razie jestem bardzo zadowolona i nadal dbam o swoje włosy tak samo, jak przed zabiegiem, aby efekty utrzymywały się jak najdłużej. Włosy zyskały jednak na objętości i czasem nie są już idealnie proste, szczególnie, gdy kładę się spać w wilgotnych. Jestem jednak bardzo zadowolona, gdyż włosy mają zdecyowanie niższą porowatość, nnie plączą się tak bardzo i dzięki temu ani ich nie łamię, ani nie wyrywam podczas czesania. Przejdźmy do produktów, jakich używałam w ciągu tego miesiąca.

Szampony: Różne wersje Alterra oraz Hipp dla dzieci. Nie stosowałam ani razu szamponu z SLS/SLES gdyż moje włosy nie są ani obiciążone, ani przyklapnięte. Nie chciałam znów podrażniać skalpu, który buntował się po zmianie wody z mazurskiej na kujawsko – pomorską 😛

Odżywki: Nie stosuję odżywek do włosów – są jak dla mnie za lekkie i niedostatecznie pielęgnują moje włosy.

Maski: Kallos – Keratin, Algae, Color i Crema al Latte oraz Biovax do włosów osłąbionych i wypadających oraz ta z keratyną (niebieska). Maski staram się stosować na zmianę i trzymać na włosach jak najdłużej, czasem jednak udaje mi się to tylko na kilka minut.

Oleje: Olej kokosowy, Alterra Cytryna i Brzoza oraz Papaja i Migdał.
Wcierki: od 1,5 tygodnia Jantar.
Dodatkowo: Czesanie Tangle Teezerem, związywanie włosów na noc.
Styczeń – Flesz

Styczeń – Bez flesza

Listopad – Styczeń – Bez flesza

Listopad – Styczeń – Flesz

Podoba wam się zmiana moich włosów? Macie jakieś sprawdzone sposoby na dodatkowe nawilżenie włosów?

Pozdrawiam :3

[RECENZJE] The Body Shop masło do ciała wild argan oil

Hej!
Ciągle jestem w szoku bo udało mi się zaliczyć test z historii filozfii i to chyba na 4,5 :O Jestem w szoku bo tylko raz przeczytałam notatki (czyli kopiuj – wklej z Wikipedii) 😛 Dzisiaj dałam sobie spokój, ale od jutra muszę choć odrobinę wziąć się za naukę, bo od pierwszego wtorku lutego zaczynam egzaminy :C Nie chce się, ale trzeba, a po sesji w końcu wyjeżdżam do domu i bardzo się z tego powodu cieszę. Nie przedłużając przechodzę do meritum posta bo i tak jest już naprawdę późno 😛

Nawilżające masło wzbogacone olejem arganowym z Maroka to luksusowy rytuał piękna dla Twojego ciała. Zapewnia 24 godzinne nawilżenie, sprawia, że skóra staje się miękka i gładka.
Olej arganowy, dzięki zawartości kwasów tłuszczowych nawilża, regeneruje i chroni skórę. 
Głęboko w afrykańskich górach Atlas, na terenie Maroka, rośnie dzikie drzewo arganowe – to jedyne miejsce, gdzie występuje ono w sposób naturalny. Tutaj berberyjskie kobiety ręcznie zbierają i pieczołowicie rozłupują orzechy najwyższej jakości, z których następnie powoli wyciska się ekstrakt – przejrzysty olej, gotowy do wykorzystania przy produkcji nowej linii Argan Oil Bath & Bodycare od The Body Shop. 
Pełna wersja masełka, czyli 200 mililitrów kosztuje 60 złotych. Te dostałam w ramach testów jeszcze przed premierą „wygrywając” casting na facebookowym profilu TBS 😛 W liście, który dostałam razem z masełkiem było napisane, że ta konkretna wersja (miniaturka 50 mililitrów) kosztuje 20 złotych. Jak dla mnie drogo, niestety nie stać mnie na to, żeby kupować sobie tak drogie masła do ciała :C Tutaj minus :C

Dostępne tylko i wyłącznie w sklepie The Bod Shop. Stacjonarnie. Sklepu internetowego nie ma. Można również szukać na allegro, ale cena jest naprawdę podobna.
Bardzo zwarta i gęsta, jak na prawdziwe masło przystało. Treściwa, roztapia się w kontakcie z ciepłem naszej skóry. Łatwo się wmasowuje i rozproadza po ciele. Wchłanie się również dość szybko, ale pozostawia delikatną, tłustą wartsewkę, co nie każdemu może się podobać.

Słoiczek wykonany z twardego plastiku. Łatwo się odkręca. Solidnie wykonane. Naklejki nie ścierają się, nie odklejają, projekt moim zdaniem estetyczny i bardzo ładne. Takie opakowania są charakterystyczne dla maseł TBS, to tutaj wyróżnia się złotym kolorem i niebieskimi etykietkami.
Te, które widzicie na zdjęciach ma 50 mililitrów. Tradycyjne, dostępne w sklepach są 4 razy większe, czyli mieszczą 200 mililitrów produktu. Są dostępne również „giganty” (stawiając je przy Isanie już nie :P) 400 mililitrowe, ale nie wiem czy akurat ta wersja jest dostępna w takiej pojemności. Z tego co mi się wydaje – nie.

I tutaj właśnie nie ma efektu WOW. Na początku mamy wodę, masło shea i masło z kakaowca. Olej arganowy, który widnieje w tytule całej serii jest naprawdę daleko w składzie – bliżej  mu ku końcowi niż początkowi. Za taką cenę oczekiwałabym, że tego głównego składnika znajdzie sie w produkcie więcej. Niestety, zawiodłam się. Dodatkowo w kosmetyku można znaleźć olej palmowy, którego temat jest kontrowersyjny.
Jak dla mnie wydajność tego kosmetyku jest niska. Gdybym używała go do całego ciała astarczyłby mi może na 5  razy. Do smarowania stóp i dłoni też nie starczył na zbyt długo. Aby moja sucha skóra poczuła ukojenie naprawdę musiałam nałożyć dość dużo kosmetyku.

Słyszałam wiele zachwytów nad produktami The Body Shop. Niestety jak dla mnie ich cena jest za wysoka a do tego nie mam do nich dostępu, bo najbliższy sklep znajduje się w Warszawie. Co ja myślę o masełku z tej serii? Gdybym miała sama je kupić, za pieniądze z własnej kieszeni nie zrobiłabym tego. Masełko nawilża, ale nie jest to jakieś dogłębne odżywienie – takie samo, albo nawet lepsze otrzymuję po posmarowaniu stóp kremem z mocznikiem od Isany, któy w promocji można kupić za 3 złotych i jest go w opakowaniu więcej. Zapach masełka jest ciężki, ja wyczuwam tu nuty jakichś perfum, długo go czuć na ciele, więc nie każdemu może spodobać. Pozostawia na ciele delikatną wartewkę, która nie wchłania się zbyt szybko. Nie jest to totalny bubel, ale nie mogę go nazwać moim hitem.
Moja ocena to
5/10
Nie kupię, ze względu na cenę. Za 15 złotych kupiłam balsam z Rossmanna i jak dla mnie poziom nawilżenia jaki daje jest podobny. Nie warto przepłacać.

Miałyście okazję testować te masło do ciała? Podobało się Wam? Lubicie kosmetyki The Body Shop?
Pozdrawiam :3

GARNIER | PŁYN MICELARNY DO SKÓRY WRAŻLIWEJ | MÓJ MUST HAVE

garnier różowy płyn micelarny do skóry wrażliwej opinia recenzja skóra trądzikowa 4

Hej!
Udało mi się znaleźć trochę czasu i mam dla Was kolejnego posta. Dzisiaj o płynie micelarnym z Garniera, który podbił serca naprawdę wielu dziewczyn. Jeśli jesteście ciekawi co ja o nim sądzę zapraszam do czytania :3

Obietnice producenta

Płyn micelarny 3 w 1 to prosty sposób, by usunąć makijaż oraz oczyścić i ukoić całą skórę (twarz, oczy, usta) za pomocą jednego gestu. Nie wymaga spłukiwania. 

To pierwszy inteligentny produkt oczyszczający od Garniera, w którym została zastosowana technologia miceli. Nie musisz już trzeć, by pozbyć się zanieczyszczeń i makijażu – micele wiążą je niczym magnes. Efektem jest idealnie czysta skóra bez pocierania. Bezzapachowy. 

 Cena

Cena waha się w granicach 16-18 złotych, ale na promocji można go dorwać za około 12 złotych. Ja w Biedronce kupiłam swój za bodajże 10.99, więc naprawdę super cena jak za taką jakość.

Wydajność

Producent na opakowaniu informuje nas, że płyn wystarcza na 400 demakijaży ( a za jeden demakijaż przyjmuje 1 płatek ) i moim zdaniem u mnie mniej więcej tyle tego było.  Wystarczył mi na ponad 3 miesiące codziennego stosowania, więc ten wynik mówi sam za siebie 😀
garnier różowy płyn micelarny do skóry wrażliwej opinia recenzja skóra trądzikowa 3

Dostępność

Wszystkie drogerie – Natura, Hebe, Super Pharm i Rossman. Do tego jest dostępny również w internecie. Lepiej dostępny być chyba nie może 😛 Za to naprawdę duży plus, bo tylko wyskoczymy do sklepu i go mamy 😀 Do tego czasem pojawia się w Biedronce przy okazji urodowych gazetek.

Opakowanie

Przejrzyste, ładne i poręczne. Trochę duże, ale zabierając go w podróże można przecież przelać odpowiednią ilość do innego pojemniczka. Zamykane na klik, nic nie trzeszczy, nic się nie psuje, otwór nie jest zbyt duży i nie wylewa się przez niego zbyt dużo produktu. Etykiety trwałe, nie ścierają się i wyglądają estetycznie. Taki design mi się podoba.
garnier różowy płyn micelarny do skóry wrażliwej opinia recenzja skóra trądzikowagarnier różowy płyn micelarny do skóry wrażliwej opinia recenzja skóra trądzikowa 2

 Skład

Aqua, Hexylene Glycol, Glycerin, Disodium Cocoamphodiacetate, Disodium EDTA, Poloxamer 184, Polyaminopropyl Biguanide

Skład krótki, nie ma miliona parabenów i innych szkodliwych substancji. Mnie nic nie uczula i nie podrażnia, a mam dość wrażliwą skórę. Nie wiem jak sprawdzi się u „sucharków” bo moja cera jest mieszana. Niektórzy porównują jego delikatność z Biodermą, więc musi coś w tym być. Ja Biodermy nie miałam więc się nie wypowiem 😛

Pojemność

Aż 400 mililitrów. Butla jest naprawdę duża, bo zazwyczaj spotykamy takie produkty w pojemnościach 200, maksymalnie 250 mililitrów. Tutaj otrzymujemy prawie dwukrotnie więcej, więc musimy rzadziej wychodzić po niego do sklepu.

Moja opinia

Jak dla mnie jest to najlepszy płyn micelarny, który miałam okazję wypróbować i przetestować. Nie podrażnia mnie, nie uczula, nie powoduje wysypu krostek czy zapychania skóry. Nie wysusza. Makijaż zmywa naprawdę ekspresowo, dobrze pozbywa się również tuszu do rzęs czy szminek w intensywnych kolorach. Jest bardzo wydajny. Nie pozostawia na skórze lepkiej warstwy, na oczach nie pozostaje nam denerwująca mgiełka. Jak dla mnie – świetny produkt za naprawdę dobrą cenę.
Nie pozostało mi nic innego jak wręczyć mu okrągłe
10/10

Czy kupię ponownie?

Tak! Podobno mają wyjść 2 nowe wersje – dla cery tłustej, skłonnej do niedoskonałości i dla cery normalnej lub mieszanej i chcę wypróbować obie. Mam nadzieję, że będą tak samo dobre jak ta tutaj. Polecam każdemu, może się sprawdzi i dzięki temu ktoś również znajdzie swojego ulubieńca.
garnier różowy płyn micelarny do skóry wrażliwej opinia recenzja skóra trądzikowa

Testowałyście? Lubicie?
Pozdrawiam :3

[INSTAGRAM] Podsumowanie grudnia 2014

Hej!
Z racji tego, że ostatnio była taka długa przerwa w postach zapraszam Was dzisiaj na jeszcze jednego, tym razem niekosmetycznego. Zdaję sobie sprawę z tego, ze jest już prawie koniec stycznia a ja podsumowuję grudzień, ale jakoś tak wyszło 😛 Na pocieszenie mogę Wam tylko powiedzieć, że w poprzednim miesiącu miałam rekordowo dużo zdjeć na tej platformie społecznościowej 😀 Zapraszam wszyskich do oglądania i czytania opisów. Więc, do dzieła! 😀
Nie mogłam się powstrzymać i przepuścić takiej okazji – Maxi Jajko musiało być moje 😛 Szkoda, że zabawka wcale nie była taka duża :C 
Lizaki wykonane ręczenie – jabłkowy i jeżynowy – były tak samo smaczne jak i ładne 😀

Party Pop po zaliczeniu kolokwium z chemii – sponiewiera wszystko i wszystkich 😀

Moja inwencja twórcza i naklejanie ozdób na matową taśmę – jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma 😀

Planowanie postow i czytanie Focusa w toku 😀

Softlips – chyba mój nowy ulubiony balsam. Na zdjęcoi smak miętowy 😀 Polecam!

W końcu do domu <3

Zmęczeni po podróży 😀

Ja i moja nowa przyjaciółka 😀 Chcę być taka chuda jak ona 😀

Tęskniłam za Zośką 😀 Takiej łobuziary dawno już nie widziałam 😛

Podróż na przedświąteczne zakupy 😀

Wigilia to tak specjalna okazja, ze nawet nie zapomniałam o biżuterii 😀 Jestem w szoku 😀

Zdjęcie z choinką – zimowy must have 😀

Kocham twistbandy <3

Byłam w kinie na Hobbicie – 2 razy 😀 Czy polubiłam? O tym jeszcze poopowiadam 😀

Babeczka z tygryskiem 😀 Było w niej więcej chemii niż smaku xD

Mój sylwestrowy look 😀 Nic ciekawego, ale zawsze warto się pokazać 😛
Lubicie takie podsumowania? 
Pozdrawiam :3

[GRWM] Mój codzienny makijaż na uczelnię :D

Hejo!
Wróciłam do swiata żywych, ale pewnie niedługo i tak zniknę, bo przychodzi ta zła sesja :O Już kilka razy przymierzałam się do napisania jakiegokolwiek posta, ale jakoś mi to nie wychodziło, bo albo brakowało czasu, albo przychodziłam zmęczona, albo po prostu w dzień wolny złapał mnie leń i oprócz przymusowej nauki nic nie chciało mi się robić :c
Dzisiaj przygotowałam więc ciekawszego posta, mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo takiego jeszcze u mnie nie było 😀 Dzisiaj na tapecie (na szczęście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu xD) mój codzienny makijaż, z jakim pokazuję się ludziom na Uniwersytecie 😀 Jeśli jestescie ciekawi jak to wygląda – zapraszam do oglądania i czytania :3

Uprzedzając pytania o to co mam na paznokciach – jest to lakier Essie Canyon Coral o którym mówiłam w ostatnim haulu 😀 Nie wygląda tutaj pięknie, bo wysechł mi top coat a to już 3 dzień noszenia 😀 Ale nie przejmuję się, na razie odprysków nie ma, jedynie końcówki starły się delikanie od pracy na komputerze. Jego recenzja pojawi się przy bliższym poznaniu, abym mogła Wam o nim opowiedzień troszkę szczegółów 😀

Po pierwsze na umytą żelem i przetartą tonikiem buzię nakładam dwa kremy. pod oczy wędruje Ziaja z bławatkiem, która u mnie sprawdza się naprawdę fajnie, a na całą twarz nakładam krem z Pharmaceris A – lekki krem głęboko nawilżający. Ten również jest fajny, na początku myślałam, że będę miała po nim wysyp, ale okazało się, że taka sytuacja nie miała miejsca – i dobrze!

Następnie nawilżam swoje usta masełkiem od Nivei – tym razem wybór padł na jagodowe (chociaż na obrazku jest borówka, jakby ktoś pytał :P), w swojej kolekcji mam jeszcze kokosowe i karmelowe. 

Podkładem, którego aktualnie używam jest Bourois ( nie wiem czemu, ale za każdym razem mam problem z napisaniem nazwy tej firmy :P) 1 2 3 Perfect, który średnio lubię. Ogólnie na twarzy zachowuje się dość dobrze, ale ja nie umiem nakładać go pędzlem, dodatkowo oksyduje na twarzy i robi się jeszcze ciemniejszy, choć dla mnie nawet ten wylany z buteleczki nie jest odpowiednim odcieniem ;c Niestety muszę go zużyć i na razie cierpię mając wrażenie, że moja twarz jest ciemniejsza od szyi 😛 Odcień do 51 Vanilla Clair

Wypryski (których nie mam teraz wiele) i przebarwienia oraz cienie pod oczami maskuję korektorem z Catrice – Camouflage Cream w najjaśniejszym odcieniu. Wiem, że jest on trochę zbyt ciężki do nakładania na wrażliwą skórę wokół oczu, ale jak na razie nie znalazłam kamuflażu, który by mi zakrył te siniaki ;__; Plusem jest fakt, że nie wyusza mojej skóry i nie podrażnia jej.

Kolenym krokiem jest przypudrowanie twarzy. W tym celu używam pudru Stay Matte z Rimmela i delikatnie oprószam nim twarz. Daje matowy efekt, ale jest to subtelne wykończenie i nie wygląda jak twarz maska/płaska twarz 😛 Ten tutaj to numerek 003 – w drogerii wydawał się jaśniejszy, ale na szczęście dopasowuje się do odcienia mojej skóry 😀

Rzęsy tuszuję maskarą od Loreala, która jest moim ulubieńcem. Jest to Volume Milion Lashes So couture, Szczoteczka jest delikatna więc nie drażni moih wrażliwych powiek a jej wielkość pozwala na pomalowanie nawet najmniejszych włosków. Formuła nie skleja rzęs i nie robi z nich pajęczych nóżek a dodatkowo nie zmusza moich oczu do produkowania hektolitrów łez, jak to się czasami zdarza 😛

Brwi podkreślam Color Tattoo w odcieniu 040 – Pernament taupe – myślę, ze produktem dla większości znanych, a dla części z nich nawet kultowym :3 Lubię go za to, jaką ma formułę i to, że efekt widoczny na brwiach można stopniować. Ja swoich nie wyrysowuję jakoś mocno, bo nie lubię mieć brwi odrysowanych od linijki (albo szklanki :P)

Ostatnim krokiem, który jest opcjonalny, to pomalowanie ust – nie decyduję się na to z prostego względu – brak czasu, a do tego nie chcę się rzucać wykładowcom w oczy xD  Tutaj wybrałam tint z Bell, który niedawno był w Biedronce.

Pędzle jakich użyłam to kabuki z Essence do pudru oraz szczoteczka do wyczesywania brwi z Essence.  Ścięty pędzelek to Hakuro H85.

Tak prezentuje się cały makijaż. Mi jego wykonanie zajmuje około 10 minut – jest więc to tempo ekspresowe 😀 Nie ma tutaj nic skomplikowanego, staram się tylko maskować moje problematyczne przebarwienia i wypryski a uwydatnić to, co lubię – czyli usa i oczy.

Co sądzicie na temat malowania się do szkoły? Preferujecie coś takiego jak ja, czy nie macie oporów przed mocniejszym makijażem?

Pozdrawiam

[HAUL] Zakupy z grudnia i stycznia :D Duużo nowości :P

Hej!
Choroba, okres, kolokwia i zbliżająca się sesja mnie pokonały. Nie dość, że jestem chora, wysypało mnie to jeszcze mam wory pod oczami jakby to była jakaś charakteryzacja i ani krzty sił. Chciałabym do domu, kota, rodziców i cudownego lenistwa 😀 No ale się nie da :C Trzeba się wziąć w garść i pracować i nad sobą i nad wszystkim wokół 😛 
Miałam zaplanowanych kilka postów, praktycznie jeden na każdy dzień, ale nie miałam siły w ogóle zrobić zdjęć ani sklecić kilku sensownych zdań, myślę, że każdemu taki okres w życiu się zdarza. Ja jak na razie jestem w dołku, bo praktycznie żadne z moich postanowień noworocznych jeszcze nie zostało ruszone ;__: Ale może od dzisiaj coś pójdzie w dobrą stronę, bo ze mną już troszeczkę lepiej.
Żeby nie przedłużać i nie zanudzać Was na śmierć, chciałabym już Was zaprosić na dzisiejszego posta, który będzie o zakupach grudniowo – styczniowych. Trochę mi się tego uzbierało, a to dlatego, że u mnie, jak już coś się kończy, to kończy się masowo 😛

Po pierwsze kupiłam kilka kosmetyków codziennego użytku. Skończył mi się krem nawilżający od Ziaji a używam teraz często retinoidów i postanowiłam się skusić na jakiś inny krem nawilżający. Chciałam kupić La Roche Posay Toleriane Ultra Fluid, ale cena 80 zł w Super Pharmie zbiła mnie z tropu i sięgnęłam po Pharmaceris A – Lekki krem głęboko nawilżający, który w promocji kupiłam za niecałe 27 złotych. Na razie nie mogę wydać o nim opinii, ale na pewno pojawi się ona wkrótce na blogu. W Rossmannie za 12 złotych do koszyka wpadł też żel do golenia od Gillete – Satin Care with touch of Olay – miałam już inny z tej serii i uważam że są rewelacyjne. Kostka lodu na górze to balsam od Perecty o zapachu mięty (15 zł), a na dole pomadka z nowej, zimowej serii Essence w kolorze 02 (6 zł).

Razem z mamą złożyłam też zamówienie na kosmetykizameryki.pl. Kupiłam mój ulubiony puder bambusowy od Paese za około 27 złotych i gumki Invisibooble w kolorze Marine Dream za 14.99. W promocji były lakiery Essie i ja takiej okazji przepuścić nie mogłam 😀 Wybrałam 2 kolory, których nie mam jeszcze w swojej kolekcji – malinowo-czerwony Canyon Coral oraz liliowy Under Where? Oba kosztowały po 9,99 więc naprawdę niezła cena jak na takie lakiery do paznocki.

W Biedronce za 12,99 znalazłam kalendarz z Kubusiem Puchatkiem, który bardzo mi się spodobał. Może jest odrobinę infantylny, dzieciecy, ale jak dla mnie, za taką cenę – lepszego bym nie znalazła. Bardzo podoba mi się w nim to, że jest lekki, cienki oraz to, że każdy miesiąc ma inną szatę graficzną, co pozwoli bardzo przejrzyście rozpisać na nim wszystko co chcemy – jak dla mnie bomba 😀 Jeśli jesteście ciekawi jak wygląda w środku to piszcie w komentarzach.

Po powrocie do Bydgoszczy miałam jeszcze jeden dzień wolnego, zanim zaczynałam zajęcia, więc z Mateuszem wieczorem wybraliśmy się do galerii – w planach nic nie było, ale w Home & You była wyprzedaż, więc weszliśmy 😀 I co zastaliśmy? Pustki i puste półki 😀 Udało mi się chwycić tylko te świeczniczki ze zdjęcia, które wcześniej bardzo mi się podobały a uważałam, że są za drogie 😀 Na szczęście byłam szybsza, bo z drugiej strony sięgała po nie inna pani 😀

Utrzymane są one w chłodnej, szaro – srebrno – beżowej kolorystyce i idealnie wyglądają we wnętrzu, kiedy zima za oknem. Mieszczą tea lighty. Ich cena przed obniżką to 29 złotych, ja zapłaciłam za nie 8,70, a więc niezły deal 😀

Wracając do domu nie mogłam nie zajechac do IKEI 😀 Trafiliśmy z Mateuszem na promocję, która bardzo nas zainteresowała 😀 Kocham świeczki i wszystko co ładnie pachnie i dzięki karcie IKEA family na każdej ze świec zaoszczędziłam kilka złotych (-15%). Pierwsza jest to mała świeca w słoiku z zatyczką, jej cena regularna to 10 złotych. Pachnie perfumami i pudrowymi kosmetykami.

Ta tutaj pachnie czystą pościelą, jest to bardzo świeży zapach, ja właśnie takie (oprócz owocowych :D) lubię najbardziej. Ma dwa knoty, co uważam za plsu, bo wosk szybciej będzie roztsapiał sie do samych ścianek. Jej czas palenia to 50 godzin, a cena regularna 20 złotych.

Dwie ostatnie już znacie, bo pisałam o nich na blogu 😀 Są to świece Sinnlig o zapachu poziomki i lodów waniliowych. Tym razem sięgnęłam po większe wersje, czyli te, które palą się około 40 godzin. Ceny dokładnie nie pamiętam, ale wydaje mi się, że normalnie kosztują około 7 – 8 złotych.

Nadal ubolewam nad tym, że w Bydgoszczy nie ma i nie mogę kupować masek z Kallosa, które naprawdę lubię 😛 Dlatego po przyjeździe do domu zgarnęłam aż 3! Pierwsza, duża to Kallos Algae za 13 złotych. Sięgnęłam po nią, żeby stosować ją przed myciem włosów szamponem – więcej o niej niedługo na blogu 😀

2 mniejsze za około 6 złotych to znana mi już Keratin i nowa Color. Ta druga pachnie naprawdę pięknie a włosy są po niej mięciutkie, błyszczące i lejące *.* Po prawej widzicie szampon Hipp, którym myłam włosy w domu, po ich keratynowym prostowaniu 🙂 Ma ładny, delikatny zapach, ale niestety jak każdy szampon dla dzieci pląta moją czuprynę :C

Zbliżając się ku końcowi powiem o 2 kosmetykach – kremach do rąk. Pierwszy to krem odmładzający Bebeauty z Biedronki – wybrałam ten ze wzgledu na zapach, któy mi najbardziej odpowiadał. Kosztuje około 3-4 złotych. Drugi, z pompką od Wellness & Beauty pochodzi z Rossmanna i kosztował 11 złotych. Stoi w łazience i używam go po każdym myciu rąk.

Do mojej kolekcji wpadły też słuchakwi Philipsa – nie dość, że niebieskie to jeszcze słodkie grają w naprawdę dobrej jakości dźwięk 😀 Możecie je dorwać zbierając nakrętki od Pepsi 😀

Musiałam się niestety pożegnać ze swoim starym portfelem :C Urwało mi się zamknięcie a do tego piszczał przy wchodzeniu do kilku sklepów i przyprawiał mnie o zawał 😛 Miałam wybrać coś poważnego, dla dziewczyny w moim wieku, w sumie prawie 20 lat na karku 😛 Mateusz jednak stwierdził, że ten z kucykami Ponny idealnie do mnie pasuje i muszę go mieć xD Zapłaciłam za niego 40 złotych w Croppie.

Brat postanowił mi się dołożyć do czegoś co bym chciała sobie kupić bo nie chciał nie trafić z prezentem i tak w moje łapki wpadł plecak w stylu hippie z CCC. Akurat wtedy dla klubowiczów była promocja i zamiast 120 złotych, zapłaciłam za niego 77. Jest wykonany z grubej eko skóy i wcale nie jest tak mały jak się wydaje. A4 da się w niego zmieścić 😛

W tym roku nie szalałam jakoś zbytnio na „ciuchowych” wyprzedażach 😀 Kupiłam tylko 2 bluzki, z których jestem zadowolona 😀 Ta na górze ma fajną siateczkę, która pezentuje się na ciele bardzo elegancko, dlatego bluzkę możemy założyć i na jakies bardziej formalne wyjście i na codzień. Kosztowała 20 złotych.

Biała to zwykły T-Shirt z dłuższym tyłem i fajną aplikacją z przodu. Jest wykonana z grubszego matriału i jest luźniejsza, gdyż wzięłam rozmiar M 😀 S-ki są jednak trochę za krótkie w niektórych wypadkach 😛 

Jeszcze przed świętami na pormocji -40% złowiłam spódnicę, która bardzo mi się podobała. Jest sztywna i fajnie rozkloszowana. Brakowało mi takiej w mojej szafie. Po przecenie jej cena wynosiła 47 złotych.

Ostatnią już rzeczą jest Pan/Pani Brokuł 😀 Ja twierdzę, że to jednak Pani, bo ma spódnicę 😀 Dostałam ją od Pana Mateusza jako jeden ze świątecznych prezentów 😀 Jest bardzo słodka i oryginalna – ludzie dziwnie na mnie patrzyli, gdy trzymałam na kolanach brokuła jadąc do domu xD
To by było na tyle 😀 Zapomniałam jeszcze zrobić zdjęcia długich kozaków, które kupiłam kilka dni temu na promocji, ale da się to nadrobić 😛 Długi ten post, dłuugo się go pisało 😛 Mam nadzieję, że Wam się spodoba 😀
Lubicie haule? Też postanowiłyście przystopować już z zakupami? 😛
Pozdrawiam :3
PS Minęło nam już 2,5 roku :3 <Chyba wiecie o co chodzi :3>

Jeden ze świątecznych prezentów – kominek zapachowy Bomb Cosmetics

Hejooo!
Dzisiaj miała być jakaś fajna recenzja, ale jestem trochę rozbita bo wyjechałam dzisiaj ze swojego domku ( a raczej wyjechałam wczoraj, post publikuje się automatycznie :P) :C Święta się kończą, wolne też i trzeba wracać do rzeczywistości. Studia same się nie zaliczą i nie skończą 😛 Był płacz, było smutno, bo tak naprawdę nie wiem kiedy teraz będę miała szansę wrócić na ukochane mazury :C Mam tylko nadzieję, że sesja pójdzie mi dbrze i wtedy uda się wrócić w lutym do domu. OBYYY 😛 Żeby nie zapeszać, przejdę szybciutko do następnej części posta 😛 Zapraszam więc ciekawych do czytania :3

Kominek z Bomb Cosmetics dostałam od Pana Mateusza :3 Widział on mój smutek i smętnie leżące woski, których nie miałam w czym odpalić. W sklepie Aromatella.pl znaleźliśmy zwykły, biały kominek, który przypadł mi do gustu. Co prawda na stronie wyglądał troszkę inaczej, ale nie ma co narzekać 😛 W zestaie znajdowało się jeszcze 20 mini wosków Little Hotties.

Na początku marzył mi się kominek od Yankee Candle, ale niestety przed świętami nigdzie nie był dostępny :C Ten jednak przyszedł bardzo szybko i spodobał mi się. Dzięki dużej miseczce powierzchia szybko się rozgrzewa i aromat wosków jest wuczuwalny już kilka chwil po wypaleniu. Kominek bardzo fajnie pasuje do każdego wnętrza i świetnie sprawdzi się u tych, którzy czesto korzystają z wosków lub olejków zapachowych.

Co do wosków Little Hotties – o nich będzie osobny post. Do zamówienia dostałam słodkiego pierniczka 😀 Takich prezentów mogłoby być więcej 😛 Lubię być rozpieszczana 😀

Podoba Wam się ten kominek? Miałyście kiedyś jakiś produkt z Bomb Comsetics?

Pozdrawiam i życzę miłych wolnych dnii :3

[RECENZJE] Chusteczki zmywające lakier z paznokci od JELID

Hej wszystkim!
Początek roku delikatnie nieciekawie się u mnie zaczyna bo od oczoraj walczę z grypą, gorączką i bólem gardła. Może nie jest to grypa, ale naprawdę na zwykłym przeziębieniu się nie zakończyło :C Myślałam już, że tej zimy mnie nic nie ruszy, bo jak na razie byłam w kwestii chorób nietykalna 😛 Los jednak chciał inaczej i muszę się zmagać z tymi nieporządanymi objawami.
Mam nadzieję, że dla Was ten styczeń będzie przyjemniejszy i nie będziecie musieli narzekać jak ja ( jak jakaś stara babcia) na ból pleców 😛 Dzisiejszym gwoździem programu będą chusteczki do zmywania lakieru do paznokci od firmy JELID. Dostałam je do przetestowania jeszcze przed wprowadzeniem na rynek jak wiele innych blogerek i w końcu nadszedł czas bym podzieliła się z Wami moją opinią. Jeśli jesteście ciekawi co o nich sądzę, zapraszam Was do kolejnej części posta.
Chusteczki zapakowane są w białym, estetycznym, kartonowym pudełeczku na którym znajdują się różowe napisy. Całość jest dobrze widoczna, napisy czytelne. W opakowaniu znajduje się 50 chusteczek. Waciki pakowane są pojedynczo. Cena takiego kartonika to około 20 złotych, a pojednczego wacika – 50 groszy.
Waciki nie zawierają acetonu i są nasączone olejkiem, który natłuszcza paznokcie i pielęgnuje skórki. Lakier zmywa się dość łatwo, nie testowałam ich na brokatowym lakierze, ale z tym mam nawet problem przy zmywaczu z acetonem 😛 Ogólnie ich używanie jest przyjemne, mi nie pasuje do końca zapach samego olejku – dla mnie jest to coś na kształt róży, a tego zapachu w kosmetykach nie toleruję. 

Ostatnia już sprawa, jaką chciałam poruszyć. to fakt, czy chusteczki naprawdę zmywają 10 paznokci jak to obiecuje nam producent. Testowałam je na lakierach i jasnych i ciemnych i muszę przyznać, że z tymi pierwszymi radzą sobie one lepiej niż z drugimi o jakich wspomniałam. Kiedy mamy pomalowane pazurki jasnym lakierem jedną chusteczką zmyjemy nawet do 7-8 paznokci, natomiast przy mocno nasyconych barwach ta liczba waha się w granicach 5-6. Więc i tak wychodzi na to, że na obie dłonie musimy zużyć dwie chusteczki.

Czy kupiłabym te chusteczki sama? Myślę, że gdybym musiała wyjechać na dość długo a miałabym ograniczone pole do popisu przy pakowaniu się i układaniu bagażowego planu na pewno ten produkt byłby fajnym gadżetem. Na codzień jednak nie sprawdza się już tak świetnie z jednego powodu – jest to jednak dość wysoki koszt w porównaniu ze zwykłym zmywaczem. Moja ocena zależy więc od tego, w jakiej sytuacji bym się znalazła, myślę jednak, że dałabym im szansę bo to ciekawy produkt, przydatny szczególnie w podróży.

Testowałyście? Lubicie takie produkty, czy jednak wolicie tradycyjne metody?
Pozdrawiam :3

[ZAPACHY] Wosk Yankee Candle Bahama Breeze

Hejo!
Sylwestre już za nami, święta też i można zwolnić tempo w nowym, 2015 roku. Miałam tyle planów, tyle nauki, ale jak zwykle wszystko zostało w sferze „To do list” 😛 Nie ma jednak co płakać, po prostu od jutra trzeba wziąć się do roboty 😛 Wiedza potrzebna na kolokwia sama się nie przyswoi 😀
Przechodząc jednak to głównego tematu tego posta chciałam Wam opowiedzieć o kolejnym wosku Yankee Candle czyli o Bahama Breeze. Jest to wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwam w nim aromaty soczystego grejpfruta, ananasa i mango. Jest to zapach bardzo soczysty, słodki, ale ma w sobie odrobinę kwaskowości.

Zapach ten kojarzy mi się z latem, wakacjami na rajskiej wyspie i to jest własnie pora roku w której najczęściej gości on w moim kominku. Dlaczego piszę o nim zimą? Bo świetnie odświeża mieszkanie i naładowuje mnie pozytywną energią. Ja zapach wyczuwam przez około 6-8 godzin, czyli podczas palenia dwóch tealightów. Zapach jest mocny, szybko roznosi się po całym pomieszczeniu i długo się w nim utrzymuje. Jest to kolejny ulubieniec, z którego nie zrezygnuję.

Niedawno wspomniano w Internecie, że podobno ma zostać wycofany, ale jak na razie widziałam go we wszystkich sklepach internetowych. Mam nadzieję, że to tylko pogłoska i taki fakt wcale nie nastąpi. Kupiłam go na goodies.pl.



Lubicie woski Yankee Candle? Jakie aromaty przemawiają do Was najbardziej?
Pozdrawiam :3