Miesięczne archiwum

Maj 2017

Uncategorized

KWIECIEŃ W ZDJĘCIACH | CZASEM SŁOŃCE, CZASEM DESZCZ

14 maja 2017
podsumowanie kwietnia na Instagramie
Cześć!
Kwiecień plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata. Gdybym miała opisać kwiecień jednym zdaniem właśnie tak by ono wyglądało 😛 Pamiętam słońce, deszcze, grad – prawdziwy kalejdoskop. W kwietniu miałam dużo wolnego, pewnie też dlatego ten miesiąc minął mi tak szybko – na początku zajmowałam się nauką, później świętowaniem, sprzątaniem po remoncie i nadrabianiem blogowych zaległości.
Jeśli jesteście ciekawe, co wymyśliłam w lipcu, w jakich projektach brałam udział i co mi się przydarzyło – zapraszam do dalszej części posta 🙂 Znajdziecie tam kilka słów podsumowań, które ja lubię pisać, a Wy lubicie czytać 🙂

podsumowanie kwietnia na instagramie 1

Na samym początku miesiąca, jeszcze przed wizytą u fryzjera postanowiłam sprawdzić rzeczywisty stan moich włosów. Na niektórych blogach pojawiały się na te temat oddzielne posty zebrane pod hasztagiem #nakedhairchallange. Polegało to na umyciu włosów mocno oczyszczającym szamponem i nie nakładania na nie żadnego kosmetyku. Włosy miały też wyschnąć naturalnie. Okazało się, że stan moich włosów nie jest taki zły, jak mogłoby się wydawać – jestem zadowolona z tego, jak się prezentują, bo okazały się zdrowe i lśniące. Brakowało im dociążenia, ale tak już z lekkimi, cienkimi włosami bywa – szczególnie jeśli są długie. A Wy jak oceniacie stan moich, a także swoich kosmyków?
Następna informacja będzie nieco zaskakująca i dla niektórych śmieszna – w ubiegłm miesiącu po raz pierwszy odwiedziłam czytelnię Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Tak, studiuję od października, ale jeszcze ani razu (do tamtego momentu) nie uczyłam się w bibliotece. Po prostu nie potrafię skupić się siedząc wśród obcych osób – wolę wrócić do domu i do oddać się tej przyjemności (tak, czasem nauka jest przyjemna :P). Muszę jednak przyznać, że „nasza” czytelnia ma naprawdę świetny klimat – w środku każdy czuje się tak jakby przebywał w Hogwarcie – fajnie jest tam zajrzeć w przerwie między zajęciami albo wtedy, kiedy w domu nie mamy potrzebnej nam książki. 
Jeśli chodzi o zapachy to numerem jeden w kwietniu był recenzowany przeze mnie wosk, czyli Cherry Blossom. Towarzyszył mi naprawdę często, praktycznie go wypaliłam – został mi mały fragment, który na pewno wypalę w najbliższej przyszłości. Zapraszam Was na bardziej szczegółowy opis, a tu napiszę tylko, że jest to zapach świeży, ale jednocześnie otulający, szczególnie po dłuższym czasie palenia. Mi kojarzy się z sadem, a to naprawdę pozytywne skojarzenie 🙂 O Kraju Kwitnącej Wiśni nie wspominając 🙂

podsumowanie kwietnia na instagramie 2
Chciałabym Was też zaprosić na każdy post z serii #wiosennik – jej organizowanie i współtworzenie przyniosło mi wiele frajdy, a do tego jeszcze lepiej poznałam się ze świetnymi dziewczynami tworzącymi w blogosferze. W kwietniu pisałyśmy o:

podsumowanie kwietnia na instagrmie 3

Na początku kwietnia wybrałyśmy się z dziewczynami do kawiarni i z racji tego, że chciałyśmy przetestować coś nowego zdecydowałyśmy się na pobliskie (względem Pałacu Branickich :P) Maison du Cafe, czyli malutką kawiarenkę utrzymaną we francuskim stylu. Kawa była naprawdę dobra, wnętrze piękne (żałuję, że nie mam innych zdjęć oprócz tego), cieszy mnie również możliwość przygotowania każdego napoju na mleku roślinnym – to zdecydowanie ułatwia sprawę i nie komplikuje mi życia 😛 Ceny są przystępne, obsługa miła – ja polecam 🙂 
Jak co miesiąc pisałam o moich ulubieńcach, a marcu była nim między innymi paletka Too Faced Bon Bons. Wiele z Was była pozytywnie zaskoczona jakością tych cieni i ich pigmentacją (podobnie jak ja zresztą :P). Odsyłam Was do wpisu, bo można tam znaleźć ciekawe kosmetyki, a także pielęgnacyjny gadżet, którego używam praktycznie codziennie. Jeśli jesteście ciekawi – również odsyłam Was do zeszłomiesięcznego wpisu z ulubieńcami.
W kwietniu pisałam też o kosmetykach Lily Lolo, między innymi o dwóch pięknych pomadkach – Nude Allure i Romantic Rose. Nadal chętnie po nie sięgam, bo nadają ustom ładnego wyglądu – nie dość, że są dobrze napimentowane to naturalne składniki zawarte w ich składzie pielęgnują nasze wargi. Z tej dwójki moim faworytem jest zdecydowanie Nude Aluure, choć byłam pewna, że takie brzoskwiniowe kolory nie będą na mnie dobrze wyglądać. Jak widać – życie potrafi zaskakiwać 😛

podsumowanie kwietnia na instagramie 4

W kwietniu remont mojego rodzinnego domu biegł już ku końcowi, dlatego mogłam w końcu cieszyć się faktem posiadania wanny i korzystać z długich, relaksujących kąpieli. Towarzyszami tych przyjemnych zabiegów były kosmetyki Sweet Bath – babeczki, puuding czy sól do kąpieli. Jestem fanką tego typu nietuczących słodkości – nie dość, że są ozdobą łazienki, pięknie pachną to jeszcze wykonane są ze składników naturalnych i pielęgnują naszą skórę. Te były napakowane olejkami, dlatego po takim relaksującym moczeniu się w wodzie nie musiałam już korzystać z balsamu.
W zeszłym miesiącu odpuściłam też sobie dietę – tylko troszeczkę, ale jedzenie czekolady niestety negatywnie odbiło się na stanie mojej skóry. Praktycznie nie jadam już tego typu słodyczy, ale mam czasem chwile słabości i się tego nie wstydzę 😛 Jestem tylko człowiekiem i potrafię poświęcić się dla kawałka, czy dwóch (ewentualnie połowy tabliczki :P). Jeden pryszcz w tę, czy tamtą to jeszcze nie koniec świata 😉
Jako, że był to dla mnie miesiąc niezwykle produktywny pisałam Wam wiele wpisów – z tego co pamiętam odpuściłam tylko jeden i jestem z siebie dumna. Zdjęcie z słuchawkami ma przypomnieć ten o gadżetach kobiety, które często mi towarzyszą – niektóre nawet codziennie. Z Waszych komentarzy wynika, że też macie takie przedmioty, z którymi praktycznie się nie rozstajecie – jeśli mielibyście coś wskazać (oprócz telefonu, żeby nie było tak łatwo :P), co by to było? 🙂

podsumowanie kwietnia na instagramie 5

Jeśli chodzi o zdjęcie koszyczka – bez bicia przyznaję się, że wolę Święta Bożego Narodzenia. Mają w sobie klimat, czeka się na nie tygodniami, jako dziecko wypatruje się pierwszej gwiazdki. Wielkanoc nie kojarzy mi się aż tak z rodziną. Owszem, jemy wspólne śniadanie, odwiedzamy dziadków, malujemy pisanki – ale czegoś mi w tym święcie brakuje. Czy Wy też macie takie dziwne przeświadczenie, czy tylko ja tak mam? 🙂
Drugim wpisem o Lily Lolo był ten o ich dwóch sypkich różach – Rosebud i Ooh la la. moje serce podbił ten drugi, stał się ulubieńcem kwietnia – ten post też możecie przeczytać już na blogu. Róże te są świetnie napigmentowane, ale wystarczy odrobina wprawy i nie ma możliwości zrobienia sobie nimi krzywdy. Zobaczcie, jak ten rumieniec wygląda naturalnie, nieskromnie przyznam, że mi pasuje. Na ustach wspomniana wyżej Nude Allure. Poza tym – nowe, krótsze włosy. PS czemu moje brwi na zdjęciach typu selfie wyglądają na grube, a w rzeczywistości i na normalnych ujęciach już takie nie są? 😛

Na sam koniec jedno z najbardziej popularnych zdjęć na IG – moje zakupy z Rossmanna. W tym roku było skromnie, ale nie powiem, że niczego nie kupiłam. Wybrałam droższe kosmetyki, po które nie sięgnęłabym w cenie regularnej. Zdecydowałam się na dwie pomadki dr Ireny Eris Provoke – 703 i 705, EOS o zapachu i smaku truskawkowego sorbetu oraz nowości z Evree. Ze szminek Provoke jestem bardzo zadowolona – opanowały mój makijaż ust i pojawiają się na nich praktycznie codziennie – ich jakość jest świetna, a kolory bardzo twarzowe.

podsumowanie kwietnia na instagramie 6

W kwietniu wiele z nas polowało na gazety Glamour z dołączonym do nich jajeczkiem Blend it!. Wiem, że rozeszły się one jak świeże bułeczki – nic dziwnego, kiedy niektóre osoby kupowały po kilka sztuk – ja zdecydowałam się tylko na jedną, ponieważ nie wiedziałam, czy te gąbki będą mi odpowiadać. Miałam co do nich wielkie oczekiwania, ale już się rozczarowałam. Na pewno nie dorównają mojej ulubionej Real Techniques Miracle Sponge, o której pisałam ostatnio. Wejdźcie na moje Ins Stroy – tam tłumaczę dlaczego. 
Ostatnim już zdjęciem jest to, które w pewnym stopniu mnie ujęło. Pochodzi z ostatniej części wiosennika, czyli tej traktującej o kosmetykach kolorowych. W kwietniu na wielu moich zdjęciach królowała gipsówka – wiem, że wiele osób umieszcza ją teraz w swoich kompozycjach, ale i tak mam wrażenie, że moje zdjęcia pozostały nieco inne (mam nadzieję, że to nie tylko złudzenie, a prawda :D). Ten niepozorny kwiat podobał mi się już od dawna, ale dopiero blogerki uświadomiły mi, że można kupić go na sztuki – wcześniej myślałam, że jest używany do ozdoby bukietów i nie można jej kupić od tak 😛
Jak podoba się Wam moja opowiastka o kwietniu? Co ciekawego wydarzyło się wtedy u Was?  Jakie macie plany na maj?
Pozdrawiam :*
Uncategorized

ZOBACZ JAK WYGLĄDA GĄBKA REAL TECHNIQUES MIRCALE SPONGE PO 13 MIESIĄCACH UŻYWANIA

12 maja 2017
real techniques miracle sponge recenzja

Hej!
Gąbeczki do makijażu kilka lat temu podbiły kosmetyczny rynek – wszystko zaczęło się od słynnego Beauty Blendera. Na dzień dzisiejszy ta gałąź strefy beauty stale się rozrasta – wielu producentów proponuje nam odpowiedniki kultowego jajeczka, a my, konsumentki, staramy się wybrać te najlepsze.
Podobno nic nie zastępuje oryginału, ale jestem zdania, że warto szukać swego ideału – nie zawsze to, co sprawdza się u wszystkich sprawdzi się także u nas. Dziś przychodzę do Was z recenzją gąbeczki Real Techniques Miracle SpongeJak wygląda po 13 miesiącach używania? Czy w jej wnętrzu znalazło się coś niepokojącego? Czu używanie jednej gąbki przez tak długi okres jest higieniczne? Zapraszam do dalszej części wpisu 🙂

recenzja miracle sponge real techniques

real techniques recenzja miracle sponge

Moja pierwsza przygoda z gąbką miała miejsce mniej więcej 2,5 roku temu. Pierwszy egzemplarz jajka kupiła mi ciocia w Niemczech – wtedy wybrałam znany wszystkim Ebelin – podobno miał być tani i dobry i przez kilka miesięcy żyłam w takim przekonaniu.
Ciągły wzrost świadomości i dążenie do otaczania się coraz lepszymi kosmetykami sprawiła, że chciałam poszukać czegoś nowego. Tak trafiłam na kolejną słynną gąbeczkę z H&M, później dotarłam natomiast do propozycji sióstr Pixiwoo. To właśnie przy tym pomarańczowym gagatku zostałam dłużej – coś mnie w nim ujęło i sprawiło, że sięgałam po tę gąbkę codziennie.

gąbka real techniques miracle sponge mokra sucha po roku używania
PO LEWEJ – STARSZA, ZMOCZONA GĄBKA | PO PRAWEJ – SUCHA, NOWA GĄBECZKA

Gąbka Real Techniques Miracle Sponge ma intensywnie pomarańczową barwę. Mimo tego kolor nie wypłukuje się – niezależnie czy to pierwsze, czy sto pierwsze mycie gąbka nie puszcza koloru. Dzięki temu nawet po kilku miesiącach intensywnej eksploatacji wygląda dobrze i estetycznie.
Ma nietypowy kształt – z jednej strony wygląda jak łezka, z drugiej ma ściętą dupkę. Taki kształt na pozwolić na lepsze dopasowanie do kształtu naszej twarzy, a także na docieranie do problematycznych miejsc – każda z nas wie, że nakładanie korektora pod oczy, czy rozprowadzanie podkładu wokół skrzydełek nosa może się wiązać z kłopotami (przynajmniej tak to wygląda u mnie :P). Mi taka forma odpowiada zdecydowanie bardziej niż na tradycyjna – makijaż aplikuję o wiele szybciej, nie mam też problemów z nieestetycznie zbierającym się podkładem w różnych zakamarkach, których na pierwszy rzut oka nie widać.

gąbka real techniques po kilku miesięcach używania, roku używani

Na zdjęciach wyżej możecie zobaczyć dwie gąbeczki – jedna jest tą 13-miesięczną, a druga nową – nie używaną ani razu. Ta starsza jest już zamoczona w wodzie – jak widać gąbka znacznie zwiększa swoją objętość, jest także bardziej porowata od niezamoczonej siostry.
Gąbka Real Techniques ma dość gładką fakturę, jest miękka i nie odbija się od twarzy jak piłeczka – dobrze dopasowuje się do jej kształtu, jest plastyczna i łatwo nią operować. Nie pije dużych ilości podkładu i raczej łatwo go z niej zmyć – miewałam czasem problemy, ale tylko i wyłącznie po zastosowaniu cięższego, zastygającego kosmetyku. 
Czy odbiera pokładowi krycie? Stety lub niestety – tak. Zachowuje się jak każda gąbeczka tego typu. Moim zdaniem różnica nie jest jednak na tyle duża, żebym musiała dokładać kolejne warstwy kosmetyku.

przeciętna gąbka real techniques po roku używania

Po kilku miesiącach gąbka delikatnie popękała, ale w ogóle jej nie oszczędzałam. Jeśli chodzi o narzędzia do wykonywania makijażu staram się, by były bardzo czyste więc codziennie rano szorowałam ją pod kranem. W celu usunięcia resztek kosmetyków, kurz i bakterii używałam olejku z Isany, który nie jest kosmetykiem najdelikatniejszym, ale nader skutecznym. Nie wpłynął on negatywnie na stan mojej gąbki.
Czy po przecięciu byłam zaskoczona? Wyskoczyły z niej jakiejś muchy, pająki? A może znalazłam jakieś resztki podkładu? Nic z tych rzeczy. W środku gąbka była jak nowa, nawet na obrzeżach nie znalazłam choćby śladu fluidu. Dokładnie mycie podziałało – nigdy nie używałam tej gąbki dwa razy pod rząd bez jej wcześniejszego umycia – może to nie pozwoliło gromadzić się kosmetykom w jej wnętrzu.
Czy uważam, że używanie jednej gąbki przez rok jest higieniczne? Owszem, jeśli przestrzegacie zasad czystości, myjecie ją po lub przed każdym użyciem i odpowiednio przechowujecie. Gąbka powinna mieć dostęp do świeżego powietrza (wilgoć sprzyja rozwojowi drobnoustrojów), ale nie powinna być też wystawiona na działanie słońca. Kurz też nie jej nie służy (tak samo jak Waszej skórze).

Czy polecam gąbkę Miracle Sponge? Tak! Jak dotąd lepszej nie znalazłam i na pewno będę do niej regularnie wracać, tym bardziej, że taka aplikacja podkład czy kremu BB/CC jest moją ulubioną. Na pewno długo będę jeszcze chorować na zakup oryginalnego Beauty Blender, ale jak na razie jego cena jest dla mnie zbyt wysoka. Gąbki Real Techniques kupiłam rok temu na cocolita.pl w promocji – 42 zł za 2 sztuki 🙂

real techniques miracle sponge dwupak recenzja

Miałyście te gąbeczki? Co myślicie o takim sposobie aplikacji podkładu? Myślałyście, że gąbka po 13 miesiącach praktycznie codziennego używania będzie wyglądała gorzej?
Pozdrawiam!
Uncategorized

TAG | 3 FIKCYJNE POSTACIE, Z KTÓRYMI SIĘ UTOŻSAMIAM

9 maja 2017
fikcyjne postacie, z którymi się utożsamiam
Hej!
Jest niedziela (EDIT – jest wtorek, już jestem po kole :P), ja powinnam była się wczoraj uczyć, ale średnio mi to wyszło – piękna pogoda za oknem sprzyjała przebywaniu na zewnątrz, a Mazury bez grilla, to nie Mazury 😛 (za to w Białymstoku wczoraj była powódź i można było pływać po drogach xD)
Wracając do temu bloga wydaje mi się, że ostatnio skupiłam się na kosmetycznych wpisach, recenzjach, a zabrakło mi tu jakiejś odskoczni od tematu beauty.
Wiele tagów pojawiło się już na łamach tej strony, a ja chyba nie jestem na tyle kreatywną osobą, żeby wymyślić nowe, które nie pojawiły się jeszcze w sieci. Wpadłam jednak na pomysł, żeby przybliżyć Wam z jakimi postaciami z książek lub filmów się utożsamiam – wydaje mi się, że to ciekawy sposób na poznanie mnie z innej strony. Może dowiecie się o mnie czegoś, co wcześniej nie przyszłoby Wam do głowy – myślę, że to rozwiązanie jest ciekawe i wiele z Was się tym wpisem zainteresuje (mam nadzieję :P). Jeśli Was zaintrygowałam – zapraszam dalej!


YENNEFER | „WIEDŹMIN” A. SAPKOWSKIEGO 

Postać tę pokochałam od momentu, kiedy pojawiła się w opowiadaniach, na serii Wiedźmin natomiast kończąc. Towarzyszy mi w książkach i grach. Jest nieco mylnie oceniana przez osoby, które nie zapoznały się z pisanym źródłem.

Yennefer to czarodziejka, jakie więc cechy mogłabym mieć z nią wspólne? Na pewno to, że na pierwszy rzut oka wydaje się chłodna i wyrachowana, a przez niektórych uważana jest nawet za wredną, natomiast dla rodziny i bliskich jest w stanie poświecić nawet życie – też jestem taką osobą. Podobnie jak ona znam swoją wartość i uparcie dążę do celu. Czy pachnę bzem i agrestem? Może niekoniecznie, liliowych oczu też nie mam, za to lekko za duży nos idealnie wpisuje się w mój kanon piękna 😛

arwena lotr lord of ther rings tolkien

ARWENA | „WŁADCA PIERŚCIENI” J.R.R. TOLKIENA

Twórczość Tolkiena towarzyszy mi od dziecka, to tata zaszczepił we mnie miłość do fantasy. Pisałam to tu wielokrotnie i napiszę jeszcze raz – jestem mu za to wdzięczna. Zawsze czułam się elfem, jako mała Natalia wiele czasu spędzałam w lesie – ba, praktycznie w nim mieszkałam. Otaczająca mnie przyroda robiła na mnie ogromne wrażenie i tak wyrosła pasja do biologii, z czego później wyszło dążenie to osiągnięcia jednego z najważniejszych celów w moim życiu – dostanie się na medycynę.
Z czym kojarzą mi się te fantastyczne postacie? – z bladą cerą, skośnymi uszami (których niestety nie mam) i wielką gracją. tego ostatniego chyba też nie posiadam, bo potrafię się potknąć o swoje nogi, ale jak stoję w miejscu wcale tak źle nie wyglądam 😛 Słynęły też ze swoich czystych wnętrz i myślę, że gdzieś w głębi taka jestem – staram się nie zazdrościć, nikomu źle nie życzyć i skupiać się na poprawianiu swoich wad, a nie wytykaniu ich innym. Jak każdy człowiek mam dni słabości, ale nie uświadczycie u mnie wylewania błota, na pewno nie na forum publicznym. Niedawno, broniąc dobrego imienia pewnych osób sama zostałam „zhejtowana” – czasem zastanawiam się – po co mi to było? Chyba tak już jest, ktoś musi być obrońcą uciśnionych 😛
Od elfów wzięła się też nazwa mojego bloga. Po kilku latach jego prowadzenia zaczęła mi się wydawać infantylna, ale po kilku tygodniach przemyśleń stwierdziłam, że elfy tak głęboko we mnie siedzą, ze w blogosferze nie mogę być już kimś innym. Poza tym – ile z Was kojarzy mnie z tymi stworzeniami? Według Was jestem Naczelnym Elfem Blogosfery? 😛

snowhite królewna śnieżka baśnie braci grimm


KRÓLEWNA ŚNIEŻKA | „BAŚNIE” BRACI GRIMM



Nadal jestem bardzo bladą osobą i znalezienie podkładu w odpowiadającym mi kolorze w drogerii graniczy z cudem, ale kiedyś byłam prawdziwą Królewną Śnieżką. Filigranowa budowa, jasna karnacja, ciemne włosy i czerwone usta – czy do opisu potrzebne jest coś więcej? Tak na marginesie – pewnie nie zapadłabym w śpiączkę po zjedzeniu jabłka, bo zawsze obieram je ze skórki 😛 Brakuje mi też siedmiu krasnoludków, ale zamiast nich w skład kompanii wchodzą dwie kotki – robią tyle samo rozgardiaszu, więc to też się liczy 😛

Teraz nie mam już tak jasnej karnacji jak kiedyś, ale nadal mam w sobie trochę z księżniczki Disneya. O ile na co dzień twardo stąpam po ziemi i nie jestem marzycielką i romantyczką, tak zdarzają mi się dni, kiedy myślę o zamku (ewentualnie willi z basenem) i księciu na białym rumaku. Chyba każda  z nas tak ma, szczególnie kiedy nadchodzi PMS 😛

Mam nadzieję, że trochę lżejszy post z dużą dawką humoru Wam się spodoba 🙂 Mi po napisaniu nie przypadł do gustu, ale często jestem wobec siebie zbyt krytyczna, więc ostatecznie postanowiłam wypuścić go na  światło dzienne 😛
Z czym lub kim Wam się kojarzę? Jak moglibyście mnie opisać? Do jakiej postaci porównałybyście siebie?
Pozdrawiam :*

Uncategorized

OPENBOX LIFERIA | HELLO SUNSHINE | KWIECIEŃ | POZYTYWNE ZMIANY?

5 maja 2017
liferia kwiecień 2017 openbox hello sunshine

Cześć dziewczyny!
Oficjalnie mam wolne piątki, więc powinnam mieć też więcej czasu na przyjemności, ale w praktyce pewnie tego wolnego za wiele nie będzie, bo jestem na ostatniej prostej do zakończenia kolejnego semestru studiów. W ten weekend czeka mnie nauka do kolokwium z anatomii z jamy brzusznej – czuję, że będzie ciekawie 😛
Pamiętacie, jak niedawno pokazywałam Wam marcową Liferię? Byłam zaskoczona, kiedy kilka dni temu dostałam maila o wysyłce kolejnego pudełka. Tym razem pokażę Wam, co znalazło się w kwietniowej edycji, jakie pozytywne zmiany zauważyłam i czy jestem zadowolona z całego pudełka. Czujecie się zainteresowani? Zostańcie ze mną do końca, bo mam dla Was niespodziankę 🙂
liferia kwiecień 2017 hello sunshine openbox

hello sunshine liferia 2017 kwiecień openbox

Zacznę od tego, że w poprzednim poście, jak większość dziewczyn, narzekałam na czas realizacji. Marcowe pudełko pojawiło się u mnie w drugiej połowie kwietnia, czyli teoretycznie powinno być już pudełkiem kwietniowym. Tak jak pisałam, starałam się postawić w roli twórców tego boxa, ale nadal uważałam, że pudełka powinny pojawiać się u subskrybentek szybciej.
Jak na nasze zawołanie tym razem wielkich opóźnień nie było, paczka, w moim przypadku, pojawiła się w Białymstoku już drugiego maja, ale niestety nie mogłam jej wtedy odebrać. Plus również za zmianę formy wysyłki z listu ekonomicznego na polecony – śledzenie paczki było znacznie przyjemniejsze, a i czas oczekiwania na dostarczenie krótszy. Brawo Liferia – cieszy mnie, że słuchacie skarg – zarówno blogerek, jak i normalnych klientek.

liferia kwiecień 2017 hello sunshine openbox zawartość

Kwietniowe wydanie tego pudełka nosi nazwę Hello Sunshine. Ręka do góry kto nadal czeka na wiosnę? U mnie dopiero dziś pojawiło się słońce i wysoka temperatura, a kwiecień wspominam głównie wietrznie, pochmurno i deszczowo. Pierwsze promyczki przyjmuję z otwartymi ramionami i mam nadzieję, że taka pogoda zostanie z nami na dobre.
Ostatnio Liferia proponowała nam plan pielęgnacji bazujący na kosmetykach z pudełka, dziś możemy przeczytać o magii regularnego masażu olejami, do którego może posłużyć nam olejowy roll-on, który znalazł się w gronie 5 kosmetyków. Podobają mi się takie instrukcje i z przyjemnością odkładam te kartoniki do mojego kalendarza – zawsze mogę do nich wrócić, dodatkowo cieszy mnie fakt, że informacje na nich zawarte nie są wyssane palca i w z większością z nich się zgadzam.
Co do zawartości – tym razem w pudełku znajduje się 5 produktów, w tym 4 pełnowymiarowe, a ich przybliżona wartość to 144 złotych. Łączna suma, jaką musiałybyśmy przeznaczyć na te kosmetyki znacznie przekracza wartość boxa, ale czy zawartość jest godna polecenia? Niżej znajdziecie moje pierwsze wrażenia dotyczące poszczególnych produktów 🙂
EARTHNICITY BRONZER MINERALNY SUNKISSED SHIMMER

EARTHNICITY | BRONZER MINERALNY SUNKISSED SHIMMER | ANGLIA | 0,5 G | OK. 13 ZŁ

Nie jestem fanką bronzerów i na co dzień ich nie używam, bo nie umiem się nimi posługiwać. Mam jeden bronzer drogeryjny w dość neutralnym kolorze, ale zawsze byłam ciekawa tych mineralnych – w końcu róże bardzo przypadły mi do gustu, więc tak samo mogłoby być z kosmetykami do brązowienia twarzy.
Producent proponuje, żeby używać go do konturowania twarzy, ale moim zdaniem jest do tego celu za ciepły, a dodatkowo połyskuje – może i nie ma w nim brokatowych drobinek, ale powiedziałabym, że to perłowy kosmetyk – zobaczcie na swatchu na końcu tego wpisu.
Zużyję go jednak w innym celu – kolor na tyle mi się spodobał, że posłuży mi jako cień do powiek. Zapewne jak przystało na kosmetyk mineralny będzie trwały, a moje tłuste powieki wymagają tego od aplikowanych na nie kosmetyków. Myślałam, że ten bronzer będzie dla mnie bublem, ale obronił się – zostaje więc ze mną 🙂 Uważam, że taki złoty kolor ładnie podkreśli moje niebieskie tęczówki. To jedyna miniaturka w tym pudełku.

NEAUTY MINERALS RÓŻ MINERALNY RHUBARB WINE

NEAUTY MINERALS | RÓŻ MINERALNY RHUBARB WINE | POLSKA | 2 G | 20 ZŁ

Tak jak wspominałam wyżej jestem fanką róży mineralnych. Mam już w swoich zbiorach i matowe i satynowe, a także połyskujące i każde świetnie mi się sprawdzają. Róż w kolorze rabarbarowego wina jest piękny – ma średni odcień i wpada w chłodne tony, przez co na skórze wygląda niezwykle naturalnie. Idealnie sprawdzi się na co dzień, a także na wyjazdy przez swój niewielki rozmiar. Ma przyjazny dla skóry skład, jak każdy kosmetyk mineralny nie zapycha skóry i podsusza niewielkie wypryski. Mimo tego, że słoiczek zawiera tylko 2 gramy kosmetyku wiem, że starczy na długo – takie produkty są niezwykle wydaje, a do tego nie mają terminu ważności.
Czuję, że będzie moim hitem 😀 Nie wiedziałam, że Neauty Minerals to polska firma, miło jest wspierać biznes pochodzący z naszych stron.

BIO OLEO COSMETICS OLEJEK ROLL-ON OLEJ ZE SŁODKICH MIGDAŁÓW

BIO OLEO COSMETICS | OLEJEK ROLL-ON | POLSKA | 15 ML | 60 ZŁ

Uważam, że oleje mają świetne właściwości jeśli chodzi o pielęgnację włosów i ciała, niestety ze skórą twarzy bywa różnie – stosowanie nawet najlepiej dopasowanego do jej typu oleju może się źle skończyć. Uwierzcie mi – wiem, co mówię, bo ja tak właśnie skończyłam… 
Olej ze słodkicyh migdałów nie jest mi znany, ale sądząc po jego dość bogatej konsystencji dobrze sprawdzi się w pielęgnacji suchych miejsc. W moim przypadku są to skórki wokół paznokci, skóra pod oczami, a także łokcie, kolana i kostki. W pudełku można było znaleźć trzy rodzaje olei – ten, który ja posiadam, awokado i arganowy. 
Myślę, że jest to fajny kosmetyk, ale na pewno nie zapłaciłabym za niego 60 złotych. W sklepach z półproduktami oleje kosztują co najwyżej kilkanaście złotych, więc za tę sumę mogłabym zrobić zapas na rok.

COSNATURE NATURALNY ODŻYWCZY BALSAM DO CIAŁA Z OLEJKIEM Z DZIKIEJ RÓŻY

COSNATURE | NATURALNY ODŻYWCZY BALSAM DO CIAŁA Z OLEJKIEM Z DZIKIEJ RÓŻY | NIEMCY | 250 ML | OK. 21 ZŁ

Balsam to bezpieczny kosmetyk, który raczej każda z nas zużyje i będzie z niego zadowolona. Ostatnio przez długie miesiące byłam wierna masłom, ale ich ciężka konsystencja zaczyna mnie przytłaczać – czasem muszę poświęcić sporo czasu, żeby dokładnie wmasować je w moje ciało. Zbliżają się ciepłe dni, więc lekkie formuły są wskazane i jest to czas odpowiedni do testowania takich produktów. Balsam ma całkiem fajny skład, bazuje na oleju słonecznikowym i maśle shea, nieco dalej znajduje się też wspomniany olej z rosy caniny, czyli z dzikiej róży. Ma słodki zapach przypominający nieco dżem różany, na szczęście po kilkunastu minutach się ulatnia i nie jest uciążliwy. Nawilża całkiem dobrze, jestem ciekawa, jakie efekty uzyskam po jego regularnym stosowaniu.

NSPA SERUM ROZŚWIETLAJĄCE

NSPA | SERUM ROZŚWIETLAJĄCE | ANGLIA | 50 ML | OK. 30 ZŁ

Ostatnio kosmetyk to serum, które niestety blisko natury nie leżało. Owszem, znajdują się w nim jakieś naturalne ekstrakty, czy nawet oleje, ale niestety daleko w składzie za silikonami i innymi substancjami, które mogą naszej skórze zaszkodzić i, w moim przypadku, ją zapchać. Na szczęście część silikonów jest lotna, więc same odparowują ze skóry. Serum ma lekką konsystencję i zawiera mnóstwo drobinek, które ładnie rozświetlają skórę twarzy.
Jeszcze nie zdecydowałam, czy zostawiam u siebie ten kosmetyk, czy nie. Myślę, że dam mu szansę i spróbuję użyć go jako bazy – stosowane raz na jakiś czas nie powinno zrobić mi krzywdy, a może pozytywnie się nim zaskoczę.

EARTHNICITY BRONZER MINERALNY SUNKISSED SHIMMER NEAUTY MINERALS RÓŻ MINERALNY RHUBARB WINE swatch swatche

Podsumowując pudełko – jestem zadowolona z szybszego czasu realizacji i nadania go listem poleconym, dzięki czemu faktycznie istniała możliwość śledzenia przebytej przez nie drogi. Sama zwartość też przypadła mi do gustu, chociaż spodziewałam się czegoś więcej – szału nie ma, ale z przyjemnością zużyję większość z tych kosmetyków. Jedynym rozczarowaniem jest serum, które okazało się mieć średni skład – jestem ciekawa czy dobrze sprawdzi się w roli bazy pod podkład. Najbardziej jestem zadowolona z różu i cieszę się, że tym razem kosmetyki są bardziej zróżnicowane – pokazała się tu i pielęgnacja, i kolorówka, więc każdy znajdzie coś dla siebie.
Na koniec mam dla Was wspomnianą we wstępie niespodziankę. Jeśli zamawiając pudełko wpiszecie kod elfnaczi_april otrzymacie szósty, dodatkowy kosmetyk w postaci żelu Apple & Bears o losowym zapachu. Swój egzemplarz praktycznie już zużyłam i jestem z niego bardzo zadowolona – to kosmetyk idealny dla suchej, wrażliwej skóry.

liferia gratis apple & bears żel pod prysznic

Jak oceniacie to pudełko? Spodobało Wam się, czy czułybyście się zawiedzione? Który kosmetyk najbardziej przykuł Waszą uwagę?
Pozdrawiam :*

Uncategorized

ULUBIEŃCY KWIETNIA | LILY LOLO | SYLVECO | VICHY

2 maja 2017
ulubieńcy kwietnia serum Vichy Slow Age róż Lily Lolo Ooh La La pomadka z peelingiem Sylveco

Hej!
Ciężko mi w to uwierzyć, ale kwiecień zostawiliśmy za sobą i mamy już początek maja. Ostatnie tygodnie minęły mi tak szybko, że boję się pomyśleć, jak miną mi te przyszłe – 29 maja mam pierwszy egzamin i chyba zaczynam się powoli stresować 😛
Z racji tego, że mamy majówkę zapraszam Was na niewymagający post – ulubieńców zeszłego miesiąca. Pokażę Wam dwa kosmetyki pielęgnacyjne i jeden kolorowy – na pewno Was zainteresują 🙂 Jeśli chcecie przeczytać kilka słów na temat różu Lily Lolo Ooh La La, serum Slow Age z Vichy i pomadki z peelingiem Sylveco – ten post jest skierowany właśnie do Was 🙂 

vichy serum slow age pomadka sylveco z peelingiem róż lily lolo ooh la la

pomadka z peelingiem sylveco serum slow age vichy lily lolo ooh la la róz

Ostatnio nie testuję zbyt wielu nowych kosmetyków, dlatego często zastanawiam się, co mogłabym Wam pokazać. Staram się wybierać kosmetyki, po które rzeczywiście lubię sięgać i które nie pojawiły się jeszcze w tej serii – możecie mi wierzyć, że czasem ich znalezienie nie jest całkiem łatwym zadaniem 😛 Ostatnio myślałam, żeby rozszerzyć ulubieńców o produkty niekosmetyczne – co o tm sądzicie? Czy to dobry pomysł, aby w tym miejscu wspomnieć o ulubionym gadżecie, serialu czy książce?

lily lolo róż ooh la la swatch brzoskwinowy mineralny naturalny róż

RÓŻ LILY LOLO, OOH LA LA

O tym różu pisałam Wam post w ubiegłym miesiącu, namiętnie używam go natomiast od połowy marca (link do recenzji w tytule tego paragrafu). Nie spodziewałam się, że ten brzoskwiowo-różowy, niepozorny gagatek tak przypadnie mi do gustu. Jest to róż satynowy, nie posiada widocznych drobinek, ale ładnie rozświetla policzek – nie przejmujcie się, nie jest to nachalny efekt. Bardzo lubię go za to, że wystarczy go naprawdę odrobina, a do tego praktycznie nie może się zepsuć – będzie ze mną przez długie lata.  Idealnie nadaje się na wiosnę i lato, bo ożywia naszą skórę i sprawia, że staje się ona promienna i zdrowa. Efekt, jaki chcemy nim uzyskać można stopniować przez dokładanie kolejnych warstw. Nie jest to najtańszy kosmetyk, ale szczerze warty zachodu. Dzięki niemu przekonałam się, że i w ciepłych kolorach jest mi dobrze 🙂

pomadka z peelingiem do ust sylveco peeling do ust jak usunąć suche skórki z ust

SYLVECO, POMADKA Z PEELINGIEM DO UST 

Z ustami raczej nie mam wielkich problemów, dbam o nie o odpowiednio, a one odwdzięczają mi się dobrym wyglądem. Bogata pielęgnacja sprawia, że mogę nosić matowe pomadki codziennie, a moje usta i tak będą wyglądały na pełne i jędrne, a suche skórki nie będą mnie męczyć. Czasem zdarza mi się jednak ogólnoustrojowa suchota – mało picia, dużo stresu, częste zmiany pogody – to wszystko sprawia, że wargi stają się spierzchnięte i szorstkie, a kiedy nie zadziałam odpowiednio szybko skóra może zacząć się łuszczyć. Pomadka z peelingiem od Sylveco jest, w moim odczuciu, inwazyjnym kosmetykiem. Kryształki dość intensywnie trą o powierzchnię naszego naskórka, dlatego nie powinno się stosować jej zbyt często – może podrażniać. Ma słodki smak i zapach marcepana, to moje drugie opakowanie i na pewno nie ostatnie. Sztyft jest wygodny w użyciu, a cena pomadki niska. Dodatkowo to produkt polski, a to się w dzisiejszych czasach ceni 😀

vichy serum slow age opinie blog

VICHY SERUM DO TWARZY SLOW AGE

Sera, jako kosmetyki towarzyszą mi już od dłuższego czasu. Moja trądzikowa skóra je lubi, ponieważ są lekkie i zazwyczaj nie przyczyniają się do zapychania. Omijam te o ciężkiej, olejkowej konsystencji, ponieważ boję się, że oleje znów mogą mnie zapchać. Serum Slow age z Vichy otrzymałam w ramach upominku na spotkaniu blogerek w Białymstoku. Stosuję je około 1,5 miesiąca i już wyrobiłam sobie opinię na jego temat. Można stosować je zarówno na dzień, jak i na noc, ja wybrałam drugą opcję. Ma kremową konsystencję, która pozostawia lekko lepką warstwę na skórze, ale ta ostatecznie wchłania się praktycznie całkowicie. Serum nie spowodowało wysypu niedoskonałości. Dobrze nawilża skórę, można je stosować solo lub z olejkiem, kremem czy np. żelem aloesowym. Jest bardzo wydajne. Podoba mi się design opakowania – szklana, ciężka butelka, oraz fakt, że posiada pompkę. Jedynym minusem jest intensywny zapach, który na szczęście się ulatnia. Czasem łzawią mi przez to oczy mimo tego, że nie aplikuję serum w tej okolicy.
Znacie któregoś z moich ulubieńców? Co myślicie o dodawaniu do serii tych wpisów niekosmetycznych gadżetów, ciekawych wydarzeń, czy nawet ulubionych książek lub filmów? Jak mija Wam majówka?
Pozdrawiam i życzę słonka!