1. Strona Główna
  2. O mnie
  3. Serie na blogu
  4. Lifestyle
  5. Kosmetyki
  6. Kontakt
  7. INCI
  8. /elfnaczi snapchat icon twitter icon facebook icon instagram icon
Elf Naczi: LILY LOLO | RÓŻ IN THE PINK | RÓŻ I JUŻ?

piątek, 16 września 2016


LILY LOLO | RÓŻ IN THE PINK | RÓŻ I JUŻ?



Cześć wszystkim!

Nie wiem, czy kiedyś Wam o tym mówiłam, ale róże to, zaraz po szminkach, moje ulubione kosmetyki do makijażu. Nie mam ich zbyt wielu w kolekcji - z prostej przyczyny - późno zaczęłam się nimi interesować. Wraz z rozświetlaczem są teraz niezbędnymi elementami mojego makijażu.

Z różami mineralnymi w formie sypkiej miałam już styczność, szukałam więc czegoś, co będzie o wiele szybsze i łatwiejsze w aplikacji. Prasowana wersja łatwiej mieści się też w kosmetyczce czy torebce - jest więc idealna na podróże. Czy In the Pink od Lily Lolo spodobał mi się na tyle, abym mogła nazwać go moim ulubionym różem? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie niżej :) Zapraszam :)



  • In The Pink to klasyczny, lekko połyskujący, dość intensywny odcień w kolorze chłodnego różu.
  • Aksamitnie miękkie i łagodne dla cery, prasowane róże do policzków Lily Lolo za sprawą swojej świetnej pigmentacji doskonale sprawdzą się w lekkim, naturalnym makijażu, oraz gdy będziesz chciała mocniej podkreślić rumieńce. Co istotne, w ich skład wchodzą wyciąg z mikołajka nadmorskiego i olejek arganowy mające właściwości przeciwstarzeniowe oraz nawilżający olejek jojoba. Niezastąpione w podróży i w podręcznej kosmetyczce, prasowe róże Lily Lolo mają przepiękne opakowanie z lusterkiem i są również niezwykle łatwe w aplikacji.
    • jedwabiście kremowa formuła zapewniająca łatwą aplikację
    • intensywność koloru zależy od ilości nałożonych warstw
    • przeciwstarzeniowe ekstrakt z mikołajka nadmorskiego oraz olejek arganowy
      nawilżający olejek jojoba
    • naturalne antyoksydanty oraz ochrona przeciwbakteryjna
    • nie zawiera substancji zapachowych ani talku
    • idealny do podręcznej kosmetyczki
    • 4 g
Opakowania kosmetyków sprasowanych utrzymane są w podobnej estetyce - nadal króluje tu ponadczasowa czerń i biel. Kiedyś zastanawiałam się nad tym, czy nie jest to oznaką jing i jang - czystej harmonii, piękna i jedności z naturą - czy któraś z Was miała podobne spostrzeżenia?

Plastikowe, płaskie kółeczko znajduje się tradycyjnie w kartoniku, który opatrzony jest napisami ze składem, rodzajem kosmetyku, nazwą odcienia i gramaturą. W zamykanym na klik kółeczku mieszczą się 4 gramy różu - moim zdaniem do dobra pojemność na to, żeby zużyć go w odpowiednim czasie.

Na wewnętrznej stronie wieczka znajduje się lusterko, którego z powodzeniem możemy użyć przy dziennych poprawkach - nie jest zbyt duże, ale do pomalowania ust czy lekkiego przypudrowania sprawdzi się idealnie.


Miałam już kontakt z różami mineralnymi w formie sypkiej, ten jest pierwszym sprasowanym, który zagościł w mojej kosmetycznej kolekcji. Z reguły róże mineralne mają bardzo mocną pigmentację i ktoś, kto nie pracuje z nimi od dłuższego czasu może mieć problemy z ich równomiernym nakładaniem i uzyskaniem delikatnego efektu.

Róż In the Pink jest dobrze napigmentowany i od razu widać go na policzkach. Nie jest jednak na tyle intensywny, żeby móc zrobić sobie nim krzywdę. Moim zdaniem jest idealną alternatywą dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z kolorówką naturalną.

MICA (Mika), SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL (Olej jojoba), ARGANIA SPINOSA (ARGAN) KERNEL OIL (Olej arganowy), PUNICA GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL (Olej z pestek granatu), TOCOPHEROL (Witamina E), HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL (Olej słonecznikowy), LEPTOSPERMUM SCOPARIUM (MANUKA) OIL (Olej manuka), SODIUM HYALURONATE (Sól sodowa kwasu hialuronowego), ERYNGIUM MARITIMUM CALLUS CULTURE FILTRATE (Komórki macierzyste z mikołajka nadmorskiego), [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 75470 (CARMINE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)] (Barwniki)

Skład jest naprawdę świetny - mimo tego, że w produkcie znajduje się wiele olejków nie zauważyłam, żeby zapychał mnie. Pierwszy, który znajduje się w składzie - jojoba - ma skład bardzo zbliżony do sebum produkowanego przez naszą skórę. Nie zapycha, wygładza i przyczynia się do pośredniego nawilżenia skóry. Witamina E, nazywana też witaminą młodości, jest substancją silnie regenerującą. Pobudza nasz naskórek do pracy i wspomaga skórę w walce z fotostarzeniem skóry - jest przeciwutleniaczem. Ciekawym składnikiem jest też olej manuka, który ma naukowo potwierdzone działanie antyseptyczne - jest ono około 5 razy silniejsze od działania penicyliny - popularnego antybiotyku! Na sam koniec wspomnę o soli kwasu hialuronowego, która ma działanie nawilżające. Nie spodziewałam się też, że w jakimkolwiek różu znajdę kultury komórek z mikołajka nadmorskiego. Callus to tkanka bliznowata powstająca na uszkodzonych częściach rośliny. Komórki szybko się tam dzielą, są młode i nie wyspecjalizowane - dlatego tak pomocne w pielęgnacji naszej skóry.


Jeśli chodzi o wydajność - różu używałam naprawdę często, kilkakrotnie swatchowałam go na ręce i zużycia w ogóle nie widać. Bardzo ciężko jest mi zdenkować produkty tego typu, więc nie mogę powiedzieć, na ile starczy takie małe opakowanie.

Trwałość tego różu jest naprawdę duża. Siedzi na miejscu od rana do wieczora i nie mam problemów z jego nieestetycznym schodzeniem, powstawaniem plam czy ważeniem. Mam wrażenie, że na podkładzie mineralnym trzyma się zdecydowanie lepiej niż na płynnym. Lepiej też się na nim rozprowadza.

Tak jak wspominałam przy innych recenzjach kosmetyków Lily Lolo są one dostępne w kilku drogeriach internetowych, a także na stronie oficjalnego polskiego dystrybutora - Costasy.pl .Właśnie stąd pochodzi róż, który dziś opisuję.


Cena czterogramowego opakowania to 60.20 złotego. Znów mogłabym zaliczyć go do średniej półki cenowej - te lepsze, drogeryjne sztuki oscylują w podobnych granicach. Po raz kolejny patrząc na skład kosmetyku jestem w stanie tyle za niego zapłacić :)


Jeśli chodzi o wybór tego kosmetyku - był on podjęty praktycznie na ostatnią chwilę. Chciałam mieć mineralny róż, bardzo podobały mi się odcienie tych sypkich, ale wiedziałam, że nie będę mogła zabierać ich w każdą podróż. Poza tym mam już dwa róże sypkie - z innej firmy - miałam więc ochotę pójść o krok dalej i wypróbować coś, co będzie dla mnie nowością.

Długo zastanawiałam się na doborem odpowiedniego odcienia. Po głowie krążył mi jeszcze Coming up Roses, który na blogach wyglądał na bardzo brudny róż wpadający w lekko czerwone tony. Obawiałam się, że taki lekko winny kolor może podkreślać moje przebarwienia - wybrałam więc drugą, bezpieczniejszą opcję.

In the pink to róż w chłodnym odcieniu. Nie jest ani matowy, ani błyszczący, jego wykończenie najlepiej opisuje słowo "satynowy". Łatwo nabiera się go na pędzel, ma przyjemną, kremową konsystencję. Dzięki temu dobrze trzyma się skóry i podkładu i nie schodzi w ciągu dnia.

In the Pink na policzkach nie wygląda tak delikatnie jak na ręce. Dwie warstwy wyglądają już mocno "glamour" i moim zdaniem są o wiele za mocne do noszenia na co dzień. Na skórze twarzy kolor wygląda jednak inaczej niż na swatchu - jest mocniej przybrudzony i lekko cieplejszy, wcale mi to jednak nie przeszkadza.

Róż utrzymuje się cały dzień. Nie ma problemów z jego aplikacją - próbowałam nakładać go pędzlami z włosia naturalnego i syntetycznego i oba dobrze spełniły swoje zadanie. Ładnie wygląda zarówno na podkładach drogeryjnych, jak i mineralnych. Robił plamy tylko w połączeniu z kamuflażem Alverde - nadal nie wiem czemu, ale od tamtego momentu ich nie łączę i nigdy nie zdarzyło mi się coś podobnego.

Lubię po niego sięgać i wybieram go wtedy, kiedy nie chcę mieć cukierkowo różowych policzków - jest nieco bardziej stonowany i elegancki od ulubieńca z Bourjois. Brakowało mi w mojej kosmetyczce takie odcienia. Jestem pewna, że pasowałby większości z Was :)


Nie ma opcji! Dlaczego? Jest tak wydajny, że pewnie przez długi okres mi się nie skończy. Później będę pewnie chciała wypróbować inne odcienie - rzadko wracam do tych samych kosmetyków, jeśli chodzi o kolorówkę. Bardzo mi się spodobał, można nim uzyskać zarówno dzienny, jak i wieczorowy efekt.  Uważajcie tylko jakie kremowe produkty pod niego nakładacie. Nawet na przypudrowanym kamuflażu z Alverde potrafił robić plamy :O W każdym razie - polecam :D



Lubicie kolorowe kosmetyki naturalne? Co myślicie o tym różu? Waszym zdaniem moja teoria z jing i jang ma rację bytu?

Pozdrawiam :*


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © www.elfnaczi.pl Blog Urodowo-Lifestylowy | Wszelkie prawa zastrzeżone