1. Strona Główna
  2. O mnie
  3. Serie na blogu
  4. Lifestyle
  5. Kosmetyki
  6. Kontakt
  7. INCI
  8. /elfnaczi snapchat icon twitter icon facebook icon instagram icon
Elf Naczi: MEDYCZNIE... | PODSUMOWANIE I SEMESTRU NA KIERUNKU LEKARSKIM NA UMB

sobota, 11 lutego 2017


MEDYCZNIE... | PODSUMOWANIE I SEMESTRU NA KIERUNKU LEKARSKIM NA UMB



Hej!

Tak, jak obiecałam, przychodzę do Was z nową serią zatytułowaną "Medycznie...". Postanowiłam rozpocząć od czegoś neutralnego, a potem poruszę tematy, które będą najbardziej Was interesować i o których napiszecie mi, np. w komentarzach :) Zaczynamy więc nową podróż! Opowiem Wam o tym, jakie są moje odczucia po pierwszym semestrze studiowania medycyny! Jeśli jesteście ciekawi co sądzę na temat każdego z przedmiotów, z jakich podręczników korzystam i z czego jestem najbardziej zadowolona - zapraszam dalej :)


  • Chemia medyczna
Typowy przedmiot zapychacz, na UMB nie kończy się egzaminem, ani oceną - jest po prostu na zaliczenie. Na nieszczęście mojej grupie wypadał w piątek i to późnym wieczorem. Z drugiej strony cieszyliśmy się z tego powodu, ponieważ kiedy w grudniu skończyliśmy zajęcia - mieliśmy dłuższe weekendy. Zajęcia odbywały się raz w tygodniu przez 5 tygodni. Były to laboratoria pomieszane z seminariami. Raz robiliśmy doświadczenia, innym razem zadania - raczej podstawowe rzeczy i jeśli ktoś słuchał na zajęciach i chodził na wykłady - dało się to zaliczyć za pierwszym razem. Czy był to ciekawy przedmiot? Sporo tematów powtórzyło mi się z farmacji, więc dla mnie nie było to nic odkrywczego, ale dla przeciętnego licealisty mieszanie kolorowych roztworów w probówkach jest ciekawe :P Sama byłam tym zafascynowana. 

  • Informatyka
Przedmiot gorszy niż poprzedni, 4,5 godziny siedzenia przed komputerem. Word, Power Point, Excel i te sprawy. Poziom jak kilkanaście lat temu, moim zdaniem taka informatyka przydaje się tylko tym osobom, które praktycznie nie mają kontaktu z komputerem. Informatyka również była tylko na zaliczenie i trwała, tak samo jak chemia, 5 tygodni.

  • Biochemia
Myślałam, że nigdy nie polubię biochemii. Cykle Krebsa, reakcje pomostowe, białka, enzymy, trawienie. Brrr... O ile teorii lubię się uczyć, tak reakcje czasem potrafią doprowadzić mnie do białej gorączki. Wbrew pozorom lubię ten przedmiot, mamy fajnego profesora, który nie lubi, kiedy uczymy się na pamięć, dlatego nie karze wkuwać setek wzorów. Prowadząca ćwiczenia jest wymagająca, ale nie ma u niej problemu z poprawami. Każde ćwiczenie zaczyna się wejściówką z materiału, który na nim obowiązuje. Raz są trudniejsze, raz łatwiejsze, nie są na ocenę, a jeśli ktoś ich nie zalicza zazwyczaj zdąży poprawić je ustnie przed końcem zajęć. Laboratoria, bo taką formę mają te ćwiczenia, trwają regulaminowo trzy godziny, ale często wyrabiamy się zrobić wszystkie doświadczenia w ciągu półtorej, do dwóch godzin.  Moim zdaniem są to zajęcia bardzo ciekawe, pokazujące różne procesy zachodzące w naszym organizmie. Dzięki biochemii możemy dowiedzieć się, jakie procesy zachodzą w naszym organizmie i co dzieję się, kiedy jakiś trybik przestanie działać.

W Białymstoku korzystamy z Biochemii Bańkowskiego, bo był on kiedyś kierownikiem katedry biochemii lekarskiej na UMB. Z Harpera może korzystać ktoś, komu się "Baniek" nie podoba, natomiast pytania są głównie z pierwszego podręcznika, więc ja postanowiłam nie kombinować :P Na ćwiczeniach korzystamy ze specjalnie przygotowanego skryptu z instrukcjami postępowania i opisem doświadczeń.

Biochemia kończy się opisowym egzaminem w sesji letniej.


  • Histologia z embriologią
Moja przygoda z histologią zaczęła się, powiedzmy, tak sobie :P Nie wiedziałam, jak mam ten przedmiot ugryźć, czy uczyć się z podręczników, czy z wykładów. Siadać ogółów czy zwracać większą uwagę na szczegóły... Na szczęście po pierwszym, niezaliczonym kolokwium wiem, że najlepiej siadać jest do wykładów i wiedzę uzupełniać podręcznikiem.

Histologia to nauka zajmująca się budową tkanek i na tym właśnie bazujemy. W pierwszym semestrze omawialiśmy wszystkie tkanki - nabłonkową, łączne, mięśniową, nerwową itd. Przedmiot jest dość trudny, bo trzeba pamiętać o wielu nowych pojęciach, trudnych nazwach. Podręcznikiem, z jakiego korzystam jest Zabel, czasem uzupełniam braki w Sawickim. Na każdych zajeciach rysujemy preparaty mikroskopowe, co do najłatwiejszych nie należy - czasem głowa wie, jak ma coś ukazać, a ręka nie chce współpracować :P Trzeba zaparzyć się w sporo różowych, czerwonych i fioletowych kredek.

Embriologię mieliśmy w styczniu, omawialiśmy ją raczej ogólnie. Naukę zaczęliśmy od powstawania komórek płciowych, przeszliśmy przez zapłodnienie, a skończyliśmy na rozwoju płodu. Tutaj prezentowaliśmy opracowania tematów na seminariach, a ja niestety przemawiać w obecności innych osób nie lubię, bo bardzo się stresuję :P

Każde ćwiczenie zaczyna się wejściówką z obowiązującego na te ćwiczenia tematu. Aby zostać dopuszczonym do kolokwium można nie zaliczyć tylko jednego sprawdzianu. W innym wypadku, z automatu mamy 2. Wejściówek nie można poprawiać.

Kolokwia składają się z części praktycznej i teoretycznej. Teoria to test z pytaniami otwartymi i zamkniętymi, a praktyka polega na rozpoznawaniu preparatów mikroskopowych, które wcześniej rysowaliśmy. Przynajmniej jeden z tych trzech preparatów jest preparatem celowanym - oznacza to, że jest na nim zaznaczona jakaś ultrastruktura, czy komórka, a my, oprócz nazwy tkanki, musimy powiedzieć co to dokładnie jest. Jedynym ich minusem jest fakt, że zbiorcza poprawka jest dopiero przed sesją, a wtedy i tak mamy dużo nauki. Jeśli ktoś nie zda czterech kół - poprawia wtedy cztery, a to już prawie jak egzamin :P

Przedmiot kończy się egzaminem w sesji letniej.

  • Biofizyka
Z fizyką tak to już jest - albo się ją lubi, albo nienawidzi :P Nigdy nie miałam z nią większych problemów, czasem niektóre zagadnienia były jednak trudne do zrozumienia, a w internecie, czy nawet niektórych książkach nie jest to opisane tak, aby ktoś, kto z fizyką ma mały kontakt mógł dobrze to zrozumieć.

W Bydgoszczy obowiązywał mnie cały materiał z biofizyki Jaroszyka, tutaj jest to ograniczone do trzech najbardziej potrzebnych nam działów - elektromedycyny,  promieniotwórczości i optyki. Każdy dział składa się z 4 ćwiczeń, przy czym na 4 robimy i zadanie i piszemy sprawdzian. Aby być dopuszczonym do egzaminu trzeba uzbierać określoną ilość punktów - na każdym ćwiczeniu można zdobyć jeden dodatkowy punkt, co łącznie daje 12, sprawdziany są za 9 punktów, a kolokwium za 40. Minimalna liczba punktów gwarantująca dopuszczenie to 33 punkty, zwolnienie z egzaminu mamy za 61 punktów, a maksymalna ich liczba wynosi 79.

Zajęcia były ciekawe, mi najbardziej podobały się chyba te na elektromedycynie. Zakład jest zakręcony, niektórzy prowadzący też, ale raczej nikt nie robił nam problemów z zaliczeniem, a punkty dodatkowe były przyznawane naprawdę często. Egzamin był średniej trudności, ja napisałam go na 76%, a uczyłam się tylko przez weekend.

Co robiliśmy na ćwiczeniach? Badaliśmy rozpady promieniotwórcze (zastosowanie np. w Pozytonowej Tomografii Emisyjnej - PET), badaliśmy dźwięki za pomocą oscyloskopu, odczytywaliśmy EKG, rozpracowywaliśmy działanie lasera, soczewek czy refraktometru. Na zajęciach się raczej nie nudziliśmy, było co robić.

Do nauki najbardziej przydał się skrypt wypożyczony z Zakładu. Każdy z nas musiał obowiązkowo uzupełniać też wydrukowany ze strony Zeszyt Ćwiczeń. Jako książkę uzupełniającą wybrałam Miękisza i Jaroszyka, ale z żadnej z nich nie skorzystałam.

  • Anatomia
Smaczek zostawiłam na koniec. Anatomia to przedmiot, który ciekawił mnie przed studiami najbardziej, a także ten, który uważałam za najtrudniejszy. Przez kilka pierwszych tygodni największym problemem była dla mnie łacina. Uczyłam się tego języka przez rok na farmacji, ale końcówki nadal potrafiły być problemem. Zaczęliśmy od prostego działu, który wydawał się być kosmicznie trudnym (te początki... :P). Na początku nauczenie się kilkudziesięciu nazw i lokalizacji struktur po polsku i po łacinie było czymś bardzo trudnym, teraz mam wrażenie, że z każdym tematem idzie nam coraz lepiej.

Ćwiczenia odbywają się dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki i są poprzedzane wykładami. Uczymy się do przodu, bo w innym przypadku nie wciągnęlibyśmy nic na ćwiczeniach. Trwają one 2 godziny i 15 minut. Na każdych omawiamy z asystentem dany materiał, a później mamy czas na przyjrzenie się preparatom. Niektórych na początku to brzydziło, teraz raczej nikt nie kręci nosem. Najbardziej uciążliwy jest zapach formaliny - na moje oczy na szczęście nie działa, natomiast czasem tak potrafi podrażnić mi nos, że ciężko jest oddychać. 

Tak jak wspominałam - zaczęliśmy od osteologi, później zajęliśmy się Ośrodkowym Układem Nerwowym (OUN) i płynnie przeszliśmy do Głowy i Szyi (GiS). Najtrudniejsze działy mamy już za sobą, teraz ma być tylko lepiej :P

Każde ćwiczenie kończy się szpilkami, czasem też teoretyczną wyjściówką. Na kolokwiach zbieramy punkty, podobnie jak na biofizyce, aby mieć dopuszczenie do egzaminu. 

Na zajęcia niezbędny jest atlas - ja wybrałam Prometeusza, ale moim zdaniem fajny jest też Sobotta (Prometeusz ma taką przewagę, że znajduje się w nim wiele uwag klinicznych). Jako podręcznik wykorzystuję Skawiny, czterotomowego Narkiewicza i podręczniki Greya.


Pierwszy semestr nie był trudny, ale na początku ciężko było mi się dostosować - każdy musi znaleźć swój sposób na najdoskonalsze zdobywanie i gromadzenie wiedzy. Mam nadzieję, że letnia sesja pójdzie mi tak samo dobrze jak zimowa - gdybym zaliczyła wszystkie egzaminy w pierwszym terminie, miałabym naprawdę dłuuugie wakacje :P


Macie jakieś pytania? O czym chcielibyście przeczytać w następnych postach z tej serii? Jaki przedmiot najbardziej Was zainteresował?

Pozdrawiam :D


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © www.elfnaczi.pl Blog Urodowo-Lifestylowy | Wszelkie prawa zastrzeżone